Wiele się mówi o miłości od pierwszego wejrzenia albo o kobiecej intucji, która podpowiada to, co dobre. Gdybym jednak w życiu kierowała się tylko pierwszym wrażeniem albo przeczuciami, byłabym teraz w zupełnie innym miejscu, otoczona innymi ludźmi. Z dużym prawdopodobieństwem zostałabym pozbawiona najpiękniejszych przyjaźni z czasów liceum i studiów, bo w obu przypadkach na początku myślałam, że z tej znajomości nic nie będzie, że do siebie nie pasujemy. Myliłam się. Podobnie było też z Przyjacielem, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć – z Ignacym z Loyoli, świetym Kościoła Katolickiego, którego wspominamy 31.07. Świętujemy dzisiaj z Ignacym 15-lecie zawarcia przyjaźni, bo dokładnie co do dnia piętnaście lat temu wyruszyłam na pierwsze w życiu rekolekcje ignacjańskie. Wcześniej jednak nic nie zapowiadało, żebym zrezygnowała z sympatii do Franciszka z Asyżu na rzecz tego milczącego i posępnego, jak mi się wtedy wydawało, rycerza o wyglądzie surowego ascety…

201605096e2a4

Pamiętam moje zdziwienie, gdy znajomy ksiądz zaproponował mi wyjazd na rekolekcje w milczeniu. Zawiodła mnie tam zdecydowanie w pierwszym rzędzie ciekawość. O świetym Ignacym wiedziałam wtedy tylko, że nie lubił się z Lutrem, do którego ja miałam (i nadal mam) sporo sympatii. I że „ad maiorem Dei gloriam”. Do tego dochodziło surowe spojrzenie i wychudzona twarz zerkająca na mnie z kościelnych portretów, w których dominowały ciemne kolory i smutek. Całość była mało zachęcająca.

Piętnaście lat temu okazało się, że również tym razem pierwsze wrażenie było mylne. Że kobieca intuicja może być pomocna przy dobieraniu koloru torebki do sukienki na wesele, ale w kwestiach przyjaźni na całe życie może się mylić. Okazało się, że łączy nas dużo więcej niż na poczatku myślałam, że jesteśmy w podobny sposób uparci w dążeniu do tego, co ważne. Że łączy nas podobne spojrzenie na pewnego Nazarejczyka, który w życiu każdego z nas dokonał nieodwracalnej i rewolucyjnej zmiany. I że Ignacy może mnie po przyjacielsku, jak bardziej doświadczony brat w wierze, nauczyć w jaki sposób żyć bardziej – dla Boga i dla siebie.

Nie wiem, gdzie byłabym dzisiaj, gdyby nie tamto spotkanie piętnaście lat temu. Nie wiem, w jaki sposób ułożyłoby się moje życie gdybym patrzyła na nie w inny sposób, niż robię to dzisiaj. A nie patrzę na nie  przez różowe okulary naiwnego optymizmu. Patrzę za to w sposób, jakiego nauczył mnie Ignacy – starając się dostrzegać Boga we wszystkim. Nie tylko w kościele, nie w czasie modlitwy czy duchowych uniesień. W tym co zwyczajne, choć czasem trudno jest dostrzec Bożą obecność w zmęczeniu, rozczarowaniu swoimi słabościami czy trudnościami, które pojawiają się w życiu. Albo w pracowitym poniedziałku, który nieuchronnie jutro nadejdzie.

Ten tekst próbowałam pisać od wczorajszego wieczora. Codzienność jednak usiłowała mnie dogonić  w przeróżny sposób, stawiając na mojej drodze stertę prania i dzieciece łapki podające zabawkę do naprawienia. Wszystko takie zwyczajne. Dzisiaj rano upiekłam ciasto, które na pewno zmieni świata i nie nakarmi głodnych, ale komuś, kto jest smutny, przyniesie na chwilę smak niedzielnej beztroski. Nie wzruszyłam się na myśl o ludzkiej biedzie czy Bożej dobroci, płakałam się za to nad cebulą krojoną do kotletów na obiad. Chociaż w każdej możliwej postaci, przez artystyczne upodobania, staram się o odrobinę poezji w zyciu, tak naprawdę moja codzienność to zwyczajna proza, bez wielkich czynów, bez spraw które są godne uwagi świata. A jednak widzę w tym Boga. Czuję Jego bliskośc i doświadczam tego, że On naprawdę interesuje się moją codziennością – kotletami i ciastem też!  Że jest Specjalistą od prozy życia i jej wielkim Miłośnikiem. I że ja mogę po prostu żyć, być, robić jak najlepiej to wszystko, czym jest wypełniona moja zwyczajna codzienność i właśnie tam, w tym co zwyczajne, znajdować Obecność, która przemienia wszystko dokładnie tak samo, jak zakwas włożony w trzy miary mąki. Nie muszę przy tym wcale mieszać zupy z miną świetej Melancholii wpatrzonej w niebo i ubierać się w pokutne worki.

mama blog

Mogę żyć pełnią życia i radości, wściekając się czasem na to, co złe, płacząc gdy jest mi smutno, ciesząc się takimi drobiazgami jak maliny z ogrodu czy zimne piwo w ciepły letni wieczór i w tym wszystkim – tak, we wszystkim – znajdować drogę do Boga.

Mój Przyjaciel Ignacy, jak mocno wierzę, nieustannie kibicuje mi w tych poszukiwaniach. Mądrość jego słów prowadzi mnie dzięki pomocy osób, które Jezus stawia mi na drodze – a z których dwie w szczególny sposób zostawiły w moim życiu ślad, za których obecność jestem dziś wdzięczna. Dzisiaj więc w pewien sposób świętuję – nie namawiając nikogo wprost do zaprzyjaźnienia się z moim ulubionym świętym, bo to naprawdę ryzykowne. Taka przyjaźń może sprawić, że tam, gdzie nie było nadziei, zacznie się dostrzegać obecność Jezusa. Taka przyjaźń może sprawić, że zamiast spokojnie siedzieć i oglądać serial pod tytułem „Życie”, staniesz się jego głównym bohaterem – a to ryzykowne. Nie namawiam. Możesz spróbować, ale na własną odpowiedzialność. Bo to wciąga i prowadzi coraz bardziej w jednym i tylko tym kierunku – do większej przyjaźni z Bogiem :)