w klapkach na Mount Everest.

Rozmowy, w których uczestniczę w życiu codziennym (lub prowadzone śmielej, bo anonimowo, w internecie) utwierdzają mnie w przekonaniu, że połowa naszego społeczeństwa ma co najmniej doktorat z teologii moralnej. Jesteśmy niezwykle doświadczonymi specjalistami od moralnego prowadzenia się, oceniania życiowych wyborów i prawa do relacji z Panem Bogiem – innych ludzi. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że ktoś wie lepiej, co jest dobre i rości sobie prawo do oceniania i pouczania. Zazwyczaj reaguję w takich przypadkach dość gwałtownie, bo chociaż samej zdarza mi się oceniać, osądzać i „wiedzieć lepiej”, zawsze prędzej czy później doganiają mnie słowa, które usłyszałam kilkanaście lat temu w czasie ważnych dla mnie rekolekcji:

Nie mamy powodów, aby się chlubić, jeśli nie popełniliśmy jakiegoś złego  i przewrotnego czynu w naszym życiu. Nie wiemy, co by było, gdyby Bóg odsunął od nas odczuwalną łaskę, gdybyśmy znaleźli się w podobnych sytuacjach ludzkich jak nasz brat czy siostra, który takiego czynu się dopuścił. A może, będąc na jego miejscu, popełnilibyśmy czyny bardziej przewrotne i złe? Nie mamy więc powodów, aby wywższać się wobec drugiego człowieka z tego tytułu, że nie popełnliśmy jakiegoś grzechu, który on popełnił, gdyż nie jest to naszą zasługą, lecz łaską Pana. (o. Józef Kozłowski SJ)

nie osadzaj

Te słowa wracają do mnie dzisiaj i splatają się z tekstami dzisiejszych czytań, pomagając zastanowić się nad tym, czym jest dla mnie pokora. Wydaje mi się, że wiem, czym na pewno nie jest. Nie jest poniżaniem się przed Panem Bogiem i wylewaniem przed Nim litanii moich niedoskonałości i dowodów na to, jaka jestem beznadziejna. Nie polega na zaprzeczaniu temu, że otrzymałam od Niego konkretne talenty, które przynoszą równie konkretne owoce w moim życiu. Pokora nie polega też na tym, że będę zbolałym głosem szeptać: „Panie, nie jestem godzien!”, zerkając jednocześnie dyskretnie w lusterko, czy moja mina jest dostatecznie pobożna, a postawa wystarczająco uniżona.

Pokora to ucieszenie się sobą – nie lepszą czy gorszą wersją siebie, ale sobą. Pokora to wdzięczność za to, co się otrzymało. To nie wysiłki dążące do tego, by ukryć, że coś robię dobrze, ale doskonalenie swoich umiejętności, by służyć nimi innym. Pokora to wdzięczność za to, czego się nie ma. Docenienie tego, że moje braki są uzupełniane przez to, czym Bóg obdarował innych. I zaakceptowanie tego, że jestem słaba i mam długą listę upadków – tych które są za mną i które prawdopodobnie czekają mnie w przyszłości. To prowadzi nie tylko do wyzanania: „Panie, nie jestem godzien!”, ale też do przekonania, że te słowa wypowiada się wobec Kogoś, kto nie potępia.

Pokora to również… wybór odpowiedniej życiowej trasy i zabieranego ze sobą ekwipunku. W życiu duchowym jest trochę jak na górskim szlaku – a na szlaku bywa różnie, co  niedawno obrazowo przedstawiła jedna z gazet. Można próbować wybierać się w szpilkach na Giewont, można nie liczyć się z prognozami pogody, można w końcu – nie tylko w górach, ale i w życiu – ulec tej kuszącej myśli: „Ja nie dam rady?!”. Bo skoro tyle udało się zrobić, to znaczy że mam już wystarczająco dużo wiedzy i sił. Skoro tak dobrze mi idzie, to znaczy że żadna burza mi niestraszna, żaden szczyt nie jest poza zakresem moich możliwości. Bo mogę, bo potrafię, bo „Panie Boże, ja Ci pokażę, jak bardzo już się nawróciłam”. Zadziwiające, jak bardzo szwankuje wtedy pamięć o tym, że wszystko jest łaską i że to „Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą”… (Flp 2,13)

Pokora oznacza, że nie będę startować w klapkach na duchowy Mount Everest. Pokora i mądrość będą oznaczać, że w tym przypadku zdam się na najlepszego Przewodnika i to Jemu pozwolę wybrać odpowiednie szlaki w czasie naszej wspólnej wędrówki. Że to Jego będę słuchać i na Jego sile, nie na swoich możliwościach, będę się opierać. Choć serce wyrywa się do zdobywania wielkich szczytów, pokora podpowiada, że najpierw potrzebny jest trening, często mozolny i męczący. A gdy przyjdzie odpowiedni czas – Bóg poprowadzi najlepszą z dróg ku najpiękniejszym ze szczytów.

Założę się przy tym, że również w najlepszych butach :)

(nie) bajka.

Gdybym mogła opowiedzieć Wam bajkę, brzmiałaby ona pewnie tak:

Wcale nie tak dawno temu przyszła na świat Zwyczajna Dziewczynka. Światu wydawało się, że pojawiła się na nim z woli rodziców, dziewczynce – że z przypadku, tak naprawdę jednak, pojawiła się na świecie z ogromnej Miłości. Dziewczynka była zwyczajna, ale też inteligentna i spostrzegawcza. Gdy mijały kolejne lata, dostrzegała coraz więcej praw rządzących światem. Gdy zauważyła, że dla świat słucha jej bardziej, gdy patrzy na niego z góry, nie zastanawiała się długo i zaopatrzyła się w buty na bardzo wysokich obcasach. Od chwili, gdy dostrzegła, że dla świata liczą się ci, którzy są ważni, nie rozstawała się z przepięknym kapeluszem o ogromnym rondzie, w którym wyglądała jak gwiazda filmowa. Gdy kolejne doświadczenie życiowe pokazało jej, że warto pokazywać się z jak najlepszej strony, sporządziła sobie anielskie skrzydła, które przypięte do pleców, sprawiały że wyglądała uprzejmie i miło.

Mijały lata, a dziewczynka w niczym nie przypominała osoby, którą była zanim zaczęła wierzyć w to, że świat mówi jej prawdę. Pewnego dnia jednak, Miłość postanowiła ją dogonić i obudziła w jej sercu tęsknotę za prawdziwym szczęściem. Prowadziły jednak do niego bardzo ciasne drzwi, tak malutkie, że każda próba przejścia  kończyła się niepowodzeniem. Jeśli udawało się przecisnąć przez nie gustowny kapelusz, zawadzały skrzydła. Gdy udawało się ze skrzydłami, zawadzały buty na wysokim obcasie. W pewnym momencie stało się jasne, że drzwi są zbyt małe, a przeszkoda jest niemożliwa do pokonania…

Gdybym mogła opowiedzieć Wam bajkę, brzmiałaby ona właśnie tak. Gdybym mogła ją opowiadać dalej, byłabym pewnie na tyle zaangażowana, że w tej decydującej chwili krzyknęłabym:

Hej, Zwyczajna Dziewczynko! Zostaw to wszystko. Zrzuć z siebie to wszystko, co nie jest tak naprawdę twoje. Zostaw to, co świat włożył ci na ramiona, wmawiając że to konieczne do osiągnięcia sukcesu. Przestań tak kurczowo trzymać się myśli o tym, co pomyślą inni. Co powiedzą ci lepsi, ważniejsi, którym dajesz prawo do decydowania o sobie.

drzwi

Hej, Zwyczajna Dziewczynko! Te drzwi wcale nie są ciasne. Są idealne, w sam raz dla ciebie. Dla prawdziwej ciebie, takiej jaką jesteś od zawsze. Takiej jaką jesteś – stworzoną z Miłości.

Hej, Zwyczajna Dziewczynko. Wiesz, że w twojej zwyczajności nie ma nic, czego musisz się wstydzić? Bo jesteś zwyczajnie piękna. I zwyczajnie kochana. I najzwyczajniej na świecie – zasługujesz na szczęście. A ono naprawdę nie jest trudne do znalezienia. Jest tam, gdzie prawdziwa Miłość, która czeka na prawdziwą ciebie.

 

On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. (Ł 13,24)

Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. (Mt 18,3)

policz swoje błogosławieństwa.

Żyję na kredyt.

Żyję na kredyt nie tylko dlatego, że jak większość z nas, jeszcze przez długie lata będę spłacać zaciągniętą w banku pożyczkę. Żyję na kredyt, bo w pewnym sensie to dotyczy każdego z nas.

Każdy z nas żyje życiem, które tak naprawdę do niego nie należy. Nie ma wśród nas nikogo, kto stwierdziłby kiedyś: „Hmmm, myślę że chyba zdecyduję się narodzić”, po czym przeszedł do realizacji tego planu. Nie ma nikogo, kto mógłby „choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia” (Łk 12,25). Bo życie zostało nam darowane. Trochę na kredyt – którego nawet nie jesteśmy w stanie spłacić. Dostaliśmy je w prezencie, nabyci za wielką cenę (1 Kor 6,20) – cenę Krwi Odkupiciela.

Moje życie nie do końca jest moje. Jest podarowane. Jest wykupione za cenę najwyższą z możliwych. Dlatego nie marudzę – a przynajmniej staram się bardzo. I nawet tam, gdzie w pierwszym odruchu chciałabym postękać i pokwękać, próbuję znajdować to, co dobre. Liczyć Boże prezenty, liczyć otrzymane dary, liczyć błogosławieństwa. Spróbujesz razem ze mną?

Obudziłam się o 6:00…

… i dziękuję za wczesną pobudkę, bo to w pierwszej kolejności oznacza, że mam gdzie spać. Mam dach nad głową, a pod dachem nie tylko sypialnię, ale i ulubioną pościel. Mogę spać bezpiecznie, bez obaw o to, że mój dom stanie się nocą celem działań wojennych. Mogę spać bez obaw o życie swoje i moich najbliższych. Mogę spać. Bo dzieci nie budzą się już co dwie godziny na nocne karmienie. A że budzą się za wcześnie? Coż – plus jest taki, że od dłuższego czasu budzi mnie nie ostry i nieprzyjemny odgłos budzika, a zaspany dziecięcy głosik wołający: „Maaaamooo…”

Stałam dziś przez cztery godziny w kuchni…

… a potem przez kolejne pół godziny zmywałam i sprzątałam. I dziękuję za to, bo to znaczy, że mogłam wcześniej pójść do sklepu. Że w tym sklepie mogłam kupić to, na co miałam apetyt, a potem miałam wystarczająco dużo czasu i umiejętności, by przygotować smaczny i zdrowy posiłek dla mojej rodziny. Dziękuję za moje zmęczenie, bo jego owocem jest micha pierogów i obiad na dwa dni, a ja mogę w ten sposób okazać troskę moim najbliższym. Możemy nie tylko najeść się do syta, ale w dodatku zjeść coś, co nam smakuje i nie martwić się o to, że jutro czegokolwiek nam zabraknie.

Boli mnie głowa…

… ale dziękuję za to, bo to nic innego, jak trochę zmęczenia i niewyspania w połączeniu z kiepską pogodą. Bo wystarczy jedna tabletka, żebym poczuła się lepiej. Bo jestem zdrowa, nie choruję na nic poważnego. Bo mogę wypróbować swój sposób na lepsze samopoczucie i bez wyrzutów sumienia zaparzyć sobie kolejną kawą, dokładając do tego czekoladę. Bo nie mam zmartwień, od których nie tylko głowa boli, ale i serce. A gdy się takie pojawiaja, przychodzą w pakiecie z nieziemską porcją ufności i szeptem Anioła Stróża: „Niech cię już o to głowa nie boli”…

Nie jestem naiwna…

… i tez miewam gorsze dni, a czasem gorsze tygodnie. Wiem, że życie nie jest różowe, że czasem zmęczenie budzi nie wdzięczność, ale złość, a domowa codzienność przytłacza. Ci, którzy są mi najbliżsi, słyszą czasem, jak wyżalam się i marudzę. I to normalne – każdy ma do tego prawo. Fajnie jednak, kiedy po takiej chwili następuje chociaż próba zmiany spojrzenia na trudną (albo nie trudną, tylko zawyczajnie monotonną) rzeczywistość. Nie po to, żeby przed innymi czy przed Bogiem udawać, że jest dobrze. Nie po to, żeby wmawiać sobie, że wszystko jest w porządku.

Po to, żeby coś w sobie zmieniać. Bo z naszym życiem jest trochę jak z nauką gry na instrumencie. Próbując zagrać poszczególne dźwięki, musimy wkładać wysiłek w poprawne wykonywanie pewnych gestów. Z tego wysiłku rodzą się dobre nawyki. Powtarzając coś często, uczymy się jak robić to dobrze. I w pewnym momencie tworzymy melodię – najpierw prostą, potem coraz bardziej złożoną.

wdziecznosc

Z Twojego codziennego „dziękuję”, zwłaszcza tego nieoczywistego i rodzącego się w trudach, ułoży się kiedyś pieśń wdzięczności – niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju, bo Twoja. W dodatku taka, która rozbrzmiewać będzie echem przez całą wieczność – na Jego chwałę. Wystarczy próbować codziennie w tym co zwyczajne, dostrzegać i liczyć Jego błogosławieństwa. Powoli i wytrwale, czasem w trudzie – ucząc się dziękować za wszystko.

Biadania moje zmieniłeś mi w taniec;
wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością,
by moje serce nie milknąc psalm Tobie śpiewało.
Boże mój, Panie, będę Cię wysławiał na wieki. (Ps 30,12-13)

mercedesem do Nieba.

Zawsze z pewną zazdrością patrzyłam na tych, którym relacja z Maryją przychodziła naturalnie i bezproblemowo. U mnie ten bezproblemowy okres był bardzo krótki – na tyle znaczący jednak, żebym wyniosła z niego niezrozumiałe dla mnie i trudne do wytłumaczenia, a jednak żywe zamiłowanie do modlitwy różańcowej. Wszystko, co działo się później, przynosiło nowe komplikacje w tej relacji. W wyjściu na prostą nie pomagały znane wielu z nas dyskusje o tym, czy modlitwa za wstawiennictwem Maryi jest biblijna, czy też nie. Nie pomagało też wszystko to, co jest pierwszym moim skojarzeniem z duchowością Maryjną – kiczowate święte obrazki, mechanicznie potwarzane wezwania litanii i chóralne „módsiezanami”, kwieciste i nie do końca chyba teologicznie poprawne kazania, w których Maryja zajmowała miejsce Jezusa (tak, słyszałam takie).

Pomogło dopiero Spotkanie – bo kobiety czasem tak mają, że nie potrafią uwierzyć na słowo i tak jak niewierny Tomasz, muszą może nie dotknąć, ale chociaż porozmawiać. Spotkać się prawdziwie – by zrozumieć. Ten, który zna mnie najlepiej, wiedział że moją drogą do Maryji nie będzie ani wspomniana już analiza biblijnych cytatów, ani zagłębianie się w dalekie mi klimaty pobożnych westchnień. Dlatego pewnego dnia, gdy w czasie modlitwy po raz kolejny wczytywałam się w słowa Łukasza, opisującego scenę Zwiastowania, szepnął mi do ucha po prostu: „Wiesz, to moja Matka”.

Tylko tyle i aż tyle. Dla mnie to więcej niż wszystkie dyskusje, teologiczne analizy dogmatów i kilometrowej długości litanie. Spotkanie z Miriam zaaranżowane przez Jej Syna. Spotkanie, którego przestrzenią jest Boże Słowo.  Spotkanie, które uświadomiło mi to, co jest bardzo oczywiste – że Maryja jest Matką mojego Pana (Łk 1,43). Jest Matką kogoś, kogo bardzo kocham i podziwiam, kto jest dla mnie wzorem i moim Mistrzem. Skoro Ona jest Jemu tak bliska, to chciałabym bardzo, żeby była bliska również dla mnie.

I ja wiem – och, ja bardzo dobrze, bo z własnego doświadczenia, wiem – że można sobie radzić bez zapraszania Jej do swojego życia. Można budować relację z Jezusem bez Maryji, można iść przez życie bez Niej.

Można również, stosując ten sam tok myślenia, iść do Nieba na piechotę. Można próbować nawet bez butów, chociaż zawsze wygodniej jest w przystosowanym do trudnych warunków obuwiu specjalistycznym, bo przecież ta droga nie należy do łatwych. Można próbować na rowerze czy hulajnodze, można próbować łapać stopa, byle tylko podróżować w dobrym kierunku.

Ja mam jednak to szczęście, że dostałam mercedesa. Serio. Nie tylko wszystko, co napisane w Biblii, ale też mądrość dwudziestu wieków wierności nauce Jezusa. Mądrość i doświadczenie świętych. Wstawiennictwo i przykład męczenników. Sakramenty. Eucharystia, bez której nie ma życia. Spowiedź i kierownictwo duchowe. I nieustanna opieka Kogoś, kto był bliżej Jezusa niż ktokolwiek z nas mógłby marzyć – Jego Matki. Taki pakiet dostałam w dniu chrztu świetego. Szczęściara ze mnie i doceniam to.

MAMA Maryja

Do Nieba można iść na piechotę. Wiem, bo sama kiedyś próbowałam. Nie wiem, czy z Maryją jest łatwiej – będę to mogła ocenić pewnie dopiero po dojściu do Celu. Nie wiem, czy jest bezpieczniej i szybciej, czy bez mniejszej ilości problemów. Wiem tylko to, czego sama doświadczam. Że gdy nie mam sił dalej iść, w dziwny do wytłumaczenia sposób – dokładnie tak,  jakbym nagle złapała mercedesa na stopa – wcale nie stoję w miejscu. Że kiedy jest już bardzo trudno, dzieją się czasem w moim życiu małe cuda. I że to wszystko prowadzi mnie w dobrym kierunku, bo do Jezusa. To właśnie fenomen przyjaźni z Maryją – Ona wcale nie skupia uwagi na sobie (jak chciałoby wielu, dla których jest Ona niewygodna, a którzy na pewno dadzą o sobie znać w komentarzach do tego tekstu). Ona skupia moją uwagę na Jezusie. I to jest prawda, z którą nie da się dyskutować, bo wiem to z własnego doświadczenia.

[I wiecie co? Fajnie się jeździ mercedesem :)]

 

jestem złą matką…

Jesteś złą matką” – mówi do mnie czasem ta druga, mądrzejsza i dostrzegająca więcej. Ta, która mieszka po drugiej stronie lustra i czasem, patrząc mi prosto w oczy, rzuca bezlitośnie: mam na to dowody. A dowodów faktycznie jest całe mnóstwo: te chwile, gdy brakuje mi cierpliwości, podnoszę głos, traktuję dzieci w niesprawiedliwy sposób. Dni, w których od dziecięcego głosu zadającego jakieś pytanie ważniejszy jest mój pośpiech albo mój telefon. Momenty, w których muszę wybrać – czas spędzony z nimi czy pójście do pracy. I te wszystkie chwile, w których domowa codzienność tak bardzo odstaje od tego, co miałam kiedyś w głowie, gdy myślałam o macierzyństwie. Bo miało być przecież bezproblemowo, spokojnie i miło. Pieluszki miały pachnieć fiołkami, marchwianka miała bez problemu spierać się ze śnieżnobiałych śpiochów, wszystkie dni miały być wypełnione radosnym towarzyszeniem tym małym osobom w ich wzroście i poznawaniu świata… a to wszystko miało być skąpane w morzu różowego lukru z wisienką na szczycie. Czy jest inaczej? No pewnie! Każda z nas to wie. I każda z nas ma pewnie takie dni, gdy patrzy w lustro i zastanawia się, czy na pewno nadaje się do roli, którą wybrała. Każda z nas pomyślała pewnie chociaż raz w życiu, że może w odróżnieniu od reszty, która dobrze sobie radzi, ona sama jest „złą matką”. Ze mną nie jest inaczej…

A może to prawda?

Nie. Pomijam skrajne przypadki, takie jak uzależnienia czy stosowanie przemocy fizycznej lub psychicznej, zakładając, że to nie o to chodzi. Zacznijmy więc od początku: nie jesteś „złą matką”. Możesz być matką zmęczoną lub sfrustrowaną. Możesz być matką przepracowaną, niewyspaną, nieotrzymującą wsparcia od otoczenia, matką zagubioną, zranioną przez najbliższych, niezorganizowaną, niecierpliwą – niepotrzebne skreślić. Skoro jednak zastanawiasz się, w czym nie dorastasz do swojej roli, skoro przejmujesz się tym, co jest twoją słabością, oznacza to że jesteś również matką, której zależy, która kocha, która się stara.

Matka Polka niewyspana

Nie każdy słyszał o piramidzie potrzeb Maslowa, ale każdy intuicyjnie wyczuwa to, co przedstawia jedna z ludowych mądrości, a mianowicie, że „gdy Polak głodny, to zły”. Każda z nas przekonuje się o tym już w pierwszej dobie po urodzeniu dziecka, gdy noworodek prezentuje siłę swoich płuc w postaci głośnego krzyku tylko dlatego, że jest głodny. Rozumiemy to bardzo dobrze, gdy patrzymy na nasze dzieci – założę się jednak, że dużo trudniej jest nam zastosować tę wiedzę w przypadku nas samych. Nie zliczę, ile razy straciłam cierpliwość czy podniosłam głos na dzieci tylko dlatego, że a. zapomniałam zjeść, b. byłam niewyspana, c. chodziłam cały dzień w niewygodnych butach, d. bolała mnie głowa, ale nie miałam czasu łyknąć tabletki i tak dalej. Banalne? Pewnie że tak. Banalne -w momencie, kiedy jest to napisane czarno na białym. W wirze codziennych zajęć dużo trudno jest mi to dostrzec, chociaż powoli uczę się, że aby zadbać o innych, muszę najpierw zadbać o siebie: zjeść wartościowy posiłek, zrobić sobie drzemkę w ciągu dnia, zapytać czasem odbicie w lustrze nie tylko o to, czy sprawdzam się w roli matki, ale też o to, czy po prostu dobrze się czuję.

Spróbuj: Zadam pytanie najprostsze z możliwych. Postaraj się odtworzyć z pamięci to, co wczoraj i dzisiaj jadłaś w ciągu dnia, zapisując również pory posiłków (i ilość wypitej kawy :) ). Czy taki jadłospis zaproponowałabyś komuś, kogo kochasz, swoim dzieciom, mężowi, przyjaciółce? Czy odpowiedź na to pytanie jest dla ciebie zaskakująca?…

jestem zla matka

Jestem (nie tylko) matką

Jestem mamą od siedmiu lat. Narodziny moich dzieci – chwile, które do tej pory budzą moje ogromne wzruszenie – zmieniły mnie na zawsze. Zmieniły nie tylko hierarchię wartości, listę marzeń, czy chociażby moje ciało. Zmieniły również sposób, w jaki myślę o sobie – jestem przecież przede wszystkim mamą. A jednak nie da się zaprzeczyć, że przed narodzinami dzieci myślałam o sobie inaczej – byłam wtedy przede wszystkim żoną (i śpieszę wyjaśnić, że w tej kwestii nic się nie zmieniło i że rolę żony i mamy można bez problemu pogodzić :) ). Wcześniej byłam studentką, licealistką, wielbicielką tatrzańskich szlaków, członkiem zespołu tanecznego czy po prostu – dzieckiem swoich rodziców. To były elementy, które  budowały moją tożsamość. Narodziny dziecka nic z tego nie wymazały, bo nie zmieniły przeszłości, nie zmieniły mojej historii. To ja czasem zapominam o tym, co kiedyś było dla mnie ważne, co dawało siły i radość…

Czasem wystarczy kwadrans, żeby sobie o tym przypomnieć. Dla mnie takim przypomnieniem była ostatnio tak banalna rzecz, jak powrót do płyty, której kilkanaście lat temu słuchałam niemalże non stop. Wspaniale było przypomnieć sobie dźwięki, które znam na pamięć, zachwycić się pięknem, o którym zapomniałam i – przede wszystkim – poleżeć  w ciemności, tylko z samą sobą i muzyką, która jest w jakimś sensie częścią mnie samej. To wystarczyło, by potem wrócić do swoich obowiązków z większym spokojem i uśmiechem, bo dla mnie było to coś więcej, niż słuchanie muzyki. To było spotkanie z samą sobą – przypomnienie sobie o swojej pasji, marzeniach, o tym kim naprawdę jestem. Bo w środku, gdzieś głęboko, jestem ciągle tą samą osobą, niezależnie od tego, jaką rolę społeczną pełnię czy co pochłania mnie na co dzień. A żeby odkopać spod gruzu codziennych obowiązków, odpowiedzialności i wymówek to, co jest moją pasją, co daje mi radość, nie potrzebuję wcale rewolucyjnych zmian w życiu. Czasem wystarczy kwadrans spędzony z muzyką, godzina z przyjaciółką, jeden dzień poza domem – coś, co robi się dla siebie, w zgodzie z sobą, nie przy okazji załatwiania rodzinnych spraw. Coś tylko dla siebie. Bo znowu – gdy dbamy o siebie, jesteśmy w stanie potem lepiej zadbać o innych.

Spróbuj: Dokończ 5 zdań zaczynających się od „chciałabym” i zawierających w sobie słowo „ale”. Zapisz je na kartce. Popatrz, które przeszkody na drodze do realizacji marzeń i pragnień są możliwe do pokonania przy jakimś nakładzie czasu, sił czy chęci. Wybierz jedno zdanie, jedno pragnienie i zapisz, gdzie i kiedy (lub przy czyjej pomocy) je zrealizujesz.

A co ma do tego świnka doświadczalna?

Z wielu skomplikowanych i w gruncie rzeczy przerażających eksperymentów na zwierzętach, z którym zapoznawałam się w czasie studiów, najbardziej chyba utkwił mi w pamięci ten,w którym Martin Seligman umieścił szczury w dwóch osobnych klatkach i raził je prądem o niskim natężeniu. Jeden ze szczurów miał dźwignię, dzięki której wyłączał prąd, drugi takiej dźwigni nie posiadał. Właśnie ten drugi schudł, stał się apatyczny i bierny – ale nie dlatego, że cierpiał bardziej. Pierwszy szczur, naciskając dźwignię, wyłączał prąd również w klatce drugiego szczura. Drugi szczur  po prostu nie miał kontroli nad tym, co się działo.  Ten brak kontroli i przekonanie, że sytuacja życiowa (czyli cierpienie po rażeniu prądem) nie zależy od zachowania, doprowadziły do postawy nazywanej wyuczonym poczuciem bezradności. Jej skutkiem była bierność, brak podejmowania działania i pogorszenie stanu zdrowia. Co to ma jednak wspólnego z byciem dobrą czy złą matką?

Życie przynosi nam różne sytuacje. Są wśród nich takie, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu, jak niespodziewana choroba, śmierć bliskiej osoby czy utrata pracy. Codzienność niesie też dużo mniejsze wyzwania – bo przecież nie mam wpływu na to, że w dniu w którym bardzo się spieszę, na drodze jest korek, że gdy wyjeżdżam na urlop, przez cały tydzień leje deszcz, czy że seria nieprzespanych przez dziecko nocy pojawia się akurat wtedy, gdy czeka mnie trudne zadanie w pracy. W przypadku takich trudności można reagować albo złością (na świat, na Boga, na życie, na kogoś, kto akurat będzie pod ręką), albo poczuciem bezradności – bo mam pecha, bo ja wiedziałam, że tak będzie, bo życie nie ma sensu. Obie te postawy są dla mnie zrozumiałe. Żadna z nich nie prowadzi jednak do konstruktywnego poradzenia sobie z trudną rzeczywistością.

Daleka jestem od serwowania dobrych rad komukolwiek – od matki chorego dziecka do sfrustrowanego kierowcy stojącego w korku. A jednak wierzę mocno, że jako katoliczka mogę patrzeć na świat inaczej i tam, gdzie inni nie widzą wyjścia, dostrzegać okazję do doświadczania Bożego działania. Ono nie zawsze będzie polegało na usuwaniu przeszkód spod moich stóp, choć i tak się czasem zdarza. Dużo częściej jednak zaproszenie Boga do trudnej sytuacji oznacza, że zaczynam inaczej na nią patrzeć. Nie patrzę na siebie jak na zagubioną we wszechświecie drobinkę czy jak na doświadczalnego szczura, któremu nieprzewidywalny  los serwuje mniejsze lub większe złośliwości. Przeciwnie – widzę na sobie troskliwy wzrok Boga, który jest dobrym Ojcem i prowadzi pomimo przeszkód. Doświadczam obecności Jezusa, który przez te przeszkody przeprowadza idąc ze mną ramię w ramię, obiecując i potwierdzając tę obietnicę w moim życiu – że „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8,28). Trudności na drodze do bycia coraz lepszą mamą – i trudności w przyjmowaniu siebie, gdy się to nie udaje – nie są wyjątkiem.

Spróbuj: Nazwij to, czego najbardziej się boisz. Co to jest? Śmierć bliskiej osoby? Utrata pracy? Brak zabezpieczenia finansowego? Czy zdarza się, że ten lęk wpływa na jakieś ważne decyzje które podejmujesz – że unikasz działania albo robisz coś, czego nie chce robić? Czy twoje zachowanie byłoby inne, gdybyś w tej kwestii ufała, że ta sprawa jest w rękach Boga, który się o ciebie troszczy? Co chciałabyś Jemu powiedzieć w tej sytuacji?

Uśmiechnij się do lustra

A co z tą drugą w lustrze? Z tą, w której oczach czasem możesz wyczytać nie tylko zmęczenie, ale i dezaprobatę?

Następnym razem spróbuj się do niej uśmiechnąć. Jeśli będziesz chciała, obejmij jej i powiedz do ucha, że każdy ma czasem gorszy dzień. Że po gorszym dniu przychodzą lepsze, o ile tylko potrafimy z naszych błędów wyciągnąć wnioski. I że każdy – gorszy czy lepszy dzień – kończy się dobrze, jeśli odda się go w ręce kochającego Ojca, bo w zamian otrzymuje się zawsze kolejną szansę.

 

umebluj swoją szufladkę.

Polacy wiecznie narzekają, Niemcy jedzą wyłącznie golonkę zapijaną piwem, Francuzi są aroganccy. Feministki nienawidzą mężczyzn, muzułmanie to terroryści, katolicy to smutasy. Można by tak bez końca i na różną nutę. I nie ma wśród nas nikogo, kto byłby wolny od generalizowania i ulegania wpływom stereotypów. Nie ma też nikogo, kto nie zostałby przez nie w jakimś stopniu dotknięty – chyba że są wśród nas osoby, trzymające się przez całe życie bezpiecznego środka stawki, nigdy nie wychylające się ani w jedną, ani w drugą stronę.

Jeśli jednak czasem masz odwagę być sobą, musisz być gotowa na pewne ryzyko. Jeśli będziesz sobą – jeśli będziesz „jakaś” czyli „inna” – zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo będziesz nie taka jak trzeba. Jeśli będziesz chrześcijańską mamą, spytają – czemu nie laicką. Jeśli będziesz tolerancyjna, oskarżą o pobłażanie. Jeśli będziesz bronić swoich poglądów – o nietolerancyjność. Założysz spódnicę – okażesz się staroświecka, wbijesz się w spodnie – usłyszysz o gender. Chyba że zachowasz bezpieczną odległość od podejmowania jakichkolwiek prób wychylania się od średniej krajowej. Wtedy możesz czuć się spokojna. Śmiertelnie nudno spokojna.

Jeśli chcesz żyć pełnią życia, musisz być sobą – chociaż czasami, chociaż trochę, na tyle, na ile potrafisz. Musisz mieć odwagę pisać własny scenariusz tam, gdzie nikt inny nie chce się tego podjąć i wydeptywać swoje ścieżki na przekór utartym szlakom. Niekoniecznie na Mount Everest, ale zawsze – na szczyt twoich możliwości. Poza przeciętność, która będzie cię gonić i próbować opatrzyć etykietką i zaszufladkować. Czasem zrobi to przez głosy i działanie osób, które cię otaczają, innym razem – przez twój własny lęk, który w zaszufladkowaniu będzie widział bezpieczną, otoczoną czterema ścianami przestrzeń. I co wtedy?

Możesz protestować, gdy ktoś próbuje na siłę wepchnać cię do takiej czy innej szufladki. Możesz złościć się, że są wokół ludzie, którzy nie zadają sobie trudu by poznać, kim naprawdę jesteś, bo patrzenie przez wygodne okulary stereotypów wymaga mniej wysiłku. Możesz też w tym, co wydaje ci się przeszkodą, zobaczyć swój atut.  Możesz protestować, gdy ktoś chce ci na siłę wcisnąć na głowę berecik z moherowej wełny, albo zacząć żyć swoją wiarą tak odważnie i pięknie, że spotkasz się z pytaniem nie tylko o to, jak wydziergać berecik o podobnym wzorze, ale też – jak żyć pełnią życia. Możesz wkurzać się, gdy ktoś z wyższością mówi o tym, że baby nie do wszystkiego się nadają, albo udowodnić, że solidna praca i podejście pełne kobiecej delikatności i empatii otwierają więcej drzwi, niż kozacka odwaga i męska fantazja.

szufladka

Możesz umeblować swoją szufladkę. Bo nawet jeśli ktoś wepchnął cię tam na siłę, tak się składa, że w tej przestrzeni możesz wszystko. Jesteś sobą, więc wszędzie jesteś u siebie. Masz swój czarodziejski ołówek, którym możesz narysowac i słońce nad swoją głową, i parasol na wypadek deszczu i drzwi, którymi swoją szufladę możesz w każdej chwili opuścić, zabierając z niej to, co będzie twoją siłą. Nie kompleksy i poczucie niższości, ale to wszystko, co pozornie jest słabością, a w rzeczywistości czyni z ciebie kogoś niepowtarzalnego. Bo czyni z ciebie KOGOŚ.

 

być-mieć-robić

„Przeczytasz mi książeczkę?” – słyszę wieczorem, a prośbie towarzyszy słodkie seplenienie i wyczekujące, pełne nadziei spojrzenie dziecięcych oczu. I chociaż chwilę później następuje wybór odpowiedniej wieczornej lektury – książeczki o zwierzątkach, strażaku czy lokomotywie Tomku – dla mojego synka tak naprawdę nie liczy się to, co będziemy czytać. Dla niego liczy się ta chwila – bliskość mamy, czas spędzany razem, ten moment, kiedy ma mnie tylko dla siebie, kiedy to on jest najważniejszy. Bo wtedy JESTEŚMY – tak po prostu. I to zwyczajne BYCIE cieszy.

O dylemacie „mieć czy być” rozprawiano na długo przed tym, zanim Erich Fromm sformułował to pytanie. W moim życiu pojawiało się ono przy okazji życiowych wyborów, planowania kariery czy udziału w rekolekcjach. Droga do tego, co dobrze czuję w sercu i co staram się realizować w życiu, prowadziła przez życiowe wypadki i przypadki i prostowana była przez mądrość słów Ewangelii. Od jakiegoś czasu nie mam wątpliwości – dobrze jest mieć tyle, aby móc być. Nie za mało, by troska o to, co wynika z braków finansowych nie przesłoniła radości. I nie za dużo, by cyferki na bankowym koncie nie stały się ważniejsze od relacji. Z tego też powodu, co niektórych dziwi, zaliczam się do osób, które nie chciałyby wygrać fortuny w totolotka. Serio.

Kwestia „mieć czy być” wydaje się nie budzić moich niepokojów. Inaczej jest w problemem „być czy zrobić”. Ostatnie dni pokazują mi jednak, że równie łatwo, jak w niewolę posiadania, można wpaść w sidła nadmiernej aktywności. Wtedy ważniejszym od tego, by być, staje się słowo „zrobić”. I wtedy bardzo łatwo zgubić w życiu radość i pokój.

Jest taka scena w Ewangelii, w której uczniowie doświadczają braku gościnności ze strony Samarytan i nie zostają przez nich wpuszczeni do miasta (Łk 9,51-56). Jakub i Jan pytają wtedy: „Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”. Są wzburzeni, czują się pewnie upokorzeni – i ja wcale się im nie dziwię. Reaguję często w podobny sposób, bo przecież wyznaczam sobie swoje cele (jak to miasteczko dla uczniów). Chcę coś osiągnąć, coś zrobić, pokazać światu lub sobie że potrafię. Zdarza się wtedy, ze tak jak całkiem niedawno, ciągnę dzieciaki po górskich szlakach byle tylko wejść na szczyt, byle poczuć, że wypełniłam jakiś sensowny plan, a nie zauważam, że gubimy wszyscy po drodze radość wędrówki. Gdy na mojej drodze pojawia się przeszkoda, gdy nagle nie mogę zrobić tego, co zaplanowałam, pojawia się złość, podobnie jak w przypadku uczniów, doświadczających odrzucenia. W tamtej chwili osiągnięcie wyznaczonego celu, realizacja planu była dla nich ważniejsza niż BYCIE z Jezusem. Priorytetem było „zrobić” a nie „być”. Ze mną jest podobnie, bo jakaś część mnie ciągle myśli, że moje „być” zależy od tego co i w jaki sposób zrobię.

To właśnie to przekonanie pcha nas do tego, żeby w Wigilię sprzątać, biegać, gotować, lepić pierogi i gubić się w zabieganiu, zamiast zwolnić i po prostu być. Przeświadczenie, że przez to co robię, muszę udowodnić, kim jestem, sprawia że stajemy przed Bogiem nie jak dziecko przed Tatą, ale jak pracownik przed szefem – z listą zadań wykonanych i równie długą listą usprawiedliwień w przypadku tego, czego zrobić nie zdołałamy. A gdy zdarza się właśnie taka sytuacja – gdy nie wychodzi, gdy nie potrafimy, gdy ponosimy porażkę, wtedy tak jak w uczniach, pojawia się pokusa, by wołać o ogień z nieba, który zniszczy… nie zawsze wrogów. Czasem nas samych. Bo to też jakaś forma działania. A w przyjmowaniu porażki jeszcze ciężej jest po prostu być – ze świadomością, że coś nie wyszło. Prościej jest działać, robić coś, cokolwiek, nawet jeśli tym działaniem jest jakaś forma karania samych siebie za to, że się zawiodło…

MAMA odpocznij

„Być czy robić” to pytanie, które ciężko jest zauważyć, bo przecież działanie, które podejmujemy, jest potrzebne i przynosi dobre owoce. Czasem są nim sukcesy w pracy, czasem zdobywanie górskich szczytów czy ulepienie nieziemsko dobrych wigilijnych pierogów. Wciąż ciężko jest mi wyczuć granicę, za którą działanie i aktywność zamiast ze środków prowadzących do dobrego celu, stają się celem samym w sobie. Może jest nią ta chwila, w której na wszelkie możliwe sposoby, choć nie wprost, ja sama mówię sobie: „Odpocznij”? Może to ta chwila, w której senność zmienia się w rozdrażnienie, a dawna energia do działania budzi więcej niepokoju niż radości? Może wtedy trzeba powiedzieć sobie: zostaw to. Odpocznij. Odłóż brudne naczynia, zostaw górę prasowania. Zostaw pracę w pracy i nie przynoś jej do domu. Wyjątkowo to co masz zrobić jutro, zrób pojutrze albo za tydzień. Zatrzymaj się i postaraj się nie tylko działać, ale też BYĆ.

Czy nie tym właśnie będziesz się zajmować przez całą wieczność?

 

rzecz o przyjaźni.

Wiele się mówi o miłości od pierwszego wejrzenia albo o kobiecej intucji, która podpowiada to, co dobre. Gdybym jednak w życiu kierowała się tylko pierwszym wrażeniem albo przeczuciami, byłabym teraz w zupełnie innym miejscu, otoczona innymi ludźmi. Z dużym prawdopodobieństwem zostałabym pozbawiona najpiękniejszych przyjaźni z czasów liceum i studiów, bo w obu przypadkach na początku myślałam, że z tej znajomości nic nie będzie, że do siebie nie pasujemy. Myliłam się. Podobnie było też z Przyjacielem, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć – z Ignacym z Loyoli, świetym Kościoła Katolickiego, którego wspominamy 31.07. Świętujemy dzisiaj z Ignacym 15-lecie zawarcia przyjaźni, bo dokładnie co do dnia piętnaście lat temu wyruszyłam na pierwsze w życiu rekolekcje ignacjańskie. Wcześniej jednak nic nie zapowiadało, żebym zrezygnowała z sympatii do Franciszka z Asyżu na rzecz tego milczącego i posępnego, jak mi się wtedy wydawało, rycerza o wyglądzie surowego ascety…

201605096e2a4

Pamiętam moje zdziwienie, gdy znajomy ksiądz zaproponował mi wyjazd na rekolekcje w milczeniu. Zawiodła mnie tam zdecydowanie w pierwszym rzędzie ciekawość. O świetym Ignacym wiedziałam wtedy tylko, że nie lubił się z Lutrem, do którego ja miałam (i nadal mam) sporo sympatii. I że „ad maiorem Dei gloriam”. Do tego dochodziło surowe spojrzenie i wychudzona twarz zerkająca na mnie z kościelnych portretów, w których dominowały ciemne kolory i smutek. Całość była mało zachęcająca.

Piętnaście lat temu okazało się, że również tym razem pierwsze wrażenie było mylne. Że kobieca intuicja może być pomocna przy dobieraniu koloru torebki do sukienki na wesele, ale w kwestiach przyjaźni na całe życie może się mylić. Okazało się, że łączy nas dużo więcej niż na poczatku myślałam, że jesteśmy w podobny sposób uparci w dążeniu do tego, co ważne. Że łączy nas podobne spojrzenie na pewnego Nazarejczyka, który w życiu każdego z nas dokonał nieodwracalnej i rewolucyjnej zmiany. I że Ignacy może mnie po przyjacielsku, jak bardziej doświadczony brat w wierze, nauczyć w jaki sposób żyć bardziej – dla Boga i dla siebie.

Nie wiem, gdzie byłabym dzisiaj, gdyby nie tamto spotkanie piętnaście lat temu. Nie wiem, w jaki sposób ułożyłoby się moje życie gdybym patrzyła na nie w inny sposób, niż robię to dzisiaj. A nie patrzę na nie  przez różowe okulary naiwnego optymizmu. Patrzę za to w sposób, jakiego nauczył mnie Ignacy – starając się dostrzegać Boga we wszystkim. Nie tylko w kościele, nie w czasie modlitwy czy duchowych uniesień. W tym co zwyczajne, choć czasem trudno jest dostrzec Bożą obecność w zmęczeniu, rozczarowaniu swoimi słabościami czy trudnościami, które pojawiają się w życiu. Albo w pracowitym poniedziałku, który nieuchronnie jutro nadejdzie.

Ten tekst próbowałam pisać od wczorajszego wieczora. Codzienność jednak usiłowała mnie dogonić  w przeróżny sposób, stawiając na mojej drodze stertę prania i dzieciece łapki podające zabawkę do naprawienia. Wszystko takie zwyczajne. Dzisiaj rano upiekłam ciasto, które na pewno zmieni świata i nie nakarmi głodnych, ale komuś, kto jest smutny, przyniesie na chwilę smak niedzielnej beztroski. Nie wzruszyłam się na myśl o ludzkiej biedzie czy Bożej dobroci, płakałam się za to nad cebulą krojoną do kotletów na obiad. Chociaż w każdej możliwej postaci, przez artystyczne upodobania, staram się o odrobinę poezji w zyciu, tak naprawdę moja codzienność to zwyczajna proza, bez wielkich czynów, bez spraw które są godne uwagi świata. A jednak widzę w tym Boga. Czuję Jego bliskośc i doświadczam tego, że On naprawdę interesuje się moją codziennością – kotletami i ciastem też!  Że jest Specjalistą od prozy życia i jej wielkim Miłośnikiem. I że ja mogę po prostu żyć, być, robić jak najlepiej to wszystko, czym jest wypełniona moja zwyczajna codzienność i właśnie tam, w tym co zwyczajne, znajdować Obecność, która przemienia wszystko dokładnie tak samo, jak zakwas włożony w trzy miary mąki. Nie muszę przy tym wcale mieszać zupy z miną świetej Melancholii wpatrzonej w niebo i ubierać się w pokutne worki.

mama blog

Mogę żyć pełnią życia i radości, wściekając się czasem na to, co złe, płacząc gdy jest mi smutno, ciesząc się takimi drobiazgami jak maliny z ogrodu czy zimne piwo w ciepły letni wieczór i w tym wszystkim – tak, we wszystkim – znajdować drogę do Boga.

Mój Przyjaciel Ignacy, jak mocno wierzę, nieustannie kibicuje mi w tych poszukiwaniach. Mądrość jego słów prowadzi mnie dzięki pomocy osób, które Jezus stawia mi na drodze – a z których dwie w szczególny sposób zostawiły w moim życiu ślad, za których obecność jestem dziś wdzięczna. Dzisiaj więc w pewien sposób świętuję – nie namawiając nikogo wprost do zaprzyjaźnienia się z moim ulubionym świętym, bo to naprawdę ryzykowne. Taka przyjaźń może sprawić, że tam, gdzie nie było nadziei, zacznie się dostrzegać obecność Jezusa. Taka przyjaźń może sprawić, że zamiast spokojnie siedzieć i oglądać serial pod tytułem „Życie”, staniesz się jego głównym bohaterem – a to ryzykowne. Nie namawiam. Możesz spróbować, ale na własną odpowiedzialność. Bo to wciąga i prowadzi coraz bardziej w jednym i tylko tym kierunku – do większej przyjaźni z Bogiem :)

jest większy.

Wśród licznych zalet chodzenia po górach, tuż obok zachwycających widoków i smaku oscypka z żurawiną, wymieniłabym to, co jest zmianą perpektywy, z jakiej oglądamy świat. Prostym przykładem, który to obrazuje, było dzisiejsze zdziwienie mojego dziecka: „Mamo, ten głaz jest ode mnie większy!”. I faktycznie, dla kogoś kto na co dzień ma za oknami zupełnie inne widoki (a kamienie kopie na ulicy w drodze do szkoły), spotkanie z naturą która w ten czy inny sposób przerasta człowieka, może być zaskakujące…

Ja nie lubię być zaskakiwana. Lubię, gdy wszystko jest pod kontrolą, gdy mogę zaplanować codzienność według swojej koncepcji. Za każdym razem, gdy jest inaczej, gdy zderzam się z trudnościami czy swoją słabością, doświadczam pewnego rodzaju kryzysu- staję się bezbronna. I choć to doświadczenie bywa bolesne, pozwala mi też na zmianę perspektywy, z jakiej spoglądam na życie – albo raczej powrót do tego, co jest dobrą perspektywą. Uświadamiam sobie wtedy, że Bóg jest większy. Jest większy od moich problemów i słabości. Jest większy ode mnie, od małej przemądrzałej dziewczynki, która często udaje, że wie i potrafi więcej niż to jest w rzeczywistości. Jest większy od mojego grzechu, od którego mnie uratował, z którego mnie wykupił. To istatnie zresztą mocno dotarło do mnie również przez słowa dzisiejszej ewangelii.

Różne rekolekcje czy kazania utrwaliły w mojej głowie obraz drogocennej perły, której to ja poszukuję i za którą oddaję wszystko, co mam. I tak zapewne jest, bo relacja z Bogiem jest dla mnie skarbem, jest tym, o co walczę ze wszystkich sił. Ale dzisiaj bardzo mocno poczułam, że…On jest większy. Że to nie tyle ja szukam Jego, co On odszukał mnie. To On ujrzał we mnie ukryty skarb i nie wahał się oddać WSZYSTKIEGO, co miał, by go zdobyć. Oddał swoje życie, przelał swoją krew, bo dostrzegł we mnie coś więcej, niż widzę ja, gdy spoglądam w lustro albo zagłębiam się w rachunek sumienia…

PicsArt_07-27-07.56.03


Tam, gdzie widzisz swoje braki, On widzi ukryty skarb. Tam gdzie odkrywasz rezygnację i poddajesz się w walce, On oddaje wszystko, co ma, byle tylko ciebie nie stracić. Jesteś ukrytym skarbem, jesteś drogocenną perłą, na którą On patrzy z radością. I możesz robić wiele w odpowiedzi na Jego pełne miłości spojrzenie, ale nie zapomnij o tym jednym, najważniejszym. Po prostu pozwól się odnaleźć. Pozwól, by On wziął cię w swoje ręce i dał ci doświadczyć, że skoro jesteś tak cenna, to On będzie robił wszystko, by o ciebie walczyć. Poczuj na sobie spojrzenie Kogoś, kto przerasta cię we wszystkim, a pragnie twojej miłości.

I kochaj na tyle, na ile potrafisz- dzisiaj, teraz, tu.

szczęście.

Przepis na szczęście jest prosty – tak przynajmniej wydaje się twierdzić część osób z którymi się spotykam. Unikać czarnego kota, nie przechodzić pod drabiną, odpukać w niemalowane. Albo znaleźć czterolistną koniczynę i nosić ją przy sobie jak najlepszy amulet.

Ci, którzy ani głośno, ani po cichu nie przyznają się do wiary w przesądy, nie będą szukać czterolistnej koniczyny w gąszczu podmiejskiej łąki. Bardzo możliwe jednak, że dostrzegą ją na metce najfajniejszego i najmodniejszego ciucha, który w tym sezonie muszą mieć (muszą po prostu i koniec). W markowych okularch przeciwsłonecznym czy gadżeciarskim telefonie. W wypasionym samochodzie czy zagranicznej wycieczce. W każdej z tych mniejszych lub większych rzeczy, która staje się warunkiem koniecznym do szczęścia, która ma dokonać niezwykłej zmiany, sprawić że nagle będzie inaczej.

Tymczasem szczęście wcale nie ma smaku szampana i kawioru. Nie układa się go – jak puzzli – z najbardziej atrakcyjnych na świecie widoków za oknem. Chyba rzadko słychać je w szelście baknotów, dużo częściej – w ciszy serca pogodzonego z tym, co przynosi życie.

Szczęście to smak zwykłej herbaty wypitej w w obecności kogoś, kto jest bliski. Myli się ten, kto będzie chciał je znaleźć  w bezczynnym leżeniu pod palmami na słonecznej plaży. Łatwiej o nie w zmęczeniu po dniu, w którym daliśmy z siebie wszystko i czujemy sens tego wysiłku. W niewyspaniu i zabieganiu. W plecach i nogach bolących nie po tańczeniu na imprezie, ale po czasie spędzonym z żelazkiem i deską do prasowania. Pod warunkiem, że prasuje się dla tych, któych się kocha. Z zaangażowaniem :)

Szczęście to służba. Wcale nie taka:

Edwardian-maids

A tak właśnie przez długi czas kojarzyło mi się słowo „służba” – z brakiem wolności, robieniem czegoś, czego się nie lubi i zwykłą nudą. Tymczasem bycie dla innych naprawdę często oznacza, że otrzymujemy dużo więcej, niż sami dajemy. Radość w pierwszej kolejności – dużo większą niż zmęczenie. I to nie jest pusty slogan. To prosta matematyka – Boża matematyka, która mnoży szczęście przez miłość od zera do nieskończoności.

479833566_055940c484_o

Dziecko może odczuwać szczęście w chwili, gdy dostaje niesamowitą zabawkę. Może je odczuwać również wtedy, gdy przytulając się do rodzica, czuje jego ciepło i słyszy bicie jego serca… Świat napędzany przez pieniądz i rozpędzony w szalonym tempie nieustannie wmawia mi, że ważniejsze jest to pierwsze. Za każdym razem, gdy daję się na to nabrać, topnieją nie tylko zasoby mojego portfela, ale też pokój serca i radość. Bo tak naprawdę, choć chciałoby się złapać szczęście i zamknąć je mocno w dłoni – schwytać jak czterolistną konicznę – ono ma inne źródło.

Świat nie chce o tym słyszeć, pędzący w biegu ludzie nie dowierzają – że wystarczy się zatrzymać i pozwolić sobie na bycie blisko Kogoś, kto kocha. Że nie trzeba spełniać żadnych wymagań, przestrzegać zasad, mieścić się w ramy określone przez próbujących wszystko zmierzyć mądrych ludzi. Wystarczy wejść w relację, chwycić się Boga, a potem trzymać się Go, choćby cały świat krzyczał, że się mylimy. Bo cały ten świat kiedyś minie, to wszystko za czym gonimy – pryśnie jak mydlana bańka. Zostanie tylko to, co złożymy w rękach dobrego Ojca. Zostanie nasza dłoń w Jego dłoni. Fundament, na którym można zbudowac szczęście. Prawdziwe. I wieczne.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi