Święty, Mocny…

Z procesji Bożego Ciała, w których uczestniczyłam jako dziecko, nie pamiętam ani sypania kwiatków, ani widoku księdza z monstrancją. Pamiętam za to upał i kamienistą drogę, na której klęcząc, wsluchiwałam się w słowa: „Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!”. Boża obecność gubiła się jednak wśród słów, które brzmiały przerażająco: od powietrza, głodu, ognia i wojny… od nagłej i niespodziewanej śmierci…my grzeszni…

Mijały lata, w których znajomość z Panem Bogiem układała się różnie – od entuzjastycznych śpiewów i wznoszenia rąk w czasie modlitwy charyzmatycznej po wyrażany wprost bunt i niewiarę. Przez każdy z tych okresów prowadziła mnie dyskretnie Obecność, z której istnienia nie zawsze zdawałam sobie sprawę. W końcu jednak w jednym z wielu niewiarygodnie dogodnych zbiegów okoliczności zobaczyłam Jego prowadzenie. I wtedy dostrzegłam to, za co dziękuję każdego dnia – troskliwość Boga, który ma wszystko, a jednak zadaje sobie trud czuwania nad każdym moim krokiem.

Są ludzie, dla których On nie istnieje – i jestem w stanie to zrozumieć. Są tacy, którzy uważają, że stworzył świat, ale kompletnie się nim nie interesuje. Inni patrzą na Niego tylko przez pryzmat kościelnych błędów i niedociągnięć, mając chrześcijan za frajerów, naiwniaków albo hipokrytów. Nie oburza mnie to.

Nie dziwią mnie też ci, którzy tak jak ja kiedyś, usłyszeli tylko część prawdy. Bo to prawda, że On jest święty, wszechmocny i nieśmiertelny. Ale w swojej potędze nie łamie trzcny nadłamanej i nie gasi knotka o nikłym płomyku (Iz 42,3). Stworzył głębię oceanów i potężne góry, ale to On, nie kto inny, dał nam zapach maciejki w ciepły wieczór. I smak truskawek. Delikatność fiołków i misterną budowę płatków śniegu, z których każdy jest inny. Imieniem, pod jakim Go znam, nie jest siła i wszechmoc, ale Miłość.

Bóg święty i mocny mieszka nie tylko w kościele, a przez nasze życie przechodzi nie tylko w czasie procesji. Ja spotkałam Go dzisiaj bardzo zwyczajnie: w nerwowym poranku i swoim braku cierpliwości. W zapachu drożdżowego ciasta i popołudniu spędzonym na dobrych rozmowach. W kawałku Chleba, który przypomniał mi, że On chce mnie karmić, a nie rozliczać z tego, co mi się udało, a co zawaliłam. Bóg Święty i Mocny zamieszkał z nami od czasu gdy Słowo stało się Ciałem. Żeby Go spotkać nie trzeba wyszukanych pobożnych słów i długich godzin spędzonych na kolanach w kościele . To jest dużo prostsze. Naturalne jak oddech.

Do tego tak naprawdę zostaliśmy stworzeni.

Słowa mają moc.

Jakiś czas temu zostałam nazwana “blogerką katolicką”. Pomyślałam, że to ciekawe sformułowanie, którego jednak nie odniosłabym do siebie. Jestem po prostu mamą, w dodatku pracującą zawodowo (i to sporo) i angażującą się w życie Kościoła. Przy okazji też piszę bloga. Nie czuję się jednak “blogerką”. Bycie blogerem jest związane ze specyficznym stylem bycia i z odsłanianiem siebie nie tylko przez słowa, ale również zdjęcia czy filmy. Ja zatrzymuję się tylko na pisaniu.

Te przemyślenia skłoniły mnie jednak do zatrzymania się na dłużej przy tej ciekawej zależności – w jak ogromny sposób zależymy od SŁÓW. Jeśli mówię o sobie: “jestem blogerką”, pociąga to konkretne konsekwencje w moim zachowaniu. Jeśli z kolej powiem: “jestem mamą, która czasem pisze bloga”, to zestaw tych zachowań jest już nieco inny, bo coś innego jest priorytetem (bycie mamą). Słowa mają ogromną moc! Warto zastanowić się nad tym, jakich wyrażeń używamy do mówienia o sobie, bo wypowiadając słowa, definiując rzeczywistość, w pewien sposób nadajemy jej konkretny kształt.

W opisie stworzenia świata widzimy Boga, który nazywając kolejne rzeczy, porządkuje chaos. On nie tylko stwarza, lecz również nadaje nazwy i imiona. Do tego zadania zaprasza również Adama: Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa” (Rdz 2,19). Moja znajoma, która jest lingwistą, komentując ten fragment powiedziała (pokazując jak Bóg załamuje ręce): Oj, „nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. (Rdz 2,18). Mężczyźni śmieją się czasem, że jesteśmy zbyt gadatliwe, ale w tym przypadku, pomoc kobiety nie polega na ilości wypowiadanych słów. Kobieta pomaga w nazywaniu rzeczywistości dlatego, że dzięki swojej wrażliwości, potrafi zobaczyć więcej. Nasze emocje i dostrzeganie wielu szczegółów, zwłaszcza dotyczących relacji, to bezcenny skarb, który możemy wykorzystywać dla dobra swojego i innych ludzi.

W tej jednej z psychologicznych koncepcji dotyczących tożsamości (Hazel Marcus), występuje występuje określenie “ja możliwe”. Jest to zespół cech, pomocnych do wejścia w konkretną rolę lub sytuację w przyszłości. „Ja możliwe” może być pożądane lub niepożądane, a dzięki kreowaniu przyszłej wizji siebie może nas stymulować do działania w określony sposób albo hamować jakieś nasze zachowania. Jeśli na przykład chcemy się odchudzać, możemy wyobrazić sobie siebie jako osobę szczupłą, o wyglądzie jakiego pragniemy. Możemy też pójść w zupełnie innym kierunku, czyli wyobrazić sobie, jak możemy wyglądać, jeśli będziemy przybierać na wadze. To dwa rodzaje “ja możliwego”. Badania pokazują , że lepsze efekty działania odnosi się w przypadku wyobrażania sobie pozytywnych skutków podejmowanych wysiłków (czyli w tym przypadku – “ja możliwe” jako osoba szczupła i atrakcyjna).

To, w jaki sposób myślimy o sobie, jakimi słowami określamy swoje możliwości i pragnienia, wyznacza kierunek naszych działań – pokazuje, jak może wyglądać nasze “ja możliwe”. Jeśli w moim myśleniu o sobie będą powtarzać się słowa o własnej słabości i ograniczeniach, nie będę miała śmiałości walczyć o wielkie pragnienia, jakie mogą kiełkować w moim sercu. Z drugiej strony – nawet jeśli powtarzam sobie, że dam radę, że coś mi się uda, że podołam, nie zawsze tak się dzieje, a stawiane przez siebie i innych wymagania czasem po prostu mnie przerastają.


“Dzielna niewiasta” XXI wieku żyje w świecie, w którym czeka na nią wiele możliwości. Wśród nich są często są te bardzo zwyczajne – żeby być w udanym związku, mieć dobrą pracę, realizować swoje pasje i żeby sprawdzać się we wszystkich tych zadaniach. Można je nazywać marzeniami, czasem jednak stają się ciążącym balastem – zwłaszcza wtedy, gdy porównujemy się z innymi i czujemy presję, by osiągnąć konkretne cele w wyznaczonym przez siebie terminie. 

Żeby temu podołać, chętnie przyjmujemy wsparcie – dobre słowo czy pomoc w realizacji tych celów. Same też  staramy się myśleć pozytywnie, powtarzając sobie że damy radę, że wszystko będzie dobrze. Czasem jednak, w obliczu trudności, które są od nas niezależne, możemy doświadczyć tego, co jest bardzo naturalne – że to tylko słowa. Słowa mają moc – owszem. Jeśli jednak nawet spędzę 100 godzin przed lustrem, mówiąc sobie, że będę baletnicą i próbując myśleć pozytywnie na ten temat, to niewiele zmieni. Moc ma jedynie to słowo, które odnosi się do rzeczywistości, które nie jest od niej oderwane. A tak naprawdę jedynym Słowem, które jest żywe i skuteczne, jest Słowo Boże.

Chciałabym nawiązać do jednej z biblijnych postaci, która w moim odczuciu bardzo dobrze obrazuje to, co powiedziałam na temat koncepcji “ja możliwego”. Niektórym z nas może się kojarzyć jedynie ze sceną, w której występuje z mieczem w dłoni (po odcięciu głowy króla Holofernesa ). Bardzo ciekawy jednak jednak proces, który dokonuje się w niej samej. Historia, w której gra główną rolę, rozgrywa się w czasie oblężenia Betulii  przez wojska asyryjskie. Kiedy zaczyna brakować wody, mieszkańcy zaczynają myśleć o poddaniu miasta. W tym właśnie momencie historii Izraela poznajemy Judytę – od ponad trzech lat wdowę. Judyta ubiera się stosownie do tego stanu, czyli nosi wdowie szaty, spędza również czas na modlitwie i postach. Aby ocalić swój naród, postanawia jednak ubrać się w piękne szaty i udać się do obozu wroga. W ten sposób poznaje króla Holofernesa, który jest oczarowany jej urodą. Uczta, na którą ją zaprasza, kończy się jednak dla niego tragicznie – Judyta wykorzystuje tę sytuację i zabija przywódcę wrogich wojsk… Pieśń dziękczynna, którą wyśpiewuje po odniesieniu zwycięstwa, pozwala nam wejść w świat jej myśli. W jaki sposób mówi o sobie?

Mocarz ich nie zginął z ręki młodzieńców,
ani nie uderzyli na niego synowie tytanów,
ani nie napadli na niego olbrzymi giganci,
ale Judyta, córka Merariego,
obezwładniła go pięknością swojego oblicza.
Zdjęła bowiem swoje szaty wdowie,
(…)
jej piękność usidliła jego duszę,
a miecz przeciął kark jego.

Zlękli się Persowie jej odwagi,
a Medów przeraziła swoją śmiałością(Jdt 16,6-10)

Judyta wie, że jest kobietą – nie jest tak silna jak wojownicy. Widzi jednak, jak wielkie bogactwa złożył w niej Bóg i nie boi się ich nazywać. Mówi o swojej piękności, odwadze i śmiałości. Co stałoby się, gdyby Judyta prowadziła ze sobą inny dialog wewnętrzny? Gdyby mówiła: jestem tylko wdową, jestem słaba, nie mam oparcia w mężu ani w żadnym innym mężczyźnie? Ona wiedziała, że jest słaba, ale polegała nie na sobie, lecz na mocy Pana Boga. To, co mówi o sobie w pieśni dziękczynnej, to również nie są jedynie jej słowa. Mówi to, co czuje w sercu – a w sercu rozmawia z Bogiem. I to Bóg mówi jej, że jest piękna, odważna i śmiała. Te słowa mają moc! – bo nie pochodzą od człowieka, bo ich źródłem jest przekonanie Judyty, że taką właśnie stworzył ja Bóg.

Mam nadzieję, że żadnej z nas nie czeka podobne wyzwanie – w sensie dosłownym. W wielu sytuacjach jednak jesteśmy wezwane do tego, żeby jak Judyta, bronić tego, co dla nas ważne. Codzienność stawia przed nami wiele wyzwań, a świat (i my same) ma konkretne oczekiwania, które powinnyśmy spełniać. Na co dzień kontrolujemy nie tylko swój sposób ubierania, ale i to, czy mamy wystarczająco uprzejmy uśmiech, czy w profesjonalny sposób zachowujemy się w pracy, czy dostatecznie dobrze wykadrowałyśmy wrzucane na FB zdjęcie. Szukamy potwierdzenia naszej wartości, przeglądając się nie tylko w lustrze, ale w oczach innych osób – bo duża część naszego kobiecego serca pragnie akceptacji.

Możemy jej szukać w świecie, zabiegając o aprobatę otoczenia. Ale jeśli tak robimy, odkrywamy z czasem, że to nas nie nasyca. Zabiegamy o aprobatę, potem robimy wiele, by ją utrzymać, boimy się, że ktoś będzie od nas lepszy. Wtedy pojawia się nie tylko lęk, lecz również zazdrość. Możemy wmawiać sobie, że potrafimy poradzić sobie z tym same, że wystarczy myśleć pozytywnie. Prawdziwy pokój serca przychodzi jednak wtedy, gdy odkrywamy, że to Bóg nasyca wszystkie takie głody – gdy tego doświadczamy, a nie tylko powtarzamy pobożne słowa zasłyszane na ten temat. 

Judyta odkrywa to, że jest dzielną niewiastą nie przez wizualizację celów, które chce osiągnąć i nie przez wmawianie sobie, że da radę. Ona zaczyna od modlitwy, która jest nie tylko mówieniem do Boga, ale słuchaniem Jego słów. Co takie słyszy Judyta w tym czasie? Co się w niej dzieje?

Co musi usłyszeć kobieta, aby przestać się bać? Co musi usłyszeć, żeby stać się dzielną niewiastą? Jakie słowa muszą pojawić się w jej sercu, by uwierzyła, że jej wartość jest niezależna od efektów jej działania? Że Bóg nie wymaga od niej sukcesów, radzenia sobie z trudnościami i bycia idealną we wszystkim? Ba! Zaryzykowałabym stwierdzenie, że Bóg nie wymaga od niej absolutnie niczego, bo na początku chce przede wszystkim, aby ona wsłuchała się w to, co On ma jej do powiedzenia. “Słuchaj, Izraelu!”. Słuchaj Maju, Katarzyno, Magdo, Emilio. Słuchaj i usłysz, jaka naprawdę jesteś, jak cenna jesteś w moich oczach. A czas na działanie przyjdzie później. I gdy uwierzysz, że jesteś naprawdę kochana i akceptowana taka, jaka jesteś, Twoje działanie będzie miało moc – bo jego początkiem i podstawą będzie Bóg, a nie jedynie Twoje siły…

Sama byłam całkiem niedawno w sytuacji, w której doświadczyłam, jak wielka jest różnica między moimi słowami a tym, co mówi do mnie Bóg. Pewnego dnia obudziłam się nad ranem i nie mogłam zasnąć. Próbowałam odganiać myśli o czekających mnie zadaniach i wyzwaniach, ale zupełnie mi się to nie udawało – czułam, że pokonuje mnie stres i zamartwianie się. Wstałam wtedy o piątej rano, zrobiłam sobie kawę i próbowałam spokojnie spojrzeć na to, co mnie czekało w najbliższym czasie. Powtarzałam sobie: dasz radę, będzie dobrze, wszystko się jakoś ułoży. Powtarzałam te słowa jak mantrę, starając się uwierzyć w to, co mówię. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że tak naprawdę próbuję w pewien sposób zaklinać rzeczywistość. Wtedy też zapytałam Pana Boga: „A co Ty powiedziałbyś mi w takiej chwili”?

Nie usłyszałam: „Wszystko Ci się uda”. Nie usłyszałam, że będzie dobrze, że nie muszę się o nic martwić, bo On usunie wszystkie trudności z mojej drogi. Usłyszałam za to słowa, które napełniły moje serce ogromnym pokojem: „Jestem z Tobą„. Tylko tyle. Ale to dało mi niesamowitą siłę. Poczułam, że nie jestem sama…

Mam dla Ciebie dzisiaj propozycję – małe ćwiczenie, które może pomóc Ci w usłyszeniu słów, które potrafią zmienić życie. Po pierwsze: posłuchaj siebie. Wsłuchaj się w to, co o sobie myślisz, jak do siebie mówisz. Ile razy w ciągu dnia myślisz: „dam radę”, „wszystko będzie dobrze”, albo wręcz przeciwnie – “to mi się nie uda”? Nie oceniaj tych myśli, tylko przyglądaj się im i popatrz, do czego cię prowadzą. Jeśli myślisz o sobie: “ale jestem beznadziejna, znowu rano wkurzyłam się na swoje dzieci” , to czy to myślenie doprowadzi Cię do tego, że jutro rano nie podniesiesz głosu, gdy dzieci będą marudzić? Czy raczej wpędzi we frustrację?

A jak myślisz – co w tej sytuacji powiedziałby Ci Bóg? Jakie słowa skierowałby do Ciebie Twój dobry Tata, ktoś kto nie tylko nieskończenie kocha, ale też w każdym upadku nieskończenie współczuje, nie potępia lecz próbuje pomóc? Zapytaj Go, jaka jesteś w Jego oczach. Zapytaj, co w Tobie dobre, ile w Tobie – jak w Judycie – odwagi i śmiałości. Może odpowiedź nie przyjdzie od razu, a może wręcz przeciwnie – w sercu pojawi się jakieś słowo lub fragment z Pisma Świętego. Jeśli chcesz, zapisz to słowo i wracaj do niego, prosząc by to Bóg pomagał Ci nazywać Twoją rzeczywistość i Ciebie samą.

“Twoje słowo jest lampą dla moich słów” – to słowo Boże mówi o tym, jakie jesteśmy. Co więcej, to nie jest malutka lampka o niepewnym płomyczku, oświetlająca tylko nieznacznie nasze drogi i bezdroża. Słowo Boże jest jak światła na pasie startowym lotniska – zawsze pokazuje pewną drogę i bezpieczne miejsce do lądowania. Choćby lot był pełen turbulencji, a nasze serce drżało ze strachu, wystarczy popatrzeć przed siebie i dać się poprowadzić. To Słowo ma moc.

_____

z konferencji „Być kobietą urzekającą”, Warszawa  27.05.2017

 

 

 

 

w swoim języku!

„Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.” (Dz 2,6)

„Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii…” – wylicza święty Łukasz, podając nazwy, które mówią nam niewiele i różnią się od słów, które znamy na co dzień. Gdybyśmy sami mieli dokonać jakiegoś podziału ludzi, którzy nas otaczają, wyglądałoby to pewnie inaczej: mieszkańcy metropolii i wiosek na końcu świata, zwolennicy PiSu i PO, słuchacze Radia Maryja i czytelnicy DEONu, katolicy i protestanci. I tak dalej. Jesteśmy specjalistami w dzieleniu. Trudno się zresztą dziwić, skoroto różnice zawsze najbardziej rzucają się w oczy.

Moim pomysłem na działanie w momentach, gdy rosną podziały, jest szukanie tego, co łączy. Nie ukrywam, że efekty moich wysiłków są różne, a próba szukania kompromisu prowadzi czasem do zaostrzenia sporu, a czasem do stwierdzenia, że celowo spłycam i „rozmywam” wartości. Niekiedy udaje się znaleźć wspólny język, innym razem – wręcz przeciwnie. Na szczęście Pan Bóg podsuwa inne rozwiązanie – dużo prostsze. Genialne w swojej prostocie!

Możemy się różnić i każdy z nas może mówić w swoim własnym języku. Z różańcem w ręku albo książką Hołowni po pachą, możemy iść przez świat drogami, które wydają nam się słuszne. Możemy mówić o Bogu w różny sposób, nie zawsze się przy tym zgadzając w kwestiach drugorzędnych. Jeśli jednak naprawdę chcemy głosić Jego Dobrą Nowinę, nic nie stoi na przeszkodzie, by robić to używając swojego własnego języka. On sam zadba o to, by nasze słowa dotarły do osób, do których naprawdę trafią – bo przemówimy nie w sztuczno-kościółkowej nowomowie, ale swoim życiem i doświadczeniem. Przemówimy w swoim własnym języku.

Duch Święty to Bóg niespodzianek – prowadzi jak chce i gdzie chce. To Bóg, który daje jedność, ale nie przez to, że każe nam się wcisnąć w jednakowe, szare mundurki nudnej poprawności. W drogę głoszenia Ewangelii kogoś z nas wyśle w dredach, kogoś innego na wysokich obcasach, a jeszcze innego – na bosaka. Ktoś z nas zakocha się w myślach o. Pio, inny zainspiruje Simone Weil. A jednak mimo tych różnic, każdy z nas może w sposób pełen Bożego ognia głosić Dobrą Nowinę o miłości – nie przez szukanie nadzwyczajnych środków, które mogą do tego prowadzić, lecz przez bycie sobą.

 

 

święta codzienność.

Kiedy wyjeżdżałam na moje pierwsze rekolekcje ignacjańskie, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Jezuici kojarzyli mi się raczej poważnie i smutno, wizja kilkudniowego milczenia również nie wydawała się pociągająca. Na miejscu czekała mnie jednak niespodzianka: to było osiem dni, które kompletnie zmieniły moje życie.  Co więcej, to nie były rekolekcje, które na chwilę „wyrywają” ze świata po to, żeby zostawić w człowieku jedynie tęsknotę za tym, co działo się w ich trakcie. To były rekolekcje, które pokazały mi, w jaki sposób odkrywać Bożą obecność również w codzienności. Ten wyjatkowy czas stał się jedynie wstępem do tego, co dzieje się każdego dnia, gdy można – zgodnie ze słowami św. Ignacego – szukać i znajdować Boga we wszystkim.

Zapytałam Was, jakie są sposoby na odkrywanie Bożej obecności w codziennym życiu. Dostałam wiele inspirujących odpowiedzi. Zachwyciła mnie Monika, która napisała:  „Kiedyś przeczytałam o modlitwie wieszaniem prania – modlę się za tę osobę, której rzeczy akurat wieszam.” Proste, prawda? Nie wymaga ani szczególnego skupienia, ani wyprawy do kaplicy, ani wyszukanych słów. Czysta miłość wyrażona prostym gestem. Nie lubię ani prania, ani prasowania, a jednak przeżywanie tych czynności w taki sposób może sprawić, że nie będą nużące, tylko staną się jedyną w swoim rodzaju modlitwą…

„Powołanie osoby świeckiej to powołanie do tego, by uświęcać swoją codzienność, by uświęcać świat przez swoje zwyczajne życie, w jedności z Bogiem. Nie trzeba być cudakiem żeby czynić cuda albo by widzieć cuda” – usłyszałam wczoraj (o tu – klik #wiaraLIVE, o. Paweł Kowalski SJ). Pomyślałam wtedy, że bardzo rzadko słyszę takie sformułowanie: powołanie osoby świeckiej, czyli powołanie do życia w świecie. Modlimy się (i słusznie!) o powołania kapłańskie i zakonne, nieco rzadzej – o święte małżeństwa. Nigdy jednak chyba nie zastanawiałam się nad tym, że tak po prostu – jestem powołana do życia świeckiego. I że nie jest to powołanie drugiej kategorii, chociaż tak czasem o sobie myślę, bo pochłaniają mnie inne zajęcia niż modlitwa czy ewangelizacji. Każdego dnia w pierwszej kolejności muszę zająć się swoją pracą zawodową, zrobieniem obiadu, czy dopilnowaniem by dzieci odrobiły lekcje. Wczoraj po raz kolejny dotarło do mnie, że te zwyczajne obowiązki nie są balastem, którego muszę się pozbyć, jeśli chcę doświadczyć bliskości Pana Boga. One są drogą. Są miejscem spotkania. Każda z tym zwyczajnych czynności może stać się modlitwą i nie chodzi wcale o to, że będę przepytywać dziecko z tabliczki mnożenia, modląc się na różańcu i podnosząc rozmodlony wzrok ku Niebu. Nic z tych rzeczy. Mogę modlić się bez słów – robiąc zakupy, prowadząc samochód czy przypalając kotlety, jak to się czasem zdarza.

(Swoją drogą, czy Wam też zdarzyło się powiedzieć „Zdrowaś Mario” w odpowiedzi na czyjeś „Dzień dobry” tylko dlatego, że wizytę w supermarkecie połączyłyście z odmawianiem różańca?… :D )

„Świecki” oznacza „związany ze światem”. Może wydawać się, że to oznacza jednocześnie oderwanie od spraw duchowych (skoro „świat” oznacza to, co doczesne). Wszystko jednak zależy, w jaki sposób wiążemy się ze światem – czy to my jesteśmy do niego uwiązani, czy też traktujemy go tak samo, jak misjonarze traktują kraj i ludzi, do których zostali posłani.  „Charyzmaty nie odklejają nas od życia, tylko zakorzeniają w życiu” – usłyszałam wczoraj –  „Pan Bóg chce, żebyśmy świat uświęcali, a nie opuszczali, zostawiali, porzucali.”

Ja wczoraj na nowo odkryłam, że to fantastyczne zaproszenie Pana Boga, który chce mieć „swoich ludzi” wszędzie. Kogoś posyła do Afryki, kogoś innego – do warzywniaka, by przy okazji zakupów na obiad, uśmiechnął się do bliźniego i bez słów pokazał, czym jest życzliwość. Może się wydawać, że misja leczenia dzieci w ogarniętym wojną kraju jest ważniejsza niż wieszanie prania. W obu przypadkach chodzi jednak o to, by zmieniać świat na trochę bardziej Boży. I niech Cię nie zmyli zwyczajność, w którą Pan Bóg ubiera czekające Cię na co dzień zadania. To Twoje powołanie i okazja do doświadczania radości z bycia posłanym. I to nie „stopień ważności” Twojej misji sprawia, że jest ona wyjatkowa, tylko Boża obecność, którą można odkryć naprawdę we wszystkim.

Na dowód – kilka Waszych wypowiedzi:

posmakuj.

Jestem niedopasowana do najnowszych trendów. Udaję, że nie zauważam śmigających wokół gołych kostek (nawet przy minus dziesięciu stopniach za oknem).I nie chodzi nawet o świadome przeciwstawianie się temu, co modne. Mi jest najzwyczajniej w świecie ZIMNO! Podśmiewam się także z dziurawych dżinsów, które pewnie powinny mnie zachwycać, zbyt wyraźnie widzę jednak różnicę między subtelnymi przetarciami (fajne!) a dziurami budzącymi skojarzenia z ucieczką przed rottweilerem. Ucieczką nieudaną, jak sądzę, skoro dżinsów na nogach bardziej nie ma niż są.

Z podobną rezerwą zdarza mi się podchodzić do nowych smaków. Dużo czasu minęło, zanim spróbowałam sushi. Nie cierpię rukoli, a ponoć to niespotykane, bo można nie lubić kaszanki czy ozorków, ale żeby kręcić nosem na modną sałatę? Przez długi okres nie chciałam dać się namówić na próbowanie nowych smaków deserów. Weźmy na przykład słony karmel, czyli popularny ostatnio smak lodów. Nie jestem fanką karmelków, a z lodów najbardziej lubię czekoladowe, czekoladowe oraz czekoladowe. Poza tym karmel z dodatkiem soli musi smakować jak szprotki z nutellą- myślałam. Kiedy jednak pewnego dnia postanowiłam spróbować tego połączenia, inne smaki lodów przestały dla mnie istnieć. To była miłość od pierwszego…posmakowania ;)

Pomyślałam dzisiaj, że wiele osób z mojego otoczenia ma podobne doświadczenia z Kościołem. Niektórzy z nich mają sporą wiedzę. Regularnie czytają artykuły, które de facto niewiele różnią się od recenzji kulinarnych. W dyskusji potrafią poprzeć swoje argumenty konkretnymi przykładami z życia innych. Wiele widzieli i słyszeli. Czy jednak czegoś posmakowali?…

Mogę przeczytać najlepszą książkę Gordona Ramsaya i ze szczegółami wyobrazić sobie, jak mogłyby smakować przestawione na zdjęciach potrawy. Mogę obejrzeć jego program kulinarny, mogę nawet przechodząc obok restauracji próbować uchwycić apetyczny zapach któregoś ze szczególnych dań. Mogę mieć sporą wiedzę, a jednak nie wiedzieć NIC. Bo ja można opisać smak słonokarmelowych lodów? Albo jak opisać gruszkę- jak pyta Andrzej Sapkowski w trakcie rozważań nad miłością? „Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.”

Nie jestem naiwna. Też czytam gazety i czasem, choć bardzo rzadko, oglądam telewizję. Wiem, że Kościół tworzą ludzie, a ludzie nie są idealni. Zdarzało mi się być w Kościele świadkiem zachowań, które nie powinny mieć miejsca. Zdarzało się trafić w konfesjonale na beznadziejnego księdza, a na kazaniu przysypiać lub gorzej- wstydzić się rzeczy, które słyszę z ambony, bo na próżno szukałam tam miłości i nawiązania do słów Jezusa. Brakuje mi argumentów, gdy ktoś zaczyna rozmowę o drogich samochodach parkujących przed plebanią, bo wiem, że tak się zdarza. Problem w tym, że to tylko część prawdy o Kościele. To jednak ta część, którą najłatwiej opisać i ocenić, przyznając jedną na pięć gwiazdek w anonimowej recenzji. Jest też druga strona medalu.

Moje doświadczenie Kościoła ma smak herbaty, nad którą do późnej nocy dyskutuje się ze śmiechem. Moj Kościół ma smak soli: smak łez wylanych w obecności kogoś, kto mnie rozumie i tych otartych słowami rozgrzeszenia. Jest w nim miejsce na niewyspanie, gdy czuwa się w noc przez innych nazywaną Wielką, a przez nas – w taki sposób przeżywaną. Są spontaniczne spotkania, wspólne lepienie pierogów przed wigilią, hektolitry kawy wypitej w kawiarniach i kilometry przedreptane na spacerach. Jest doświadczenie troski i modlitwy innych. I przede wszystkim – doświadczenie Bożego działania. Jedynym zaś skandalem, który nieustannie mnie zadziwia i szokuje jest Skandal Miłosierdzia…

Mój Kościół to wspólnota, która ŻYJE. Można na nią spoglądać ostrożnie i z dystansu. Można patrzeć spomiędzy wierszy równo poustawianych słów w gazecie, ale wtedy zobaczy sie tylko czarno- biały obraz rzeczywistości. Żeby poznać prawdę, trzeba czegoś wiecęj: trzeba Kościoła POSMAKOWAĆ. I tak, przyznaję, do tego trzeba odwagi – odwagi wyjścia ze swoich schematów i wejścia we wspólnotę prawdziwych ludzi, wspólnotę nieidealną, ale piękną.

Jakiś czas temu myślałam, że Kościół to ONI. Nie sądziłam kiedyś, że spontanicznie i z pewnym rodzajem zachwytu napiszę prosto z serca, że Kościół to MY – Ty i ja. Wiem jednak, że to tylko słowa. I nie będę opisywała ksztaltu i smaku miłości, ogromu ciepła i radości, jakich zdarza mi się doświadczać. Powiem tylko: posmakuj. Niczego nie ryzykujesz :)

5 minut, które odmienią Twoje życie.

Tak mógłby brzmieć tytuł popularnego poradnika albo programu telewizyjnego. A ja jestem antyfanką tego typu złotych rad, więc nieco przewrotnie zaczynam w ten sposób ten wpis. Nie podam w nim żadnej recepty na sukces w tym, co stanowi wielką część mojego życia – w nieperfekcyjnym macierzyństwie. Chcę jednak zrelacjonować Wam jeden bardzo zwyczajny wieczór.

Cierpliwość zaczęłam tracić już w momencie, gdy Młody przypomniał sobie, że jednak nie lubi myć włosów. Potem ręcznik był zbyt szorstki, w łazience było za zimno, a pidżamka nie taka, jak trzeba. Luz – to norma, ten typ tak ma, że czasem marudzi.  W pewnej chwili jednak, gdy uparł się by sam nałożyć na szczoteczkę pastę o zębów, a ta wyskoczyła z tubki rysując dwa fantazyjne łuki na dłoni (oczywiście sprytnie omijając włosie szczoteczki), Młody ni z tego ni z owego uderzył siedzącą obok starszą siostrę. „Bo ona się gaaaaapiiii” – brzmiało uzasadnienie. A ja poczułam, że z trybu Mary Poppins przechodzę w tryb Batmana…

Jestem zdecydowaną przeciwniczką kar cielesnych i może potrafiłabym zrozumieć taki wybuch agresji skierowany na drugą osobę, a nie przedmiot, gdyby Młody był świadkiem lub sam doświadczał przemocy. Ale tak przecież nie jest! Próbowałam więc bardzo stanowczo wytłumaczyć, że TAK SIĘ NIE ROBI iże za karę nie ma ani bajki, ani piosenki na dobranoc.

Moje tłumaczenia przerwał płacz z pokoju Młodej. O dziwo nie płakała jednak z powodu zachowania brata. Spytana o powód, wychlipała: „Bo – bo yyy ja tak nie lubię yyyy jak Ty podnosisz głooooos.”

Westchnęłam ciężko czując, że podwójna porażka wychowawcza to kolejny ciężar dołożony do dnia, który już i tak nie był lekki przez stresujące wydarzenia w pracy i bieganie po sklepach. Wysłałam dzieci do łóżek, a sama – jak zwykle w takich sytuacjach – poczułam, że jestem najgorszą matką na świecie… Leżąc na łóżku i ocierając łzy pomyślałam, że to taka sytuacja, w której nic nie przyniesie mi ulgi. Zawód miłosny można zagłuszyć sprawdzoną przeze mnie kombinacją czekolady i wina, a stres wybiegać na polnej drodze czy na siłowni. W tym przypadku czułam, jakbym zabrnęła w ślepą uliczkę, stając jednocześnie oko w oko ze wszystkimi wyrzutami sumienia, które kolekcjonowałam przez lata macierzyńskich zmagań. A przecież ten wieczór miał wyglądać inaczej. Mieliśmy usiąść na łóżku, poczytać książkę i razem pośpiewać. To był czas, na który czekałam, bo mało jest w ciągu dnia chwil, które spędzamy tylko ze sobą.

Nagle pomimo łez i czarnej rozpaczy, w głowie pojawiła się bardzo trzeźwa myśl:

SKORO CHCIAŁAŚ SPĘDZIĆ TEN WIECZÓR INACZEJ, TO CZEMU LEŻYSZ NA ŁÓŻKU I PŁACZESZ? 

Przecież nikt nie zmuszał mnie do rezygnacji z czasu spędzonego z dziećmi. Nikt nie kazał mi również roztrząsać swoich porażek i zalewać się łzami. Uczucia, za którymi poszła cała nasza trójka (złość Młodego, smutek Młodej i moje wycofanie połączone z poczuciem porażki) to tylko uczucia, a nie smycz i kaganiec. To informacja o tym, co się we mnie dzeje. Powinnam ją przyjąć do wiadomości, ale nie muszę za nią iść jak niewolnik za swoim panem.

To było pięć minut, które odmieniło moje spojrzenie na siebie – nie tak ogólnie, tylko dzisiaj, w tym całym bałaganie. Pięć banalnych minut pełnych łez i gonitwy myśli. Pięć minut na spotkanie z sobą i decyzję na to, że mogę czuć jedno, ale robić drugie.

Wiecie, co było dalej? Otarłam łzy, zawołałam dzieci i na spokojnie porozmawiałam z nimi o całej sytuacji. Każde z nich wybrało swoją ulubioną bajkę, a potem wspólnie śpiewaliśmy sobie przerażającą historię o tym, jak to „króla zjadł kot, pazia zjadł pies, królewnę myszka zjadła”. I tylko co chwilę, każde z nas na zmianę pociągało nosami, tworząc niepowtarzalny podkład niemuzyczny do tej banalnej opowieści…

4 banalne filmy, które lubię bardziej niż powinnam.

Kiedy na pierwszym roku studiów znajomy ambitnie organizował domowe pokazy kina niezależnego, miałam okazję poznać dzieła twórców, po które zapewne sama bym nie sięgnęła. Jednak choć wtedy cieszyłam się, że mam szansę na poszerzenie horyzontów, pamiętam również, że chwilami straszliwie się nudziłam. Nie miałam odwagi się do tego przyznać, bo przecież pewne nazwiska wypadało znać, a w dyskusjach trzeba było mieć własne zdanie. Kiedy jednak po jakimś czasie usłyszałam piosenkę zespołu Iwona „Stoję jak kołek„, a w niej słowa: „To teraz się przyznam/Moje zdanie mielizna/Nie mam pojęcia/co mówić na przyjęciach”, pomyślałam z ulgą, że nie jestem sama. Nadszedł wtedy czas na to, żeby powiedzieć: nie jestem ambitnym widzem. Nie biegam na festiwale kina niezależnego, choć z zainteresowaniem słucham jego stałych bywalców, gdy relacjonują kinowe nowości. Nie cierpię filmów z motywem rozstania, zwłaszcza tych, w których widzę rozłąkę matek i dzieci w wojennej zawierusze, ale nie tylko. Nawet w trakcie oglądania „Gdzie jest Nemo” denerwowałam się, czy główny bohater na pewno odnajdzie swojego rybiego tatę ;) Mam też zbyt słabe nerwy, by oglądać horrory i do tej pory mam traumę po obejrzeniu filmu „The Ring: Krąg”. Nie będę też będę oszukiwać – lubię, gdy opowiadana historia kończy się w dobry sposób…

Mam jednak kilka swoich ulubionych babskich filmów. Są mało ambitne i chwilami przesłodzone, ale dzięki nim na chwilę odrywam się od rzeczywistości i wracam do niej trochę inna. Nie wywołują silnych wzruszeń, choć często sprawiają, że po prostu się uśmiecham. I pewnie wstyd przyznać, że lubię je bardziej niż powinnam… :)

Legalna Blondynka

Mój numer jeden :) Chociaż rzadko można mnie spotkać u kosmetyczki, a biegam raczej w trampkach niż na obcasach, tak jak główna bohaterka musiałam kiedyś zakasać rękawy, żeby zawalczyć o swoje marzenie. Film w fantastyczny, lekko ironiczny sposób pokazuje przerysowane stereotypy. Chociaż wydaje się początkowo, że to właśnie blondynka w różowej sukience powinna stać się przedmiotem kpin, wystarczy posłuchać kilku dialogów w których występują przemądrzali studenci prawa by zobaczyć, że jest inaczej.

Szkoła Stewardess

Wiem, brzmi strasznie obciachowo. I wiem, nie powinnam się do tego przyznawać, ale włączam czasem ten film, kiedy jest mi smutno i szaro. To kolejna słodka amerykańska produkcja, która pokazuje, że jeśli walczymy o swoje marzenia, mamy szansę na ich realizację. Pokazuje też coś jeszcze: że w życiu najważniejsi są ludzie. Można dojść na sam szczyt, ale gdy nie mamy obok siebie kogoś, z kim możemy się dzielić radością, nawet duże pieniądze, luksusowe mieszkanie i widok na wieżę Eiffle’a nie cieszy. Filmowym scenom – znowu pełnym ciepłego humoru – towarzyszy też dobra muzyka, a scena w której trzy bohaterki śpiewają „Living on a prayer” Bon Jovi należy do moich ulubionych. Film uczy też, że aby zarobić dolara, trzeba…zobaczcie same ;)

Dźwięki Muzyki

Kwintesencja słodyczy i niewinności :) Obejrzałam ten film jako dziecko i urzekło mnie w nim wszystko – sama muzyka, wyglądająca jak anioł Julie Andrews, sielankowa wizja życia zakonnego, w którym biega się po łąkach i śpiewa piosenki oraz równie sielankowa wizja dużej rodziny. Film zaszczepił we mnie pragnienie rodzinnej harmonii – nie tylko tej muzycznej. Poza tym jest fascynujący, bo opowiada prawdziwą historię, którą można się zainspirować (a tu nieco więcej o Marii von Trapp). Jedyna wersja wojennej zawieruchy, którą mogę zaakceptować na ekranie ;)

Mulan

Tak, dokładnie – bajka Disneya. Znowu fantastyczny humor, który śmieszy nawet dorosłych. I piękna historia w tle. To, co jednak dla mnie najważniejsze, to wysiłek Mulan i jej walka o to, by pokonać swoją słabość. Piosenka, która to obrazuje, była moim motywatorem przed nauką do kolokwium (wersja polska TU)

U Disneya, jak również w wielu musicalach, charakterystyczne jest to, że wiele ważnych wydarzeń poprzedza lub podsumowuje piosenka. Być może wyraża to naszą ludzką potrzebę ubierania w słowa (i w dźwięki) tego, co ważne. Kto wie, może to także zachęta dla mnie?

Gdybym miała napisać piosenkę o tym, co było w moim życiu najważniejsze – co by to było? Gdybym chciała wyśpiewać Bogu i światu albo żal i rozczarowanie, albo zachwyt i wdzieczność – jakie życiowe wydarzenie chciałabym opisać? A może taka piosenka to sposób na codzienność? Może każdego dnia jest szansa na zalezienie czegoś, co poderwie nas do tańca?

Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki.  A Miriam przyśpiewywała im:
„Śpiewajmy pieśń chwały na cześć Pana,
bo swą potęgę okazał,
gdy konie i jeźdźców ich
pogrążył w morzu”. (Wj 15,20)

Nie zawsze trzeba przejść przez Morze Czerwone, by wyśpiewać Bogu pieśń wdzięczności. Czasem wystarczy po prostu spojrzeć na to, co obok nas – na ludzi, relacje i wydarzenia. Czasem wystarczy się tym ucieszyć. Taka pogoda ducha przyciąga mnie do niektórych filmowych tytułów – może dlatego, że tęsknię za nią na co dzień… :)

 

 

niezwykłość w tłumie

To była zwykła kolejka podmiejska, wypełniona ludźmi, jak zwykle późnym popołudniem. I nagle w tłumie wypatrzyłam ją:

czyli Brienne z Tarthu. Nie miała na sobie zbroi, nie wymachiwała też mieczem – nosiła zwykłe dżinsy i wpatrywała się w ekran telefonu. Uśmiechnęłam się do siebie myśląc, jak łatwo w jednej chwili zmienia się moje spojrzenie na ludzi dokoła. Mogę widzić w nich po prostu tłum. Mogę też zobaczyć to, co ich wyróżnia.

Oprócz dziewczyny łudząco podobnej do bohaterki „Gry o tron” podróżowała ze mną dzisiaj również zamyślona kobieta w sukience jak z filmów z Audrey Hepburn. Gdy okazało się, że nosząca kwiecistą spódnicę jasnowłosa wersja Ani Shirley czyta jedną z książek Lucy Maud Montgomery, stwierdziłam że nic mnie już nie zdziwi. Wsiadłam do pociągu w tłumie ludzi zmęczonych jak ja, szukających miejsca siedzącego i próbujących zająć czymś myśli, by nie nudzić się w drodze. Nagle jednak zniknął tłum, a pojawiło się pełne fascynacji przekonanie, że każda z otaczających mnie osób ma w sobie coś niezwykłego.

Zachwycam się czasem bohaterami filmowymi czy książkowymi, tymczasem ktoś, kto siedzi obok może być geniuszem matematycznym albo robić zdjęcia, których nie powstydziłoby się National Geographic. Może też na przykład fascynować się zwyczajami żywieniowymi rzęsorka wodnego albo być mistrzem w składaniu origami. Nie wiem nic o ludziach, którzy mnie otaczają. Kto wie jednak – może o nich też można by napisać książkę? Być może w rozmowie o swoim życiu zachwyciliby mnie pasją i podejściem do codzienności? :)

Mogłabym podsumować dzisiejszą podróż prawdziwym stwierdzeniem, że w pociągu było duszno i że jak zwykle spóźnił się o kilka minut. Ja jednak widziałam dzisiaj zupełnie inne rzeczy. Tyle narzeka się na obojętność i wygodnictwo, a w ciągu kilku minut dwóch młodych mężczyzn zerwało się, by ustąpić miejsca najpierw mamie w ciąży, a potem starszej pani. Konduktor wykazywał się heoriczną wręcz cierpliwością, wypisując bilety i tłumacząc zawiłości rozkładu jazdy na trasie prowadzącej na Kaszuby. Ktoś przepuścił kogoś w drzwiach, ktoś inny zareagował na słowa o złym samopoczuciu i pomógł w wyjściu z pociągu.

Gdybym chciała, mogłabym znaleźć powody do narzekań na dzisiejszy świat, dzisiejszą młodzież i poziom usług przewoźników kolejowych. Ale dzisiaj nie chciałam. Czy tylko dzięki temu widziałam dobro? Czy też trafili mi się wyjątkowi współpasażerowie z anielskim rodowodem? A może naprawdę wystarczy tylko zmienić swój sposób patrzenia tak jak filtr w obiektywie? I szukać, szukać, szukać dobra.

 

odwaga by żyć zwyczajnie.

Mało mnie tu ostatnio. Czas pędzi jak szalony, a obowiązki pochłaniają. Są zresztą bardzo zwyczajne – praca, dom, dzieci. Od kiedy u mojego synka potwierdzono alergię na kilka składników codziennej diety, jestem bardziej kobietą gotującą niż pracującą. Wróciłam do samodzielnego wypieku pieczywa, poluję też na ekologiczne mięso. Nie, nie z bronią w ręku :)

ale w odpowiednich alejkach sklepowych, co też pochłania sporo czasu.

W tej chwili czekam, aż wyrośnie ciasto na dwa bochenki chleba. Okazało się, że nie opłaca się piec jednego – dzieci wpatrują się w piekarnik z większym zainteresowaniem niż w ekran telewizora, czekając kiedy będą mogły porwać gorącą pajdę. Magia :) Warto upiec chleb choćby po to, żeby zobaczyć ich miny i radość…

Do tego, żeby żyć zwyczajnie, trzeba mieć wiele odwagi” (Soren Kirkegaard) – przeczytałam ostatnio (o tu). Pomyślałam, że to prawda. W świecie, w którym popularność mierzy się lajkami pod zdjęciami na Facebooku  – trzeba mieć odwagę, by żyć zwyczajnie. Można przecież pochwalić się wizytą w niezwykłej restauracji na drugim końcu świata, ale tym, że po raz trzeci w tym tygodniu robi się rosół, chyba już niekoniecznie…

Jesteśmy przyzwyczajeni do nadzwyczajności. Nikt nie ekscytuje się powtarzalnym jak wezwania litanii nabożeństwem majowym, a na rekolekcje ze znanym charyzmatykiem ciągną tłumy – bo jest szansa na doświadczenie czegoś szczególnego. Kolejne dni mijają niezauważone, bo w gąszczu obowiązków i codziennych małych wyzwań nie widzimy niczego godnego uwagi. Czekamy za to na wiosnę (długo w tym roku), na lato, wakacje, zastrzyk gotówki albo chwilę, gdy ukochany wreszcie domyśli się, o co nam chodzi. Nadzwyczajność przyciąga nas jak magnes. Trzeba wielkiej odwagi by pozwolić innym na takie poszukiwania, a samemu skupić się na tym, co tak prozaiczne jak zwyczajny chleb. Bo chleb, tak jak inne owoce naszej pracy, karmi innych…

Za dwa tygodnie wybieram się do Warszawy na konferencję „Być kobietą urzekającą”. Jakiś czas temu wystąpiłam w telewizji, ostatnio udzieliłam krótkiego wywiadu. Takie wydarzenia, które uważam za pewnego rodzaju wyróżnienie, cieszą mnie, a zarazem autentycznie dziwią. To zabrzmi być może jak fałszywa skromność, piszę jednak zupełnie szczerze – jestem tylko zwyczajną mamą, która dzieli się swoimi przemyśleniami. Jestem jedną z wielu kobiet, które starają się przeżywać codzienność z Panem Bogiem. W moim otoczeniu znalazłabym sporo osób, które o życiu wiarą mogłyby powiedzieć o wiele więcej. Na co dzień nie rzucają się w oczy. Pracują, wychowują dzieci, działają w Kościele. Ich codzienność jest bardzo zwyczajna, tak zwyczajna, że prawie ich nie widać. Są jednak siłą tak potężną, jak ewangeliczny zakwas – zmieniają świat przez odwagę życia w sposób zwyczajny. Zmieniają go przez wierność swoim obowiązkom – a w tym mało atrakcyjnym sformułowaniu nie kryje się nic innego, jak miłość okazywana najbliższym i Bogu. Zmieniają świat nie przez rewolucję, lecz po cichu – od środka.

Jestem pewna, że Ty też należysz do takich kobiet. Może sama nie zauważasz tego, bo pochłania Cię codzienność i wszystkie drobne, a czasem nużące sprawy, które dźwigasz na swoich ramionach. Ale nawet jeśli tego nie dostrzegasz, są obok Ciebie ludzie, dla których jesteś jak chleb – Twoja obecność „karmi”, daje siłę, wspiera. Twoja miłość z kolei zmienia świat, po cichu, od środka. I to jest nadzwyczajne w swojej zwyczajności!

Do tego, żeby żyć zwyczajnie, trzeba mieć wiele odwagi„. Życzę dzisiaj i sobie, i Tobie, takiej właśnie odwagi. Życzę nam tego, bo za chwilę wstanę od komputera, zajmę się obiadem i wieszaniem prania. I nie zamierzam czuć się w tym wszystkim jak w trakcie odrabiania pańszczyzny. Nie zamierzam odliczać godzin do końca dnia, by wieczorem skreślić kolejną datę w kalendarzu w oczekiwaniu na urlop. Chcę cieszyć się zwyczajnością, bo ona ma sens, a ode mnie zależy, jak wiele radości uda mi się z niej czerpać.

 

 

wpadłam w sieć, czyli co straciłam będąc offline.

Hipermarket w Gdańsku. Szybkie zakupy przed pracą, którą zaczynam po południu. Po przebieżce między sklepowymi półkami postanawiam zjeść wczesny obiad, korzystając z szerokiej oferty kilku restauracji z centrum handlowym. Gdy w końcu siadam przy stoliku i zaczynam spokojnie jeść, rozglądam się dokoła. Obok mnie – ludzie zabiegani tak jak ja, siedzący pojedynczo lub w parach. Wszystkich (absolutnie wszystkich!) łączy jedno – telefon w dłoni. Patrząc na to i widząc ten absurdalny obrazek (bo przecież talerze pełne jedzenia! i widelec w jednej, a smartfon w drugiej ręce!) mam ochotę…wyjąć telefon, zrobić zdjęcie i wrzucić je na Facebooka. Czyli – zaraz, zaraz, o zgrozo – zrobić to samo, co reszta osób konsumujących lunch w galerii handlowej…

Sytuacja numer dwa – newsletter jednego z moich ulubionych sklepów odzieżowych i kupon uprawniający do sporej zniżki. Rabat obowiązuje jednak tylko z przypadku zakupów w sklepie online przy wykorzystaniu specjalnej aplikacji (którą oczywiście muszę ściągnąć i zainstalować). „Jaki w tym biznes?” – myślę. „Przecież jeśli będę chciała coś kupić, a oni będą chcieli mi to sprzedać taniej, to ich dochody będą identyczne w przypadku zakupu w salonie i w sieci.” Szybko jednak przychodzi refleksja – przecież z komórką w ręku kupuje sie szybciej, a w przypadku wydawania wirtualnych pieniędzy ma się zazwyczaj szerszy gest. I wszystko jasne. Ktoś chce, żebym wpadła w sieć…

Mijają trzy tygodnie od momentu, gdy szczególnie mocno zobaczyłam, że sieć może być nie tylko pomocna – jak wtedy, gdy włączam nawigację w Google Maps i nie martwię się, ze nie trafię). Sieć może działać tak, jak się kojarzy – więzić i ograniczać, choć w bardzo dyskretny sposób. Dlatego jakiś czas temu usunęłam ze swojego telefonu aplikację Facebooka. Nadal korzystam z wielu udogodnień. Dzięki smartfonowi nie martwię się zakupem biletu na podmiejską kolejkę, mam zawsze dostęp do Biblii i w każdej chwili mogę wysłać wiadomość do znajomych. Straciłam jednak możliwość śledzenia Facebooka w każdym miejscu i czasie. I to nie wszystko – dopiero później zorientowałam się, że straciłam dużo więcej.

Straciłam coś, co zajmuje moje ręce i myśli, w związku z czym nie mam wyboru – muszę kierować wzrok nie na swoje dłonie, ale przed siebie. Na przykład na drugiego człowieka. Nie tylko w centrum handlowym, w kolejce podmiejskiej czy w pracy. Również w domu, kiedy moje dziecko pragnie podzielić się ze mną odkryciem nie mniej ważnym niż to, jakim dla ludzkości było wynalezienie żarówki czy silnika parowego – że klocki lego można ułożyć w statek z „Gwiezdnych wojen”. „Mamo, popatrz” – krzyczy mały głosik, a ja nie mam już wymówki. Nie odpowiadam: zaraz, za chwilkę, załatwię tylko jeszcze jedną rzecz. Straciłam możliwość bycia w dwóch światach na raz – w świecie realnym i tym składającym się z uśmiechniętych zdjęć znajomych i rosnącej liczby lajków. Straciłam – i Bogu dzięki za tę stratę, bo ona naprawdę jest zyskiem…nawet jeśli uśmiechu mojego syna nie uchwycę na zdjęciu i nie wrzucę na Facebooka.

Straciłam coś jeszcze. Straciłam świat informacji i nieustannych zmian, świat który mogłam śledzić, do którego w każdym momencie mogłam się podpiąć, by przez chwilę być jego częścią. Ta „chwila” zazwyczaj znacznie się przeciągała, a ja przyzwyczaiłam się do ciągłego scrollowania. I nagle – skończyło się. Chcąc być na bieżąco i zająć czymś myśli, musiałam stracić kilka złotych na to, żeby kupić jeden ze swoich ulubionych tygodników. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak rzadko do niego ostatnio sięgałam. Siadając na wygodnej kanapie, z filiżanką kawy w ręku, pomyślałam po raz kolejny, że taka strata jest dla mnie samą radością, a przewracanie kolejnych stron i zapach farby drukarskiej same w sobie kojarzą się z relaksem.

Usłyszałam ostatnio mocne słowa: „najgorszym, co może spotkać dziecko, jest rodzic z telefonem komórkowym”. I pewnie napotka to na głosy sprzeciwu. Pewnie znajdą się tacy, którzy będą się licytować: że są gorsze nałogi, że więcej szkody wyrządza brak środków finansowych czy inne zaniedbania. A ja, chociaż zazwyczaj daleko mi radykalizmu, mimo wszystko zgadzam się z tym zdaniem. Stworzyliśmy sobie social media czyli coś, co miało pomóc człowiekowi być bliżej drugiego człowieka. W praktyce okazuje się jednak, że bardziej nas to dzieli niż łączy. Na pewno też przeszkadza w byciu tak naprawdę – w byciu tu, w byciu teraz. Jeśli więc świadomie robimy w świecie social media trzy kroki w tył, jeśli pozwalamy sobie na to, żeby zwolnić tempo,  nie być na czasie, żeby coś przegapić, to czy tak naprawdę jest to stratą? Czy może raczej zyskiem?…

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi