5 minut, które odmienią Twoje życie.

Tak mógłby brzmieć tytuł popularnego poradnika albo programu telewizyjnego. A ja jestem antyfanką tego typu złotych rad, więc nieco przewrotnie zaczynam w ten sposób ten wpis. Nie podam w nim żadnej recepty na sukces w tym, co stanowi wielką część mojego życia – w nieperfekcyjnym macierzyństwie. Chcę jednak zrelacjonować Wam jeden bardzo zwyczajny wieczór.

Cierpliwość zaczęłam tracić już w momencie, gdy Młody przypomniał sobie, że jednak nie lubi myć włosów. Potem ręcznik był zbyt szorstki, w łazience było za zimno, a pidżamka nie taka, jak trzeba. Luz – to norma, ten typ tak ma, że czasem marudzi.  W pewnej chwili jednak, gdy uparł się by sam nałożyć na szczoteczkę pastę o zębów, a ta wyskoczyła z tubki rysując dwa fantazyjne łuki na dłoni (oczywiście sprytnie omijając włosie szczoteczki), Młody ni z tego ni z owego uderzył siedzącą obok starszą siostrę. „Bo ona się gaaaaapiiii” – brzmiało uzasadnienie. A ja poczułam, że z trybu Mary Poppins przechodzę w tryb Batmana…

Jestem zdecydowaną przeciwniczką kar cielesnych i może potrafiłabym zrozumieć taki wybuch agresji skierowany na drugą osobę, a nie przedmiot, gdyby Młody był świadkiem lub sam doświadczał przemocy. Ale tak przecież nie jest! Próbowałam więc bardzo stanowczo wytłumaczyć, że TAK SIĘ NIE ROBI iże za karę nie ma ani bajki, ani piosenki na dobranoc.

Moje tłumaczenia przerwał płacz z pokoju Młodej. O dziwo nie płakała jednak z powodu zachowania brata. Spytana o powód, wychlipała: „Bo – bo yyy ja tak nie lubię yyyy jak Ty podnosisz głooooos.”

Westchnęłam ciężko czując, że podwójna porażka wychowawcza to kolejny ciężar dołożony do dnia, który już i tak nie był lekki przez stresujące wydarzenia w pracy i bieganie po sklepach. Wysłałam dzieci do łóżek, a sama – jak zwykle w takich sytuacjach – poczułam, że jestem najgorszą matką na świecie… Leżąc na łóżku i ocierając łzy pomyślałam, że to taka sytuacja, w której nic nie przyniesie mi ulgi. Zawód miłosny można zagłuszyć sprawdzoną przeze mnie kombinacją czekolady i wina, a stres wybiegać na polnej drodze czy na siłowni. W tym przypadku czułam, jakbym zabrnęła w ślepą uliczkę, stając jednocześnie oko w oko ze wszystkimi wyrzutami sumienia, które kolekcjonowałam przez lata macierzyńskich zmagań. A przecież ten wieczór miał wyglądać inaczej. Mieliśmy usiąść na łóżku, poczytać książkę i razem pośpiewać. To był czas, na który czekałam, bo mało jest w ciągu dnia chwil, które spędzamy tylko ze sobą.

Nagle pomimo łez i czarnej rozpaczy, w głowie pojawiła się bardzo trzeźwa myśl:

SKORO CHCIAŁAŚ SPĘDZIĆ TEN WIECZÓR INACZEJ, TO CZEMU LEŻYSZ NA ŁÓŻKU I PŁACZESZ? 

Przecież nikt nie zmuszał mnie do rezygnacji z czasu spędzonego z dziećmi. Nikt nie kazał mi również roztrząsać swoich porażek i zalewać się łzami. Uczucia, za którymi poszła cała nasza trójka (złość Młodego, smutek Młodej i moje wycofanie połączone z poczuciem porażki) to tylko uczucia, a nie smycz i kaganiec. To informacja o tym, co się we mnie dzeje. Powinnam ją przyjąć do wiadomości, ale nie muszę za nią iść jak niewolnik za swoim panem.

To było pięć minut, które odmieniło moje spojrzenie na siebie – nie tak ogólnie, tylko dzisiaj, w tym całym bałaganie. Pięć banalnych minut pełnych łez i gonitwy myśli. Pięć minut na spotkanie z sobą i decyzję na to, że mogę czuć jedno, ale robić drugie.

Wiecie, co było dalej? Otarłam łzy, zawołałam dzieci i na spokojnie porozmawiałam z nimi o całej sytuacji. Każde z nich wybrało swoją ulubioną bajkę, a potem wspólnie śpiewaliśmy sobie przerażającą historię o tym, jak to „króla zjadł kot, pazia zjadł pies, królewnę myszka zjadła”. I tylko co chwilę, każde z nas na zmianę pociągało nosami, tworząc niepowtarzalny podkład niemuzyczny do tej banalnej opowieści…

4 banalne filmy, które lubię bardziej niż powinnam.

Kiedy na pierwszym roku studiów znajomy ambitnie organizował domowe pokazy kina niezależnego, miałam okazję poznać dzieła twórców, po które zapewne sama bym nie sięgnęła. Jednak choć wtedy cieszyłam się, że mam szansę na poszerzenie horyzontów, pamiętam również, że chwilami straszliwie się nudziłam. Nie miałam odwagi się do tego przyznać, bo przecież pewne nazwiska wypadało znać, a w dyskusjach trzeba było mieć własne zdanie. Kiedy jednak po jakimś czasie usłyszałam piosenkę zespołu Iwona „Stoję jak kołek„, a w niej słowa: „To teraz się przyznam/Moje zdanie mielizna/Nie mam pojęcia/co mówić na przyjęciach”, pomyślałam z ulgą, że nie jestem sama. Nadszedł wtedy czas na to, żeby powiedzieć: nie jestem ambitnym widzem. Nie biegam na festiwale kina niezależnego, choć z zainteresowaniem słucham jego stałych bywalców, gdy relacjonują kinowe nowości. Nie cierpię filmów z motywem rozstania, zwłaszcza tych, w których widzę rozłąkę matek i dzieci w wojennej zawierusze, ale nie tylko. Nawet w trakcie oglądania „Gdzie jest Nemo” denerwowałam się, czy główny bohater na pewno odnajdzie swojego rybiego tatę ;) Mam też zbyt słabe nerwy, by oglądać horrory i do tej pory mam traumę po obejrzeniu filmu „The Ring: Krąg”. Nie będę też będę oszukiwać – lubię, gdy opowiadana historia kończy się w dobry sposób…

Mam jednak kilka swoich ulubionych babskich filmów. Są mało ambitne i chwilami przesłodzone, ale dzięki nim na chwilę odrywam się od rzeczywistości i wracam do niej trochę inna. Nie wywołują silnych wzruszeń, choć często sprawiają, że po prostu się uśmiecham. I pewnie wstyd przyznać, że lubię je bardziej niż powinnam… :)

Legalna Blondynka

Mój numer jeden :) Chociaż rzadko można mnie spotkać u kosmetyczki, a biegam raczej w trampkach niż na obcasach, tak jak główna bohaterka musiałam kiedyś zakasać rękawy, żeby zawalczyć o swoje marzenie. Film w fantastyczny, lekko ironiczny sposób pokazuje przerysowane stereotypy. Chociaż wydaje się początkowo, że to właśnie blondynka w różowej sukience powinna stać się przedmiotem kpin, wystarczy posłuchać kilku dialogów w których występują przemądrzali studenci prawa by zobaczyć, że jest inaczej.

Szkoła Stewardess

Wiem, brzmi strasznie obciachowo. I wiem, nie powinnam się do tego przyznawać, ale włączam czasem ten film, kiedy jest mi smutno i szaro. To kolejna słodka amerykańska produkcja, która pokazuje, że jeśli walczymy o swoje marzenia, mamy szansę na ich realizację. Pokazuje też coś jeszcze: że w życiu najważniejsi są ludzie. Można dojść na sam szczyt, ale gdy nie mamy obok siebie kogoś, z kim możemy się dzielić radością, nawet duże pieniądze, luksusowe mieszkanie i widok na wieżę Eiffle’a nie cieszy. Filmowym scenom – znowu pełnym ciepłego humoru – towarzyszy też dobra muzyka, a scena w której trzy bohaterki śpiewają „Living on a prayer” Bon Jovi należy do moich ulubionych. Film uczy też, że aby zarobić dolara, trzeba…zobaczcie same ;)

Dźwięki Muzyki

Kwintesencja słodyczy i niewinności :) Obejrzałam ten film jako dziecko i urzekło mnie w nim wszystko – sama muzyka, wyglądająca jak anioł Julie Andrews, sielankowa wizja życia zakonnego, w którym biega się po łąkach i śpiewa piosenki oraz równie sielankowa wizja dużej rodziny. Film zaszczepił we mnie pragnienie rodzinnej harmonii – nie tylko tej muzycznej. Poza tym jest fascynujący, bo opowiada prawdziwą historię, którą można się zainspirować (a tu nieco więcej o Marii von Trapp). Jedyna wersja wojennej zawieruchy, którą mogę zaakceptować na ekranie ;)

Mulan

Tak, dokładnie – bajka Disneya. Znowu fantastyczny humor, który śmieszy nawet dorosłych. I piękna historia w tle. To, co jednak dla mnie najważniejsze, to wysiłek Mulan i jej walka o to, by pokonać swoją słabość. Piosenka, która to obrazuje, była moim motywatorem przed nauką do kolokwium (wersja polska TU)

U Disneya, jak również w wielu musicalach, charakterystyczne jest to, że wiele ważnych wydarzeń poprzedza lub podsumowuje piosenka. Być może wyraża to naszą ludzką potrzebę ubierania w słowa (i w dźwięki) tego, co ważne. Kto wie, może to także zachęta dla mnie?

Gdybym miała napisać piosenkę o tym, co było w moim życiu najważniejsze – co by to było? Gdybym chciała wyśpiewać Bogu i światu albo żal i rozczarowanie, albo zachwyt i wdzieczność – jakie życiowe wydarzenie chciałabym opisać? A może taka piosenka to sposób na codzienność? Może każdego dnia jest szansa na zalezienie czegoś, co poderwie nas do tańca?

Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki.  A Miriam przyśpiewywała im:
„Śpiewajmy pieśń chwały na cześć Pana,
bo swą potęgę okazał,
gdy konie i jeźdźców ich
pogrążył w morzu”. (Wj 15,20)

Nie zawsze trzeba przejść przez Morze Czerwone, by wyśpiewać Bogu pieśń wdzięczności. Czasem wystarczy po prostu spojrzeć na to, co obok nas – na ludzi, relacje i wydarzenia. Czasem wystarczy się tym ucieszyć. Taka pogoda ducha przyciąga mnie do niektórych filmowych tytułów – może dlatego, że tęsknię za nią na co dzień… :)

 

 

niezwykłość w tłumie

To była zwykła kolejka podmiejska, wypełniona ludźmi, jak zwykle późnym popołudniem. I nagle w tłumie wypatrzyłam ją:

czyli Brienne z Tarthu. Nie miała na sobie zbroi, nie wymachiwała też mieczem – nosiła zwykłe dżinsy i wpatrywała się w ekran telefonu. Uśmiechnęłam się do siebie myśląc, jak łatwo w jednej chwili zmienia się moje spojrzenie na ludzi dokoła. Mogę widzić w nich po prostu tłum. Mogę też zobaczyć to, co ich wyróżnia.

Oprócz dziewczyny łudząco podobnej do bohaterki „Gry o tron” podróżowała ze mną dzisiaj również zamyślona kobieta w sukience jak z filmów z Audrey Hepburn. Gdy okazało się, że nosząca kwiecistą spódnicę jasnowłosa wersja Ani Shirley czyta jedną z książek Lucy Maud Montgomery, stwierdziłam że nic mnie już nie zdziwi. Wsiadłam do pociągu w tłumie ludzi zmęczonych jak ja, szukających miejsca siedzącego i próbujących zająć czymś myśli, by nie nudzić się w drodze. Nagle jednak zniknął tłum, a pojawiło się pełne fascynacji przekonanie, że każda z otaczających mnie osób ma w sobie coś niezwykłego.

Zachwycam się czasem bohaterami filmowymi czy książkowymi, tymczasem ktoś, kto siedzi obok może być geniuszem matematycznym albo robić zdjęcia, których nie powstydziłoby się National Geographic. Może też na przykład fascynować się zwyczajami żywieniowymi rzęsorka wodnego albo być mistrzem w składaniu origami. Nie wiem nic o ludziach, którzy mnie otaczają. Kto wie jednak – może o nich też można by napisać książkę? Być może w rozmowie o swoim życiu zachwyciliby mnie pasją i podejściem do codzienności? :)

Mogłabym podsumować dzisiejszą podróż prawdziwym stwierdzeniem, że w pociągu było duszno i że jak zwykle spóźnił się o kilka minut. Ja jednak widziałam dzisiaj zupełnie inne rzeczy. Tyle narzeka się na obojętność i wygodnictwo, a w ciągu kilku minut dwóch młodych mężczyzn zerwało się, by ustąpić miejsca najpierw mamie w ciąży, a potem starszej pani. Konduktor wykazywał się heoriczną wręcz cierpliwością, wypisując bilety i tłumacząc zawiłości rozkładu jazdy na trasie prowadzącej na Kaszuby. Ktoś przepuścił kogoś w drzwiach, ktoś inny zareagował na słowa o złym samopoczuciu i pomógł w wyjściu z pociągu.

Gdybym chciała, mogłabym znaleźć powody do narzekań na dzisiejszy świat, dzisiejszą młodzież i poziom usług przewoźników kolejowych. Ale dzisiaj nie chciałam. Czy tylko dzięki temu widziałam dobro? Czy też trafili mi się wyjątkowi współpasażerowie z anielskim rodowodem? A może naprawdę wystarczy tylko zmienić swój sposób patrzenia tak jak filtr w obiektywie? I szukać, szukać, szukać dobra.

 

odwaga by żyć zwyczajnie.

Mało mnie tu ostatnio. Czas pędzi jak szalony, a obowiązki pochłaniają. Są zresztą bardzo zwyczajne – praca, dom, dzieci. Od kiedy u mojego synka potwierdzono alergię na kilka składników codziennej diety, jestem bardziej kobietą gotującą niż pracującą. Wróciłam do samodzielnego wypieku pieczywa, poluję też na ekologiczne mięso. Nie, nie z bronią w ręku :)

ale w odpowiednich alejkach sklepowych, co też pochłania sporo czasu.

W tej chwili czekam, aż wyrośnie ciasto na dwa bochenki chleba. Okazało się, że nie opłaca się piec jednego – dzieci wpatrują się w piekarnik z większym zainteresowaniem niż w ekran telewizora, czekając kiedy będą mogły porwać gorącą pajdę. Magia :) Warto upiec chleb choćby po to, żeby zobaczyć ich miny i radość…

Do tego, żeby żyć zwyczajnie, trzeba mieć wiele odwagi” (Soren Kirkegaard) – przeczytałam ostatnio (o tu). Pomyślałam, że to prawda. W świecie, w którym popularność mierzy się lajkami pod zdjęciami na Facebooku  – trzeba mieć odwagę, by żyć zwyczajnie. Można przecież pochwalić się wizytą w niezwykłej restauracji na drugim końcu świata, ale tym, że po raz trzeci w tym tygodniu robi się rosół, chyba już niekoniecznie…

Jesteśmy przyzwyczajeni do nadzwyczajności. Nikt nie ekscytuje się powtarzalnym jak wezwania litanii nabożeństwem majowym, a na rekolekcje ze znanym charyzmatykiem ciągną tłumy – bo jest szansa na doświadczenie czegoś szczególnego. Kolejne dni mijają niezauważone, bo w gąszczu obowiązków i codziennych małych wyzwań nie widzimy niczego godnego uwagi. Czekamy za to na wiosnę (długo w tym roku), na lato, wakacje, zastrzyk gotówki albo chwilę, gdy ukochany wreszcie domyśli się, o co nam chodzi. Nadzwyczajność przyciąga nas jak magnes. Trzeba wielkiej odwagi by pozwolić innym na takie poszukiwania, a samemu skupić się na tym, co tak prozaiczne jak zwyczajny chleb. Bo chleb, tak jak inne owoce naszej pracy, karmi innych…

Za dwa tygodnie wybieram się do Warszawy na konferencję „Być kobietą urzekającą”. Jakiś czas temu wystąpiłam w telewizji, ostatnio udzieliłam krótkiego wywiadu. Takie wydarzenia, które uważam za pewnego rodzaju wyróżnienie, cieszą mnie, a zarazem autentycznie dziwią. To zabrzmi być może jak fałszywa skromność, piszę jednak zupełnie szczerze – jestem tylko zwyczajną mamą, która dzieli się swoimi przemyśleniami. Jestem jedną z wielu kobiet, które starają się przeżywać codzienność z Panem Bogiem. W moim otoczeniu znalazłabym sporo osób, które o życiu wiarą mogłyby powiedzieć o wiele więcej. Na co dzień nie rzucają się w oczy. Pracują, wychowują dzieci, działają w Kościele. Ich codzienność jest bardzo zwyczajna, tak zwyczajna, że prawie ich nie widać. Są jednak siłą tak potężną, jak ewangeliczny zakwas – zmieniają świat przez odwagę życia w sposób zwyczajny. Zmieniają go przez wierność swoim obowiązkom – a w tym mało atrakcyjnym sformułowaniu nie kryje się nic innego, jak miłość okazywana najbliższym i Bogu. Zmieniają świat nie przez rewolucję, lecz po cichu – od środka.

Jestem pewna, że Ty też należysz do takich kobiet. Może sama nie zauważasz tego, bo pochłania Cię codzienność i wszystkie drobne, a czasem nużące sprawy, które dźwigasz na swoich ramionach. Ale nawet jeśli tego nie dostrzegasz, są obok Ciebie ludzie, dla których jesteś jak chleb – Twoja obecność „karmi”, daje siłę, wspiera. Twoja miłość z kolei zmienia świat, po cichu, od środka. I to jest nadzwyczajne w swojej zwyczajności!

Do tego, żeby żyć zwyczajnie, trzeba mieć wiele odwagi„. Życzę dzisiaj i sobie, i Tobie, takiej właśnie odwagi. Życzę nam tego, bo za chwilę wstanę od komputera, zajmę się obiadem i wieszaniem prania. I nie zamierzam czuć się w tym wszystkim jak w trakcie odrabiania pańszczyzny. Nie zamierzam odliczać godzin do końca dnia, by wieczorem skreślić kolejną datę w kalendarzu w oczekiwaniu na urlop. Chcę cieszyć się zwyczajnością, bo ona ma sens, a ode mnie zależy, jak wiele radości uda mi się z niej czerpać.

 

 

wpadłam w sieć, czyli co straciłam będąc offline.

Hipermarket w Gdańsku. Szybkie zakupy przed pracą, którą zaczynam po południu. Po przebieżce między sklepowymi półkami postanawiam zjeść wczesny obiad, korzystając z szerokiej oferty kilku restauracji z centrum handlowym. Gdy w końcu siadam przy stoliku i zaczynam spokojnie jeść, rozglądam się dokoła. Obok mnie – ludzie zabiegani tak jak ja, siedzący pojedynczo lub w parach. Wszystkich (absolutnie wszystkich!) łączy jedno – telefon w dłoni. Patrząc na to i widząc ten absurdalny obrazek (bo przecież talerze pełne jedzenia! i widelec w jednej, a smartfon w drugiej ręce!) mam ochotę…wyjąć telefon, zrobić zdjęcie i wrzucić je na Facebooka. Czyli – zaraz, zaraz, o zgrozo – zrobić to samo, co reszta osób konsumujących lunch w galerii handlowej…

Sytuacja numer dwa – newsletter jednego z moich ulubionych sklepów odzieżowych i kupon uprawniający do sporej zniżki. Rabat obowiązuje jednak tylko z przypadku zakupów w sklepie online przy wykorzystaniu specjalnej aplikacji (którą oczywiście muszę ściągnąć i zainstalować). „Jaki w tym biznes?” – myślę. „Przecież jeśli będę chciała coś kupić, a oni będą chcieli mi to sprzedać taniej, to ich dochody będą identyczne w przypadku zakupu w salonie i w sieci.” Szybko jednak przychodzi refleksja – przecież z komórką w ręku kupuje sie szybciej, a w przypadku wydawania wirtualnych pieniędzy ma się zazwyczaj szerszy gest. I wszystko jasne. Ktoś chce, żebym wpadła w sieć…

Mijają trzy tygodnie od momentu, gdy szczególnie mocno zobaczyłam, że sieć może być nie tylko pomocna – jak wtedy, gdy włączam nawigację w Google Maps i nie martwię się, ze nie trafię). Sieć może działać tak, jak się kojarzy – więzić i ograniczać, choć w bardzo dyskretny sposób. Dlatego jakiś czas temu usunęłam ze swojego telefonu aplikację Facebooka. Nadal korzystam z wielu udogodnień. Dzięki smartfonowi nie martwię się zakupem biletu na podmiejską kolejkę, mam zawsze dostęp do Biblii i w każdej chwili mogę wysłać wiadomość do znajomych. Straciłam jednak możliwość śledzenia Facebooka w każdym miejscu i czasie. I to nie wszystko – dopiero później zorientowałam się, że straciłam dużo więcej.

Straciłam coś, co zajmuje moje ręce i myśli, w związku z czym nie mam wyboru – muszę kierować wzrok nie na swoje dłonie, ale przed siebie. Na przykład na drugiego człowieka. Nie tylko w centrum handlowym, w kolejce podmiejskiej czy w pracy. Również w domu, kiedy moje dziecko pragnie podzielić się ze mną odkryciem nie mniej ważnym niż to, jakim dla ludzkości było wynalezienie żarówki czy silnika parowego – że klocki lego można ułożyć w statek z „Gwiezdnych wojen”. „Mamo, popatrz” – krzyczy mały głosik, a ja nie mam już wymówki. Nie odpowiadam: zaraz, za chwilkę, załatwię tylko jeszcze jedną rzecz. Straciłam możliwość bycia w dwóch światach na raz – w świecie realnym i tym składającym się z uśmiechniętych zdjęć znajomych i rosnącej liczby lajków. Straciłam – i Bogu dzięki za tę stratę, bo ona naprawdę jest zyskiem…nawet jeśli uśmiechu mojego syna nie uchwycę na zdjęciu i nie wrzucę na Facebooka.

Straciłam coś jeszcze. Straciłam świat informacji i nieustannych zmian, świat który mogłam śledzić, do którego w każdym momencie mogłam się podpiąć, by przez chwilę być jego częścią. Ta „chwila” zazwyczaj znacznie się przeciągała, a ja przyzwyczaiłam się do ciągłego scrollowania. I nagle – skończyło się. Chcąc być na bieżąco i zająć czymś myśli, musiałam stracić kilka złotych na to, żeby kupić jeden ze swoich ulubionych tygodników. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak rzadko do niego ostatnio sięgałam. Siadając na wygodnej kanapie, z filiżanką kawy w ręku, pomyślałam po raz kolejny, że taka strata jest dla mnie samą radością, a przewracanie kolejnych stron i zapach farby drukarskiej same w sobie kojarzą się z relaksem.

Usłyszałam ostatnio mocne słowa: „najgorszym, co może spotkać dziecko, jest rodzic z telefonem komórkowym”. I pewnie napotka to na głosy sprzeciwu. Pewnie znajdą się tacy, którzy będą się licytować: że są gorsze nałogi, że więcej szkody wyrządza brak środków finansowych czy inne zaniedbania. A ja, chociaż zazwyczaj daleko mi radykalizmu, mimo wszystko zgadzam się z tym zdaniem. Stworzyliśmy sobie social media czyli coś, co miało pomóc człowiekowi być bliżej drugiego człowieka. W praktyce okazuje się jednak, że bardziej nas to dzieli niż łączy. Na pewno też przeszkadza w byciu tak naprawdę – w byciu tu, w byciu teraz. Jeśli więc świadomie robimy w świecie social media trzy kroki w tył, jeśli pozwalamy sobie na to, żeby zwolnić tempo,  nie być na czasie, żeby coś przegapić, to czy tak naprawdę jest to stratą? Czy może raczej zyskiem?…

 

Joasia od miłości niezwykłej.

„Urwisy są jak zwykle pełne życia. Mam przy nich co robić, bo ciągle sę boję, żeby nic im się nie stało i dlatego muszę zawsze ich pinować. Są w tym wieku, że trzeba stale mieć je na oku, ale są wspaniałe w swej niewinności.”

To nie wypowiedź z internetowego forum dla mam, ale fragment listu sprzed ponad pięćdziesęciu lat. W ten sposób domową codzienność opisywała swojemu mężowi Joasia. Wraz z Piotrem tworzyli zgodne, pełne miłości małżeństwo, tym bardziej więc częste wyjazdy męża ciążyły młodej mamie. Joasia była jednak kobietą pogodną i silną, radziła więc sobie i z ząbkowaniem, i w chwilach, gdy trójka maluchów złapała grypę żołądkową. Drobne wyzwania domowej codzienności były wtedy zadziwiająco podobne do tych, z którymi sama się mierzę.

Niektórzy dystansują się wobec niej, bo mogła sobie pozwolić na wynajęcie pomocy domowej czy ogrodnika, a więc żyła dostatniej niż większość z nas. Ja jednak patrząc na nią, czuję nadzieję, bo widzę kogoś, kto jest bardzo zwyczajny. W Joasi widzę dowód na to, że świętość jest dla każdego, nie tylko dla tych, którzy ewangeliczne słowa o sprzedaniu swoich majętności potraktują dosłownie i rzucając wszystko, wyjadą na drugi koniec świata. Świętość jest też dla tych, którzy wyjeżdżają co najwyżej – jak Joasia – w góry na urlop z dziećmi. Jest dla tych, którzy zostają w pracy po godzinach, którzy nie zawsze mają czas, by wejść codziennie do kościoła, ale odkrywają, że można się modlić ot chociażby przy obieraniu ziemniaków. Świętość jest dla tych, których największym wyzwaniem bywa próba przyniesienia ulgi ząbkującemu maluchowi. I nie przeszkadza w niej to, że realizuje się swoje pasje (jak góry i narciarstwo Joasi), że dba się o swój wygląd i modne ubrania, że jest się jednocześnie kochającą mamą i osobą oddającą się pracy zawodowej.

„Wiesz, Gina, jak bardzo się cierpi, gdy trzeba umierać, zostawiając takie malutkie dzieci! (…) Wiesz, jak inaczej ocenia się rzeczy, leżąc na łożu śmierci… Jak nieistotne wydają się różne rzeczy, do których świat przywiązuje wielką wagę!”

Joasia świadomie oddała życie za swoje czwarte dziecko. Miała wybór – ratować siebie albo zaryzykować i pozwolić, by Życie, które rozwijało się pod jej sercem, miało szanse przetrwać. To Życie ma na imię Gianna Emmanuella. Bo Życie zawsze ma konkretne imię…

Dzisiaj wspominamy ją w Kościele –  Joasię zwyczajną, pełna matczynej troski, z radością przeglądającą katologi mody i wędrującą po górach, a jednak w tym wszystkim Joasię – świętą. Uczę się od niej tego, żeby doceniać każdy dzień, w którym mogę być z moimi dziećmi. Uczę się dostrzegać Życie – nie tylko tam, gdzie drastycznymi zdjęciami krzyczą o nim przeciwnicy aborcji (bo do takich akcji, mimo bycia zdecydowanie pro life,  nie mam przekonania). Uczę się dostrzegać je w każdym drobiazgu i w tym wszystkim, co zwyczajne, szukać drogi do miłości niezywkłej. Czyli do świętości.

„Najdroższe moje skarby, tatuś przywiezie wam mnóstwo, mnóstwo słodkich pocałuków. Bardzo bym chciała do was przyjechać, ale muszę leżeć w łóżeczku, bo troszkę boli mnie brzuszek. Bądźcie grzeczni (…) Mam was w moim sercu i myślę o was w każdej chwili. Z wielką miłoścą całuje was i ściska wasza mamusia”.

Święta Joasiu – módl się za nami.

(Fragmenty listów i wypowiedzi pochodzą z książki „Joanna Beretta Molla. Święta, która oddała życie za życie swojej córki”)

Miłosierdzie – to widzieć dziecko…

Bycie rodzicem to duża odpowiedzialność. Pamiętam swoje przerażenie po pierwszej wizycie u pediatry, w dodatku z wcześniakiem lekkim jak piórko – tyle rzeczy do ogarnięcia, badań do zrobienia, spraw do dopilnowania. A potem jest tego przecież coraz więcej. To może banalne, ale jeśli chcę, żeby moje dziecko miało prosty kręgosłup, muszę zadbać o odpowiednią gimnastykę. Jeśli we właściwym wieku nie zastosuję się do zaleceń ortodonty, może się to skończyć utrwaleniem wady zgryzu. To pozornie drobiazgi, ale chyba dla każdego jest to oczywiste – skutki niektórych zaniedbań rodziców można po jakimś czasie bardzo łatwo zauważyć, bo rzucają się w oczy.

Rzucają się w oczy: skrzywione kręgosłupy, koślawe kolana i krzywe zęby. W dużo mniejszym stopniu widać jednak zranione uczucia, zachwiane poczucie bezpieczeństwa i brak wiary z ludzką życzliwość. To też skutki niektórych zaniedbań, jakich dopuścili się najbliżsi. I często dzieci są im winne w równie niewielkim stopniu jak wtedy, gdy ktoś z dorosłych nie dba o ich zdrowie i rozwój fizyczny.

Zauważam często to, co mnie samą dotyka i rani. Zauważam wycelowaną we mnie złośliwość, a nie dostrzegam, że to tak naprawdę lęk przed zranieniem – lęk serca, które nauczyło się atakować, by wyprzedzić zadanie ciosu. Zauważam arogancję i przesadną pewność siebie, a nie widzę, że tak naprawdę to głos dziecka, które musiało dorosnąć zbyt szybko i zostało obarczone odpowiedzialnością ponad swoje dziecięce siły. Zauważam to, co złe, a nie widzę tego, co jest prawdziwą przyczyną takiego zachowania. Rzadko jest tak, że ktoś z premedytacją będzie chciał mnie zranić, odtrącić czy obrazić. Dużo częściej będzie się tak działo, bo nie umie inaczej. Czego Jaś się nie nauczył, tego i dorosly Jan nie umie zrobić. I choć często próbuje, nauka jakiekolwiek nowej czynności w wieku dorosłym jest trudniejsza niż gdy jest się dzieckiem – zarówno jeśli chodzi o naukę mowy, jak i umiejętność okazywania uczuć…

Ronald Russel napisał takie słowa (a to tylko fragment jego wypowiedzi):

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które jeszcze wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Pomyślałam dzisiaj, że Miłosierdzie polega właśnie na tym – żeby zobaczyć w drugim dziecko. Pewnie to naiwne. Pewnie ktoś powie, że nie można wszystkiego tłumaczyć trudnościami z przeszłości ani usprawiedliwiać w ten sposób każdego zła. Pewnie ja sama często jestem skłonna zbyt mocno osądzać i oceniać, zanim pomyślę, jakie może być prawdziwe źródło czyjegoś zachowania. A jednak moje (trochę naiwne) kobiece, matczyne serce widzi z tym swoją własną definicję bycia miłosiernym.

Ktoś, kto mnie dzisiaj wyśmiał, wczoraj sam mógł doświadczyć tego ze strony swoich najbliższych.

Ktoś, kto dzisiaj nadużył mojego zaufania, wczoraj sam mógł doświadczyć zdrady.

Ktoś, kto dzisiaj uderzył mnie w prawy policzek, wczoraj sam mógł być ofiarą przemocy, jakiej żadne dziecko doświadczać nie powinno. I czuje skutki dawny wydarzeń, nawet jeśli dawno przestał już być dzieckiem.

Oczywiście – muszę w takich przypadkach stawiać granicę. Muszę reagować, sygnalizować że dzieje się coś niedobrego, a jeśli trzeba, nazywać zło po imieniu. To muszę robić.

Nie muszę natomiast osądzać. Nie muszę oceniać, wtłaczać w ciasne schematy i naklejać etykietek: samolubny, leniwy, arogancki. Nie muszę do tego zła, które się dzieje, dokładać kolejnego – nawet jeśli podpowiada mi to moja urażona duma albo zranione uczucia. To pewnie trochę naiwne, wiem, tak samo jak naiwnym wydaje się nadstawienie drugiego policzka. Patrzę jednak na Krzyż i na Kogoś, kto umarł za mnie, gdy byłam jeszcze grzesznikiem (Rz 5,8). I nie potrzebuję już żadnych innych wyjaśnień…

wszystko na plus.

Najpierw był Kopciuszek i Śpiąca Królewna, potem – pełne magii bajki Disneya, a w końcu – Pretty Woman i Dirty Dancing. W tym wszystkim obecna wszędzie bez wyjątku, choć nigdy nie ubrana w słowa, tęsknota za miłością. Tęskona za byciem dla kogoś ważnym – na tyle, że przemierzał kolejne kilometry z jednym pantofelkiem w dłoni albo dostrzegał piękno i wyjątkowść tam, gdzie inni widzieli tylko jedną z wielu twarzy. Tęsknota za byciem kimś – nie jednym z wielu, nie częścią tłumu, ale kimś wyjątkowym, bez kogo świat nie ma sensu.

Dzisiaj w nocy będziemy śwętować ŻYCIE. Będziemy świętować zmartwychwstanie, zwycięstwo nad śmiercią i grzechem, ale przede wszystkim – Miłość. Miłość, która jest właśnie taka – jak z bajki, ale prawdziwa. Bóg wprawdzie nie biegnie za Tobą, próbując na siłę włożyć na Twoją stopę zgubiony wcześniej pantofelek. Nie narzuca się i nie działa na siłę. Ale działa w bardzo konkretny sposób – i to jak! Żadna bajka nie ośmieliła się pójść tak daleko w próbie opisania, czym jest miłość. W żadnej z miłosnych historii przeniesionych na wielki ekran, główny Bohater nie oddaje tak wiele za kogoś, kto nie może Mu zaoferować zupełnie nic, oprócz miłości przez małe „m”. Miłości zagłuszanej przez grzech i słabości, nieśmiałej i chwiejnej.

On ukochał Ciebie jak księżniczkę z bajki. Ukochał Ciebie, księżniczko, tak bardzo, że nic nie wydawało Mu się szaleństwem – ani narodziny w szopie, gdzieś na końcu świata, ani śmierć, na którą skazywano tylko niewolników i najgorszych przestępców. Poszukiwania Kopciuszka to pestka w porównaniu z ciemnymi dolinami, którymi wędrował po Twoich śladach za każdym razem, gdy biegłaś przed siebie w buncie czy rozpaczy. A pusty grób jest większym dowodem miłości niż najpiękniejszy pałac z bajki. Bo oznacza ŻYCIE – na zawsze i w radości.

To dla Ciebie to wszystko. Dla Ciebie ta Miłość – silniejsza od śmierci i grzechu. Miłość zamknięta w krzyżu Jezusa, który Bóg dopisuje do naszego życia jak znak „plus” w równaniu. Wszędzie tam, gdzie mamy braki, dopełnia je jego Krzyż, znak Zbawienia. Choćby nam się wydawało, że oddala nas od niego milion naszych „nie” i przepaść braków i ułomności  – On to wszystko przemienia. Na plus.

Skoro moc tej miłości sprawia, że Jezus przyjmuje na siebie cierpienie i znosi je bez słowa sprzeciwu, skoro jej siła przywraca do życia i bez trudu odsuwa kilkutnowy kamień sprzed grobu, to czy naprawdę sądzisz, że jakakolwiek z Twoich słabości może być dla niej przeszkodą? :)

 

jak nie zrobić JAJ z WIELKANOCY (5 podpowiedzi)

Zobaczyłam niedawno w telewizji reklamę jednego z filmów dla dzieci – „Zając Max ratuje Wielkanoc”. Już sam tytuł wzbudził we mnie sprzeciw, o jaki bym siebie nie podejrzewała, bo rzadko jestem wojującą katoliczką. Tym razem jednak ze smutkiem pomyślałam, że z Wielkanocą może stać się to samo, co ze świętami Bożego Narodzenia. Kiedy byłam małą dziewczynką,wiedziałam że prezenty przynosi Gwiazdor, czyli ktoś z czerwonym kubraczku, z ogromnym workiem pełnym podarunków. Na tym moja wiedza się kończyła. Moje dzieci natomiast znają opowieści o biegunie północnym, elfach- pomocnikach świętego Mikołaja i reniferach, które mają konkretne imiona. Mitologia się rozrosła (pewnie również dlatego, że przejęliśmy ją w dużej mierze z krajów anglosaskich, a Dziadek Mróż przeszedł na emeryturę).

Czy chcę, żeby to samo stało się z Wielkanocą? Zdecydowanie NIE. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie świeckiego świata bez Bożego Narodzenia i naprawdę bardzo lubię cały ten klimat – zapach pierniczków, choinki z czerwonymi dekoracjami i świąteczne piosenki. Jestem za to w stanie wyobrazić sobie świecki świat bez Wielkanocy, bo równie dobrze można w tym czasie świętować pierwszy dzień wiosny albo święto pierwszych przebiśniegów. Jeśli Wielkanoc ma oznaczać tylko tyle, że ktoś – jak zając Max – rezygnuje z aspiracji, by być członkiem miejskiego gangu (sic! bajka dla dzieci!), bo odkrywa bajkową krainę wielkanocną – to ja bardzo proszę: nie idźmy tą drogą. Zostawmy Wielkanoc taką, jaka jest, albo raczej jaka być powinna.

To nie zając Max ratuje Wielkanoc. To Jezus uratował – i Wielkanoc, i cały świat. Mnie osobiście uratował. Wiem, że nie każdy musi w to wierzyć  i szanuję to. Nie wychodzę  manifestować tego na ulicę, nie pukam do drzwi domów, rozkazując wieszać krzyż na ścianach i nikomu nie każę świętować tej WIELKIEJ NOCY. Mam jednak takie marzenie, żeby to święto było tym, czym jest – świętem zwycięstwa Życia nad śmiercią. Mam takie marzenie, żeby to była naprawdę albo Wielka Noc z Jezusem Chrystusem w roli głównej – albo nic. Jeśli to ma być tylko święto pisanek, zajączków i „wielkanocnej magii”, to nie nazywajmy tego Wielkanocą…

To moje marzenia – a konkrety? Co zrobić, żeby nadchodzące dni były czymś więcej, niż tylko wsparciem przemysłu drobiowego i jajczarskiego w Polsce? I jak sprawić, żeby nasze dzieci wiedziały, kto tak naprawdę „uratował Wielkanoc”?

Mam kilka pomysłów:

  1. Plan minimum

Jestem prawie pewna, że nie zdążę umyć okien i wyprać firanek. Wiem za to, że muszę nadgonić prasowanie – z tej prostej przyczyny, że dzieci muszą mieć co na siebie włożyć :) Oczywiście mogłabym spróbować zrobić wszystko, tak żeby dom lśnił czystością. Doba ma jednak tylko 24 godziny, a ja w przedświątecznym zabieganiu chciałabym znaleźć czas nie tylko na sprzątanie i gotowanie, ale również na BYCIE z innymi. Dlatego stawiam na plan minimum i zrobienie tego, co uważam za konieczne.

 

2. Nie wszystko musi się udać.

Przygotowując w zeszłym roku ciasto, w Wielką Sobotę stanęłam w kuchni przed całą górą przeróżnych składników, po czym zaczęłam czytać przepis: „Poprzedniego dnia przygotować …”. Jak to poprzedniego dnia?? Jak to wczoraj, skoro mamy już dzisiaj i ciasto ma być gotowe na już??.. Pamiętam, że mimo wszystko zrobiłam to ciasto, a jednak zupełnie nie pamiętam, jak smakowało. Okazało się, że nie to było najważniejsze. Może w takim razie warto nieco odpuścić? Przesolona sałatka to nie koniec świata, za to skwaszona mina może skutecznie przeszkodzić w doświadczaniu świątecznej radości :)

3. Zrób coś z dziećmi

Moja córka niedawno zaskoczyła mnie, spontanicznie dziękując i wymieniając różne domowe atrakcje, które staram się organizować dzieciom. Pieczemy razem ciasteczka, wykonujemy ozdoby, zorganizowaliśmy kiedyś nawet domowe laboratorium (korzystając z tych podpowiedzi, które okazały się rewelacyjne). Kilka dni temu zasialiśmy rzeżuchę, a przed nami wspólne ozdabianie mazurków i robienie pisanek. Wspólne spędzanie czasu oznacza jednak również inne czynności – dzieci chętnie pomogą w domowych porządkach, jeśli tylko odpowiednio się je zmotywuje oraz wytłumaczy, że skoro chcemy wspólnie świętować, to odbrze by było również wspólnie przygotować to świętowanie. A poza tym zawody w ścieraniu półeczek na czas i dokładność to dobra zabawa :) Wspólne sprzątanie to jednak oczywiście tylko zewnętrzne przygotowania. Doceniam jednak ich wagę, bo pomagają dzieciom doświadczyć tego, że rodzina dzieli ze sobą nie tylko chwile pełne radości, jak szukanie słodyczy, które przyniósł zajączek, ale również trud, który je poprzedza.

4. Podziel się wiarą

Wspólnie spędzany czas może być okazją do tego, żeby opowiedzieć o tym, co jest najważniejsze w świętowaniu Wielkanocy. Myślę że jeśli opowiadamy o tym prostymi słowami, naturalnie i od serca, do dzieci trafia to dużo bardziej, niż na szkolnej katechezie (z całym szacunkiem i sympatią do tej ostatniej). Podziel się wiarą, opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne. I w miarę możliwości – zabierz dzieci do kościoła nie tylko na święcenie pokarmów. W wielu miejscach liturgia Triduum Paschalnego sprawowana jest nie tylko dla dorosłych, ale też specjalnie dla dzieci (w Gdańsku np. u jezuitów, w Warszawie więcej szczegółów tu). To dobra okazja, żeby pokazać wyjatkowość i piękno tego czasu oraz żeby nieco przesunąć akcenty – zajączek jest ważny (bo przecież czekolada to pierwsza miłość większości dzieci), ale jest Ktoś ważniejszy… :)

5. Zwolnij

Ostatnie dni były dla mnie wyjatkowo intensywne, wiem więc jak łatwo jest powiedzieć: „zwolnij”, a jak trudno zastosować się do tej rady w życiu. Bardzo chciałabym jednak pobiec  za Jezusem tak jak Maria Magdalena po odkryciu pustego grobu (J 20,2). Chcę pobiec, ale dopiero wtedy, gdy nocne czuwanie przerwie okrzyk radości: że prawdziwie zmartwychwstał! Żeby to było możliwe, muszę jednak najpierw zatrzymać się, żeby nie przegapić tego, co najważniejsze. Udział w liturgii Triduum Paschalnego to najlepsza pomoc – nawet jeśli przez większość dnia zajmują mnie obowiązki, to jest czas, kiedy mogę skupić się na Tajemnicy Miłości i doświadczyć tego, że ona wciąż się dzieje, że nie dotyczy tylko przeszłości. Przez cały rok czekam na słowa, które usłyszę wieczorem: „On to w dzień przed męką za zbawienie nasze i całego świata, to jest dzisiaj, wziął chleb w swoje święte i czcigodne ręce…”

Zwolnij, bo On przychodzi dzisiaj – i to niezaleźnie od daty w kalendarzu. Przychodzi dzisiaj i tutaj, w kościele i gdy mieszasz świąteczny żurek w kuchni, w swoim Słowie, ale i w każdym spotkaniu z drugim człowiekiem. Niech nadchodzące dni pomagają to odkrywać. Niech przyniosą doświadczene bycia ukochanym i uratowanym – z Miłości. Tego życzę bardzo :)

zacznij od Słowa (top 5)

Kawa i gazeta – tak mogłabym sobie wyobrazić idealne rozpoczęcie dnia jeszcze kilka lat temu. Niewiele jest dla mnie czynności równie relaksujących, jak niespieszna lektura kolejnych stron i delektowanie się ulubionym napojem. Od kilku lat w moim ręku dużo częściej znajduje się raczej telefon lub tablet, a jednak idea pozostaje podobna – posiedzieć chwilę, popatrzeć na to, co dzieje się w świecie, spokojnie pomyśleć…

Ignacy Loyola, zanim jeszcze został świętym, poczynił pewne obserwacje dotyczące tego, w jaki sposób to, co czytał i myślał, wpływało na jego samopoczucie. Gdy rozmyślał „o rzeczach światowych doznawał w tym wielkiej przyjemności” ale – „kiedy znużony porzucał te myśli, czuł się oschły i niezadowolony.” Ja w pewnym momencie zauważyłam, że bardzo podobnie wpływa na mnie rozpoczynanie dnia od przeglądu najświeższych wiadomości. Tak naprawdę wtedy dociera do mnie coś więcej, niż tylko suche fakty i informację. Korzystając z serwisów informacyjnych, przejmuję też dużą część emocji, które one próbują mi sprzedać (i używam tego słowa celowo). Nie bez powodu nagłówki krzyczą negatywnymi lub budzącymi lęk sformułowaniami. To ma przyciągnąć moją uwagę, skłonić do kliknięcia na kolejną stronę, odsłaniając przy okazji kilka reklam. A ja czytam, analizuję i chłonę obraz świata, który zawsze jest jakąś konkretną jego wizją – bardzo często mało pozytywną.

Nie chodzi o to, żeby nie oglądać wiadomości. Chodzi o to, że ja tak naprawdę staję się tym, czym się karmię. Jeśli od rana karmię się lękiem i zatroskaniem, do czego będą w ciągu dnia uciekać moje myśli? Jeśli podsycam w sobie niechęć, czytając o zwolennikach czy przeciwnikach konkretnej partii politycznej, czy doprowadzi mnie to do wyrozumiałości, łagodności i cierpliwości względem drugiego?…

Dlatego zaczynam dzień od kawy i od Słowa. I pewnie nie jestem jedyna :) Można to Słowo smakować powoli, wchodząc w nowy dzień z jednym zdaniem z ulubionego psalmu. Można zacząć dzień od czytań mszalnych, szukając w nich inspiracji do  tego, w jaki sposób zmierzyć się z wyzwaniami, które nas czekają. Można sięgnać do brewiarza, sycąc się podwójnie – i samym Słowem, i świadomością tego, że cały Kościół modli się tego dnia tymi właśnie słowami.

Słowo Boże jest lampą dla moich stóp. Ale myli się ten, kto widzi w nim niewielką latarenkę, oświetlającą jedynie moje stopy i mały fragment mojej drogi. To nie jest taka lampa, którą ja niosę w reku, idąc sobie gdzie mnie nogi poniosą, w przypadkowym kierunku. To nie jest ledwie tlące się światełko, którego jasność zależy ode moich starań czy pobożności. To raczej światło, które wskazuje drogę – dokładnie tak, jak reflektory na lotnisku, które oświetlają podejście do lądowania. Słowo Boże to lampa, która sama wskazuje drogę i naprowadza na dobry szlak, tak że nawet po locie pełnym turbulencji, ląduję w końcu bezpiecznie u celu. I ma w sobie moc potrzebną do tego, by lądowanie było bezproblemowe nawet jeśli właśnie spotkała mnie awaria obu silników i pożar na pokładzie…

Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić moimi ulubionymi fragmentami z Biblii – właśnie takimi, które bezpiecznie sprowadzają mnie z niepewnych ścieżek i przypominają o tym, co najważniejsze. To słowa, które w jakiś sposób zmieniły moje życie:

1.

Od tych słów WSZYSTKO się zaczęło. Odkrycie tego, że Bóg kocha – w dodatku tak mocno, że nic tej miłości nie zachwieje – było dla mnie przełomem i wiązało się z głośnym „WOOOOOW”. Echo tego zachwytu wraca za każdym razem, gdy słyszę ten fagment. Pada tutaj szczególne hebrajskie słowo – hesed – które wyraża miłość i łaskę, silniejszą o zdrady i grzechu, bo jej podstawą nie jest ludzkie zachowanie, lecz wierność Boga.

2. 

Cały psalm 121 jest cudowną obietnicą. Lubię wracać do tych słów i przypominać sobie, że On naprawdę czuwa nam moim życiem. Regina Brett w książce „Bóg nigdy nie mruga” napisała, że przez długi czas była przekonana, że Bóg przegapił moment jej narodzin – że właśnie wtedy mrugnął, że nie zauważył jej przyjścia na świat, w związku z czym ona sama nie ma wielkiego znaczenia. Słowa tego psalmu przypominają mi, że On nie mruga :) nie zasypia i nie spuszcza mnie z oczu – a patrzy z ogromną miłością.

3. 

Nie umiem, nie potafię, nie nadaję się, nie jestem godna, nie wyjdzie mi – czasem powtarzam te słowa jak mantrę i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. On mówi mi coś innego: „Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy”. Święty Łukasz, relacjonując to uzdrowienie, dodaje potem: „Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.” I dla mnie to niezwykle wymowny obraz. Bóg, którego dotyk nie przytłacza, ale sprawia, że można wyprostować się, przestać patrzeć pod nogi a zacząć – w niebo.

4.

To taki fragment, który przypomina mi o tym, co naprawdę jest ważne. Bardzo wymowne jest słowo, którego używa tu św. Paweł, czyli „skubalon”, a które oznacza nie tyle śmieci, co dość dosane określenie… ekskrementów. Mocne, prawda? I często o tym zapominam, ale tak naprawdę wszystko jest nieważne i niewiele warte, jeśli na przeciwległej szali znajduje się relacja z Jezusem.

5.

Wyznanie miłości – przepiękne i chwytające ze serce… Przeczytałam te słowa w momencie, kiedy byłam zdecydowanie daleko od Boga i niczym nie mogłabym Go oczarować. A jednak to właśnie wtedy usłyszałam – nie wyrzuty, nie wyrok stwierdzający, że jestem winna, lecz słowa: „jak piękna jest miłość twoja…”. Przejmujące. Bo Bóg patrzy na nas inaczej i kocha inaczej.

*****

To pięć najważniejszych fragmentów z Biblii dla mnie. To słowa, które zostały przeczytane, ale nie zniknęły w niepamięci – wciąż są żywe i wciąż działają. Działają skutecznie – bo przecież to Słowo… :) Każda z tych grafk wykonana jest w formie zdjęcia w tle na FB, więc jeśli chcecie skorzystać – częstujcie się. A jeśli chciałybyście podzielić się Słowem, które dla Was ma szczególne znaczenie – będzie mi niesamowicie miło.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi