„Wszystko się może zdarzyć” – nuciłam jako nastolatka, biorąc sobie do serca zwłaszcza te słowa hitu sprzed lat: „Podpisuj dni imieniem swym”. Wydawało mi się, że te słowa mają moc. Byłam wtedy na początku liceum i święcie wierzyłam w to, że świat stoi przede mną otworem, że „wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń” i że na każdym dniu chcę zostawić swój ślad, swój podpis.

Czułam to już wtedy, ale nie miałam odwagi ubrać tego w słowa – że to nie takie proste. Że choć chciałoby się podpisać i kolejne dni, i całe życie swoim imieniem, zawsze znajdzie się ktoś, kto zupełnie nieproszony złoży gdzieś swój podpis albo zabazgrze właśnie, co dla nas ważne. Jak wandal, który musi napisać „BYŁEM TU” na zabytkowym budynku. Albo na kartce z pamiętnika, który otwierasz drżącą ręką.

Nasze dni są tylko troche nasze. Chciałoby się je podpisać tym, co dla nas ważne – ale drzwiami i oknami pchają się nieplanowane i nieproszone wydarzenia. Wraz z nimi ludzie, którzy zostawiają po sobie ślad. Czasem są to słowa wsparcia – jak na gipsie ochraniającym złamaną rękę albo złamane serca. Czasem są to słowa, o których nie chcemy myśleć, więc śnią się w nocy. Słowa, o które nie prosiliśmy, a których nie da się wymazać. I którymi inni roszczą sobie prawa do tego, co chcieliśmy podpisać jako nasze.

Nie myliłam się w jednym – mimo młodzieńczego idealizmu i chodzenia z głową w chmurach. Mam swoje dni – do podpisania. Im jestem starsza, tym częściej zauważam, że podpisuję je tak, by podobały się innym, niekoniecznie mi samej. I tym częściej proszę w tym podpisywaniu o korepetycje – z życia według tego, co jest scenariuszem nie moich przyjaciół, rodziców czy sąsiadów, ale moim własnym.

Im jestem starsza, tym częściej widzę, że mój podpis nie wystarczy. Że mogłabym całe życie zpisać próbą stworzenia go w sposób, który mi się wymarzył, ale nie do końca to potrafię. Próbowałam wiele razy, ale nie wychodzi. Bo moje dni są tylko trochę moje. A moje marzenia dorastają razem ze mną – i to, co miałam w głowie w wieku lat nastu nijak ma się do tego, co rozpala moje serce dzisiaj. Im jestem starsza, tym wyraźniej to widzę – to nie swoim imieniem chcę opisywać własne życie. A przynajmniej nie tylko swoim.

Bo jest takie Imię, które pasuje do każdego dnia, niezależnie od pogody za oknem i od pogody ducha. Jest Imię, którym chciałabym podpisać dzień udany, i dzień beznadziejny, niezależnie od tego, ile moich i cudzych bazgrołów zaciemni to, co ważne. Imię szczególne. Emmanuel. Bóg jest z nami. Niezmienny Bóg wchodzący w to, co we mnie zmienia się nieustannie.

Emmanuel. Bóg ze mną. W moim smutku – Pocieszyciel. W moim szcześciu – Dawca radości. W chwilach próby – Potężny Wspomożyciel. Gdy upadam – moja Siła. Kiedy błądzę – Ten, który mnie odnajduje. Emmanuel. Bóg ze mną. Zawsze ten sam i zawsze przychodzący inaczej. Tak, jak tego potrzebuję.

To Jego imieniem chcę podpisać ten dzień. IJego imię chciałabym zobaczyć kiedyś na każdym dniu mojego życia – jak spełnioną obietnicę.