błogosławieństwa dla mało zaawansowanych.

Błogosławieństwa to program życia chrześcijańskiego – słyszałam niejeden raz. Program wymagający i trudny, ale przecież nikt nie mówi, że będzie łatwo. Program dla tych, którzy chcą więcej i którzy potrafią włożyć w takie starania wszystkie swoje wysiłki. I program, na który chyba się nie łapię, pomyślałam.

Gdybym miała ocenić, jak wygląda to w moim życiu, to okazałoby się, że jestem kiepskim uczniem, który przespał część życiowych lekcji. Z innych zajęć z kolei urywa się notorycznie na wagary, jak chociażby wtedy, gdy się smuci, ale woli się w tym smutku zabarykadować, niż odkryć w nim błogosławieństwo. Oceny miałabym chyba bardzo średnie. Z wprowadzania pokoju byłoby może trzy z minusem, bo owszem, zdarza mi się czasem godzić zwaśnionych. Dużo częściej jednak mówię o kilka słów za dużo lub wbijam jakąś złośliwą szpilę, która z pokojem i zgodą nie ma nic wspólnego. Od cierpienia staram się uciekać, więc radość z powodu prześladowań byłaby jak wiecznie nieodrobione zadanie domowe – niezaliczone.

Gdyby Jezus patrzył na to w ten sposób, byłabym jak uczeń, któremu nigdy nie uda się przejść do kolejnej klasy. O własnych siłach nie byłabym w stanie sprostać wymaganiom i zaliczyć cokolwiek chociaż na marną trójczynę. Na szczęście jest jednak inaczej. W Jego szkole nie ma ocen i jest tylko jeden przedmiot obowiązkowy – miłość.  A miłości uczymy się w sposób najlepszy z możliwych, czyli czerpiąc ją z jej Źródła. Wtedy nie można mieć słabych ocen, nikomu też nie przyjdą do głowy wagary – bo miłość przyciąga, ogrzewa, koi.

Błogosławieństwa to wcale nie zbiór wymagań, których nie jestem w stanie spełnić. Przez długi czas tak myślałam i dopiero ostatnie dni przyniosły mi inne spojrzenie na te dobrze znane słowa. Błogosławieństwa to kolejna lekcja miłości – Jego miłości. Bo to On pociesza smutnych, dźwiga przytłoczonych przez cierpienie i daje radość w prześladowaniach. To Jego miłość podpowiada: gdy będziesz smutny, będę Twoim Błogosławieństwem. Nie będziesz płakać w samotności.

I to nieprawda, że nie jesteś cicha – podpowiedział mi ostatnio ktoś mądry. I choć w pierwszym odruchu chciałam zaprzeczyć, potem szybko się z tym zgodziłam. Mogę śmiać się na cały głos gdy jestem szczęśliwa. Potrafię wykrzyczeć swoją złość, gdy ktoś mnie zdenerwuje. Ale kiedy jest mi bardzo źle, kiedy naprawdę cierpię, wtedy jestem cicha. Gdy ktoś gasi moją radość, uderza w czuły punkt, zabiera sens – wtedy jestem cicha. I wtedy On przychodzi nie po to, by mówić: „Dasz radę się z tego otrząsnąć, spróbuj”. Mówi: „Tam, gdzie smutku nie potrafisz już ubrać w słowa, będę Twoim Błogosławieństwem. Będę Miłością”.

na ziarnku grochu.

Pamiętacie bajkę o królewnie na ziarnku grochu? Ciekawe, jak wyglądała po nieprzespanej nocy… Miała pewnie potargane włosy i cienie pod oczami. Na bladej twarzy malował się grymas bólu spowodowanego niewygodnym posłaniem, a kto wie, może również migreną? Tamtego dnia o poranku nie wyglądała jak księżniczka. Nie miała na głowie korony, nie miała pięknej sukni, miała jedynie zmęczenie, ból i niewyspanie. A jednak nadal była księżniczką – nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

Ziarnko grochu pod materacem wydaje nam się błahym problemem. Gdyby znalazło się w bucie, byłoby pewnie bardziej dokuczliwe. A gdyby ziarnami grochy wypełnić 60-litrowy plecak i wspinać się z nim pod górkę, okazałoby się, że drobiazgi ważą więcej, niż nam się wydaje. Takich drobiazgów codziennie dźwigamy sporo. Bywają tak małe, że nie zwracamy na nie uwagi – drobne przykrości, rozczarowania, porażki. Marzenia odkładane na później i pragnienia, z których trzeba zrezygnować. Małe ziarenka grochu. Wszystko to, co sprawia, że kolejny dzień witamy z podkrążonymi oczami i bez uśmiechu – co sprawia, że przestajemy wierzyć w to, kim jesteśmy. A jesteśmy księżniczkami. Tak, dokładnie – być może uśmiechniesz się z pobłażaniem na te słowa, ale jesteś córką Króla, dzieckiem kogoś, kto stworzył Cię z miłości! Masz w sobie piękno. I Twoim życiowym zadaniem jest odkrycie tego piękna, by dzięki temu poznać Tego, który Cię stworzył.

To pierwsze zadanie – zobaczyć w sobie kogoś, kto nie pojawił się na tym świecie przypadkowo, kogoś, kto jest tu z Miłości. Kogoś, kto jest piękny. A potem – zobaczyć to również w innych. Do tego właśnie jesteś powołana – właśnie Ty, kobieta, która doświadczyła Bożej miłości. Jesteś posłana, by pokazywać ją innym, choć niekoniecznie przez słowa pouczeń i dobrych rad. Wystarczy, że pomożesz komuś odkryć w sobie piękno, o którym zdążył zapomnieć. Wystarczy, że spojrzysz na kogoś tak, że poczuje się ważny.  Wystarczy, że porozmawiasz z kimś o jego sprawach, a nie tylko o sobie – „bo wiesz, ja też tak mam…” . Że potraktujesz kogoś po królewsku, choć nadal bardzo zwyczajnie, bo bez fanfar i czerwonych dywanów – za to tak, że w jego oczach pokaże się nowy blask. Jeśli znasz radość, która pojawia się w takiej chwili, wiesz że warto się o nią starać… :)

W każdej z nas jest księżniczka, często od lat zmęczona spaniem na ziarnku grochu. W każdej z nas może też kryć się jej przeciwieństwo. My, kobiety, mamy w sobie ogrom czułości, matczynej troskliwości i gotowości do poświęcenia. Jednocześnie potrafimy też plotkować tak, jak żaden mężczyzna, doszukiwać się dziury w całym i pamiętać konfigurację tych dziur przez wiele lat, by potem precyzyjnie wypomnieć czyjś błąd. Mamy ogromny potencjał czynienia dobra, bo przez empatię, ciepło i troskę o innych możemy pomóc im nie tylko w usłyszeniu dobrze znanego sloganu: „Bóg cię kocha”, ale też w odkryciu tego, gdy patrzą na siebie. Mamy taką moc, a w zasadzie Jego moc, którą złożył w nasze ręce. Możemy pomagać innym w odkrywaniu, że są ważni i piękni, nawet jeśli nic im do tej pory nie wyszło, bo ich życie to prawdziwy grad ziarnek grochu. Możemy też pójść zupełnie przeciwną drogą, wytykając innym błędy i dając im odczuć, że są gorsi, bo wtedy poczujemy się odrobinę lepiej. To nasz wybór, wybór podejmowany każdego dnia wobec każdego spotkanego człowieka.

Ziarenka grochu bywają dokuczliwe, a niepowodzenia potrafią czasem sprawić, że zapominamy, kim naprawdę jesteśmy. Jeśli zdarzy Ci się taki trudny dzień po jeszcze trudniejszej nocy, nie wahaj się jak prawdziwa księżniczka spojrzeć w lustro, jednak nie po to, by pytać, kto jest najpiękniejszy w świecie. Spójrz w lustro i powiedz głośno: „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” (Ps 139,14). A potem wejdź w kolejny dzień z mocnym postanowieniem, by pomóc komuś innemu odkryć to samo.

 

tamtego dnia w synagodze.

Nie wiem, jak mógł mieć na imię. Może Józef? Albo Jan? Czy to zresztą miało większe znaczenie, skoro to nie jego imię określało, kim tak naprawdę był? Nawet Ewangelia mówi o nim: „człowiek, który miał uschłą rękę”. A on w ciągu kolejnych lat czuł, że jest inaczej, że on to coraz bardziej to USCHŁA RĘKA, z którą przypadkowo zrośnięty jest człowiek. Człowiek przez małe „c”. To uschłą rękę zauważali ludzie, czasem z drwiną, częściej z litością. To uschła ręka była wyrokiem skazującym na żebranie zamiast pracy, na życie bez życia i bez marzeń. I to uschła ręka nauczyła go, że lepiej nie rzucać się w oczy i zachowywać bezpieczny dystans.

Nawet jeśli słyszał cokolwiek o Nauczycielu z Nazaretu, nie ośmieliłby się chociażby pomyśleć, żeby do Niego podejść. Słowa o prośby o uzdrowienie nie przeszłyby mu przez gardło. Żeby chcieć uzdrowienia, trzeba CHCIEĆ po prostu – a on zapomniał jak to jest czegoś pragnąć. I to nie uschła ręka była problemem. To w duszy coś umarło, coś uschło – po cichu i na zawsze.

Do dzisiaj nie wie, jak to się stało, że usłyszał słowa: „Stań tu na środku!”. W jaki sposób Ten Człowiek nawiązał z nim kontakt wzrokowy, skoro patrzył zawsze pod nogi albo na rękę, nigdy ludziom w oczy? To był ten jeden, jedyny raz, gdy stojąc w swoim dobrze oswojonym kącie w synagodze, w miejscu, w którym czuł się bezpiecznie i nikomu nie przeszkadzał, ośmielił się podnieść wzrok. A gdy spojrzał w oczy Tego Człowieka, zniknęło wszystko, co było wokół. Był tylko Człowiek i Głos, który wypowiedział moje imię, choć tak dawno go nie słyszałem: stań tu na środku. Stań w centrum, blisko. Stań obok Mnie.

A potem już nic nie było jak dawniej. Wszystko było nowe i pełne życia. I nie, on wcale się tego nie spodziewał. Nie sądzi też, żeby w jakikolwiek sposób na to zapracował czy zasłużył. I nie powie Ci dzisiaj niczego, co mogłoby się kojarzyć z mądrym kazaniem, oprócz tego, że on wie jak to jest – chować się cicho w bezpiecznej i oswojonej przestrzeni, pragnąc tylko dotrwać do końca dnia. Wie jak czuje się ktoś, kto nawet nie ośmiela się nazwać swoich pragnień, bo patrzy jedynie na to, co w jego życiu bezużyteczne, słabe i uschłe.

Wie też, że cuda nie są tylko dla tych, którzy potrafią biec bez wytchnienia, wołając o ratunek. Gdyby tak było, nie można by ich było nazwać cudami. A cuda są też dla tych, którzy nie tylko nie są w stanie iść ku temu, co dobre, ale którzy nawet nie potrafią ustać na nogach, bo wyczerpali wszystkie swoje siły. Cuda są dla tych, którzy już nie potrafią o nie wołać. Są dla tych ostatnich, zapomnianych i schowanych przed ludzkimi spojrzeniami, bo dla Jezusa oni właśnie są pierwsi. I choćby wszyscy o nich zapomnieli – On zawsze wyłowi ich z tłumu. Choćby oni sami zapomnieli jak mają na imię – On wypowie je z troską i mocą. Choćby coś w nich uschło i umarło – On tchnie w nich nowe Życie. Bo tak właśnie działa Miłość.

 

cegły, nie fajerwerki.

Mój Mąż śmieje się czasem, że słodząc kawę, dokładnie odliczam ziarenka cukru. Kto wie, może jest w tym trochę prawdy – chodzi w końcu o to, żeby kawa smakowała dobrze. „Dobrze” oznacza, że codziennie smakuje tak samo. Jej smak jest zresztą wpisany w każdy poranek, toczący się w naszym domu. A te poranki, tak samo jak kawa, są do siebie podobne.

Dzień za dniem – zwyczajnie. Każdego dnia powtarza się podobny scenariusz. Mogę traktować tą zwyczajność jak dworcową poczekalnię, w której oczekuję na przyjazd pociągu, mającego zawieźć mnie do stacji „SZCZĘŚCIE”. Mogę w tej poczekalni odkreślać dzień za dniem, zrywać kolejne kartki z kalendarza, patrząc jedynie na to, co przede mną: na wakacje, rekolekcje, koniec studiów czy przeprowadzkę. Mogę traktować moją codzienność jak szare tło, na którym ma szansę zaistnieć coś nadzwyczajnego. Będę wtedy odliczać dni, które dzielą mnie od doświadczenia radości i szczęścia, które być może za jakiś czas nadejdzie.

Mogę też inaczej. Mogę zbudować szczęście z tego, co niesie moja codzienność. A jej tak naprawdę daleko do szarości. Gamę kolorystyczną, w jakiej ją dostrzegam, wybieram sama. Jeśli zdecyduję się zamieszkać w „poczekalni do szczęścia”, być może faktycznie wszystko, co będzie mnie otaczać, będzie szaro-bure i zawsze niewystarczająco dobre. A jednak z cegiełek, które otrzymałam od Boga – z kolejnych godzin i dni, z Jego natchnień i Twoich wysiłków – mogę zbudować coś pięknego, coś co zachwyca. Potrzeba jednak wytrwałości i wpatrzenia w CEL, potrzeba codziennie podejmowanych starań, a nie oczekiwania na to, że życie samo poda na tacy to, co sobie wymarzyłam. 

„Katedrę buduje się z cegieł, a nie z fajerwerków”* – usłyszałam dzisiaj. Piękno i szczęście buduje się tu i teraz, dzisiaj, na bazie tego, co dał nam Bóg. Te cegiełki czasami wydają się nudne i zwyczajne, a podejmowany wysiłek – powtarzalny i mało interesujący. A jednak to właśnie w ten sposób można zbudować coś pięknego. Nie trzeba wcale czekać na Jakiś Szczególny Dzień. Nie trzeba wyjeżdżać do dalekich krajów, kolekcjonować nadzwyczajnych wrażeń, wiązać nadziei tylko i wyłącznie ze spotkaniem ze słynnym rekolekcjonistą albo pielgrzymką do szczególnego miejsca (choć od razu wyjaśniam – to też czasem jest potrzebne :) ). Życie zmienia codzienny wysiłek i wierność w odpowiedzi na Boże zaproszenie, a nie chwilowy zachwyt pokazem życiowych czy duchowych fajerwerków. I trudno o lepszą wiadomość dla mnie, pijącej codziennie tę samą kawę, smażącej co niedzielę górę takich samych naleśników, powtarzającej każdego ranka dokładnie te same słowa: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu…”.

To wszystko nie jest tylko nudnym oczekiwaniem w poczekalni na Coś Szczególnego. Coś Szczególnego dzieje się każdego dnia – dzieje się JUŻ, choć stopniowo i bardzo powoli. Kiedyś zobaczę sens podejmowanych każdego dnia wysiłków, kiedyś się tym zachwycę. Tymczasem wierzę na Słowo Temu, który codziennie budzi mnie tym samym wschodem słońca, a każdego lata pozwala się cieszyć smakiem truskawek, z których wszystkie są do siebie podobne. W ten sposób uczę się, że w powtarzalność nie zawsze oznacza nudę, a rutyna wcale nie musi być szara. Czasami mieszka w niej zapowiedź czegoś, co będzie zapierać dech w piersiach…

*o.Grzegorz Ginter SJ w czasie sesji rekolekcyjnej „Terapia chorób duchowych”, Warszawa – Falenica. Cały ten tekst jest tak naprawdę zainspirowany tym zdaniem, które usłyszałam. Teksty o. Gintera można przeczytać na stronie Źródło Żywej Wody, natomiast rekolekcje odbywają się w Europejskim Centrum Komunikacji i Kultury. Polecam ;)

 

dziewczynko, wstań

„Biegnij, biegnij, dasz radę!” – słyszałam za każdym razem, gdy w czasie lekcji wuefu w liceum biegaliśmy na długie dystanse. Nie wiem, czego nienawidziłam bardziej – długich dystansów czy tych zagrzewających do walki krzyków wuefisty. Zapewne miały pomagać, a jednak sprawiały, że miałam wszystkiego dość. Czułam się tylko jeszcze bardziej zasapana, zirytowana i bezsilna (bo skoro każą biec, to trzeba). I to był nie pierwszy i nie ostatni w moim życiu dowód na to, że czasem zagrzewaniem do walki i mobilizowaniem kogoś do pokonywania przeszkód można zrobić więcej szkody niż pożytku. I ani trochę nie pomóc w osiągnięciu celu.

Talitha kum!

Zawsze wydawało mi się, że Jezus wypowiada te słowa z mocą, pełnym głosem i nakazującym tonem: „Wstań, dziewczynko!”. Już same te słowa, znane, choć wciąż obco brzmiące – talitha kum! – wydawały mi się twarde. Twarde i zimne – jak świat nakazów i zakazów, który czasem wokół siebie buduję. Jak świat, w którym liczą się osiągnięcia i bicie rekordów w biegu na przełaj przez codzienne wyzwania.Tymczasem jest inaczej.

„Dziewczynko, mówię ci, wstań” – mówi cicho Jezus. Mówi do Ciebie, ujmując delikatnie Twoją dłoń. Gdziekolwiek jesteś, jakikolwiek dźwigasz ciężar – On o tym wie. On, który upadał nie jeden raz w drodze na Golgotę, wie najlepiej, że czasem nie udaje się dźwignąć wszystkiego na swoich barkach. Czasem coś nie wychodzi. Czasem nie wychodzi dzień, tydzień, miesiąc albo pół życia i  nie da się z tym zrobić nic. Można tylko leżeć bez sił i bez pomysłu na zmianę – bez nadziei, że coś się zmieni. Chyba że nagle poczuje się ciepło czyjejś doni i usłyszy te słowa:

„Dziewczynko, mówię ci, wstań”. Posłuchaj mnie, a nie swojego lęku. Nie ma takiego ciężaru, którego nie udźwigniemy razem.

Wstań, dziewczynko, gdziekolwiek jesteś i jakikolwiek dźwigasz ciężar. Wstań nie dlatego, że musisz. Nie dlatego, że musisz dać radę, zacisnąć zęby i pokonać przeszkody na swojej drodze. Wstań, bo Jemu można wierzyć na Słowo. Wstań, bo On nie nakazuje, ale zaprasza, nie zmusza, ale zachęca. Wstań, to to On jest siłą i to tak ogromną, tak wielką, że… nie łamie trzciny nadłamanej i nie gasi światełka, które ledwo się w Tobie tli.

Wstań. Czeka Cię coś pięknego.

nie-jasno.

gwiazd

Gdyby drogę do Boga zawsze wskazywała gwiazda, to byłaby bajka. Cud, miód, nic tylko iść za jasnym znakiem. Gwiazda to światło, ciepło, jasność, coś pozytywnego. Łatwo przyciąga wzrok, można ją w prosty sposób zlokalizować na ciemnym niebie, jest czymś niosącym nadzieję. Trudno o coś bardziej mobilizującego, niż światłość, która nawołuje i zaprasza do drogi.

Zdarza się jednak, że do Jezusa prowadzą zupełnie inne doświadczenia. Są chwile, gdy wcale nie jest jasno, miło i przyjemnie. Wręcz przeciwnie – jest ciemno, tak że nie wiadomo gdzie postawić kolejny krok. Jest chłodno i samotnie. Jest tak, że chciałoby się zmienić kurs, byle by tylko zyskać odrobinę tej pewności, by znaleźć coś, co oświetli drogę – jakąkolwiek gwiazdę, nieważne jaką. Byle by skończył się ten ciemny, ponury czas. Byle ruszyć dalej, już nieważne w jakim kierunku.

Ile razy zgubiłam w ten sposób swoją drogę do Betlejem? Wcale nie dlatego, że nie chciałam tam dojść – wręcz przeciwnie. Dlatego, że chciałam tam dotrzeć za bardzo, już teraz, po swojemu. Trafiając na chwile ciemności i dezorientacji, nie trzymałam się tego, co było dobrze obranym kursem, tylko zaczęłam nerwowo zmieniać plany i zamierzenia. Może tamtędy? Albo na skróty? Może zawrócić?…

Zdarza się, że przez taką chwilową ciemność Jezus prowadzi do tego, co lepsze. Zdarza się, że w chwilach pozornego osamotnienia i ogarniającej zewsząd ciemności możemy paradoksalnie zobaczyć więcej. Doświadczając BRAKU, zaczynamy szukać jego przyczyny. I może się okazać na przykład że owszem, idziemy w dobrym kierunku, ale zdążyliśmy po drodze pogubić buty i to jest czas na zajęcie się tym właśnie problemem ;) Albo – co gorsza – że w zamieszaniu i szalonym tempie wędrówki zapomnieliśmy, Kogo tak naprawdę szukamy i co (albo raczej – KTO) jest naszym celem.

Trudno jest przetrwać taki czas, trudno od niego nie uciekać. A jednak jeśli uda się mimo wszystko WIERZYĆ w to, że na różnych ścieżkach naszego życia prowadzi nas Ktoś, komu szalenie na nas zależy, może się okazać, że po takiej chwili ciemności, gwiazda zaczyna błyszczeć jeszcze większym światłem. Wszystko nagle staje się jeszcze BARDZIEJ jasne. A zaufanie do Prowadzącego nas w drodze w niewytłumaczalny sposób wzrasta nagle o 100%.

cud zwyczajności.

Było wiele drobiazgów, które zapisały się w mojej pamięci. O! Na przykład sytuacja, w której prasowałam nową bluzkę, która była moim małym zakupowym szaleństwem, a takie nieczęsto zdarza mi się popełniać. Mała rączka, ta sama która wcześniej zrywała truskawki prosto z krzaczka i ładowała je sobie do buzi, chwyciła materiał, próbując przeróżnymi gestami wyrazić swój zachwyt kwiatowym wzorem na białym tle. A białe tło, jak łatwo się domyślić, przestało być białe. Śladów truskawkowych paluszków nie usunął ani proszek, ani odplamiacze :)

Podobnych drobiazgów było zresztą dużo więcej. Restauracja i demonstracyjne wyrzucenie na środek śnieżnobiałego obrusu zawartości talerza, na którym znajdowało się wściekle czerwone, pomidorowe spaghetti. Pociąg osobowy relacji Hel – Gdynia, w którym każdy pasażer słyszał, że oni chcą już do doooomu i że nad morzem wcale nie było fajnie. Przedszkole, w którym pożegnania przeciągły się w nieskończoność, stanowiąc dla młodszej ze stron tego teatrzyku okazję do dobrej zabawy, podczas gdy ja spóźniałam się do pracy. I buntowniczo rzucone: „Nie kocham mamy!”, kiedy nie pozwalałam obejrzeć kolejnej bajki.

Bywały chwile lepsze i gorsze, przeciwności różnego kalibru, smuteczki, frustracje i zmęczenia, odmieniane przez wszystkie dni tygodnia. To zazwyczaj pochłaniało moją uwagę i budziło emocje, niekiedy skrajne, jak wtedy gdy zastanawiałam się, czy na pewno jestem dobrą mamą. Jednak chociaż część z tych wydarzeń mocno zapisuje się w pamięci, to wcale nie są rzeczy najważniejsze.

Gdy wieczorem cichutko zaglądam do dziecięcych pokoi, gdy patrzę na spokojne twarze śpiących dzieci i słucham ich równych oddechów, myślę sobie, że to jest mój największy skarb: ta zwyczajność. Poranki, które pachną cynamonowymi płatkami i mlekiem. Poranne zabieganie, osłodzone całusami na do widzenia. Chwila, w której dziecięce rączki ściskają ufnie moją dłoń i puszczają potem szybko, by poskakać na śniegu i zarażać mnie swoją radością.

Na co dzień nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Są wspólnie spędzane chwile, ale często nie wygląda to wcale tak, jak w poradniku dla idealnej mamy. Robienie pierniczków nie oznacza sielankowego obrazka, w którym równo wykrojone ciasteczka są potem ozdabiane lukrem przez dziecięce rączki w spokoju i z uśmiechem. Oznacza raczej kłótnie o to, kto ma mieć różową posypkę i podłogę lepiącą się od cukrowej masy. I efekty takie, że ja pierniczę… :

Ale chociaż codzienność układa się w różny sposób, a ja nie zawsze jestem taką mamą, jaką chciałabym być, wieczorem myślę zazwyczaj: chcę więcej! Chcę więcej takich dni, w których nie ma nic nadzwyczajnego. Chcę takiej codzienności, w której nie spędzamy może 24 godzin w mega kreatywny sposób, wożąc dzieci z jednych rozwijających zajęć na drugie i serwując im posiłki z aktualnie najbardziej modnej diety dla potencjalnych alergików, ale w której zwyczajnie jesteśmy razem.

Bywam zmęczona, niewyspana i zniecierpliwiona, podobnie jak moje dzieci. A jednak, choć nie zawsze jest idealnie, wierzę mocno, że w moich i ich sercach zostaną wspomnienia pełne ciepła. Wierzę, że zwyczajność pełna drobnych, wyrażających czułość gestów, jest jak niewidzialny atrament, którym słowo „miłość” wpisuje się w każdy dzień dzieciństwa. Jeśli po latach właśnie to w nas zostanie, to będę mogła być pewna, że mimo potknięć i słabości, spełniałam swoje zadanie.

być bardziej sobą.

W roku 2017 zmienię swoje życie – w taki sposób można by krótko podsumować treść większości noworocznych postanowień. Chociaż kusi mnie, by stworzyć swoją listę planów i celów do osiągnięcia, powstrzymuję się od tego, bo kluczem do sukcesu wcale nie jest słowo „zmiana na lepsze/inne/idealne”. Moje postanowienie noworoczne brzmi inaczej: w 2017 roku chcę wiedzieć czego chcę.

Jeśli chcę, aby moje życie było dobre i szczęśliwe, muszę wiedzieć, czego naprawdę chcę. Pytanie wydaje się banalne, ale dla wielu z nas musi być jednak podchwytliwe skoro tak często nie udaje się rzucić palenia czy „być na diecie od poniedziałku”… ;)

Żeby cokolwiek w życiu zmienić, muszę mieć pewność, że to jest dla mnie ważne. Muszę wiedzieć, czy więcej szczęścia da mi zjedzenie tabliczki czekolady czy to, że będę trzymać się diety, ale w końcu wbiję się w ulubione dżinsy. Muszę wiedzieć, czy większą wartość ma dla mnie dodatkowa godzina spędzona w pracy czy układanie puzzli z moim synem – czyli czy dla mnie czas to raczej pieniądz, czy relacje. Muszę wiedzieć, czy chcę słodkiego lenistwa i bałaganu czy raczej zakasania rękawów i domu lśniącego czystością. Czy wolę samotne popołudnie z książką czy wypad na modną imprezę. Muszę wiedzieć nie co wypada, co jest dobrze odbierane, co powinnam – ale czego naprawdę chcę. Wtedy jest szansa, że cokolwiek sobie postanowię, będzie to spójne z tym, co mam w sercu i zaprowadzi mnie w dobrym kierunku. A dobry kierunek jest prosty – być tym, kim pragnę być.  Być bardziej sobą.

Mogłabym pomyśleć, że chciałabym w tak dobrej formie, jak Ewa Chodakowska i ubierać się równie modnie, jak najlepiej ubrana koleżanka z pracy. Dalej poszłoby już z górki. Mogłabym angażować się w pomoc potrzebującym jak Matka Teresa, gotować jak Gordon Ramsay, urządzić mieszkanie tak jak Perfekcyjna Pani Domu i mieć w sobie tyle luzu co kabaret Ani Mru Mru. Mogłabym poskładać siebie samą jak z puzzli, z nadzieją, że w efekcie otrzymam szczęście. Echo takich pragnień przebija się zresztą przez to, co jest treścią wielu noworocznych postanowień. Tylko że to ślepa uliczka, bo choć dobrze jest mieć w życiu wzory do naśladowania, dosłowne kopiowanie ich zachowań niekoniecznie prowadzi do bycia tym, kim mielibyśmy się stać zgodnie z Bożym planem. Prowadzi to raczej do pułapki stwarzania siebie samych na obraz i podobieństwo ideału, który sobie wymyśliliśmy. Ideału, któremu bliżej do dzieł Picassa niż rzeczywistości:

Wspaniałe jest to, że w Kościele Katolickim w Nowy Rok wprowadza nas Boża Rodzicielka Maryja. Wśród niewielu wypowiedzianych przez Nią w Biblii  zdań, znajdujemy te, w których mówi o sobie: „Oto ja, służebnica Pańska”, „błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Maryja wiedziała, kim jest. Nie traciła czasu i energii na to, by iść do Boga inną drogą niż ta, która wynikała z Jej tożsamości. Z każdym dniem, z każdym wydarzeniem, które chowała i rozważała w swoim sercu, wchodziła coraz bardziej w rolę, którą przygotował dla Niej Bóg. Gdy na Nią patrzę, myślę nieśmiało, że najlepszym postanowieniem nie tylko na jeden nowy rok jest szukanie w sobie wielkich pragnień. Dzięki nim mogę zobaczyć, kim naprawdę jestem. I to dzięki nim odkrywam, do czego może zapraszać mnie Bóg.

zanim złożę Ci życzenia.

To będzie wyglądać trochę jak zwierzenia totalnej życiowej sieroty, ale uspokajam – nie jest ze mną tak źle. Po prostu – nadchodzące Święta skłaniają mnie do refleksji i pomagają zebrać się na odwagę, by ubrać w słowa to, co pojawia się w głowie.

A w głowie jest coś, co zabrzmi pewnie dziwnie: zawsze miałam wrażenie, że w pewnym sensie odstaję. To banalny przykład, ale podziwiałam dziewczyny, które zostały obdarzone przez naturę prostymi, dającymi się dobrze ułożyć włosami. U mnie zawsze, mimo starań, nieposłuszne kosmyki wymykały się z warkoczy, stercząc na wszystkie strony, przez co wyglądałam i czułam się dziwnie. (Bogu dzięki za odkrycie istnienia prostownicy do włosów w późniejszym czasie!) Odkrywałam to zresztą często po czasie, na przykład wychodząc z ważnego spotkania i zerkając w lustro.  Do tej pory, wybierając się na przykład na szkolne zebranie, podziwiam mamy, które z nienaganną fryzurą siedzą swobodnie w eleganckim stroju, prowadząc elokwentne konwersacje. Ja nadal nie wiem, w jaki sposób założyć koszulę i marynarkę, żeby coś mi się nie przesuwało, nie przekrzywiało i nie uwierało. Serio. Zawsze jest nie tak.

I zawsze było nie tak. Słowa wypowiadane bez zastanowienia potrafiły być źródłem wielu problemów. Granicząca z naiwnością łatwowierność, wynikająca z życzliwości wobec innych, stawiała mnie w sytuacjach, w których wychodziłam na frajera. Poza tym ta niezdarność… Miałam wrażenie, że jeśli ktoś ma rozlać zupę na szkolnej stołówce, to będę to ja. W nieco innej wersji sprawdzało się to dużo później w czasie studenckich spotkań w pubie. W jednym z nich, po trzecim wylanym tego dnia piwie, dostałam od barmana – z uśmiechem – kartę stałego klienta… ;) I nie, to nie były tylko moje trunki – naprawdę nie piję dużo.

Do pewnego momentu w moim życiu naprawdę byłam przekonana, że tylko ja tak mam. Potem powoli zaczynałam dostrzegać, że każdy ma swoje demony, z którymi toczy codzienną walkę, nawet jeśli na zewnątrz przybiera maskę opanowanego twardziela. Małymi kroczkami przechodziłam drogę od bycia zawsze miłą i pragnącą akceptacji dziewczynką do mającej dużo więcej luzu i świadomej siebie kobiety. Jak to się stało? Nie  wiem. Nie mam na to żadnej recepty. Zresztą tak naprawdę to się nie stało – to się działo i dzieje nadal. Przez długi czas czytałam mądre książki, rozmawiałam z doświadczonymi ludźmi i stosując się do dobrej rady, otrzymanej od Przyjaciela, starałam się „poluzować warkoczyki”…

Wydawało mi się, że w świecie, w którym otaczały mnie osoby tak idealnie radzące sobie z rzeczywistością, ja też muszę być idealna. Tylko że im bardziej się starałam, tym bardziej mi nie wychodziło. Zaczęło natomiast wychodzić wtedy, gdy pozwoliłam sobie na luz – gdy zaczęłam odpuszczać. W konkretnych życiowych sytuacjach pomogło w tym również kilka prostych rozwiązań. Skoro czuję się lepiej, gdy mam na sobie dyskretny makijaż, to czemu tego sobie odmawiać? Jeśli publiczne przemówienie idzie mi dużo lepiej, gdy solidnie się do niego przygotuję, to czy mam wstydzić się tego, że wkładam w nie sporo pracy i udawać, że to freestyle i że mam w sobie tyle luzu i polotu co inni? Czy muszę się aż tak spinać?

Kilka dni temu poranek toczył się swoim zwyczajnym rytmem. Przemierzałam nasz dom energicznym krokiem, z kubkiem kawy w ręku. Byłam ubrana jak zwykle rano – w pidżamę i szlafrok. W pewnym momencie zza pleców usłyszałam głos mojego pięcioletniego synka: „Mamusiu, wyglądasz jak księżniczka Elsa!”. Popatrzyłam w lustro, zerknęłam na niedbale przewiązany w pasie szlafrok i rozwiany włos. Ja jako księżniczka Elsa? Hmmm…

Dla niewtajemniczonych – małe porównanie:

A jednak mój pięciolatek nie żartował.Zobaczył we mnie księżniczkę – i to dużo lepszą niż ta na ekranie telewizora, bo taką, do której można się przytulić. Ta sytuacja pokazała mi, że ja, patrząc w lustro czy robiąc bilans sukcesów i porażek, widzę często tylko to, czego mi brakuje. Ci, którzy mnie kochają, widzą dużo więcej. Może więc nadszedł czas na to, żeby być właśnie taką osobą? Kimś, kto siebie kocha i patrzy na siebie z sympatią i życzliwością? Lustereczko, powiedz przecie: lubimy się?

Zanim złożę życzenia świąteczne, chciałabym życzyć Ci właśnie tego – miłości i dobrego spojrzenia na siebie. Życzę Ci, abyś niezależnie od tego, czy nosisz dżinsy czy wysokie obcasy, widziała w sobie piękno. I żebyś traktowała siebie jak księżniczkę – czyli dobrze. Po prostu dobrze. Nie po macoszemu (patrz: Kopciuszek. Albo Królewna Śnieżka)

W czasie, gdy cieszymy się z narodzin Dziecka, które przyniosło na świat pokój, chciałabym życzyć Ci zgody. Zgody nie tylko z ludźmi, którzy Cię otaczają, ale przede wszystkim z samą sobą. Zgody z dzieckiem, które jest w Tobie, a które jest spragnione miłości i akceptacji. I zgody z tym wszystkim, czego Ci brakuje. Bo to nie Twoje braki definiują to, kim jesteś, podobnie jak nie czynią tego Twoje sukcesy. Jesteś wartościowa, kochana i piękna nie dlatego, że to sobie wypracowałaś, ale dlatego, że Bóg się nigdy nie myli i nie pomylił się stwarzając Ciebie. A jeśli nawet nie wszystko jeszcze jest takie, jakie być powinno, to dlatego, że Jego praca jeszcze się nie skończyła – że wspólnie możecie stwarzać to co piękne w Tobie.

jesteś błogosławiona

Często znajduję go, kiedy sięgam ręką do kieszeni. Mam ich zresztą kilka, więc jest duża szansa, że jeśli nie będzie w kieszeni, znajdzie się w torebce albo w samochodzie. Żadnego z nich nie kupiłam – każdy wiąże się z konkretną osobą albo z dobrym wspomnieniem.  Ale nie tylko to sprawia, że gdy go chwytam, czuję się podniesiona na duchu. Kiedy moja dłoń trafia na różaniec, czuję się trochę, jakbym wkładała ją w dłoń drugiej osoby – Kogoś, kto jest mi bardzo życzliwy i dobrze mnie rozumie.

„Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona.” – słyszymy w dzisiejszych czytaniach. Znam te słowa bardzo dobrze i powtarzam je często, przesuwajac kolejne paciorki różańca. To nie jest bezmyślne „klepanie zdrowasiek”. To coś więcej – to spotkanie, takie samo jak to, w którym Elżbieta wypowiedziała słowa „jesteś błogosławiona”. I choć święty Łukasz, pisząc o odpowiedzi Maryi, układa ją w hymn powarzany przez Kościół każdego dnia, ja wyobrażam sobie ten dialog nieco inaczej. Co więcej – sama chciałabym, aby właśnie tak wyglądały moje spotkania z innymi.

Nie, wcale nie chodzi o to, żeby spotykając się w babskim gronie chwycić brewiarz i spędzić godzinę na pobożnej recytacji psalmów, a potem dla odmiany odmówić różaniec. Chodzi o to, aby usłyszeć te słowa i się nimi ucieszyć: „jesteś błogosławiona”. Chodzi o to, aby te słowa wypowiadać wobec innych.

Maryja w swoim Magnificat nie tylko uwielbia Boga – Ona przede wszystkim widzi dobro i za to konkretne dobro dziękuje. I niezależnie od tego, w jakie słowa ubrała swoją wdzięczność w czasie rozmowy z Elżbietą, mogę być pewna, że to nie była rozmowa typowa dla wielu naszych babskich pogaduch. Bo my często lubimy ponarzekać czy wręcz licytować się, komu trudniej, kto ma gorszego szefa w pracy czy większą stertę ubrań do prasowania na co dzień. Lubimy też dyskretnie i w odpowiednio dobranych słowach przemycać ploteczki i tworzyć rankingi osób lubionych bardziej i zdecydowanie mniej. Prawda, że tak się czasem zdarza?…

Spotkanie Elżbiety i Maryi pokazuje mi, że naprawdę można inaczej. Przed każdą ważną rozmową, zwłaszcza tą w kobiecym gronie, szukam różańca, czując że wkładam dzięki temu swoją dłoń w Jej dłoń. Pozwalam się wtedy prowadzić, ale wcale nie ku oderwanej od rzeczywistości sztucznej pobożności. Nie chodzi o to, że za dziesięć wypowiedzianych „zdrowasiek” przehandluję z Panem Bogiem dobry czas spędzony z drugą osobą czy gwarancję tego, że się z kimś nie pokłócę. Tu chodzi o coś zupełnie innego. Każde wypowiedziane „Zdrowaś Mario” uświadamia mi, że On jest błogosławiona, ale że i ja mam w swoim życiu błogosławieństwa, za które mogę dziękować. Mogę (i powinnam) szukać tych błogosławieństw również w życiu innych i cieszyć się dobrem, które odnajduję. Wtedy każde spotkanie, nawet takie w którym słowo „Bóg” nie padnie ani razu, może stać się czasem, który do Niego zbliża. I wtedy naprawdę będę mogła cieszyć się obecnością drugiego człowieka.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi