efekt motyla.

Trzepot skrzydeł motyla w Tokio może kilka dni później wywołać burzę nad Nowym Jorkiem – taka jest przynajmniej ilustracja „efektu motyka”, który pewnie każdemu z nas obił się o uszy. Efekt motyla i teoria chaosu, z której się on wywodzi to jednak matematyka. A ja na matematyce znam się naprawdę minimalnie. I nie wiem, czy w dużo większym stopniu znam się na życiu, ale to właśnie o życiu chciałabym napisać kilka słów.

Co jakiś czas w wyniku śledztw dziennikarskich lub po prostu wnikliwych analiz, w mediach pojawiają się przeróżne materiały dotyczące m.in. produkcji żywności. Jeśli słyszałyście kiedyś o związku ludzkich włosów z wypiekiem bułek w marketach (tak, niestety…), o tym, czy cukier jest waniliowy czy wanilinowy (zdradliwy nadmiar liter), czy też wreszcie o sposobie produkowania popularnych wśród dzieci kurczaczków Mc-I-Tak-Dalej, wiecie o co chodzi. W skrócie: chodzi o pieniądze, oszustwa i  brak uczciwości, który ciężko mi komentować.

Nie będę się jednak oburzać na to, w jaki sposób funkcjonuje świat i że rządzi nim pieniądz i chęć zysku za wszelką cenę (a najlepiej – za jak najwyższą cenę dla potencjalnego klienta). Zastanawia mnie tylko wszechobecny brak konsekwencji.

Przecież każdy – i prezes wielkiego koncernu, i dodający ulepszaczy właściciel lokalnej piekarni – idąc dajmy na to do lekarza, chciałby być potraktowany uczciwie, z troskliwością. Chciałby stanowić PODMIOT, a nie przedmiot leczenia. I nie chciałby, żeby ktoś jego kosztem zarabiał albo patrzył na jego dolegliwości tylko przez pryzmat tego, ile można wyciągnąć kasy na tak ciekawym przypadku.

Każdy chciałaby posłać swoje dzieci do szkoły, w której nauczyciele wybiorą książki najlepsze, a nie najdroższe. W których liczyć się będzie nie tylko to, jaką stawkę dostanie nauczyciel za lekcję z jego dzieckiem, ale też to, że jest pasjonatem i chce tą pasją zarażać innych. Każdy z nas znajdzie się kiedyś w sytuacji, w której jego życie – lub przynajmniej jego jakość – może zależeć od dobrej woli i uczciwości innych. Jeśli jednak przez swoje decyzje, współtworzymy świat zły i nieuczciwy – jakie mamy podstawy do tego, aby wymagać od innych, by traktowali nas inaczej, czyli dobrze i uczciwie?…

Tak, wiem – większość z nas nie ma wpływu na wielkie koncerny, kwestię wyzyskiwania pracowników, zanieczyszczenia środowiska czy jakości produkowanej żywności. Przynajmniej teoretycznie, te wielkie problemy zależą od równie wielkich ludzi. Jeśli jednak trzepot skrzydeł motyla mógłby wywołać huragan na drugim końcu świata, być może podobny wpływ na to, czy świat zmierza ku lepszemu czy ku gorszemu, może być to, czy uczciwie posprzątam swoje stanowisko pracy, nawet jeśli nikt tego nie skontroluje, albo czy dokładnie i z sercem ulepię pierogi na obiad.

Wiem, że to zabrzmi banalnie, ale na wielkie zmiany składają się bardzo drobne gesty i codzienne wybory. Dobrze ulepione pierogi nakarmią domowników nie tylko w sensie dosłownym, uzupełniając nie tylko ewentualne niedobory witamin, ale również niedobór miłości. A miłość ma to do siebie, że raz puszczona w ruch, zatacza coraz większe kręgi, ogarniając coraz więcej osób. Każdy nasz czyn, każdy wybór, może wywołać reakcję w drugim człowieku, a potem przenosić się dalej i dalej.

Każdy nasz czyn i wybór jest też obserwowany przez dzieci i buduje ich świat. To one będą potem najlepszym świadectwem wyznawanych przez nas wartości – bo patrząc na nas, będą działać podobnie. Będą przechodzić obojętnie obok kogoś, kto potrzebuje pomocy („zostaw, nie podchodź do tego pijaka, co ludzie pomyślą”) albo wychodzić z inicjatywą. Będą udawać, że ich prawa ręka nie widzi, jak lewa ręka rzuca papierek na ulicę, albo będą angażować się w działania na rzecz ochrony środowiska. To wszystko będzie działo się nie dlatego, że nauczą się tego w szkole, tylko dlatego, że to wyrośnie razem z nimi – jak każde ziarno, które zasiejemy przez swoją obecność w ich życiu.

pierogi

Twoje życie ma ogromne znaczenie – nawet jeśli składa się na nie powtarzalna, rutynowa praca. Nawet jeśli jedyne co robisz dobrze, to składanie prania i jego prasowanie. Nawet jeśli wydaje ci się, że w ogromie świata, niewiele znaczysz. Jeśli ten kawałek świata, którym zarządzasz, traktujesz serio – jeśli do swojej pracy, jaka by nie była, podchodzisz uczciwie – zmieniasz rzeczywistość na lepsze. I może dopiero po śmierci dowiesz się, jak wielkie znaczenie miały małe rzeczy. Jak wiele motylich skrzydeł wprawionych przez ciebie w ruch wywoływało rewolucję miłości gdzieś daleko w świecie. Jak wiele dobra zrodziła wierność w rzeczach małych – niedocenianych przez świat, a ukochanych przez Jego Stwórcę.

wspólnie.

Dziś będzie krótko i w biegu – tak, jak wygląda mój dzień. I tak, jak wygląda czasem moja modlitwa. Dzisiaj też złapałam się na tym, że gdyby ktoś mógł zrobić zdjęcie mojej duszy w czasie modlitwy :) wyglądałaby pewnie jak sportowiec na linii startu, przygotowujący się do biegu. W głowie plan na kilka kolejnych godzin, lista zobowiązań i rzeczy do zrobienia – do biegu, gotowi, start. A jednak pomimo tych rozproszeń, doświadczam, że Jezus chce być w tym obecny. Chce być obecny w tym zabieganiu, w bałaganie, w modlitwie, której daleko do doskonałości. Nie patrzy na brak skupienia, nie przejmuje się nieporadnością – po prostu wchodzi ze swoim pokojem w to wszystko, co jest moją rzeczywistością dzisiaj, tu i teraz.

pexels-photo-24390

„Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?”. Sama czasem zadaję sobie to pytanie. Dlaczego wystarcza Mu moja bieda, skoro ma w posiadaniu cały świat? Czemu nie straszna Mu moja ciemność i zamieszanie, czemu nie obraża się, gdy rozmawiam z Nim w biegu i z głową pełną zupełnie innych spraw? On jada wspólnie z celnikami i grzesznikami – i to właśnie ta wspólnota, bycie jest razem jest najważniejsze. I to jest właśnie dla mnie Dobra Nowina na dziś – że dla Niego jestem ważna niezależnie od okoliczności przyrody, zamieszania we mnie i scenerii wokół. Że On woli jadać z grzesznikami, czyli wspólnie odwiedzić tanią budkę z fastfoodami – skoro mnie tam znajdzie – niż jadać sam w wykwintnej restauracji, na białym obrusie i z usłużnym kelnerem. Woli moją biedę wspólnie ze mną. Plastikowe sztućce zamiast rodowych sreber, colę z papierowego kubka zamiast schłodzonego szampana.

Taki jest mój Bóg. Bóg, który nie czeka, aż uporządkuję swoje życie, tylko wchodzi w mój bałagan, nie bojąc się pobrudzić i zmęczyć w czasie wspólnego sprzątania. Jada z grzesznikami, niezależnie od tego, co pojawi się na stole. I chce tylko być obok, we wszystkim, w każdych okolicznościach.

klucz do miłości.

Będę szczera – czasem naprawdę mi się nie chce. Nie chce się wstawać po raz kolejny w nocy. Nie chce się wstawać o świcie z poczuciem, że jedyne, co tak naprawdę ogarniam, to owsianka na śniadanie, a cała reszta spraw zaraz zwali mi się na głowę i przytłoczy. Nie chce mi się sprzątać kuchni po raz piąty tego samego dnia albo z uporem maniaka, i ciągle, i wciąż powtarzać, żeby za to sprzątanie zabrały się dzieci.

Są takie dni, gdy męczy mnie ślęczenie przez godzinę nad szkolną czytanką albo czekanie przez kilka minut na zawiązanie butów i hamowanie się, by w tym nie wyręczać. Męczy mnie smak jedzonych w pośpiechu wyrobów obiadopodobnych – bo ja wiem, że dobra gospodyni jest w stanie ogarnąć i dom, i pracę, i dzieci i dietę z Chodakowską, ale ja ogarniam co najwyżej pierogi z Biedronki (a dzieci na szczęście ogarnia stołówka).

Przychodzą takie chwile, kiedy marzę tylko o tym, żeby chociaż na dziesięć minut zapadła cisza. Żebym nie musiała co minutę podnosić, przynosić, nalewać, ścierać, przebierać, rozdzielać kłócących się albo występować w roli złego gliniarza, którzy mówi, że dziś za karę nie będzie dobranocki. Przychodzą takie chwile, kiedy to wszystko po prostu męczy.

W takich chwilach można uciec albo się zbuntować, można swoją frustrację wylać na otoczenie albo próbować ugryźć się w język, tłumiąc złość. Można też spróbować inaczej.

Każdy, kto ma chociażby podstawowe pojęcie o muzyce, wie, że istnieją w niej różne klucze (tak jak najbardziej popularne: wiolinowy i basowy). Ten sam znak na pięciolinii (która zawsze jest taka sama) zapisany w kluczu wiolinowym oznacza zupełnie inny dźwięk niż w kluczu basowym. Nie zmienia się nic – oprócz tego drobnego szczegółu jakim jest zapisany na samym początku klucz, w którym odczytuje się daną nutę.

To samo zmęczenie, zniechęcenie i poświęcanie się dla innych (tak! nie boję się tak tego sformułować) możemy odczytać według wielu różnych kluczy, które same stawiamy na początku naszego działania. W moim przypadku jest to często klucz: „należy mi się”. Klucz słuszny i po ludzku całkiem zrozumiały. Bo matce, wbrew pozorom i pomijając wielkie ideały, należy się to samo, co każdemu innemu człowiekowi: prawo do snu, zjedzenia choć raz na jakiś czas ciepłego obiadu, realizacji potrzeb i marzeń. Matce się to należy i kiedy matka tego przez dłuższy czas nie otrzymuje, ma prawo reagować frustracją. Zwłaszcza jeśli jest niewyspana. Znowu.

Jest jednak również inny klucz. Trudniejszy i zdecydowanie rzadziej proponowany przez świat. Klucz, który św. Paweł opisuje tymi słowami: A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. (Rz 12,1) Klucz, który najprościej nazwać po prostu służbą drugiemu. W tym kluczu wszystko wygląda inaczej. Niewygoda nie jest aż tak niewygodna, zmęczenie dokucza jakby mniej, ustępując miejsca radości. Nadal wiem, że jest coś, czego nie mam, a co tak naprawdę mi się należy. Należy mi się – ale rezygnuję z tego, bo kocham i nikt mi tego nie narzuca – wybieram to sama. A przyjęcie tego, co wybiera się samodzielnie, jest dużo łatwiejsze.

mama-zmeczona

Kluczem do miłości, kluczem do radości pośród codziennego zabiegania jest służba. I odczytywania tego dnia w tym kluczu, życzę przede wszystkim sobie, bo często mi tego brakuje. Wierzę jednak, że tak jak w muzyce – przy odpowiedniej ilości ćwiczeń i przy Kimś, kto swoim życiem i śmiercią udowodnił, że jest w tym Mistrzem, można się tego nauczyć.

naprawdę jesteś idealna.

Idealnie urządzone mieszkanie. Idealne miejsce na urlop. Idealna sukienka na wesele. Idealne ciasto na niedzielne popołudnie. Idealne życie – dążymy do niego mniej lub bardziej świadomie, przekonane że to, co idealne, oznacza również szczęśliwe. Skąd to się bierze? Czy to wpływ wychowania, dziecięcych marzeń inspirowanych światem księżniczek z bajki czy po prostu świata, który o perfekcji krzyczy zarówno przy okazji kazań w kościele, jak i wizyty na siłowni?…

Często próbujemy do tego dążyć. Albo, pardon – będę pisać o sobie, mi się to zdarza, przynajmniej od czasu do czasu. Mam w głowie swój plan na siebie, idealną wizję siebie samej, którą jak szablon przykładam do swojego życia i próbuję przycinać je do wymyślonej przez siebie miary. Dopiero później okazuje się, że takie „przycinanie” w prosty sposób oznacza zranienie. Ostre cięcie oznacza ranę, rana – ból, a ból przypomina o tym, że wciąż nie jest idealnie.  I tworzy się błędne koło. W dążeniu do szczęścia tą drogą, jest go dziwnym trafem coraz mniej, coraz więcej zaś frustracji.

nadmeirne-ocz

Pal licho w sumie, jeśli dotyczy to tylko mnie. Ale zazwyczaj nie kończy się na oczekiwaniach dotyczących siebie samej. Bo „nadmierne oczekiwania” to najbardziej żarłoczna bestia na świecie – dokarmiana nawet okruchami sukcesów, rośnie do monstrualnych rozmiarów i domaga się więcej. Nie wystarcza więc dążenie do osobistego ideału. Idealny musi być dom i porządek wokół. Idealnie muszą zachowywać się dzieci i mąż – a jeśli mają śmiałość myśleć, działać i chcieć inaczej niż ja, to oznacza konflikt. Idealnie musi układać się i ten dzień, i wszystkie kolejne. Trudno przyjąć do wiadomości deszczowe lato w czasie zaplanowanego urlopu czy chorobę dziecka akurat w momencie, gdy miało się zupełnie inne plany. Staje się wtedy na głowie, próbując ratować chociać to, co się da, byle tylko utrzymać własną wizję szczęścia. I czasem wychodzą z tego sytuacje podobne do tej, jaka wydarzyła się w jednym z moich ulubionych seriali…

Największą tragedią jest jednak chwila, w której to wszystko przenosi się na relację z Bogiem. Bo można tego nie zauważać, ale po cichutku i małymi kroczkami odchodzić od Niego w stronę naszego ideału. Można mieć swój plan na siebie i na swoje zbawienie. Zaciskać zęby mówiąc: „dam radę!”, zaciskać pięści, próbując wypełnić te słowa. I żyć w przekonaniu, że moje próby życia „lepiej”, moje pobożne mądrości, które wypowiadam w czasie modlitwy, moja determinacja i rozliczanie siebie z duchowych sukcesów i porażek będą w stanie mnie zbawić. Można tak kręcić się wokół samego siebie i utwierdzać się w przekonaniu, że to ja jestem dla siebie ratunkiem. I że jak już naprawię w moim życiu to, co nieidealne, będę mogła w końcu przyjść do Boga i powiedzieć: „Wykonałam swoje zadanie”.

Wspaniałe są takie chwile, kiedy wszystkie te starania, budowane misternie jak domek z kart, rozsypują się w drobny mak – kiedy okazuje się, ż jednak nie potrafię. Że – o, niespodzianka – nie jestem w stanie sama siebie zbawić. Po ludzku to chwile bolesne i pełne rozczarowania. A jednak kiedy ma się puste ręce, kiedy nie ma się nic, można w końcu zobaczyć, że wszystko jest łaską, a Zbawiciel jest tylko jeden. Nie jestem nim ani ja, ani sławny terapeuta, ani najfajniejsz ksiądz z parafii. Jest nim Jezus Chrystus. I dopiero kiedy to sobie uświadomię, kiedy stanę przed Nim z pustymi rękami i przekonaniem, że całe moje życie zależy nie od moich starań, ale od Niego, dopiero wtedy doświadczę prawdziwego pokoju.

Chyba każda matka, patrząc na swoje małe dziecko, pomyślała kiedyś: „Jesteś idealny/idealna”. Przed nami była wtedy bezbronna kruszynka. Dziesięć idealnych paluszków u rąk, malutkie idealne stópki, najpiękniejsze oczka na świecie. Idealne dziecko. Dziecko, które potrafiło również czasem płakać bez końca, a w późniejszym wieku pluć zupką z brokułów czy pomalować meble niezmywalnym markerem. Dziecko, które zachowywało się nieidealnie, ale w naszych oczach – było najdoskonalsze.

Tak chyba patrzy na nas Bóg. W Jego oczach jesteś idealna. Nie dlatego, że spełniasz jakieś wymagania, nie dlatego, że jesteś bezgrzeszna, nie dlatego, że zachowujesz się idealnie. Po prostu – jesteś stworzona w doskonały sposób. I choć nie wszystko Ci wychodzi, On wie, jak ogromny masz potencjał i jak wiele jesteś w stanie zdziałać, jeśli tylko pozwolisz, by On dokończył to, co zaczął powołując ciebie do życia. Nie ma podstaw, by wątpić, że skoro działa w twoim życiu, to chce również prowadzić cię do jego pełni. Jego a nie twoją drogą, w Jego a nie twoim tempie, Jego sposobem.

I Jego mocą.

owca na manowcach.

Na temat owcy na manowcach, zabugionej drachmy i marnotrawnego syna powiedziano już chyba wszystko, co można powiedzieć. I ja nie mam niczego nowego do dodania – oprócz tego, co pewnie oczywiste: że to o mnie. Że to ja. Jestem zagubioną owcą. Jestem owcą niepokorną i poszukującą. Mam za sobą setki kilometrów tras poza wyznaczonymi dobrymi szlakami.  Potrafię przejść od punktu A do punktu B nie jednym krokiem, jak zachęca mnie Pasterz, lecz naokoło, przez cały alfabet, zwiedzając najciemniejsze zaułki własnego życia. Zamiast wierzyć na Słowo, chcę poznawać na własnej skórze. Zamiast dać się prowadzić, wierzę w siłę swoich małych nóżek i w to, że same zaprowadzą mnie do celu.

Jestem owcą z kiepską pamięcią, bo uczę się na własnych błędach tylko wtedy, gdy naprawę zabolą. A potem zapominam i próbuję od nowa. I tak bez końca. Jestem owcą słabą i nieporadną, próbującą jednak zawsze robić dobrą minę do złej gry, niezleżnie od tego, jakie przez to trzeba ponieść koszty. Jestem owcą o małym rozumku i – co jeszcze bardziej niebezpieczne – czasem również o małym sercu. O sercu ciasnym i zamkniętym na innych. O sercu szukającym wygody i świętego spokoju, a nie większego dobra.

Jestem jednak nieidealną owcą, kochaną idealną miłością: jestem owcą uratowaną. Jestem owcą odnalezioną i wyrwaną z ciemności. Wiem, jak smakuje ta ciemność, wiem też, jaki smak ma zbawienie, ratunek, nadzieja w beznadziei…

lowiecka

 Można iść za Pasterzem, bo tak wypada albo dlatego, że idzie za Nim całe stado. Można iść na pokaz, żeby babci nie było przykro z powodu nieposzanowania tradycji, można iść bo nie ma się lepszego pomysłu na życie. A jednak gdy w tym podążaniu za Pasterzem, oprócz zielonych pastwisk pojawią się również ciemne doliny, nic nie daje takiej siły i nie skłania do wierności, jak właśnie to przekonanie: jestem uratowana. Umarłam, ale żyję. I powiedzieć, że jestem za to wdzięczna, to strasznie mało – bo to brzmi bardzo blado. Bo wdzięcznym to można być, jak ktoś nas przepuści w drzwiach albo pożyczy parasol. A kiedy ktoś ratuje nam życie, kiedy ktoś daje nam to życie w obfitości, w pakiecie z miłością, radością i doświadczeniem bycia na absolutnie najlepszym miejscu, wdzięczność wydaje się być tylko pierwszym, małym kroczkiem w odpowiedzi na taki dar. A jakie są kolejne? Co uczyniłem dla Chrystusa, co czynię dla Chrystusa i co powinienem uczynić dla Chrystusa? (św. Ignacy)

Może się wydawać, że jedyną odpowiedzią owieczki nieidealnej, może być: „niewiele”, bo takie są jej ograniczone siły. Ale gdy owieczka przestanie patrzeć jedynie na siebie, a skupi się na mocy swojego Pasterza, może się okazać, że to „niewiele”  stanie się jak ziarnko gorczycy. I nic niemożliwego nie będzie dla was.(Mt 17,20)

 

nie jesteś znikąd.

Lektura rodowodu Jezusa działała na mnie przez długi czas dokładnie tak samo, jak czytanie książki telefonicznej. Mimo komentarzy do tego fragmentu i wyjaśnień dotyczących poszczególnych osób wymienianych w rodowodzie, czułam że ciężko jest mi zagłębiać się w ten gąszcz przedziwnych imion. Gdy spojrzałam na dzisiejsze czytania, było podobnie- nie miałam ochoty mierzyć się z tym wyzwaniem…

Nie wiem, czy zdarzało Wam się czytać streszczenia szkolnych lektur (ja uczciwie przyznaję, że nie udało mi się przebrnąć przez „Chłopów” ;) ). W pewnym sensie takim streszczeniem stały się dla mnie słowa z pierwszego wersetu ewangelii wg św. Mateusza: „Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Tylko tyle i aż tyle – kwintesencja. Jezus, Syn Boży. Syn Dawida i syn Abrahama. Potomek ludzi, którzy wcale nie byli idealni albo wprost – popełniali grzechy. Bóg, który nie bał się wejść w to, co po ludzku pogmatwane i ciemne, a stając się częścią takich historii, mówił w jakimś sensie: „Kocham cię niezależnie od wszystkiego”.

Jezus, syn Dawida, syn Abrahama. Jezus, Syn Boży. Jezus, wchodzący w prawdziwe życie prawdziwej rodziny, nieidealnej i pełnej ludzkich błędów i potknięć. Taki właśnie Jezus mówi mi: JESTEŚ KIMŚ. Nie jesteś znikąd, nie jesteś z przypadku. Jesteś córką konkretnych ludzi, osobą która nieprzypadkowo urodziła się w konkretnym miejscu i konkretnym czasie. Jesteś córką Boga, jesteś synem Boga, jesteś ukochanym dzieckiem. To jest twoja tożsamość i coś, czego nie zmieni żadne życiowe wydarzenie i żadne twoje wybory. Tak, jak od chwili narodzin masz zielone oczy i zaprogramowane metr sześćdziesiąt wzrostu (ech, choć chciałoby się więcej ;) ), tak samo od chwili chrztu świętego należysz do Bożej rodziny.

Jesteś KIMŚ. Jesteś Bożym dzieckiem. Możesz w to powątpiewać za każdym razem, gdy popełnisz grzech lub ulegniesz słabości. Możesz starać się udowodnić Bogu, że na to zasługujesz, pokazując Mu długą listę dobrych i lepszych uczynków. Ale dopóki tak będzie, dopóki będziesz myślała, że Jego miłość jest zależna od Twojego zachowania, dopóty będziesz czuła się jak na chwiejnej, kołysanej falami łódce. I cały Twój wysiłek będziesz inwestować w to, żeby nie wypaść za burtę…

picsart_09-08-12-45-54

Jesteś Bożym dzieckiem. Spójrz w lustro, powiedz to głośno i uwierz. Oprzyj się na tej prawdzie, stań na niej pewnie, obiema nogami. Bo to twój fundament. Bo na tym możesz budować, nawet jeśli nie do końca potrafisz, a co jakiś czas masz wrażenie, że wszystko się wali. Bo dopiero wiedząc, KIM jesteś, możesz zacząć starać się być KIMŚ WIĘCEJ. Budując na bazie tego, co dał ci Pan, stawać się dzięki Jego łasce coraz bardziej podobą do Jezusa. I cieszyć się tym wspólnym budowaniem jak dziecko.

Pan Bóg o mnie zapomniał, czyli kilka pomysłów na to, jak nie umrzeć z głodu.

W studenckich czasach prowadziłam dość intensywne życie, co czasem wpływało znacząco na stan mojego konta… I nieprawda, że wydawałam kasę tylko na imprezy, bo przeznaczałam ją również na wydatki dużo bardziej kulturalne – ot jak chociażby lekcje języka włoskiego, którego zresztą do dzisiaj się nie nauczyłam. Tak czy inaczej jednak, pod koniec miesiąca przychodził taki czas, w którym czasem musiałam zdobywać się na kreatywność, wymyślając chociażby „festiwal naleśników” czy maraton „trzysta pożywnych dań z ziemniaka”. I te umiejętności – przygotowywania dań na zasadzie „coś z niczego” – przydają mi się do dzisiaj. Nie tylko w kuchni.

Macie czasem takie dni, kiedy czujecie duchowy głód? Kiedy burczy w brzuchu i jest bardzo źle, a w lodówce pustki, nie licząc pięciu kilogramów ziemniaków? Głupotą byłoby w takim momencie, w ramach buntu przeciwko głodowi, przestać jeść, prawda? Taką samą głupotą jest rezygnacja z modlitwy w czasie, kiedy nie czujemy Bożej obecności, kiedy wydaje się że On milczy, że zostaliśmy sami i… umieramy z głodu. A skoro w takim czasie trudno się modlić, trzeba – jak student pod koniec miesiąca – wysilić się na kreatowność. (I tak – wysilić się – to dobre słowo).

Oto kilka moich pomysłów na to, jak nie umrzeć z głodu.

kartofle

Doceń smak

Kipeski dzień sprawia czasem, że nic nam nie smakuje… Lekarstwem na to nie jest wcale zmiana diety, tylko zauważenie tego, co otrzymaliśmy – co było dobre, co ucieszyło, przyniosło pokój. Jeśli trudno ci się modlić, taka lista dobrych (nawet drobnych) rzeczy może być pierwszym krokiem do modlitwy. Jeśli wydaje ci się, że Bóg o tobie zapomniał, że jest daleko, że nic Go już nie obchodzisz, wśród wydarzeń tego dnia możesz odnaleźć dowody na to, że tak nie jest. Że matka może zapomnieć o swoim niemowlęciu, ale On nie zapomina nigdy – czego dowodem jest to, że istniejesz, a On to istnienie podtrzymuje swoją Miłością.

Jeśli nie umiesz się modlić – zacznij od dziękczynienia. I nawet jeśli wydaje ci się to nieporadne lub sztuczne, nie poddawaj się. Modlitwa wdzięczności, modlitwa uwielbienia jest dobra na każdy czas.

Posłuchaj mistrzów kuchni

Oglądanie programów kulinarnych pokazuje mi, że dla prawdziwych mistrzów kuchni nie ma ograniczeń – oni naprawdę potrafią wyczarować niesamowite danie z najprostszych składników. Podobnie jest z tymi, którzy swoje życie przeżyli w bliskości z Bogiem i mogą podzielić się swoimi mistrzowskimi pomysłami. Nie potrafisz znaleźć w sercu odpowiednich słów. Może więc inspirację znajdziesz w modlitwach ulubionego świetego? A może sięgniesz do Księgi Psalmów, gdzie znajdziesz 150 Wspaniałych Modlitw na Pogode i Niepogodę (Ducha)?

Używaj ulubionych przypraw

W trudnym czasie nie dokładaj sobie niepotrzebnych ciężarów. Jeśli jakaś forma modlitwy ewidentnie ci nie odpowiada, nie próbuj się do niej przekonywać w tym okresie. Pomyśl raczej o tym, co ułatwia ci spotkanie z Bogiem. Masz swój ulubiony obraz Jezusa? Spróbuj skupić na nim swoją uwagę i zobaczyć, czy nie będzie ci łatwiej. A może lubisz modlić się śpiewem? Może w skupieniu pomoże spokojna muzyka albo kanony z Taize? Albo spokojny spacer i spędzenie czasu poza zgiełkiem miasta?

Nie jedz zbyt późno

Ta rada dotyczy zdrowego odżywiania – zbyt późne spożywanie posiłków zaburza trawienie, sprzyja przybieraniu na wadze itede itepe. W przypadku modlitwy to nam oczywiście nie grozi, a jednak odkładanie jej na ostatnią część dnia może sprawić, że pokona nasz zmęczenie.  I chociaż sama z przekonaniem śpiewam „niech Cię nawet sen nasz chwali”, naprawdę warto zarezerwować dla Boga czas, w którym nie będzie nam groziła utrata przytomności z powodu przemęczenia. A skoro w przypadku modlitwy nie grozi nam przejedzenie, można zaryzykować coś więcej niż tylko jeden posiłek dziennie. Chwila modlitwy uwielbienia w środku zabieganego dnia, krótkie ale szczere „Chwała Ojcu i Synowi”, gdy coś cię ucieszy, zapraszanie Pana Boga do przygotowywania śniadania, do obowiązków w pracy, do wieszania prania i zmęczenia po całym dniu – modlitwa nieustanna i nieustannie sycąca. I bardzo naturalna.

Nie umrzesz z głodu

Tak naprawdę wszystkie te porównania są bardzo nieporadne. A najważniejsze jest to, że  On  nas karmi – zawsze do syta, zawsze tym co najlepsze. Jego troskliwość daje niezliczone dowody na to, że nie pozwoli nam umrzeć z głodu, naprawdę. Czasami jednak potrzebuje odrobiny naszego zaangażowania i kreatywności. Czasem przychodzi czas, kiedy możemy pokazać, że naprawdę nam zależy. Nie tylko na duchowych słodyczach, ale przede wszystkim na Nim, na Jego obecności, na byciu z Nim. Przy jednym stole, a więc blisko.

Niezależnie od tego, co na talerzu.

w klapkach na Mount Everest.

Rozmowy, w których uczestniczę w życiu codziennym (lub prowadzone śmielej, bo anonimowo, w internecie) utwierdzają mnie w przekonaniu, że połowa naszego społeczeństwa ma co najmniej doktorat z teologii moralnej. Jesteśmy niezwykle doświadczonymi specjalistami od moralnego prowadzenia się, oceniania życiowych wyborów i prawa do relacji z Panem Bogiem – innych ludzi. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że ktoś wie lepiej, co jest dobre i rości sobie prawo do oceniania i pouczania. Zazwyczaj reaguję w takich przypadkach dość gwałtownie, bo chociaż samej zdarza mi się oceniać, osądzać i „wiedzieć lepiej”, zawsze prędzej czy później doganiają mnie słowa, które usłyszałam kilkanaście lat temu w czasie ważnych dla mnie rekolekcji:

Nie mamy powodów, aby się chlubić, jeśli nie popełniliśmy jakiegoś złego  i przewrotnego czynu w naszym życiu. Nie wiemy, co by było, gdyby Bóg odsunął od nas odczuwalną łaskę, gdybyśmy znaleźli się w podobnych sytuacjach ludzkich jak nasz brat czy siostra, który takiego czynu się dopuścił. A może, będąc na jego miejscu, popełnilibyśmy czyny bardziej przewrotne i złe? Nie mamy więc powodów, aby wywższać się wobec drugiego człowieka z tego tytułu, że nie popełnliśmy jakiegoś grzechu, który on popełnił, gdyż nie jest to naszą zasługą, lecz łaską Pana. (o. Józef Kozłowski SJ)

nie osadzaj

Te słowa wracają do mnie dzisiaj i splatają się z tekstami dzisiejszych czytań, pomagając zastanowić się nad tym, czym jest dla mnie pokora. Wydaje mi się, że wiem, czym na pewno nie jest. Nie jest poniżaniem się przed Panem Bogiem i wylewaniem przed Nim litanii moich niedoskonałości i dowodów na to, jaka jestem beznadziejna. Nie polega na zaprzeczaniu temu, że otrzymałam od Niego konkretne talenty, które przynoszą równie konkretne owoce w moim życiu. Pokora nie polega też na tym, że będę zbolałym głosem szeptać: „Panie, nie jestem godzien!”, zerkając jednocześnie dyskretnie w lusterko, czy moja mina jest dostatecznie pobożna, a postawa wystarczająco uniżona.

Pokora to ucieszenie się sobą – nie lepszą czy gorszą wersją siebie, ale sobą. Pokora to wdzięczność za to, co się otrzymało. To nie wysiłki dążące do tego, by ukryć, że coś robię dobrze, ale doskonalenie swoich umiejętności, by służyć nimi innym. Pokora to wdzięczność za to, czego się nie ma. Docenienie tego, że moje braki są uzupełniane przez to, czym Bóg obdarował innych. I zaakceptowanie tego, że jestem słaba i mam długą listę upadków – tych które są za mną i które prawdopodobnie czekają mnie w przyszłości. To prowadzi nie tylko do wyzanania: „Panie, nie jestem godzien!”, ale też do przekonania, że te słowa wypowiada się wobec Kogoś, kto nie potępia.

Pokora to również… wybór odpowiedniej życiowej trasy i zabieranego ze sobą ekwipunku. W życiu duchowym jest trochę jak na górskim szlaku – a na szlaku bywa różnie, co  niedawno obrazowo przedstawiła jedna z gazet. Można próbować wybierać się w szpilkach na Giewont, można nie liczyć się z prognozami pogody, można w końcu – nie tylko w górach, ale i w życiu – ulec tej kuszącej myśli: „Ja nie dam rady?!”. Bo skoro tyle udało się zrobić, to znaczy że mam już wystarczająco dużo wiedzy i sił. Skoro tak dobrze mi idzie, to znaczy że żadna burza mi niestraszna, żaden szczyt nie jest poza zakresem moich możliwości. Bo mogę, bo potrafię, bo „Panie Boże, ja Ci pokażę, jak bardzo już się nawróciłam”. Zadziwiające, jak bardzo szwankuje wtedy pamięć o tym, że wszystko jest łaską i że to „Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą”… (Flp 2,13)

Pokora oznacza, że nie będę startować w klapkach na duchowy Mount Everest. Pokora i mądrość będą oznaczać, że w tym przypadku zdam się na najlepszego Przewodnika i to Jemu pozwolę wybrać odpowiednie szlaki w czasie naszej wspólnej wędrówki. Że to Jego będę słuchać i na Jego sile, nie na swoich możliwościach, będę się opierać. Choć serce wyrywa się do zdobywania wielkich szczytów, pokora podpowiada, że najpierw potrzebny jest trening, często mozolny i męczący. A gdy przyjdzie odpowiedni czas – Bóg poprowadzi najlepszą z dróg ku najpiękniejszym ze szczytów.

Założę się przy tym, że również w najlepszych butach :)

(nie) bajka.

Gdybym mogła opowiedzieć Wam bajkę, brzmiałaby ona pewnie tak:

Wcale nie tak dawno temu przyszła na świat Zwyczajna Dziewczynka. Światu wydawało się, że pojawiła się na nim z woli rodziców, dziewczynce – że z przypadku, tak naprawdę jednak, pojawiła się na świecie z ogromnej Miłości. Dziewczynka była zwyczajna, ale też inteligentna i spostrzegawcza. Gdy mijały kolejne lata, dostrzegała coraz więcej praw rządzących światem. Gdy zauważyła, że dla świat słucha jej bardziej, gdy patrzy na niego z góry, nie zastanawiała się długo i zaopatrzyła się w buty na bardzo wysokich obcasach. Od chwili, gdy dostrzegła, że dla świata liczą się ci, którzy są ważni, nie rozstawała się z przepięknym kapeluszem o ogromnym rondzie, w którym wyglądała jak gwiazda filmowa. Gdy kolejne doświadczenie życiowe pokazało jej, że warto pokazywać się z jak najlepszej strony, sporządziła sobie anielskie skrzydła, które przypięte do pleców, sprawiały że wyglądała uprzejmie i miło.

Mijały lata, a dziewczynka w niczym nie przypominała osoby, którą była zanim zaczęła wierzyć w to, że świat mówi jej prawdę. Pewnego dnia jednak, Miłość postanowiła ją dogonić i obudziła w jej sercu tęsknotę za prawdziwym szczęściem. Prowadziły jednak do niego bardzo ciasne drzwi, tak malutkie, że każda próba przejścia  kończyła się niepowodzeniem. Jeśli udawało się przecisnąć przez nie gustowny kapelusz, zawadzały skrzydła. Gdy udawało się ze skrzydłami, zawadzały buty na wysokim obcasie. W pewnym momencie stało się jasne, że drzwi są zbyt małe, a przeszkoda jest niemożliwa do pokonania…

Gdybym mogła opowiedzieć Wam bajkę, brzmiałaby ona właśnie tak. Gdybym mogła ją opowiadać dalej, byłabym pewnie na tyle zaangażowana, że w tej decydującej chwili krzyknęłabym:

Hej, Zwyczajna Dziewczynko! Zostaw to wszystko. Zrzuć z siebie to wszystko, co nie jest tak naprawdę twoje. Zostaw to, co świat włożył ci na ramiona, wmawiając że to konieczne do osiągnięcia sukcesu. Przestań tak kurczowo trzymać się myśli o tym, co pomyślą inni. Co powiedzą ci lepsi, ważniejsi, którym dajesz prawo do decydowania o sobie.

drzwi

Hej, Zwyczajna Dziewczynko! Te drzwi wcale nie są ciasne. Są idealne, w sam raz dla ciebie. Dla prawdziwej ciebie, takiej jaką jesteś od zawsze. Takiej jaką jesteś – stworzoną z Miłości.

Hej, Zwyczajna Dziewczynko. Wiesz, że w twojej zwyczajności nie ma nic, czego musisz się wstydzić? Bo jesteś zwyczajnie piękna. I zwyczajnie kochana. I najzwyczajniej na świecie – zasługujesz na szczęście. A ono naprawdę nie jest trudne do znalezienia. Jest tam, gdzie prawdziwa Miłość, która czeka na prawdziwą ciebie.

 

On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. (Ł 13,24)

Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. (Mt 18,3)

policz swoje błogosławieństwa.

Żyję na kredyt.

Żyję na kredyt nie tylko dlatego, że jak większość z nas, jeszcze przez długie lata będę spłacać zaciągniętą w banku pożyczkę. Żyję na kredyt, bo w pewnym sensie to dotyczy każdego z nas.

Każdy z nas żyje życiem, które tak naprawdę do niego nie należy. Nie ma wśród nas nikogo, kto stwierdziłby kiedyś: „Hmmm, myślę że chyba zdecyduję się narodzić”, po czym przeszedł do realizacji tego planu. Nie ma nikogo, kto mógłby „choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia” (Łk 12,25). Bo życie zostało nam darowane. Trochę na kredyt – którego nawet nie jesteśmy w stanie spłacić. Dostaliśmy je w prezencie, nabyci za wielką cenę (1 Kor 6,20) – cenę Krwi Odkupiciela.

Moje życie nie do końca jest moje. Jest podarowane. Jest wykupione za cenę najwyższą z możliwych. Dlatego nie marudzę – a przynajmniej staram się bardzo. I nawet tam, gdzie w pierwszym odruchu chciałabym postękać i pokwękać, próbuję znajdować to, co dobre. Liczyć Boże prezenty, liczyć otrzymane dary, liczyć błogosławieństwa. Spróbujesz razem ze mną?

Obudziłam się o 6:00…

… i dziękuję za wczesną pobudkę, bo to w pierwszej kolejności oznacza, że mam gdzie spać. Mam dach nad głową, a pod dachem nie tylko sypialnię, ale i ulubioną pościel. Mogę spać bezpiecznie, bez obaw o to, że mój dom stanie się nocą celem działań wojennych. Mogę spać bez obaw o życie swoje i moich najbliższych. Mogę spać. Bo dzieci nie budzą się już co dwie godziny na nocne karmienie. A że budzą się za wcześnie? Coż – plus jest taki, że od dłuższego czasu budzi mnie nie ostry i nieprzyjemny odgłos budzika, a zaspany dziecięcy głosik wołający: „Maaaamooo…”

Stałam dziś przez cztery godziny w kuchni…

… a potem przez kolejne pół godziny zmywałam i sprzątałam. I dziękuję za to, bo to znaczy, że mogłam wcześniej pójść do sklepu. Że w tym sklepie mogłam kupić to, na co miałam apetyt, a potem miałam wystarczająco dużo czasu i umiejętności, by przygotować smaczny i zdrowy posiłek dla mojej rodziny. Dziękuję za moje zmęczenie, bo jego owocem jest micha pierogów i obiad na dwa dni, a ja mogę w ten sposób okazać troskę moim najbliższym. Możemy nie tylko najeść się do syta, ale w dodatku zjeść coś, co nam smakuje i nie martwić się o to, że jutro czegokolwiek nam zabraknie.

Boli mnie głowa…

… ale dziękuję za to, bo to nic innego, jak trochę zmęczenia i niewyspania w połączeniu z kiepską pogodą. Bo wystarczy jedna tabletka, żebym poczuła się lepiej. Bo jestem zdrowa, nie choruję na nic poważnego. Bo mogę wypróbować swój sposób na lepsze samopoczucie i bez wyrzutów sumienia zaparzyć sobie kolejną kawą, dokładając do tego czekoladę. Bo nie mam zmartwień, od których nie tylko głowa boli, ale i serce. A gdy się takie pojawiaja, przychodzą w pakiecie z nieziemską porcją ufności i szeptem Anioła Stróża: „Niech cię już o to głowa nie boli”…

Nie jestem naiwna…

… i tez miewam gorsze dni, a czasem gorsze tygodnie. Wiem, że życie nie jest różowe, że czasem zmęczenie budzi nie wdzięczność, ale złość, a domowa codzienność przytłacza. Ci, którzy są mi najbliżsi, słyszą czasem, jak wyżalam się i marudzę. I to normalne – każdy ma do tego prawo. Fajnie jednak, kiedy po takiej chwili następuje chociaż próba zmiany spojrzenia na trudną (albo nie trudną, tylko zawyczajnie monotonną) rzeczywistość. Nie po to, żeby przed innymi czy przed Bogiem udawać, że jest dobrze. Nie po to, żeby wmawiać sobie, że wszystko jest w porządku.

Po to, żeby coś w sobie zmieniać. Bo z naszym życiem jest trochę jak z nauką gry na instrumencie. Próbując zagrać poszczególne dźwięki, musimy wkładać wysiłek w poprawne wykonywanie pewnych gestów. Z tego wysiłku rodzą się dobre nawyki. Powtarzając coś często, uczymy się jak robić to dobrze. I w pewnym momencie tworzymy melodię – najpierw prostą, potem coraz bardziej złożoną.

wdziecznosc

Z Twojego codziennego „dziękuję”, zwłaszcza tego nieoczywistego i rodzącego się w trudach, ułoży się kiedyś pieśń wdzięczności – niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju, bo Twoja. W dodatku taka, która rozbrzmiewać będzie echem przez całą wieczność – na Jego chwałę. Wystarczy próbować codziennie w tym co zwyczajne, dostrzegać i liczyć Jego błogosławieństwa. Powoli i wytrwale, czasem w trudzie – ucząc się dziękować za wszystko.

Biadania moje zmieniłeś mi w taniec;
wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością,
by moje serce nie milknąc psalm Tobie śpiewało.
Boże mój, Panie, będę Cię wysławiał na wieki. (Ps 30,12-13)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi