lekcja geografii.

Kiedy jako szesnastolatka po raz pierwszy w życiu pojechałam w Tatry, nie wiedziałam, że dwa tygodnie pięknej, słonecznej pogody to jak wygrana w totolotka. Nigdy później nie miałam aż takk dobrych warunków do wędrówki i podziwiania tatrzańskich widoków. A w czasie tamtego wyjazdu wygrałam nie tylko pogodę, ale i dożywotnią miłość do gór.

Pamiętam, jak wspaniale smakowała wtedy woda z górskiego potoku, cudownie zimna i gasząca pragnienie. W plecaku, obok wiekowego Zenita i zapasu kremu przeciwsłonecznego, niosłam oczywiście obowiązkowo dwie butle wody mineralnej. A jednak po kilku godzinach w nagrzanym plecaku, jedyną jej zaletą było to, że była…mokra ;) Nie sięgałam więc po nią, skoro na wyciągnięcie ręki miałam czystą (bo czerpaną wysoko w górach i wartko płynącą) i cudownie chłodną wodę. I chyba nigdy w życiu woda nie smakowała mi tak dobrze – właśnie wtedy, gdy paliło mnie słońce a wędrówka pod górę wydawała się ponad siły.

Izraelici w swojej wędrówce przez pustynię mogli niekiedy czuć się podobnie. Droga zdawała się nie mieć końca i była wielką niewiadomą, a oprócz upału i wysiłku dokuczała w niej monotonia. Rano, w południe i wieczorem – wciąż to samo. Ciasto z manny z nadzienniem mannowym. Mannowe placki z mannowym sosem. Manna z manną. Non stop.

Zastanawiałam się kiedyś, jak wyglądałabym pośród nich. Znając siebie, dźwigałabym na plecach bukłaki pełne wody – tak na wszelki wypadek. Nietrudno się domyślić, że pustynne słońce ogrzałoby ją do wysokiej temperatury. Zapewne po jakimś czasie miałaby też niezbyt ciekawy zapach, a jednak byłaby moja. Byłaby moim zapasem i zabezpieczeniem. Pozwalałaby myśleć, że panuję nad sytuacją, że mam kontrolę nad tym, co się dzieje  i że jeśli nie spodoba mi się kierunek, w jakim prowadzi Pan, będę mogła wytyczyć swoją własną trasę.

Błąkam się tak czasem na pustyni, przekonana, że naprawdę muszę dźwigać na swoich plecach ten ciężar – ciężar zabezpieczenia swojego losu i kontroli nad rzeczywistością. A kiedy jestem już u kresu sił, gdy mam ochotę rzucić to wszystko, żeby tak bardzo się nie męczyć, wtedy On niespodziewanie wyprowadza dla mnie wodę ze skały. Tam, gdzie ja chcę opierać się na swoich możliwościach i skromnych zapasach, On pokazuje, że może dać mi dużo więcej. I choć wychodzenie na pustynię bez zapasu wody wydaje się szaleństwem, On chyba właśnie do tego zaprasza. Do Zaufania przez „Z” większe od moich lęków. Choć oczywiście mogę się uprzeć przy swoich rozwiązaniach i dalej dźwigać wszystko na swoich ramionach.

Bo podwójne zło popełnił mój naród:
opuścili Mnie, źródło żywej wody,
żeby wykopać sobie cysterny,
cysterny popękane,
które nie utrzymują wody. (Jr 2,13)

On zamienia moją pustynię w pojezierze (Iz 41,18). Ja z kolei sama, przez własne wybory, zamieniam zwyczajną wędrówkę z Nim w swoją własną pustynię – gdy zaczynam kombinować po swojemu. Ten scenariusz powtarza się równie często jak… spadająca z nieba manna. A ja nieustannie przerabiam tę samą lekcję geografii: że pustynia jest tam, gdzie od Niego uciekam. Że tam, gdzie jest On, Źródło wody żywej, tak naprawdę nigdy nie jestem na prawdziwej pustyni. I że On jest Bogiem, który lubi niespodzianki – bo źródło wody pojawia się zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję, a sama pustynia kończy się nagle i od razu przestaje być taka straszna, jak wydawała się jeszcze minutę wcześniej. Nawet jeśli minutę wcześniej wydawało się, że już nigdy się nie skończy.

 

zrób komuś wiosnę

Moja Babcia jest zdania, że każda kobieta powinna umieć samodzielnie uszyć firanki. Na szczęście nie zatrzymała się na teorii i faktycznie firanki, które wiszą w mich oknach, są naszym wspólnym dziełem. Umiejętność szycia na maszynie przydaje się zresztą w wielu codziennych sytuacjach, jak chociażby wtedy, gdy nadchodzi –

– p i e r w s z y   d z i e ń   w i o s n y.

Dziecię młodsze do przedszkola miało ubrać się kolorowo i kwiatowo. Dziecię starsze do szkoły miało pójść ubrane na zielono. Pech chciał, że zawartość szaf wyglądała zupełnie odwrotnie – i nie ma się czemu dziwić. Który chłopak ma w swojej garderobie kwieciste spodnie czy koszulki? :) Chcąc wybrnąć z sytuacji, postanowiłam szybko uszyć kwiatową pelerynę, bo przecież Superman w wersji wiosennej to nie obciach, prawda? Zabrałam się do tego tuż po siódmej rano, w ekspresowym tempie tworząc wiosenne przebranie. Jednocześnie próbowałam kontrolować proces ubierania się siedmiolatki, odchodząc co chwilę od maszyny do szycia i pomagając w szukaniu czegoś, co będzie w choć minimalnym stopniu bardziej zielone niż różowe…

Kiedy w końcu udało się wyjść z domu, mieliśmy ponad kwadrans opóźnienia. W przedszkolu okazało się, że kwiatowa garderoba w jakiejkolwiek, nawet śladowej postaci, to jednak obciach. Chłopaki noszą się inaczej, nawet w pierwszy dzień wiosny. Usiadłam zrezygnowana na schodach w szatni, trzymając w ręku efekt wykonywanej w szalonym tempie pracy. Brak przebrania był powodem do porannego marudzenia w domu, a to samo przebranie stało się powodem bardzo podobnego marudzenia w przedszkolu. Westchnęłam ciężko…

Nagle usłyszałam zwyczajne: „Miłego dnia!”.

Tylko tyle. Dobrze znane słowa. W tych okolicznościach zadziałały dokładnie tak samo, jak nieśmiałe promienie wiosennego słońca. Uśmiechnęłam się do osoby, którą znam tylko z widzenia, a która w tak prosty sposób odwróciła moją uwagę od narzekania na kolejny nieidealny poranek. Byłam zaskoczona, że ta drobna uprzejmość naprawdę poprawiła mi humor. Zrobiła mi się wiosna :)

Zróbmy tej wiosny więcej, proszę. To naprawdę nic trudnego.

Może wystarczy właśnie to – dobre słowo i uśmiech. Może wystarczy drobna uprzejmość, taka jak przepuszczenie kogoś w kolejce sklepowej. Może telefon do kogoś, z kim dawno nie rozmawiałaś albo zainteresowanie okazane komuś, kogo zupełnie nie znasz. Taka mała wiosna, małe gesty niepozorne jak zielone pączki na drzewach. Dopiero później, gdy rozkwitają, okazuje się, jak ogromny tkwi w nich potencjał. I każdy z nas może mieć w tym swój udział.

 

a gdyby tak nie rzucać tego wszystkiego?

„Budzą się moje oczy jeszcze przed świtem,
aby rozważać Twoje słowo.” (Ps 119) – tak byłoby idealnie.

Jest jednak inaczej. Moje oczy budzą się jeszcze przed świtem albo przedłużają nieuchronny moment uniesienia powiek i tkwią w leniwym półmroku. W tym czasie jednak głowę wypełnia milion myśli. Biegnę w nich do pracy, myśląc o nadchodzących obowiązkach. Przeglądam w myślach szuflady, próbując przypomnieć sobie, do której z nich odłożyłam potrzebne mi dokumenty. Robię listę rzeczy do zrobienia: śniadanie, kanapki do szkoły, spakowanie obu plecaków, sprawdzenia nowego rozkładu jazdy kolejki. Nie zdążyłam jeszcze otworzyć oczu, nie zdołałam postawić stopy na podłodze, a już pobiegłam w kilkanaście miejsc, już narzuciłam sobie szalone tempo. I już jestem zmęczona…

„A gdyby tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady”? Albo chociaż do parku zamiast do pracy? Gdyby zostawić obowiązki, zapomnieć o zrobieniu obiadu, zignorować fakt, że pagórki ubrań do prasowania faktycznie niedługo zbliżą się wysokością do zielonych połonin? Gdyby tak stwierdzić, że mam dość, uciekam, zostawiam to i tyle?

Pewnie można by w ten sposób. Można by „wsiąść do pociągu byle jakiego”. Tylko że wtedy nie dbałoby się nie tylko o bagaż i o bilet, ale również o tych, którzy są wokół. Bo „wstawanie jeszcze przed świtem” ma swoje konkretne przyczyny. Przygotowywane niekiedy mechanicznie śniadanie karmi konkretne osoby – zazwyczaj naprawdę głodne. Dbałość o to, żeby w plecaku do szkoły muzycznej znalazł się wyprasowany strój do rytmiki i komplet kredek sprawia, że moje dziecko może potem powiedzieć – nie fejsbukowo, ale z prawdziwą radością – lubię to! Ten wysiłek, niezauważany przez świat, choć skutkujący zauważalnym zmęczeniem, ma swoich adresatów. I rodzi dobro.

Nie, nie rzucę wszystkiego. Jest ryzyko, że uciekając w Bieszczady, do Tajlandii czy na księżyc, spakowałabym nie tylko walizkę, ale cały mój wewnętrzny bałagan i pośpiech. „Zmiana miejsca pobytu nie zmienia obyczajów” – jak to słusznie zauważył przed wiekami św. Ignacy z Loyoli. A zmiana obyczajów nie wymaga zmiany miejsca.

Zmęczona tym wewnętrznym i zewnętrznym pośpiechem postanowiłam w piątek zwolnić tempo. Nie pojechałam w Bieszczady tylko do marketu, zrobić przedweekendowe zakupy. Zwolniłam dokładnie między znajdującymi się w centrum handlowym stoiskiem z meblami a piekarnią. Zwolniłam świadomie, zmieniając rytm stawiania kolejnych kroków, próbując spojrzeć przed siebie, na mijających mnie ludzi i na do bólu zwyczajne otoczenie. Nagle z krainy pośpiechu i planowania przeniosłam się do krainy „tu i teraz”. I tam było mi zdecydowanie lepiej- bo poczułam, że żyję. Właśnie tam! Nie na ekskluzywnej wycieczce, w czasie lotu balonem czy w momencie odbioru wygranej w totlotka.

Poczułam, że żyję wtedy, gdy to sobie uświadomiłam – że jestem, że istnieję, że chociaż czasem pędzę w szalonym tempie, moje życie ma znaczenie, a jego smak zależy tylko ode mnie. Właśnie od takich małych chwil. Może więc jednak…nie rzucać tego wszystkiego? Może najlepszą podróżą jaką możemy sobie zafundować, jest ta, w którą ruszamy każdego dnia? Jeśli nie zapomnimy zabrać w nią uważnego serca i szeroko otwartych oczu, może się okazać, że siedem cudów świata to nic w porównaniu z dobrem, w którym mamy swój udział dzięki codziennym wysiłkom.

 

dotyk, czyli Przemienienie według pięciolatka.

Nasza Biblia dla najmłodszych nie ogarnęła takiego tematu jak Przemienienie. Z rozczarowaniem przerzucałam kolejne strony, po czym stwierdziłam, że po prostu przeczytam dzieciom fragment z Pisma Świętego, a obrazki…hmm..obrazki to sobie sami narysujemy. Tak też zrobiliśmy. A gdy już przeczytałam Mateuszową relację z tego wydarzenia, oczywiście powoli i podkreślając najważniejsze momenty, zapytałam dzieci, co wydarzyło się na górze Tabor. Mój pięciolatek odpowiedział szybko: Jezus dotknął uczniów. I miał rację, choć mało kto zwraca uwagę na ten fragment tekstu.

Dziecku pewnie łatwiej niż osobie dorosłej wyobrazić sobie, że ubranie może być jaśniejsze niż światło. Gdy ma (tak jak moje dzieci) doświadczenie zdobywania tatrzańskich szczytów, w jego pamięci może wyraźnie zapisać się stroma góra, na którą wspinają się uczniowie wraz z Jezusem. A jednak ważniejsze okazuje się to, co jest podstawowym sposobem dziecięcej komunikacji. Bo dziecko chce czuć bliskość mamy i taty. Dziecko wdrapuje się na kolana, przytula się i domaga uścisków. I może dlatego najważniejszą częścią tej opowieści z życia Jezusa może być dla niego nie samo przemienienie, lecz to, że Jezus uspokaja przestraszonych uczniów w najprostszy sposób – przez dotyk.

Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie kiedyś opowieść o uzdrowieniu niewidomego w Betsaidzie (Mk 8, 22-26). Historia zaczyna się tak: „Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął„. Jak Jezus odpowiada na tę prośbę? Jak zwykle – dając więcej, niż się Go prosi :) „On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: „Czy widzisz co?” (…)  Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony.”

Potrafisz to sobie wyobrazić? Ja nie potrafiłam. Ale wystarczyło zamknąć oczy i położyć na nich własne dłonie, by poczuć przejmująca, zaskakujące ciepło. To pomogło mi odkryć po raz kolejny, że Jezus jest Kimś, kto pragnie być bardzo blisko człowieka. Nie boi się go dotknąć, nie boi się pobrudzić. Tam, gdzie chcemy schować się ze wstydu i ukryć naszą ślepotę, On dyskretnie bierze nas za rękę i wyprowadza poza to wszystko, co nas ogranicza. Zamiast pouczać, osądzać czy stawiać warunki, po prostu dotyka tego, co boli. Miłość, która przemawia w ten sposób, nie potrzebuje słów ani tłumaczy. Ten język rozumie każdy, zwłaszcza ten, kto tęskni za bliskością. A ta bliskość niesie uzdrowienie.

„Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.” To jest recepta na każdy lęk – pozwolić się dotknąć, a potem nie widzieć już nic innego, tylko samego Jezusa. Nie patrzeć na to, co jest przeszkodą przewyższającą nasze siły. Nie zaglądać w przepaść swoich smutków i zmartwień, nie koncentrować się na strachu i nie rozpoczynać rozmowy z pokusą. Nie widzieć nikogo i niczego oprócz Jezusa. To wystarczy.

Jezus zbliżył się do nich i dotknął ich.

Pozwolisz na to samo?

nic nie muszę.

Muszę – zdążyć na czas, załatwić wszystkie sprawy, spełnić oczekiwania, sprawdzić się. Musi – on i ona. Musi zachować się tak jak bym chciała. Musi reagować w sposób, który wydaje mi się odpowiedni. On, ona, oni, świat. Czerwone światło musi się szybko zmienić na zielone, tramwaj musi przyjechać o czasie, pogoda musi być ładna a dzień w pracy musi się potoczyć bez komplikacji.

Żyję w klatce, którą zbudowałam z miliarda oczekiwań ubranych w to samo słowo – MUSI. Życie musi się toczyć według wymyślonego przeze mnie scenariusza, a swój dobrostan, czyli szczęście, uzależeniam od tego, czy faktycznie się tak stanie. Strasznie to karkołomne, bo w ten sposób oddaję zarządzanie moim poczuciem spełnienia w ręce innych. Uzależniam moje szczęście od tego, na co nie mam żadnego wpływu. Nie mogę przecież wpłynąć na pogodę za oknem, rozkład jazdy komunikacji miejskiej ani reakcje i uczucia innych ludzi. A jednak często to robię i dobrowolne ładuję sobie na plecy ciężar, który ze szczęściem nie ma nic wspólnego – ciężar tego, co MUSI się stać, bym w końcu poczuła się dobrze. Ta iluzja waży zaskakująco dużo i w bardzo podstępny sposób kradnie moją wolność, a oprócz niej dźwigam też ogromny bagaż stresu i pytań o to, co będzie, jeśli coś potoczy się niezgodnie z planem.

Słowo „musi” występuje w naszym języku zastanawiająco często. Dziecko musi chodzić do szkoły, a dorosły do pracy. Katolik musi chodzić do kościoła i pościć w piątki.  „Wszystko musi się dobrze skończyć” – zapewniamy przed operacją w szpitalu. „Musicie być bardzo szczęśliwi” – mówimy uśmiechniętym nowożeńcom. Odmieniamy słowo „musieć” przez wszystkie życiowe przypadki i wypadki. A ja dzisiaj postanowiłam poszukać go również tam gdzie każdy katolik musi często zaglądać – w Biblii.

Okazuje się, że Jezus też używał tego słowa. Rozczarują się jednak ci, którzy palą się do prowadzenia małych i wielkich krucjat oraz piętnowania grzechu bliźniego. Jezus ani razu nie mówi: „Musisz się nawrócić”. Nie zwraca się w ten sposób ani do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie, ani do celników, ani nawet do faryzeuszy. Wiele razy mówi jednak: „że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć” (Mk 8,31), „że musi iść do Jerozolimy” (Mt 16,21) i że „musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany” (Łk 24,7). Jedyną Osobą, która coś musi zrobić, jest On sam. Do nas, do swoich uczniów i osób, które proszą Go o uzdrowienie, kieruje inne słowa: „jeśli chcesz„. Jeśli chcesz iść za mną, to weź swój krzyż i chodź.  „Co chcesz, abym ci uczynił?” (Mk 10,51). To coś więcej niż zwykłe słowa – to wolność. Bo to wszystko, co nas zniewala, łącznie z tym, w czym więzi nas słowo „MUSI”, On bierze na swoje ramiona. Zabiera to od nas – po to, by nas uwolnić.

Dzięki temu ja nic nie muszę! Nie buduję sobie więzienia z powinności i norm do wyrobienia, bo jestem wolna. I w tej wolności wybieram: nie muszę, tylko chcę. Chcę iść za Jezusem chcę być posłuszna Słowu Bożemu. Chcę chodzić do kościoła, czytać Biblię i po prostu żyć tym w co wierzę. Żyć Tym, w Kogo wierzę. Między „chcę” a „muszę” jest ogromna różnica. Dzięki wolności, jaką mam w Jezusie, mogę tej różnicy doświadczać. I ta różnica naprawdę dobrze smakuje… :)

Pewnie ktoś mógłby się przyczepić, że upraszczam, że „rozwadniam Ewangelię” albo uciekam od radykalizmu. Nic z tych rzeczy. Nie odrzucam przykazań, nie neguję Bożych wymagań, a cytując słowa Jezusa, nie zapominam chociażby o tych: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą.” (Mk 12, 30). Tylko że ja słysząc takie słowa, wcale nie widzę w nich Boga, który stoi nade mną, patrzy surowym wzrokiem i grzmi: masz tak postępować, bo jeśli nie, to się pogniewamy! Ja w tych słowach nie widzę przymusu i powinności. Widzę w nich obietnicę. Widzę miejsce na moją słabość, która dogania mnie codziennie i codziennie o sobie przypomina. I takie słowa są dla mnie jak pocieszenie. Bo Jezus mówi: „wiem, że Ci dzisiaj nie wyszło, chociaż się starałaś. Wiem, że jeszcze nie potrafisz. Ale jeśli chcesz, ja Ci pomogę. I przyjdzie taki piękny dzień, gdy będziesz miłować Pana Boga swego całym swoim sercem.”

A skoro On tak mówi, to ja w to wierzę :)

jestem wojującą feministką.

Nie będę wróżyć z fusów, bo nie ma takiej potrzeby – dobrze wiem, co 8 marca będzie się pojawiać w telewizji. Będą manify i prostesty, dyskusje o gender i wieszakach, a to wszystko przeplatane reklamami dyskontów, w których tylko dziś, z okazji Dnia Kobiet, bukiet eleganckich róż za osiem dziewięćdziesiąt dziewięć i pończochy w promocji. Pokuszę się o stwierdzenie, że to obrazuje przekrój przez różne szufladki, w które świat chciałby nas, kobiety, wygodnie poupychać (bo to, co poupychane, sprawia mniej kłopotów). Wojujące feministki kontra słuchaczki Radia Maryja w moherowych beretach. Nowoczesne bizneswomen po jednej stronie, zmęczone życiem matki, koniecznie w wyciągniętych dresach i bez makijażu, po drugiej. Może jednak czas w końcu wyjść poza ramy tych wszystkich stereotypów?

„Niech pani nie przesadza” – słyszałam niejednokrotnie. Słyszałam to w szpitalu, gdy lekarz bagatelizował stan zdrowia mojego dziecka, a moje rzeczowe uwagi skwitował jedynie słowem: „hormony!”… Słyszałam to czasem w chwilach, gdy próbowałam opowiedzieć o tym, jak czuję się w jakiejś sytuacji czy relacji. Słyszałam to wystarczająco często by uwierzyć, że to prawda.

Moja uprzejmość zbyt często była uznawana za oznakę słabości. Mój uśmiech odczytywany był jako przyzwolenie na przekraczanie granic i wypowiadanie raniących słów. Chęć do pomocy i wrażliwość niektórzy traktowali jak zachętę dla własnej bezczelności, zrzucając na mnie swoje zadania i odpowiedzalności. W chwilach, gdy ośmieliłam się zaprotestować, słyszałam magiczne i wygodne: „nie przesadzaj”…

Dlatego postanowiłam sobie: będę wojującą feministką! Nie oznacza to wcale popierania aborcji, myślenia non stop o seksie i wcielania się w rolę babochłopa – stereotypom mówię dzisiaj stanowcze „nie!”. Będę feministką po swojemu. Będę świadoma swojej kobiecości i wcale nie będę silić się na udowadnianie mężczyznom, że muszę im dorównać. Nie jestem gorsza. Jestem inna i ta inność jest czymś fantastycznym – jest moim atutem Jestem jej świadoma, jestem świadoma tego, że kobiecość oznacza inne role społeczne i inne zadania. Nie zamierzam jednak żyć w przekonaniu, że są to zadania gorsze, nawet jeśli są mniej spektakularne.

Dlatego wojuję. Wojuję, bo jestem świadoma mojej siły. Wojuję delikatnością i uśmiechem, za którym jednak nie kryje się bezradność. Moja wrażliwość bywa uznawana za dowód słabości, tak jednak dzieje się do pewnego czasu. Przychodzi niekiedy taki moment, gdy wyznawcy siły mierzonej w newtonach i decybelach przekonują się, że prawdziwa siła nie musi gryźć i kopać, by wyznaczyć granice. Prawdziwa siła może być delikatna, a jednak niezłomna. I wcale nie musi ranić innych. Silne ramiona to nie tylko te, które okopują się na swoich pozycjach i wytaczają przeciwko innym armaty pełne obelg i słów nieznoszących sprzeciwu. Silne ramiona to przede wszystkim te, które z takiego pola bitwy zbierają rannych. Silne ramiona to te, w których można się wypłakać i doznać ukojenia. I taka jest właśnie nasza kobieca siła. Taką siłą mamy wojować.

Może nieprzypadkowo tuż przed Dniem Kobiet Kościół przypomina nam dwie niesamowicie silne kobiety – Perpetuę i Felicytę. Kiedyś kojarzyły mi się jedynie z dziwnymi imionami ;) Kiedy jednak zaczęłam zgłębiać ich historię, nie mogłam się od niej oderwać. Dwie pozornie słabe kobiety, dwie matki, więzione w oczekiwaniu na śmierć i namawiane przez bliskich do bardzo rozsądnego w oczach świata rozwiązania problemu- wystarczyło przecież powiedzieć, że nie wierzy się w Jezusa…:

„Córko, miej litość dla mojej siwizny; ulituj się nad ojcem, jeżeli jestem godzien, byś mnie ojcem nazywała. Bo jeśli moje ręce ciebie wypiastowały i doprowadziły do kwiatu wieku w jakim się znajdujesz, jeśli ukochałem ciebie bardziej niźli braci twoich, to nie skazuj mnie na hańbę wśród ludzi. Pomyśl o swoich braciach, pomyśl o swojej matce i ciotce, pomyśl o swoim dziecku, które nie będzie mogło żyć po twojej śmierci. Porzuć swoje postanowienie, abyś nas wszystkich nie zgubiła. Bo jeżeli cokolwiek się tobie przydarzy, to nikt z nas nie ośmieli się nawet swobodnie rozmawiać”. (źródło)

Ile trzeba mieć w sobie siły, by w obliczu śmierci być wiernym temu, w co się wierzy? Ile siły musi być w słabej kobiecie, by wybrała Jezusa, mimo że cały świat mówi jej coś innego? Na przestrzeni wieków kolejne kobiety odkrywały źródło tej siły, ale najprościej i najbardziej trafnie wyraziła to kilkanaście wieków po męczeństwie Perpetuy i Felicyty pewna mało wówczas znana i przez wielu lekceważona słaba, lecz silna kobieta. Żródłem jej siły było :

Jezu, ufam Tobie.

Ja, katolicka wojująca feministka, słaba wrażliwa kobieta, uznaję to za bardzo dobrą popowiedź, nie tylko na Dzień Kobiet. To Źródło siły z której zawsze mogę czerpać. Źródło, które nigdy się nie wyczerpie…

 

15 pomysłów na Wielki Post (bez rezygnacji z czekolady ;) )

Czterdzieści dni to mnóstwo czasu, tak przynajmniej wydaje mi się zazwyczaj w Środę Popielcową.Jednak dziwnym trafem, tuż przed Niedzielą Palmową pojawia się w mnie okrzyk zdziwienia: „Jak to, to już?? Kiedy to minęło? I dlaczego przespałam większość tego czasu?…” Żeby tego uniknąć, mam kilka konkretnych propozycji. Wcześniej jednak chcę głośno wypowiedzieć jedno ważne pytanie –

ale właściwie po co to wszystko?

Wielkopostne postanowienia stanowią czasem zbiór imponujących wyzwań typu: „nie będę jeść czekolady” albo „na 40 dni zrezygnuję z internetu”. Nie mam nic przeciwko tak konkretnym i jasno określonym planom. Ważne jednak, dokąd mają one zaprowadzić. Czy tylko do satysfakcji z tego, że udało się wytrwać? Czy postanowienia są próbą udowodnienia sobie i światu, że mogę, potrafię i chcę być z tego dumna? Czy może są subtelną odmianą pewnej gry z Panem Bogiem: ja dam Ci moje wyrzeczenia, a Ty daj mi wielkanocną radość/odczuwalny pokój serca/nawrócenie bliskiej osoby – niepotrzebne skreślić…?

Czterdziestoniowy post nie jest programem treningowym duszy i ciała, nie wyznacza też ram czasowych igrzysk olimpijskich, w  których będziemy bić rekordy w kolejnych konkurencjach z cyklu: „a teraz nie będe tego robić”. Tu nie walczymy o złoty medal czy zaliczenie albo niezaliczenie przedmiotu pod tytułem: „dobrze przeżyty Wielki Post”. To wszystko ma tylko jeden cel – zbliżyć nas do Boga. Nie odwrotnie – bo On już jest blisko. Wszystko, co będziemy robić w tym czasie, ma sprawić, że bardziej otworzymy się na Jego miłość. Wydaje się więc, że to właśnie Jego trzeba w pierwszej kolejności spytać o to, jak powinien wyglądać ten czas.

Kościół daje nam trzy konkretne podpowiedzi: modlitwę, post i jałmużnę. Dzięki temu łatwiej skierować swoją uwagę w tym czasie na Boga. Ja pozwoliłam sobie w podobny sposób pogrupować kilka podpowiedzi, które mogą zainspirować do stworzenia własnych postanowień wielkopostnych – tym razem bez zaglądania do spiżarni i szuflad z ciasteczkami ;)

Modlitwa

wygospodaruj dodatkowe dwie godziny dziennie, aby odmówić cały różaniec, brewiarz i co najmniej trzy litanie…. no nie, oczywiście – żartuję ;) mam za to inne propozycje:

  1. Zanim wybierzesz się na Mszę świętą, poświęć 10 minut na to, żeby wcześniej, jeszcze w domu, zapoznać się z czytaniami z danego dnia. Daj sobie na to chwilę czasu, popatrz co Cię w tych tekstach porusza – co pociąga i rozpala serce, a co powoduje opór. Porozmawiaj o tym z Jezusem i oddaj Mu to w czasie Eucharystii.
  2. Sięgaj do codziennych czytań. Możesz modlić się ich tekstami, możesz wybrać rano jedno zdanie, które będzie Ci towarzyszyć w ciągu dnia albo modlić się np. w drodze do pracy czy na uczelnię. Kościół prowadzi nas przez Wielki Post konkretną drogą – przez 40 dni można zrobić na niej kolejny mały kroczek, pozwalając się prowadzić przez Słowo. To proste :)
  3. Jeśliz różnych powodów nie jeździsz do pracy czy na uczelnię, lecz spędzasz czas w domu, wypróbuj modlitwę w czasie wykonywania domowych obowiązków. Tu sprawa wygląda jeszcze prościej, a w słowach tej modlitwy nie sposób się nie pogubić. Chociaż owszem, można w niej zgubić: zabieganie, zatroskanie i lęk. Ta modlitwa składa się z jednego słowa i można je wypowiadać mieszając zupę, prasując ubrania czy wykonując najprostszą z czynności, czyli wdech i wydech. Tym słowem jest: Jezus.
  4. Level-up. Jeśli masz taką możliwość, poszukaj kościoła, w którym mogłabyś raz w tygodniu spędzić czas na adoracji Najświętszego Sakramentu. Zostaw jednak w domu różaniec, brewiarz czy książeczkę do nabożeństwa. Przyjdź do Jezusa i tylko patrz na Niego. Zwolnij…
  5. Niezależnie od tego czy lubisz cotygodniowe nabożeństwo drogi krzyżowej w kościele, czy tak jak ja za nim nie przepadasz (bo ja nie lubię tłumów i narzuconego z góry tempa…), pomódl się w ten sposób, ale samotnie. Pójdź na spacer, do parku, ulicami miasta albo szlakiem między zabawkami porozrzucanymi w domu. Idź swoim tempem i zatrzymuj się na chwile refleksji, próbując znaleźć ślady Bożej obecnościi nie tylko w kościele, ale w codziennym otoczeniu. Więcej: zaproś Go, by sam w tym czasie prowadził i by uświęcał swoją obecnością te drogi, które na co dzień przemierzasz.
  6. Obejmij modlitwą konkretną osobę, kogoś kto potrzebuje modlitwy, kogoś z kim trudno Ci się dogadać albo kogo wprost nie lubisz. Przez czterdzieści dni odmawiaj w jego/jej intencji jedną, krótką modlitwę.

Post –

tym razem nie o ograniczeniu czekolady, alkoholu, ciasteczek czy internetu – choć nie do końca

  1. Zobacz, na co wydajesz zbyt dużo pieniędzy, czego nie potrafisz sobie odmówić i w jakich sytuacjach pozwalasz sobie na małe szaleństwa zakupowe. Spróbuj chociaż raz w podobnej sytuacji zrezygnować z zakupu tej rzeczy, a oszczędzone pieniądze zachować na propozycje dotyczące jałmużny :)
  2. Wyjmij z uszu słuchawki. Nie chodzi jednak o to, żebyś w ogóle ne słuchała muzyki w czasie Wielkiego Postu, odwracała wzrok od telewizora i zatykała sobie uszy, gdy w restauracji usłyszysz ulubioną piosenkę. Chodzi o świadomy wybór ciszy zamiast hałasu – może przez część dnia, może wtedy, gdy zagłuszasz swoje myśli czymkolwiek, żeby czas szybciej mijał. Niech nie mija – niech zwalnia, a Ty posłuchaj ciszy.
  3. Tak, w końcu docieramy do klasyki ;) czyli proponuję ograniczenie korzystania z Facebooka, ale nie tylko dlatego, że tak bo tak. Przede wszystkim po to, żeby – znowu – usłyszeć ciszę i zrezygnować z tego, czym zapychasz czas. Dzięki zastosowaniu konkretnych ram czasowych przy korzystaniu z internetu, możesz zyskać czas na modlitwę, a być może również doświadczyć pewnej pustki. I ta pustka jest nam bardzo potrzebna w tym czasie – bo tam, gdzie wszystkiego jest pełno, Pan Bóg może się już nie zmieścić…
  4. Nie będę zaglądać do Twojej spiżarni, a nawoływanie do porzucenia czekolady zostawię Ewie Chodakowskiej ;) Mam jednak konkretną propozycję postu – post od plotkowania i gadania rzeczy niepotrzebnych. Wybieranie milczenia wtedy, gdy chciałoby się złośliwie skomentować albo opowiedzieć o czyimś potknięciu. Post, który jest jednocześnie bardzo konkretnym i trudnym ćwiczeniem, ale wydaje mi się, że Panu Bogu będzie milszy niż powstrzymanie się od chrupania ciasteczek.

Jałmużna –

czyli ofiarowanie czegoś z miłością. Jałmużna kojarzy mi się (błędnie!) z litością i patrzeniem na kogoś z góry. Podejrzewam, że nie jestem w tym odczuciu odosobniona – waro więc spojrzeć na to inaczej. Jałmużna – to dawanie z serca. To konkretna postać miłości.

  1. Pomyśl, kto w Twoim otoczeniu może potrzebować dobrego słowa, jakiegoś wsparcia i zachęty. Napisanie listu, maila czy SMSa niewiele kosztuje, a może komuś zrobić dzień dobry ;) Spróbujesz?
  2. Wychodząc z podobnego założenia – dobrego słowa może potrzebować sąsiad albo ktoś, kogo codziennie mijamy na przystanku autobusowym. Postaw sobie za cel poznać kogoś, kogo znasz tylko z widzenia. Przełam nieśmiałość, powiedz: „dzień dobry”, zapytaj o samopoczucie. To może być początek pięknej znajomości.
  3. Level up – zrób coś miłego dla kogoś, kogo nie lubisz albo kto Cię irytuje.
  4. Jeśli dysponujesz wolnym czasem, zaangażuj się w działania wolontariatu. Niekoniecznie musisz poświęcać temu 20 godzin tygodniowo – może uda Ci się np. przyłączyć do gotowania zupy dla bezdomnych? (w Gdańsku tu, w Krakowie tu) Jeśli obowiązki domowe na to nie pozwalają, wygospodaruj godzinę dziennie na nicnierobienie – pobaw się z dziećmi i poświęć im w pełni czas albo spędź go z małżonkiem.
  5. Przeznacz konkretną sumę (najlepiej – zaoszczędzoną dzięki podjęciu postu) na pomoc potrzebującym.

Jeśli którakolwiek z tych propozycji sprawiła, że w sercu zaczęło kiełkować wielkopostne postanowienie, mam jeszcze ostatnią prośbę – zostaw na razie działanie. Idź do Jezusa z tym swoim postanowieniem i pragnieniem zmiany. Zapytaj Jego, co o tym sądzi, poproś by On sam w tym prowadził, a dopiero potem zabierz się za działanie. To dobra kolejność, nie tylko na Wielki Post. I niezależnie od tego, jak ten czas będzie u Ciebie wyglądał, życzę Ci, by każdy z tch 40 dni był po prostu dobry :)

gdyby Dawid był kobietą…

Z Goliatem sprawa jest prosta. Duży. Silny. Silniejszy niż większość znanych ludzi. Budzący przerażenie, a przynajmniej respekt. Z niewidzialnym, a jednak widocznym drugim imieniem, którego nie trzeba wypowiadać, bo to po prostu się wie: niepokonany.

A Dawid? Wiadomo, jak toczy się jego historia – ale gdyby tak pogdybać?…

… gdyby Dawid był kobietą? Co wtedy? Wtedy może nosiłby spódnicę dokładnie tą, którą ubrałam dzisiaj. Granatową, grzeczną, odpowiednią do sytuacji. I butki takie same, jak moje ulubione – śmieszne choć urocze balerinki z czarną kokardką. Takie, w których stawia się drobne kobiece kroki. I w których dobrze czuje się ziemię pod stopami, więc w razie czego można nie tylko zgrabnie chodzić, ale też zwinnie biegać. I uciekać.

Może czułby sie tak jak ja. Krucha jak łupinka orzecha, mająca przepłynąć ocean. Wrażliwa jak zielone, klejące pączki drzew na wiosnę – wystarczy, że dotkniesz, że połamiesz gałązkę, a uschną. Słaba jak mrówka próbująca unieść źdźbło trawy. Jak płomyk świecy, który łatwo zdmuchnąć. Jak ulotne ciepło wiosennego słońca, które próbuje ogrzać twoje dłonie, ale wciąż jest zbyt słabe…

Nie pchałabym się do tej walki, naprawdę. Założę się, że nie umiałabym nawet prawidłowo posłużyć się procą. Od samego patrzenia na Goliata uginają się pode mną nogi. I zastanawiam się, co ja tutaj właściwie robię.

Ale niektórych walk i potyczek nie wybieramy sami. Niektóre rzeczy po prostu się zdarzają. Nie pukają uprzejmie do drzwi, nie anonsują wizyty z wyprzedzeniem, tylko wpadają przez okno z siłą huraganu, przewracając wszystko, co udało się wcześniej poukładać.

TRACH.

Czasem można poczuć własną słabość tak mocno, jakby otaczała ze wszystkich stron i dotykała każdej komórki  ciała. Słabość w nas samych, gdy wybieramy pójście za głosem pokusy, a nie Dobrego Pasterza. I słabość, która podcina nogi, gdy pada cios zadany z zewnątrz – celnie. Bo zdarzają się takie ciosy, często właśnie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy…

Wtedy jednak – paradoksalnie – można poczuć, że na tym polu bitwy jest coś więcej niż tylko nasza słabość i potęga Goliata. Coś więcej. Ktoś więcej. Że ten Ktoś z czułością matki opatrującej rozbity dziecięcy nos czy kolano, a jednocześnie z siłą i determinacją ojca walczącego w obronie swojego dziecka, otacza nas silnym ramieniem. Że nic innego się dla Niego nie liczy – tylko my. Że to On walczy, że jest OBECNY, że czuwa. I że mówi niezależnie od sytuacji zawsze to samo – jesteśmy w tym razem.

Goliat dalej przeraża. Słabość przytłacza. Ale nadzieja każe patrzeć nie na siłę przeciwnika, nie pod nogi – własne, słabe nogi – ale w górę. Na twarz Tego, który obiecał nigdy nas nie zostawić. I który dotrzymuje słowa.

błogosławieństwa dla mało zaawansowanych.

Błogosławieństwa to program życia chrześcijańskiego – słyszałam niejeden raz. Program wymagający i trudny, ale przecież nikt nie mówi, że będzie łatwo. Program dla tych, którzy chcą więcej i którzy potrafią włożyć w takie starania wszystkie swoje wysiłki. I program, na który chyba się nie łapię, pomyślałam.

Gdybym miała ocenić, jak wygląda to w moim życiu, to okazałoby się, że jestem kiepskim uczniem, który przespał część życiowych lekcji. Z innych zajęć z kolei urywa się notorycznie na wagary, jak chociażby wtedy, gdy się smuci, ale woli się w tym smutku zabarykadować, niż odkryć w nim błogosławieństwo. Oceny miałabym chyba bardzo średnie. Z wprowadzania pokoju byłoby może trzy z minusem, bo owszem, zdarza mi się czasem godzić zwaśnionych. Dużo częściej jednak mówię o kilka słów za dużo lub wbijam jakąś złośliwą szpilę, która z pokojem i zgodą nie ma nic wspólnego. Od cierpienia staram się uciekać, więc radość z powodu prześladowań byłaby jak wiecznie nieodrobione zadanie domowe – niezaliczone.

Gdyby Jezus patrzył na to w ten sposób, byłabym jak uczeń, któremu nigdy nie uda się przejść do kolejnej klasy. O własnych siłach nie byłabym w stanie sprostać wymaganiom i zaliczyć cokolwiek chociaż na marną trójczynę. Na szczęście jest jednak inaczej. W Jego szkole nie ma ocen i jest tylko jeden przedmiot obowiązkowy – miłość.  A miłości uczymy się w sposób najlepszy z możliwych, czyli czerpiąc ją z jej Źródła. Wtedy nie można mieć słabych ocen, nikomu też nie przyjdą do głowy wagary – bo miłość przyciąga, ogrzewa, koi.

Błogosławieństwa to wcale nie zbiór wymagań, których nie jestem w stanie spełnić. Przez długi czas tak myślałam i dopiero ostatnie dni przyniosły mi inne spojrzenie na te dobrze znane słowa. Błogosławieństwa to kolejna lekcja miłości – Jego miłości. Bo to On pociesza smutnych, dźwiga przytłoczonych przez cierpienie i daje radość w prześladowaniach. To Jego miłość podpowiada: gdy będziesz smutny, będę Twoim Błogosławieństwem. Nie będziesz płakać w samotności.

I to nieprawda, że nie jesteś cicha – podpowiedział mi ostatnio ktoś mądry. I choć w pierwszym odruchu chciałam zaprzeczyć, potem szybko się z tym zgodziłam. Mogę śmiać się na cały głos gdy jestem szczęśliwa. Potrafię wykrzyczeć swoją złość, gdy ktoś mnie zdenerwuje. Ale kiedy jest mi bardzo źle, kiedy naprawdę cierpię, wtedy jestem cicha. Gdy ktoś gasi moją radość, uderza w czuły punkt, zabiera sens – wtedy jestem cicha. I wtedy On przychodzi nie po to, by mówić: „Dasz radę się z tego otrząsnąć, spróbuj”. Mówi: „Tam, gdzie smutku nie potrafisz już ubrać w słowa, będę Twoim Błogosławieństwem. Będę Miłością”.

na ziarnku grochu.

Pamiętacie bajkę o królewnie na ziarnku grochu? Ciekawe, jak wyglądała po nieprzespanej nocy… Miała pewnie potargane włosy i cienie pod oczami. Na bladej twarzy malował się grymas bólu spowodowanego niewygodnym posłaniem, a kto wie, może również migreną? Tamtego dnia o poranku nie wyglądała jak księżniczka. Nie miała na głowie korony, nie miała pięknej sukni, miała jedynie zmęczenie, ból i niewyspanie. A jednak nadal była księżniczką – nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

Ziarnko grochu pod materacem wydaje nam się błahym problemem. Gdyby znalazło się w bucie, byłoby pewnie bardziej dokuczliwe. A gdyby ziarnami grochy wypełnić 60-litrowy plecak i wspinać się z nim pod górkę, okazałoby się, że drobiazgi ważą więcej, niż nam się wydaje. Takich drobiazgów codziennie dźwigamy sporo. Bywają tak małe, że nie zwracamy na nie uwagi – drobne przykrości, rozczarowania, porażki. Marzenia odkładane na później i pragnienia, z których trzeba zrezygnować. Małe ziarenka grochu. Wszystko to, co sprawia, że kolejny dzień witamy z podkrążonymi oczami i bez uśmiechu – co sprawia, że przestajemy wierzyć w to, kim jesteśmy. A jesteśmy księżniczkami. Tak, dokładnie – być może uśmiechniesz się z pobłażaniem na te słowa, ale jesteś córką Króla, dzieckiem kogoś, kto stworzył Cię z miłości! Masz w sobie piękno. I Twoim życiowym zadaniem jest odkrycie tego piękna, by dzięki temu poznać Tego, który Cię stworzył.

To pierwsze zadanie – zobaczyć w sobie kogoś, kto nie pojawił się na tym świecie przypadkowo, kogoś, kto jest tu z Miłości. Kogoś, kto jest piękny. A potem – zobaczyć to również w innych. Do tego właśnie jesteś powołana – właśnie Ty, kobieta, która doświadczyła Bożej miłości. Jesteś posłana, by pokazywać ją innym, choć niekoniecznie przez słowa pouczeń i dobrych rad. Wystarczy, że pomożesz komuś odkryć w sobie piękno, o którym zdążył zapomnieć. Wystarczy, że spojrzysz na kogoś tak, że poczuje się ważny.  Wystarczy, że porozmawiasz z kimś o jego sprawach, a nie tylko o sobie – „bo wiesz, ja też tak mam…” . Że potraktujesz kogoś po królewsku, choć nadal bardzo zwyczajnie, bo bez fanfar i czerwonych dywanów – za to tak, że w jego oczach pokaże się nowy blask. Jeśli znasz radość, która pojawia się w takiej chwili, wiesz że warto się o nią starać… :)

W każdej z nas jest księżniczka, często od lat zmęczona spaniem na ziarnku grochu. W każdej z nas może też kryć się jej przeciwieństwo. My, kobiety, mamy w sobie ogrom czułości, matczynej troskliwości i gotowości do poświęcenia. Jednocześnie potrafimy też plotkować tak, jak żaden mężczyzna, doszukiwać się dziury w całym i pamiętać konfigurację tych dziur przez wiele lat, by potem precyzyjnie wypomnieć czyjś błąd. Mamy ogromny potencjał czynienia dobra, bo przez empatię, ciepło i troskę o innych możemy pomóc im nie tylko w usłyszeniu dobrze znanego sloganu: „Bóg cię kocha”, ale też w odkryciu tego, gdy patrzą na siebie. Mamy taką moc, a w zasadzie Jego moc, którą złożył w nasze ręce. Możemy pomagać innym w odkrywaniu, że są ważni i piękni, nawet jeśli nic im do tej pory nie wyszło, bo ich życie to prawdziwy grad ziarnek grochu. Możemy też pójść zupełnie przeciwną drogą, wytykając innym błędy i dając im odczuć, że są gorsi, bo wtedy poczujemy się odrobinę lepiej. To nasz wybór, wybór podejmowany każdego dnia wobec każdego spotkanego człowieka.

Ziarenka grochu bywają dokuczliwe, a niepowodzenia potrafią czasem sprawić, że zapominamy, kim naprawdę jesteśmy. Jeśli zdarzy Ci się taki trudny dzień po jeszcze trudniejszej nocy, nie wahaj się jak prawdziwa księżniczka spojrzeć w lustro, jednak nie po to, by pytać, kto jest najpiękniejszy w świecie. Spójrz w lustro i powiedz głośno: „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” (Ps 139,14). A potem wejdź w kolejny dzień z mocnym postanowieniem, by pomóc komuś innemu odkryć to samo.

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi