trzy C, czyli mój przepis na Adwent.

W tym roku zaskoczyłam samą siebie. Zazwyczaj zarówno Adwent, jak i Wielki Post, zaczynam trochę nieprzygotowana i bez konkretnego planu działania. Zdarzało mi się budzić tuż przed świętami z poczuciem, że zmarnowałam czas. W tym roku wszystko wskazywało na to, że będzie inaczej. Zmobilizowana przez mądre kazanie, zachęcona w czasie wspólnotowej modlitwy, postanowiłam sobie postanowić. Postanowienia były zresztą tak proste, że przy odrobinie dobrej woli nie sposób w nich nie wytrwać. A jednak bardzo szybko okazało sie, że wcale nie pomagają, bo skupiam się na nich tak mocno, że gubię to, co w Adwencie duzo ważniejsze. Przy okazji też – po raz kolejny w życiu – zupełnie niepotrzebnie komplikuję sprawy, które są proste.

Minęło zaledwie kilka dni, a ja już mam przeczucie, że moje adwentowe oczekiwanie może nie skończyć się  listą sukcesów, które udało mi się osiągnąć. Nie wiem też, czy będę mogła się pochwalić wyliczanką dobrych uczynków, spełnionych w tym czasie. O roratach przez przyzwoitość nie wspomnę ;) A jednak nawet jeśli mimo starań (do których zachęcam!), nie wszystko potoczy się zgodnie z moim pobożnym planem, to niekoniecznie musi być to czas stracony. I może to wcale nie musi być „czas specjalny”, kiedy to na cztery tygodnie zaciska się zęby, zakasuje rękawy i wyrabia 200% normy? Może wystarczy zwyczajne pragnienie, żeby zrobić w życiu trochę więcej miejsca dla Boga?

mama-przepis

C jak CIEMNOŚĆ

W jakim miejscu swojego domu przechowujesz świeczki i zapałki? Potrafiabyś znaleźć je w ciągu minuty, jeśli okaże się, że o takiej porze jak teraz – czyli w czasie jesiennego popołudnia – nagle zabraknie prądu? Ja zapewne nie. Dopiero gdyby taka sytuacja powtórzyła się kilka razy, poczułabym, że muszę być na to przygotowana. Chodząc po omacku po własnym domu – w ciemności dużo mniej przyjaznym i zaskakująco bogatym w przedmioty, o które można się potknąć – myślałabym o potrzebie znalezienie źródła światła dużo bardziej intensywnie niż teraz, gdy na moim biurku stoi mała lampka, a cały dom można oświetlić jednym przełączeniem włącznika.

Dopiero ciemność uświadamia, jak bardzo potrzebuje się  światła. Dopiero doświadczenie mojej słabości pokazuje, że nie mam szansy zbawić się o własnych siłach. I mogę to wiedzieć, mogę w pięknych słowach przedstawiać biblijne prawdy na ten temat – mogę być perfekcyjnym teoretykiem. Ale nie zapragnę Światła – tak prawdziwie i z desperacją – jeśli wcześniej nie doświadczę własnej ciemności i tęsknoty za dobrem. Każdy mój upadek, niedoskonałość i porażka w wypełnianiu adwentowych postanowień może być okazją do odkrycia po raz kolejny tej prawdy – jestem grzesznikiem. Jestem w ciemności. I  wołam: „Przyjdź, Panie Jezu!” nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że tylko w Nim jest ratunek. I w ten sposób to, co pełne mroku, staje się przestrzenią wypełnioną przez nadzieję. Bo On nigdy nie jest obojetny na takie wołanie.

C jak CISZA

Nie czuję, jak bardzo przeszkadza mi hałas, dopóki nie wyłączę na chwilę radia, grającego ciągle w pracy. Dopiero wtedy dociera do mnie, jak bardzo męczy mnie ciagłe skupianie się na dźwiękach, docierających do mnie z każdej strony. W Adwencie bardziej świadomie wciskam przycisk „OFF” – i to nie tylko w przypadku sprzętu audio. Czasem potrzebowałabym takiego przycisku w chwili, gdy porywa mnie gonitwa myśli, gdy w mojej głowie roztrząsam problemy, których rozwiązanie nie jest ode mnie zależne albo nakręcam swoje emocje. Wtedy też przydałaby się funkcja wyciszenia tego, co niepotrzebne. Nie w celu umartwienia się czy błyśnięcia kolejnym adwentowym postanowieniem, ale po to, by najzwyczajniej w świecie odpocząć.

W jedym z moich ulubionych psalmów czytam: Wprowadziłem ład  i spokój do mojej duszy.  Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza” (Ps 131) Prawdziwie odpocząć mogę tylko wtedy, gdy moja dusza poczuje się jak wtulone w dobrego Ojca dziecko. I nic nie uspokaja dziecka tak, jak wsłuchiwanie się w bicie serca kogoś, kto je kocha…

… tylko jak ma je usłyszeć dziecko, które nie wie, czym jest cisza?

C jak CZAS

Czas zawsze ucieka za szybko, szczególnie przed świętami. Zazwyczaj przyjmuję wyzwanie, które mi rzuca i próbuję go gonić, biegnąc na przełaj przez pełną drobnych przeszkód codzienność. Carpe diem zdaje się czasem nabierać zupełnie innego znaczenia, niż chciał tego Horacy – bo czasem chciałabym naprawdę schwytać dzień i wycisnąc z niego wszystko, co dobre, do ostatniej kropli. I resztką własnych sił.

Człowiek nie może stworzyć ani zatrzymać nawet jednego momentu czasu — otrzymuje go w całości jako prawdziwy dar i równie dobrze mógłby patrzeć na słońce i księżyc jak na swoje ruchomości. (Listy starego diabła do młodego) W Adwencie przypominam sobie, że czas – jak wszystko inne – został mi dany. Nie należy do mnie. Mogę nim mądrze rozporządzać, co czasem oznacza pełne dyscypliny wypełnianie obowiązków,  innym razem natomiast – przyjęcie tego, że życie burzy nasze plany. Czasem dobrą decyzją jest mądre tracenie czasu. Jeśli zazwyczaj traci się czas przed komputerem, można spróbować zacząć tracić go na modlitwie. Ja, wiecznie zabiegana i odkładająca spotkania na później, również zaczęłam w tym roku trening tracenia czasu. Moje postanowienie jest bardzo prostę – chcę spędzać  go z osobami, które są dla mnie ważne. W czasie, gdy dzieci piszą do listy do Mikołaja, ja kompletuję swoją własną listę – osób, z którymi chcę się spotkać, do których chcę napisać, którym chcę pokazać, że dużo dla mnie znaczą. W praktyce oznacza to same miłe rzeczy, od pieczenia pierniczków z dziećmi po długie rozmowy w kawiarni. To takie pozytywne adwentowe zadanie, które sprawi, że w moim sercu będzie troche mniej przestrzeni dla mnie samej, a trochę więcej – dla innych.

C jak CODZIENNOŚĆ

Tak, to czwarte C, więc trochę się zapędziłam. Ale to właśnie tu jest przestrzeń do prawdziwych przygotowań na przyjście Jezusa, bo właśnie to On chce być obecny.  I czasem wcale nie trzeba wielkich postanowień, które mają obowiazywac tylko w tym wyjatkowym czasie – tylko po to, by można je było z siebie potem zrzucić jak niechciany ciężar.  Czasem wystarczy drobiazg, który nie będzie spektakularny, ale który w konkretny sposób przybliży do Jezusa, tak by można Go odnaleźć nie tylko w bożonarodzeniowej szopce.

Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki (Mk 1,3)

Pomyślałaś, na której z przemierzanych przez ciebie codziennie dróg, On chce się z tobą spotkać?

 

to już jest koniec, nie ma już nic.

Trzęsienia ziemi, powodzie, wybuchy wulkanów? Jak to będzie wyglądało? Czy stanie się w ciągu jednej doby, czy ludzi czekają miesiące grozy? Czy świat skończy się nagle, czy będzie kończył się powoli? Amerykańskie kino ma zapewne najwięcej odpowiedzi na ten temat – nie tylko ono zresztą. W poszukiwaniu graficznego natchnienia wpisałam w wyszukiwarkę hasło „apokalipsa”, spodziewając się głównie nawiązań do wizji końca świata. Znalazłam tam jednak coś, co nieodłącznie związane jest z człowiekiem – i umiera ostatnie, nawet w przypadku rozważania końca świata. Znalazłam nadzieję. Nadzieję na przetrwanie.

Nawet jeśli świat ma się skończyć, jest szansa, że ktoś przecież przeżyje. A jeśli tak się stanie, musi wiedzieć, jak sobie radzić. Internet instruuje zatem, w jaki sposób wykonać maskę gazową z dużej butli po wodzie mineralnej i gąbki. Pokazuje, jak wykonać najprostszą broń, przytulny szałas i proste, acz skuteczne pułapki wokół niego – by zabezpieczyć się przed wrogiem. Do tego wszystkiego możesz przygotować się już dzisiaj, próbując stworzyć swój mały zestaw survivalowy – gromadząc potrzebną wiedzę i proste, lecz mogące uratować życie gadżety. Czy to nie rozsądna propozycja? Bo jeśli ktoś przeżyje koniec świata, to może będziesz to właśnie ty? Warto być na to przygotowanym!

page

Tak przynajmniej mówi internet. Tak mówi świat – ten sam, który kiedyś się skończy. To bardziej niż pewne – kiedyś nastąpi kres. Nawet jeśli nie doczekam wypełnienia się słów z biblijnych opisów końca świata, mój świat skończy się na pewno. Skończą się leniwe soboty w pidżamach, z naleśnikami na śniadanie i zabiegane poniedziałki. Skończą się chwile zmęczenia i zniecierpliwienia, chwile narzekania na drobiazgi – chwile, w których nie doceniam tego, co mam. Skończą się dla mnie wschody i zachody słońca, skończą się słowa, uśmiechy i dźwięki muzyki. Na pewno. Na sto procent. W taki czy inny sposób skończy się dla mnie świat. Bez szansy na ciąg dalszy w postaci, którą znam. Z wielką niewiadomą, o której wiem tylko tyle: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało,  ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9)

I nie, nie ma w tym żalu. Nie ma w tym również strachu. Owszem, nie przeczę, opisy biblijnych kataklizmów przerażają, a myśl o śmierci sprawia, że robi mi się nieswojo. Tak naprawdę jednak, zamiast gromadzić skarby, które miałyby mi pomóc przetrwać to, czego przetrwać się nie da, powinnam uczyć się tracić. I to jest moje zadanie na ten Adwent: zostawiać swoje skarby, swoje zabezpieczenia, swoje pomysły na to, w jaki sposób przetrwać. Zostawiać i tracić. Tracić czas na spacer zamiast biegu, na zachwyt drobiazgami, zamiast gonienia za tym, co wielkie. Tracić własne plany na to, jak potoczy się dzień, tydzień, miesiąc i uczyć się przyjmować niespodzianki. Tracić to, co podpowiada mi mądrość tego świata, by wierzyć na Słowo – na Boże Słowo. I tworzyć swój własny zestaw na przeżycie końca świata.

Bo tak – mocno wierzę, że taki zestaw może się przydać i że do tego trzeba się przygotować. Że do dobrego przeżycia końca świata kiedyś potrzebna jest radość – już dziś, by cieszyć się życiem. Potrzebna jest wdzięczność za to, co zostało mi dane. Potrzebna jest uważność – by nie przegapić piękna, które każdego dnia chce mi pokazywać Bóg i żeby Jego samego nie przegapić, gdy przyjdzie do mnie w drugim człowieku. I potrzebne jest zaufanie. Takie, które prowadzi nawet wtedy, gdy na całej ziemi zapada nieprzenikniony mrok. Zaufanie, które ćwiczy się przez całe życie, pozwalając prowadzić się Bogu w nieznane, stawiając krok za krokiem tylko dlatego, że On tak mówi. To zaufanie, wyćwiczone i wytrenowane w czasie codziennych zmagań, pomoże przejść kiedyś przez największą niewiadomą. Bez zbędnego bagażu, bez własnych skarbów i zabezpieczeń. Bez pewności, dokąd idę i co mnie czeka. Ale z pewnością, że prowadzi mnie Ktoś, z kim przeszłam już niejedno i Komu mogę wierzyć w ciemno. Nawet gdy kończy się świat.

nie posypujcie cukrem religii

Nie pamiętam, co pierwsze pojawiło się w mojej świadomości, gdy przebudziłam się z płytkiej drzemki na sali pooperacyjnej po cesarskim cięciu: czy to, że moje dziecko w końcu przyszło na świat, czy to, że tak potwornie mnie boli… Oba te wspomnienia po czasie zlały się w jedną całość, pokazując  rzeczywisty obraz narodzin: tam nic nie dzieje się bez wysiłku i bez bólu, bez prawdziwej krwi i potu. Nikt jednak nawet nie zastanawia się czy warto, wręcz przeciwnie – pod koniec ciąży większość przyszłych mam nie może już doczekać się tej chwili.

Zabawne, jak niewiele wspominały o tym kolorowe czasopisma dla przyszłych mam. Tam wszystko było bezproblemowe, różowe i posypane brokatem i może dlatego nie byłam przygotowana na to, że będzie aż tak trudno. A może tak naprawdę sama nie chciałam o tym wiedzieć? Bo przecież od trudnych tematów się ucieka. Tak samo jak od tego, co boli.

Trudno jest mi więc dzisiaj pisać, bo trudno jest poruszać tematy niewygodne. Dużo łatwiej pisać mi o Bogu, który pociesza i daje radość, nadaje życiu sens i obdarza pokojem. Dużo łatwiej mi w takiego Boga wierzyć. W Boga, który napełnia serce pokojem w rytm hillsongowej piosenki, a na spotkaniu charyzmatyków dokonuje cudów i pociesza strapionych. W Boga, który nie podnosi głosu i nie mówi niewygodnej prawdy. W Boga, który dba o moje dobre samopoczucie za wszelką cenę, a gdy coś pójdzie nie tak, pomoże mi zamieść dowody mojej winy pod dywan. I uchroni mnie od każdego bólu.

Tylko że to nie jest prawdziwy Bóg i to nie jest prawdziwa Ewangelia – bo tej wizji też bliżej do różu i brokatu niż do życia. Prawdziwy Bóg kocha, podnosi z grzechu i pociesza, ale mówi też: „Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny.” (Mt 18,8) Prawdziwy Bóg mówi o krzyżu -a to, co mówi, w dosłowny sposób staje się ciałem, gdy sam na nim umiera. Prawdziwy Bóg niewiele ma wspólnego z moją wygodą. I może dlatego myślę o tym i piszę z takim trudem.

zwiazane

Zatroskanych o mnie, od razu uspokajam – w chwili obecnej, dzięki Bogu (bo dzięki komuż innemu), posiadam obie ręce i nogi, i nie czuję się zaproszona do aż tak radykalnych decyzji, jak amputacja ;) . Wybita jednak z rytmu, w jaki wprowadziły mnie wygodne i zachowawcze decyzje, szukam tego, co tak naprawdę mnie boli. I nie mogę  przestać myśleć o tym, co św. Ignacy Loyola nazywa „nieuporządkowanymi przywiązaniami”. Takie „przywiązania” łatwo sobie obrazowo wyobrazić. Gdy do czegoś się przy-wiązujemy i jesteśmy z-wiązani, gdy przesłania nam to cały świat i odbiera duchowe (a czasem i fizyczne) zdrowie, Bóg próbuje nas od tego od-wiązać. Nie dla sportu czy przez złośliwość – dla naszego dobra. Może się niekiedy okazać, że to już nawet nie przywiązanie, że to wrośnięcie i zrośnięcie się z tym, co nam szkodzi. Wtedy jedyną opcją jest ta, o której mówi Jezus – „odetnij i odrzuć od siebie”. Równie radykalnie, jak gdyby chodziło o zagrażający życiu nowotwór, który ostry jak brzytwa skalpel odcina i odrzuca, by już nie szkodził. Jedyne co zostaje to blizna – wspomnienie, które może czegoś nauczyć. I chwilowy ból, który zawsze wiąże się ze stratą.

Strata i ból. Ból, który nie jest karą. To nie Bóg go na nas zsyła i to nie jest tak, że Bóg go chce.  Ból jest. Po prostu. Jest konsekwencją złych wyborów i głupich pomysłów – zazwyczaj tych, w których kombinujemy po swojemu, ignorując Boże podpowiedzi. Jest konsekwencją od-wiązywania się od chwastów, którymi zarosło serce, i które zagłuszają wszystko, co dobre. I jest przestrzenią, w której możemy ku własnemu zaskoczeniu spotkać niecodzienną propozycję. Bo w tym bólu można usłyszeć głos Kogoś, kto każdą naszą głupotę i zdradę wziął na Siebie. Kogoś, kto nie potępia i nie dokłada ciężaru, który sami sobie włożyliśmy na barki, lecz mówi: „Pozwól mi ponieść to razem z tobą”.

Taki jest prawdziwy Bóg. Bóg, który szanuje moją wolność na tyle, że pozwala mi wybierać nawet to, co mi szkodzi. I który kocha tak mocno, że nie zostawia mnie samej z tym, co boli tak mocno, jakby serce miało się rozpaść. A kto wie – może czasem musi. Może musi rozpaść się na małe kawałki – to serce z kamienia, serce nieczułe i uciekające od miłość. Po to by to prawdziwe, serce potrafiące kochać, mogło zacząć w końcu bić.

*****

Nie posypujcie cukrem religii

nie wycierajcie jej gumką

(…)Nie przychodzę po pociechę jak po ciepłą zupę

chciałem nareszcie oprzeć swoją głowę

o głuchy kamień wiary

(ks. Jan Twardowski)

święta na sprzedaż.

Pięć tygodni do świąt. Z przeróżnych sklepowych przestrzeni, z półek w marketach i ekranów telewizyjnych coraz śmielej i coraz częściej wychyla się czerwona czapka Mikołaja w towarzystwie płatków śniegu i akompaniamencie dzwoneczków. No cóż, taki mamy klimat. I chociaż komercyjna strona świąt – ta, w której nie ma miejsca na Boże Narodzenie, a jedynie na „gwiazdkę” wcale mnie nie pociąga, skłamałabym mówiąc, że tworzenie świątecznego klimatu budzi mój sprzeciw. Owszem, można by z tym jeszcze poczekać, ale tak naprawdę – uwielbiam zapach pierniczków, świąteczne kolory i nawet te zupełnie niepolskie, nietradycyjne Christmas songs. Nic na to nie poradzę – to wszystko w jakiś sposób mnie rozgrzewa i sprawia, że chce mi się uśmiechać…

Nie wiem, czy mieliście już okazję robić pierwsze przedświąteczne zakupy – ja podjęłam taką próbę. Jednak już od jakiegoś czasu, wyprawa po prezenty jest dla mnie czymś więcej niż tylko zwiedzaniem kolejnych sklepów. Możecie się uśmiechnąć do tej myśli, ale z takiej wyprawy można zrobić sobie rekolekcyjny spacer – tak, dokładnie! Rekolekcyjny spacer wśród mikołajkowych gadżetów i świątecznych dekoracji, w rytmie lecącej w tle banalnej gwiazdkowej piosenki. Wystarczy nie patrzeć tylko pod nogi czy na sklepowe wystawy. Wystarczy spojrzeć do góry.

Próbowałaś kiedyś stanąć w jakimś sklepie w galerii handlowej  i spojrzeć tam, gdzie (zazwyczaj) wzrok nie sięga? Nie tylko na równo poustawiane regały, podwieszane sufity i oświetlenie, tworzącej określony klimat. Wyżej. Bo wyżej – nie ma już klimatu i nie ma czym się zachwycać. Są stalowe konstrukcje podtrzymujące dach centrum handlowego, plątanina topornych belek stropowych, kabli i rur. I ciemność. Nie taka straszna, oczywiście – zwyczajna. Ale też zupełnie niepasująca do oświetlonego wnętrza, bo nagle można się poczuć jak w scenografii do jakiegoś filmu. Albo w teatrze, w którym za kulisami może być ciemno, brudno i bałaganiarsko, ale scena przygotowana jest perfekcyjnie. Są odpowiednie rekwizyty, jest światło – jest klimat. I są aktorzy.

Kto jest tutaj reżyserem? Kto napisał scenariusz? Scenografia stworzona jest idealnie, a w niej – Ty i ja, bardzo dobrze wchodzący w swoje role. Nakręcani przez sympatyczne melodie reklamowe, zachęcani przez równie sympatyczne, uśmiechnięte buzie z plakatów i telewizyjnych spotów, perfekcyjnie odnajdujemy się w zbudowanej dla nas przestrzeni. Jesteśmy nawet lepsi od najlepszych aktorów – bo my nie gramy, my to naprawdę czujemy! MUSIMY to mieć! KONIECZNIE musimy to kupić. Albo nie przegapić takiej okazji, skoro są wyprzedaże…

Chyba, że spojrzymy w górę, uświadamiając sobie, że to niekoniecznie nasze pragnienia, marzenia i droga do szczęścia. Bo za spojrzeniem w górę może pójść również spojrzenie w głąb siebie, wraz z pytaniem, czy naprawdę potrzebuję kolejnego kubka z mikołajem, kolejnej bluzki, spodni, zestawu garnków, telefonu czy konsoli. Tuż potem z kolej – spojrzenie przed siebie, na drugiego człowieka. Tak po prostu, by życzyć mu dobrze bez słów, ale z uśmiechem.

swieta

Może przypadkowo ten wpis zbiega się z rozpoczęciem tegorocznej Szlachetnej Paczki. Może tak, a może nie. Nie trzeba jednak takich zorganizowanych akcji, żeby w przedświątecznej gorączce, która już niedługo nas opanuje, trochę zwolnić tempo i jeszcze raz przeliczyć budżet – tak od serca. Z myślą o tym, co można dać innym, nie tylko tym, których obejmuje nasza lista prezentów od Mikołaja, ale też tym, których zupełnie nie znamy i na co dzień nie zauważamy.

 

Dalej. Bardziej. Więcej.

„Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać.” (J 21,25)

Cały świat nie pomieściłby ksiąg, które trzeba by było napisać, gdyby chciało się opowiedzieć o cudach dokonywanych przez Jezusa. Zresztą „cały świat” rzadko bywa tymi cudami zainteresowany. Bardziej jest zajęty przekonywaniem nas wszystkich, że nic nie zapewni nam szczęścia lepiej, niż nowa para butów (wersja dla pań), nowy telefon (wersja dla panów) czy samochód (wersja dla pań i panów z większą swobodą w dysponowaniu środkami finansowymi).

blog-buty

Nie wiem, jak dokładnie wyglądało to 2000 lat temu – ale wtedy pewnie też część osób więcej ŻYCIA poświęcała na sandały i tuniki, względnie markowe rydwany czy wino ;) Marnować ŻYCIE na to, co ŻYCIA nie przynosi – w tym jesteśmy całkiem dobrzy. I wracamy do takich nawyków z uporem maniaka. A Jezus z podobnym uporem próbuje pokazywać nam to, co najważniejsze. I kiedy Mu się to udaje, kiedy nagle przebija się ze swoją miłością prosto do naszego serca, wtedy dzieją się cuda. Wtedy mamy szansę dopisać kolejną wielką rzecz, której dokonał zmartwychwstały Pan – dopisać ją w księgach, których świat nie może pomieścić, ale które w życiu każdego z nas piszą się nieustannie. Jeśli tylko na to pozwalamy.

Ciekawe, co stałoby się, gdybym mogła cofnąć się w czasie o te 2000 lat – gdybym mogła znaleźć się nagle nad Jeziorem Galilejskim, w chwili gdy nad jego brzegiem przechodził Jezus. W jaki sposób patrzyłabym wtedy na to, co by mnie otaczało – łodzie, sieci, złowione ryby i chmury na horyzoncie. I na Jezusa, obecnego wraz z uczniami. On pewnie  z uśmiechem powiedziałby, że można ograniczyć się tylko do tego, co się widzi, co można sobie samemu zaplanować, co można ogarnąć wzrokiem sięgającym aż do horyzontu. Ale On proponuje coś więcej. Coś więcej niż sieci i ryby.

On sprawia, że przesuwa się linia horyzontu. Dalej. Bardziej. Więcej.

On chce dokonywać wielkich rzeczy. Nawet jeśli nie mamy pojęcia, w jaki sposób może się to dziać. Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie ich zaplanować, bo przyszłość wydaje nam się niepewna. Nawet jeśli mimo Jego zaproszenia, musimy walczyć z lękiem, który próbuje ściągnąć nas na ziemię, bo to zdecydowanie bardziej rozsądne i mniej ryzykowne.

On chce dokonywać rzeczy niespodziewanych, cudownych i wielkich.

I niech się dzieją. Niech się zapisują w księgach, których świat nie pomieści, ale które na sam świat  mogą mieć ogromny wpływ. Jeśli tylko pozwolimy. Ja, ty, my. Bo On chce działać, ale cała reszta jest w naszych rękach. W rękach, które czasem kurczowo trzymają się brzegu jeziora, łodzi z sieciami i dobrze oswojonego krajobrazu.

Niech się już dzisiaj nie boją.

Niech sięgają po więcej, aż do Nieba.

inna matematyka.

Dziś padają bardzo ważne dla mnie słowa: „to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę.”(Flp 3,8). I cieszę się bardzo, że tuż po nich możemy wsłuchać się w historię dobrze znaną, ale wciąż świeżą: o zagubionej owcy. O owcy, która chciała zwiedzać świat i którą wprawdzie przestrzegano przed tym albo owym, ale do słów” gdyby kózka (owca?) nie skakały, to by nóżki nie złamała” nikt nie dodał, że dużo łatwiej w czasie takich ryzykownych wycieczek złamać serce. I że złamanego serca nie leczy ani gips, ani dobra muzyka, ani zmieszane ze łzami wino, ani tony czekolady. Nie leczą go atrakcyjne wycieczki, dobre ciuchy czy brylowanie na imprezach. Leczą je natomiast – tak, zaskakująco dla niektórych – te słowa: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła.” A kiedy się je usłyszy i doświadczy tego, jak złamane serce zaczyna znowu bić, choć już w innym rytmie (i nie jest to cha-cha), to w naturalny sposób myśli się tak jak święty Paweł – wszystko inne jest mniej ważne. Wszystko uznaję za śmieci, uznaję za stratę. Bo nawet jeśli nie każdy to rozumie – w takim spotkaniu jest ŻYCIE.

Myślę  sobie, jak smutno wyglądałaby moja rzeczywistość, gdyby Bóg patrzył na nas wszystkich tak, jak my patrzymy na siebie nawzajem. Gdyby praca w Jego winnicy była jak praca w korporacji, gdzie owszem, możesz liczyć na premię, kartę do siłowni czy dodatkową opiekę zdrowotną, ale jesteś rozliczany nie ze swoich starań i włożonego w nie wysiłku, lecz z efektów swojej pracy. Ale On patrzy inaczej. Zostawia 99 owiec na pustyni i biegnie za tą jedną ze złamanym sercem. Kibicuje każdemu wysiłkowi, który chcemy podjąć, każdemu dobremu postanowieniu, które próbujemy wprowadzić w życie. I nie ocenia efektów, nie wtłacza nas w tabelki wyników, osiągnięć, zysków i strat. Patrzy na serce.

Może się czasem wydawać, że stoimy w miejscu, że nie widać w naszym życiu żadnych wielkich owoców Bożego działa i naszych wysiłków. Ktoś wyjeżdża na misje głosić Ewangelię, my wyjeżdżamy co najwyżej tramwajem, znając kolejne przystanki na pamięć, z perspektywą spędzenia kilku godzin w pracy. Ktoś udaje się na pielgrzymkę – a my pielgrzymujemy między rozsypanymi dziecięcymi zabawkami, zbierając je po drodze. Ktoś bierze udział w rekolekcjach, a my gubimy się w liczbie zdrowasiek w czasie nie do końca udanej próby odmówienia różańca w czasie gotowania obiadu. Bida z nędzą, tak wydaje się na pierwszy rzut oka. Tylko że On patrzy inaczej. Wie, jak wiele wysiłku wymaga czasem to, żeby sumiennie i z życzliwością dla innych wykonywać swoją codzienną pracę. Docenia każdą próbę wychodzeniu ku drugiemu człowiekowi, nawet jeśli nam wydaje się, że to tylko drobiazg. A na koniec życia nie zapyta nas o to, ilu dokładnie osobom udało nam się opowiedzieć o Jezusie i jak wypadamy z tym wynikiem na tle innych. Nie sprawdzi statystyk tego bloga i nie pochwali za okrągłe zdania opowiadające o dobrym życiu. Nie podliczy, ile dobrych uczynków udało nam się wykonać, ile bochenków chleba rozdać potrzebującym, ile pieniędzy przelać na konta organizacji dobroczynnych.

Zapyta o miłość.

Popatrzy nie na wyniki naszych działań, ale na motywacje, pragnienia, na to, co wypełniało serce. I dopiero wtedy może się okazać, że jedna wyprasowana dobrze i z miłości do męża koszula, znaczy w Jego oczach więcej, niż godziny spędzone na organizowaniu wielkich akcji dla wielkich tłumów i równie wielkiego rozgłosu. Że ta rozmowa z kimś, z kim bardzo nie chciało nam się rozmawiać, wydała w życiu tej osoby ogromne owoce, a w Niebie odbiła się dużo głośniejszym echem, niż gdybyśmy pojechali na Woodstock i ewangelizowali od świtu do nocy. I że żaden z naszych popisów kulinarnych nie ucieszył Boga tak bardzo, jak ten, gdy zupełnie zwyczajnym posiłkiem podzieliliśmy się kimś, kto niczym nie mógł się nam odwdzięczyć.

I nie, nie chodzi wcale o to, żeby teraz nie dążyć do wielkich rzeczy, porzucić marzenia, a pragnienia poprzycinać jak drzewko bonsai w doniczce – do rozmiaru codzienności. Chodzi o to, że każda chwila ma znaczenie. Że to, co zwyczajne, nawet jeśli czasem nuży, może stać się przestrzenią do działania, które w Bożych oczach będzie dużo ważniejsze niż nam się wydaje. Bo On w swojej matematyce stosuje reguły zupełnie inne od naszych. Dla Niego 1 jest liczbą większą od 99, a wierność w małych rzeczach jest ważniejsza niż wielkie cuda. I nie musimy tego widzieć dzisiaj. Wystarczy, że On to wie – i że kiedyś spojrzymy na wszystko Jego oczami.

„Przezwycięż samego siebie! bo jeśli zwyciężysz sam siebie, osiągniesz w niebie jaśniejszy wieniec chwały niż ci, którzy mają łagodniejsze usposobienie.”

(św. Ignacy z Loyoli)

(grafika: http://www.madel.jezuici.pl/inigo/37.htm)

 

TOP 5, czyli dlaczego nie obchodzę Święta Zmarłych

Już jutro czeka nas: droga na cmentarz, korki, zastanawianie się czy wziąć cieplejszą czapkę oraz parasol i ćwiczenie oficjalnych uśmiechów dedykowanych tym członkom rodziny, których spotykamy tylko raz w roku. Czeka nas – wróżąc z różnych wersji prognozy pogody – dzień szary i jesienny, przypominający swoim klimatem o przemijaniu i skłaniający do refleksji nad przemijaniem. „Święto Zmarłych” – usłyszmy jutro niejeden raz w telewizji, radio i rozmowach na cmentarzu. A ja zawsze w takiej chwili zastanawiam się, kto ma je świętować. To zmarli świętują? Czy my świętujemy? I co jest w centrum tego świętowania?

Tak się składa, że pierwszego listopada nie obchodzę „Święta Zmarłych”. Obchodzę za to uroczystość Wszystkich Świętych. Niektórzy nie widzą tutaj różnicy – i ja sama przez długi czas nie widziałam w tym dniu okazji do swojego osobistego świętowania. Bo nie wierzyłam, że to dla mnie – że mogę tak wprost, bezczelnie i z ogromną nadzieją powiedzieć, że chciałabym kiedyś być w Niebie. Może bez ciasnej aureolki i plączącej się pod nogami długiej szaty, za to ze swoim ulubionym kubkiem pełnym kawy, którą mogłabym niespiesznie sączyć w towarzystwie Przyjaciół.

A o moich Przyjaciołach warto wspomnieć w tym tekście, bo to chyba oni ośmielili mnie i pozwolili myśleć, że świętość nie jest tylko dla ubranych w wykrochmaloną koszulę grzecznych chłopców i cichych, pokornych dziewcząt z lukrowanym uśmiechem przyklejonym do twarzy niezależnie od okoliczności. Pozwolili mi myśleć, że droga do świętości to codzienność, którą Bóg skroił na naszą miarę. I że w tym, co zwyczajne, można znaleźć smak Nieba już na ziemi.

floralmosstagge

Ignacy z Loyoli

Ten baskijski rycerz rozpoczyna moją subiektywną listę the best of , bo bez niego by mnie tutaj nie było. Dzieli nas wprawdzie ponad pięć wieków historii i kilka różnych drobiazgów (jak chociażby podejście do obcinania włosów ;) ), łączy – wytrwałość granicząca czasem z niezrozumiałym dla otoczenia uporem. Kto nie próbował jeszcze wejść w świat jego Ćwiczeń Duchowych, niech nadrabia zaległości, bo warto, chociaż to ryzykowne. Nie jestem jedyną osobą, dla której rekolekcje ignacjańskie skończyły się rewolucją w życiu. Ignacy okazał się być nie tylko patronem mojego nawrócenia i nawracania się (codziennego). Począwszy od dnia, w którym po praz pierwszy chciałam zwiać z rekolekcyjnej rozmowy z kierownikiem duchowym, jest wzywany przeze mnie w każym momencie, gdy paraliżuje mnie lęk przed poznaniem prawdy. Dzięki temu kolejka do konfesjonału trochę mniej stresuje ;)

Gianna Beretta Molla

Tak zwyczajna, że aż się to w głowie nie mieści. Lekarka i mama, miłośniczka górskiej wspinaczki i najnowszych trendów w modzie. Kobieta, która cieszyła się życiem i w małych sytuacjach dnia codziennego – m.in. przez ofiarne wykonywanie swojego zawodu – znajdująca okazję do zbliżania się do Boga. Kiedy kończy mi się cierpliwość do dzieci albo gdy bardzo dokucza zmęczenie codziennością, myślę o tym jej zdjęciu:

gianna_025

Myślę o jedzącym samodzielnie dwulatku i karmionym niemowlaku. O różnie pachnących pieluszkach, rozlanej zupce i dziecięcych płaczach. I myślę, że to takie niesmowite – że te drobne rzeczy, te sprawy które czasem wydają mi się uciążliwe, były dla Joanny kolejnymi elementami budującymi to, kim się stała. A stała się świętą, która oddała życie za życie swojego dziecka. Proszę ją czasem o pomoc – by pomagała mi robić to samo. Oddawać życie, tak troszeczkę, po kawałku, w codzienności. Dla innych.

 Antoni z Padwy

Kiedy się w końcu spotkamy w Niebie, św. Antonii wybuchnie śmiechem, który powstrzymywał przez całe moje życie. Jestem tego pewna! Bo do tej pory, miotając się i próbując coś znaleźć, wzdychałam często prosząc o pomoc i nieco ciszej, chyba nie wierząc w swoje słowa, dodając, że niedługo nauczę się dbać o porządek. To „niedługo” jeszcze nie nadeszło… ;) Ale zdarza się, że to nie klucze w torebce czy zagubione dokumenty są zgubą, którą odczuwam najboleśniej. Czasem gubi się radość. Czasem sens. Czasem zaangażowanie w takiej relacji. I kto wie, może w takich przypadkach też warto prosić Antoniego o pomoc? Bo Antoni jest świętym, który wszystko sobie zaplanował – chcial pojechać na misje i zginąć śmiercią męczeńską z rąk muzułmanów. I chyba sam zgubił się trochę w swoich pobożnych planach na życie, skoro Bóg pokierował nim inaczej – i pozwolił mu się odnaleźć w życiu zdecydowanie innym od tego, jakiego się spodziewał.

Felicyta i Perpetua

Dwie mamy, dwie chrześcijanki, dwie męczennice. Kiedy myślę o ich poświęceniu, zawsze mam dreszcze – bo umrzeć śmiercią męczeńską to dużo, ale umrzeć zostawiając małe dziecko, to podwójne męczeństwo. Dla mnie to najdzielniejsze z kobiet, które oddały życie za Jezusa – tym dzielniejsze, że mogły znaleźć sposób, by uniknąć śmierci, więc musiały wykazać się ogromnym hartem ducha. Przypominam sobie o nich wtedy, gdy ciężko mi wyściubić nos poza moje bezpieczne, znane i przytakujące mi otoczenie. Wtedy, gdy trzeba zaświadczyć i być może stracić coś ze względu na Jezusa. Choć daleko takim sytuacjom do męczeństwa, potrzeba mi czasem właśnie takiej odwagi – odwagi słabych kobiet, które pokazują ogromną siłę.

Karol de Foucauld

Szalony :) Nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, gdy po raz pierwszy czytałam historię jego życia, bo gdy prowadził bardzo swobodny i gorszący otoczenie tryb życia, rodzina bardzo chciała, by się ustatkował, a początkowe zainteresowanie wiarą przyjęła z ogromną ulgą. Do czasu jednak. Bo Karol nie zamierzał nawracać się trochę albo tylko tyle, by dostosować się do oczekiwań otoczenia. Karol poszedł na całość, radykalnie, nie oglądając się na nikogo – wpatrzony tylko w Jezusa. I było zapewne wielu takich świętych, mnie jednak bardzo porusza to, że to wszystko działo się stosunkowo niedawno – że mogę spojrzeć na jego zdjęcie, popatrzeć mu w oczy i próbować wyczytać z nich jego sekret. I czuję, że ten żyjący radykalnie, choć bardzo zwyczajnie – bo w pustelni na pustyni – człowiek, wie o życiu coś, co ja dopiero bardzo nieudolnie staram się zgłębić…

To nie zabobon

Po co jednak w ogóle święci? Sama miałam z tym kiedyś problem i musiałam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Przede wszystkim –  nie chodzi o to, żeby znaleźć „skuteczną modlitwę”, która zmusi Pana Boga do tego, by spełnił nasze życzenie jak jakaś złota rybka. Nie chodzi też o zabobon, o to że trzeba wezwać odpowiedniego świętego, odmówić trzy zdrowaśki i splunąć przez lewe ramię, a potem…no właśnie – złota rybka. Wiara we wstawiennictwo świętych nie ma również nic wspólnego z oddawaniem im czci boskiej, co próbują nam wmówić niektórzy mniej nastawieni na ekumenizm protestanci. Bo wiara we wstawiennictwo świętych to po prostu wiara we wspólnotę, w to że ja jestem w trakcie mojej drogi do Nieba, a niektórzy już tam doszli. I nie jest to wymysł chrześcijan X, XV czy XXI wieku – w ten sposób chrześcijanie modlili się od zawsze,  pielęgnując pamięć o męczennikach.

Wśród osób z kręgu wspólnot charyzmatycznych, ale pewnie nie tylko, forma modlitwy wstawienniczej nie jest żadną nowością. Być może również przeżywaliście w swoim życiu takie chwile, gdy zgromadzeni wokół was ludzie kładli ręce na wasze ramiona i głośno zanosili prośby w waszym imieniu. Uroczystość Wszystkich Świętych przypomina mi, że o taką modlitwę mogę poprosić w każdej chwili, bo Kościół, czyli wspólnotę wierzących, stanowią nie tylko osoby, które spotykam co niedzielę na mszy świętej. Kościół to również święci, którzy są już z Jezusem i których mogę poprosić o modlitwę tak samo, jak proszę o to osoby z mojej wspólnoty. A święci pokazują mi w tym dniu chyba jeszcze wyraźniej niż na co dzień, że mam nie bać się życia. Nie bać się wyzwań, problemów i trudności. Nie bać się przeżywania radości, podążania za marzeniami, pielęgnowania dobrych relacji – a wśród nich i bycia razem, i pożegnań. Bo to życie przeżyte razem z Jezusem, naprawdę może fantastycznie smakować i być pierwszym rozdziałem przygody, jakim jest bycie z Nim na zawsze. 

Oni już to wiedzą.

page

Czy katolik może?…

Takie pytania padają w interncie i w codziennych rozmowach, w pytaniach do księży, katechetów i w czasie rachunku sumienia. Czy katolik może? Czy mu wypada? Czy grzeszy? Daje antyświadectwo? Odpowiadanie na takie pytania jest karkołomnym wyzwaniem, ale spróbuję.

Czy katolik może obejrzeć komedię w kinie?

Albo poza kinem też? Dzisiaj dowiedziałam się, że niekoniecznie, bo ponoć Bridget Jones nie należy do filmów, które promują dobre wartości. Przyznam szczerze, że „zdziwienie” to słowo, które w bardzo delikatny sposób opisuje moją reakcję. Bo ja na tym filmie zaśmiewałam się do łez, mimo że faktycznie nie promuje on ani katolickiego, ani anglikańskiego stylu życia. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, żeby cieszyć się czasem spędzonym w kinie (a każda mama wie, że takie wyjście zdarza się rzadko i jest doceniane podwójnie). Gdyby z propozycji filmowych czy książkowych wybierać tylko i wyłącznie to, co wprost przekazuje wartości ewangeliczne, nie mielibyśmy czego wybierać. Co więcej – okazałoby się, że nasze życie również nie spełnia tych wymagań… I nie, nie namawiam wcale do chodzenia do kina na byle co. Namawiam za to do życia z pewną ilością dobrze pojmowanego luzu. Bo bycie katolikiem nie oznacza, że jestem na diecie pod tytułem: „tylko katolickie”. Menu, z którego mogę korzystać w życiu, jest dużo szersze.

Pobożny przykład do tego wywodu? Proszę bardzo:

frassati

Oto Piotr Jerzy, czyli Pier Giorgio Frassati. Świety Kościoła Katolickiego, taki Boży wariat, który żył na maksa, ewangelizując, modląc się, wspinając z pasją po górach i… paląc fajkę. Na potrzeby beatyfikacji zdjęcie nieco „ulepszono” – i wprawne oko szybko wychwyci, o jaki szczegół chodzi ;) Pytanie tylko, czy rzeczywiście kogoś, kto stara się iść za Jezusem, trzeba od razu posypywać lukrem przesadnej pobożności i wymazywać z jego życia to, co świadczy po prostu o tym, że jest zwyczajnym człowiekiem i cieszy się z życia?…

Czy katolik może upominać innych?

Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś w swoim domu lub mieszkaniu. Nagle, bez pukania i grzecznego „Dzień dobry” wpada do ciebie grupka osób, obezwładnia cię i otwiera lodówkę. W koszu ląduje porcja tłustych frytek, a ktoś macha ci nimi przed nosem, prawiąc kazanie o szkodliwości tłuszczów nasyconych. Los frytek podziela cola, a piwo, które chłodziło się na wieczorny mecz, wzbudza zdecydowane emocje. „To cię zabije!” – krzyczą. „Nie możesz tak żyć! Ratujmy ci zdrowie i życie! W końcu to z naszych składek będą leczyć powikłania wynikajace z twojej choroby, więc mamy do tego prawo!”

Absurdalna sytuacja, prawda? A jednak fundujemy ją innym, powołując się nieustannie na to samo zdanie z Ewangelii: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy.” Zapominamy o dwóch istotnych szczegółach. Po pierwsze – mowa jest o kimś, kto jest nam bratem, czyli należy do wspólnoty, do grona wierzących. Po drugie – mamy upominać w cztery oczy, a nie wylewać na kogoś pomyje w komenatrzach na facebooku czy w czasie plotek ze znajomymi. Dziwi mnie, gdy ktoś podniesionym głosem gromi osoby niewierzące, które postępują w sposób sprzeciwiający się nauce Kościoła Katolickiego. Bo zaraz, zaraz – jeśli ktoś nie jest katolikiem, to dlaczego mam mieć do niego pretensje, że nie postępuje jak katolik? Bo chcę ratować jego duszę? Bo on nawróci się dlatego, że wejdę z butami z jego życie i zrobię porządek w jego duchowej lodówce?

Jezus w takiej sytuacji po prostu był z ludźmi – z celnikami i grzesznikami. Nie wytykał ich błędów, choć mógł to robić. Nie gromił i nie krzyczał – po prostu był. I byłoby wspaniale, gdyby znakiem rozpoznawczym katolika było nie mówienie i krzyczenie o tym, co złe, ale słuchanie – gdy drugi człowiek doświadcza trudności i potrzebuje kogoś, kto przy nim będzie. Gdyby katolik, zamiast oceniać i pokazywać, jaki to jest dobry i wspaniały, poszukał tego dobra w drugim człowieku – pomógł mu to dobro odkryć, wydobyć i się z niego ucieszyć. Gdyby katolik zamiast nawracać innych, po prostu ich kochał. Nie dlatego, że pozwala na zło, że toleruje złe wybory innych. Dlatego, że tak robił Jezus.

Czy katolik może mieć koszulkę z Hello Kitty?

Może, ale po co, skoro to brzydkie? ;) A serio – dlaczego nie? To jedna z wielu postaci z bajek, które możemy, choć nie musimy pozwalać oglądać naszym dzieciom. Bez watpienia trzeba kontrolować to, jakie treści przekazują lubiane przez nasze dzieci programy telewizyjne. Dla mnie często pierwszym elementem wzbudzającym niepokój jest poziom hałasu, jakim cechuje się konkretna bajka – zazwyczaj im głośniej, tym więcej w niej agresji. Nie mam więc skrupułów, by taką bajkę wyłączyć, a na błagalne: „Ale czeeeeeemu” odpowiedzieć wprost, że to głupoty. I zaproponować coś wzamian – niekoniecznie w formie telewizyjno-tabletowej (dziś na przykład z powodzeniem i dużymi emocjami graliśmy w okręty :) ).

Wydaje mi się jednak, że analizowanie treści bajek posuwa się niekiedy do granicy absurdu. Czytałam już o szkodliwości Świnki Peppy (z powodu nieprawidłowego modelu rodziny, bo Tata Świnka skacze w kaloszach w błtnej kałuży) czy My Little Pony, bo przewijającym się tam hasłem jest „Przyjaźń to magia”, a magia jest zła… Zastanawiam się, jak to możliwe, że w dzieciństwie oglądałam Bolka i Lolka, czyli bajkę, w której rodzina praktycznie nie istniała i dzieci wychowywały się same? Jak przeżyłam śledzenie podejrzanej męskiej przyjaźni Misia Uszatka i Zajączka? I czy w ogóle mogę się przyznawać, że najulubieńszą z najulubieńszych bajek PRL-owskiego dzieciństwa był „Zaczarowany Ołówek”? Wszak magia jest zła…

Czy katolik może bezkrytycznie przyjmować dobre rady innych?

Nie może.

Nawet wtedy, gdy przeczyta je na ulubionym katolickim portalu czy usłyszy w filmie na youtubie. Bo katolik ma myśleć – samodzielnie. I jeśli nie zgadza się z tym, co napisałam powyżej, po prostu uznać, że myśli inaczej, zamiast próbować mnie przekonywać do tego, że tylko jego wizja świata jest poprawna i powinna obowiązywać wszystkich wokół.

Katolik ma myśleć. I w niczym nie sprzeciwia się to posłuszeństwu nauce Kościoła, bo w tym posłuszeństwie katolik też ma być myślący! Bo posłuszeństwo nie ma być ślepe, ma być przemyślane i przemodlone. Strasznie smutne jest, gdy ktoś żyje tylko w świecie nakazów i zakazów, nie zastanawiając się, dlaczego w zasadzie wyznaje takie, a nie inne wartości. Bo jeśli wierzyć, to nie dlatego, że tak mówi mama. Nie po to, żeby nie sprawić przykrości babci, która mówi że się za nas modli. Nie dlatego, że tak każe mi tradycja albo tak wypada. I nie ze strachu. Jeśli wierzyć – to z przekonania. A z przekonaniem jest tak, że trzeba sobie pewne rzeczy przemodlić i przemyśleć, odpowiadając wcześniej na trudne pytania i mierząc się z wątpliwościami. Bez takiego wysiłku trudno o autentyczną wiarę i o wynikające z niej posłuszeństwo nauczaniu Kościoła, będące świadomym wyborem tego, co dla mnie dobre i wartościowe.

Czy katolik może?…

To nie dobra rada pokaże Ci, w jaki sposób żyć dobrze. Pytanie: „Czy katolik może…?” ma zazwyczaj bardzo prostą odpowiedź, o ile tylko jesteśmy uczciwi ze sobą. Większość z nas intuicyjnie wyczuwa, że coś może mu służyć, a coś innego szkodzić. Jednak gdy pojawia się pokusa, by iść za tym, co niekoniecznie dobre, szukamy usprawiedliwienia – bo może uda się wygooglać jakąś pobożną wymówkę, może czyjaś rada pomoże podjąć decyzję, dzięki której spełnimy swoją zachciankę.

Tymczasem, mimo że mówimy o grzechu lekkim i ciężkim, nie ma na świecie wagi, która mogłaby pokazać jego prawdziwy rozmiar. Nie ma też linijki, która pokazałaby odległość, na jaką odejdziemy od Boga przez konkretną decyzję. Jednak jeśli wsłuchamy się w siebie, jesteśmy w stanie to wyczuć – po warunkiem dobrze uformowanego sumienia. A to dzieje się nie tyle przez oglądanie filmików na youtube czy słuchanie kolejnych rekolekcjonistów na facebooku, co przez wgląd w siebie i rozmowę o tym – z sobą, z Bogiem i z drugim człowiekiem. W tym przypadku nieocenioną pomocą jest kierownictwo duchowe, o którym więcej chociażby tu: Spowiedź i kierownictwo duchowe.

Polecam spróbować. W pakiecie z samodzielnym myśleniem i wpatrywaniem się w Jezusa, może sprawić że jak Pier Giorgio (i setki jemu podobnych) będziemy żyć w pełni, żyć na maksa, zdobywając szczyty. Również te duchowe.

curriculum vitae

Nie pamiętam, czego dotyczyła porażka, którą wtedy przeżywałam – czy był to zawód miłosny, czy też nie udało mi się osiągnąć jakiegoś swojego celu. Pamiętam jednak, że mój Tata pocieszał mnie wtedy słowami: „Zawsze jest to jakieś życiowe doświadczenie”. Wtedy była to dla mnie słaba pociecha. A jednak te słowa zostały we mnie na długo i jak wiele zdań wypowiedzianych przez Rodziców, po latach okazały się trafne.

Jak pewnie każdy, mam w życiu doświadczenia, które w pierwszym odruchu chciałabym wymazać z pamięci i wykreślić z życiorysu. Zaprzeczyć, że w ogóle miały miejsce. Albo próbować zapomnieć, żeby nie bolały tak bardzo. Tak naprawdę jednak każde doświadczenie czegoś mnie uczy, każde zostawia we mnie ślad. To, co dobre sprawia, że wzrastam. To, co nieprzemyślane, głupie i błędne, sprawia że uczę się unikać podobnych decyzji, że z większą rozwagą podejmuję kolejne życiowe wybory. Owszem, mam takie wspomnienia, którymi nie podzielę się z nikim – bo wciąż bolą lub zwyczajnie ich się wstydzę. A jednak życie pokazuje mi, że nawet takie wydarzenia Bóg może wykorzystać w taki sposób, że przynoszą dobre owoce. Bo dzięki własnym potknięciom, lepiej rozumiem innych, którzy zmagają się z podobnymi problemami. Dzięki bolesnym doświadczeniom, mam w sobie więcej delikatności i empatii. Dzięki doświadczeniu straty, wiem że nie będę nikomu serwować taniego pocieszenia z cyklu” Wszystko będzie dobrze”. Bo wiem, że czasem nie jest dobrze. Czasem jest bardzo źle i tylko, jeśli przebrniemy przez taką ciemną dolinę, jesteśmy w stanie zacząć żyć dalej.

Przyzwyczailiśmy się do tego, jak ważna jest w życiu autoprezentacja. Chcąc zdobyć wymarzoną pracę i szansę na lepsze życie, czytamy poradniki i piszemy idealne c.v. oraz przyciągający uwagę list motywacyjny. Wiemy, że musimy się starać, że musimy się pokazać z najlepszej strony i dowieść, że będziemy w stanie najlepiej wypełnić powierzone nam obowiązki.

A Bóg wywraca ten porządek do góry nogami, nie przejmując się naszym zdziwieniem. Dla Niego idealnym c.v. wcale nie będzie to, w którym wypunktujesz swoje mocne strony i odniesione sukcesy, za to z ogromną radością przyjmie wszystkie twoje troski, zranienia i słabości. Prawdziwe życie, z chwilami radości i poczucia, że możemy góry przenosić. Z ciemnymi dolinami smutków przeżytych w samotności z wyboru i z kilometrami okopów, w których tkwiliśmy bezsensownie buntując się i walcząc przeciw Niemu, zamiast pozwolić Mu działać. Z grzechami, które wyznawaliśmy bardzo cichym głosem. Z chwilami bezsilności i poczuciem, że do niczego się nie nadajemy.

To jest Twoje prawdziwe c.v., które Bóg bierze pod uwagę w pracy w Jego winnicy – nie po to, by oceniać, ale po to, by wszystko mogło zaowocować, również to, co na pierwszy rzut oka wydaje się bez sensu.

chleb

Pamiętasz pięć chlebów i dwie ryby? Tak niewiele, prawie nic – zwłaszcza w obliczu głodnego tłumu. Tyle że tam wcale nie chodziło o ilość – chodziło o to, że Jezus wziął to w swoje ręce, „spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom” (Łk 9,16). To, co złoży się w Jego ręce, otrzymuje się potem w zupełnie innej postaci. I ten cud przemiany nie zależy od wielkości ani jakości tego, co składasz w dłonie Jezusa – tylko od Jego mocy. Potrafisz w to uwierzyć? Że z Twoim życiem może stać się to samo, co z chlebem rozmnożonym na pustkowiu dla tłumu zmęczonych i prawdziwie głodnych ludzi? Że On w swoje ręce może wziąć wszystko, co składa się na twoje życie. Weźmie to delikatnie i z troską, a potem  spojrzy w niebo i pobłogosławi – by wydało obfity owoc. By nakarmiło nie tylko ciebie, ale również tłumy, które są wokół.

chcesz cudu?

Jesień za oknem. Gdyby ktoś tego nie zauważył, patrząc na przygnębiające szare chmury i słuchając deszczu uderzającego w szyby, łatwo odgadłby to po obejrzeniu chociażby jednego bloku reklam. A wśród reklam specyfiki kaszel suchy i mokry, grypę, przeziębienie i każdą inną jesienną dolegliwość. Moja szafka z lekami też jest ich pełna, a wizyta w aptece często kończy się tym, że wracam do domu z kolejnym zestawem witamin w torebce. Z torebki zestaw zazwyczaj wędruje do szafki. A w szafce – ładnie wygląda, dowodząc tego, jak bardzo dbam o siebie.

Tego, że żaden, nawet najcudowniejszy lek nie działa, gdy go nie stosuję, nagminnie nie zauważam…

Wczoraj jak co tydzień uciekłam na godzinę z mojego zwykłego zabiegania po to, by w ciszy wpatrywać się w Jezusa w Najświętszym Sakramencie i chłonąć pokój, którego tak bardzo potrzebuję. Pomyślałam, że to wszystko nie mieści się w głowie. To, że Bóg może być w kawałku Chleba, tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Że przychodzi tak cicho, pokornie, w pewnym sensie bezbronny – dokładnie tak samo, jak dwa tysiące lat temu w Betlejem.

Wiem, że nie każdy podziela tę wiarę. Śmiem twierdzić, że wśród osób przychodzących do kościoła, też tej wiary brakuje. A jednak, mówiąc ogólnie, my, katolicy, wierzymy że w każdym kościele, w każdym tabernakulum czeka na nas Jezus. Jest tam prawdziwie obecny – On, Bóg-człowiek, wszechmogący Pan, przed którym zgina się każde kolano.  Bóg, do którego cichej obecności można przyzwyczaić się tak mocno, że się Go nie zauważa, nawet jeśli za każdym razem przyklęka się przed nim mniej lub bardziej świadomie. Albo wykonuje dziwnego rodzaju dygnięcie, charakterystyczne dla części elegancko ubranych pań po pięćdziesiątce ;)

Jeśli mam Boga na wyciągnięcie ręki, to czego więcej mi trzeba? Jeśli Bóg zaprasza mnie do rozmowy i do wspólnego działania, to czemu część spraw w moim życiu opatrzyłam etykietką „niemożliwe”? Czy to nie kłóci się z wiarą w Boga, który wszystko może – w Boga, który jest tak blisko, że mogę na Niego patrzeć i spędzać z Nim czas?

cuda

Chcesz cudów w swoim życiu? – pomyślałam. To traktuj Boga jak Boga. To przyjdź do Niego jak do Boga. Nie jak do kumpla, na którym zależy ci tylko wtedy, kiedy jest dobrze. Nie jak do partnera handlowego, któremu możesz powiedzieć: „To ja Ci teraz dwa różańce, a Ty mi dobrą pogodę załatw na następną sobotę i będziemy kwita”. Przyjdź do Boga jak do Boga. Potraktuj Go serio, bez stawiania Mu warunków, za to z wiarą w to, co mówi. Potraktuj Go jak swoją jedyną opcję. I nie dziw się, jeśli nie doświadczasz Jego działania, jeśli odstawiasz Go na boczny tor w swoim życiu. Na później albo na jakieś inne, lepsze czasy. To tak nie działa. Aż boję się porównywać to z moimi witaminami, które odstawiam na półkę licząc, że moje dobre chęci ich zażywania zmienią cokolwiek w moim stanie zdrowia. Ale trochę tak właśnie jest. Żeby doświadczyć Bożego działania, trzeba przejść z pozycji widza i obserwatora w rolę kogoś, kto daje się w to działanie wciągnąć. Jak w Egipcie, z którego Izraelici zostali wyprowadzeni w cudowny sposób, a jednak również przez konkretny wysiłek, bo trzeba było przecież stawiać nogę za nogą, krok za krokiem, w nieznane. W dodatku w kierunku pustyni.

Chcesz cudów w swoim życiu? To uwierz, że Bóg jest blisko. To działaj tak, jak ci ta wiara podpowiada. Zaryzykuj i wejdź w relację.

Nie masz w tym naprawdę nic do stracenia. A możesz zyskać życie o Niebo lepsze od wszystkiego, co mogłabyś sobie wyobrazić…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi