Takie pytania padają w interncie i w codziennych rozmowach, w pytaniach do księży, katechetów i w czasie rachunku sumienia. Czy katolik może? Czy mu wypada? Czy grzeszy? Daje antyświadectwo? Odpowiadanie na takie pytania jest karkołomnym wyzwaniem, ale spróbuję.

Czy katolik może obejrzeć komedię w kinie?

Albo poza kinem też? Dzisiaj dowiedziałam się, że niekoniecznie, bo ponoć Bridget Jones nie należy do filmów, które promują dobre wartości. Przyznam szczerze, że „zdziwienie” to słowo, które w bardzo delikatny sposób opisuje moją reakcję. Bo ja na tym filmie zaśmiewałam się do łez, mimo że faktycznie nie promuje on ani katolickiego, ani anglikańskiego stylu życia. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, żeby cieszyć się czasem spędzonym w kinie (a każda mama wie, że takie wyjście zdarza się rzadko i jest doceniane podwójnie). Gdyby z propozycji filmowych czy książkowych wybierać tylko i wyłącznie to, co wprost przekazuje wartości ewangeliczne, nie mielibyśmy czego wybierać. Co więcej – okazałoby się, że nasze życie również nie spełnia tych wymagań… I nie, nie namawiam wcale do chodzenia do kina na byle co. Namawiam za to do życia z pewną ilością dobrze pojmowanego luzu. Bo bycie katolikiem nie oznacza, że jestem na diecie pod tytułem: „tylko katolickie”. Menu, z którego mogę korzystać w życiu, jest dużo szersze.

Pobożny przykład do tego wywodu? Proszę bardzo:

frassati

Oto Piotr Jerzy, czyli Pier Giorgio Frassati. Świety Kościoła Katolickiego, taki Boży wariat, który żył na maksa, ewangelizując, modląc się, wspinając z pasją po górach i… paląc fajkę. Na potrzeby beatyfikacji zdjęcie nieco „ulepszono” – i wprawne oko szybko wychwyci, o jaki szczegół chodzi ;) Pytanie tylko, czy rzeczywiście kogoś, kto stara się iść za Jezusem, trzeba od razu posypywać lukrem przesadnej pobożności i wymazywać z jego życia to, co świadczy po prostu o tym, że jest zwyczajnym człowiekiem i cieszy się z życia?…

Czy katolik może upominać innych?

Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś w swoim domu lub mieszkaniu. Nagle, bez pukania i grzecznego „Dzień dobry” wpada do ciebie grupka osób, obezwładnia cię i otwiera lodówkę. W koszu ląduje porcja tłustych frytek, a ktoś macha ci nimi przed nosem, prawiąc kazanie o szkodliwości tłuszczów nasyconych. Los frytek podziela cola, a piwo, które chłodziło się na wieczorny mecz, wzbudza zdecydowane emocje. „To cię zabije!” – krzyczą. „Nie możesz tak żyć! Ratujmy ci zdrowie i życie! W końcu to z naszych składek będą leczyć powikłania wynikajace z twojej choroby, więc mamy do tego prawo!”

Absurdalna sytuacja, prawda? A jednak fundujemy ją innym, powołując się nieustannie na to samo zdanie z Ewangelii: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy.” Zapominamy o dwóch istotnych szczegółach. Po pierwsze – mowa jest o kimś, kto jest nam bratem, czyli należy do wspólnoty, do grona wierzących. Po drugie – mamy upominać w cztery oczy, a nie wylewać na kogoś pomyje w komenatrzach na facebooku czy w czasie plotek ze znajomymi. Dziwi mnie, gdy ktoś podniesionym głosem gromi osoby niewierzące, które postępują w sposób sprzeciwiający się nauce Kościoła Katolickiego. Bo zaraz, zaraz – jeśli ktoś nie jest katolikiem, to dlaczego mam mieć do niego pretensje, że nie postępuje jak katolik? Bo chcę ratować jego duszę? Bo on nawróci się dlatego, że wejdę z butami z jego życie i zrobię porządek w jego duchowej lodówce?

Jezus w takiej sytuacji po prostu był z ludźmi – z celnikami i grzesznikami. Nie wytykał ich błędów, choć mógł to robić. Nie gromił i nie krzyczał – po prostu był. I byłoby wspaniale, gdyby znakiem rozpoznawczym katolika było nie mówienie i krzyczenie o tym, co złe, ale słuchanie – gdy drugi człowiek doświadcza trudności i potrzebuje kogoś, kto przy nim będzie. Gdyby katolik, zamiast oceniać i pokazywać, jaki to jest dobry i wspaniały, poszukał tego dobra w drugim człowieku – pomógł mu to dobro odkryć, wydobyć i się z niego ucieszyć. Gdyby katolik zamiast nawracać innych, po prostu ich kochał. Nie dlatego, że pozwala na zło, że toleruje złe wybory innych. Dlatego, że tak robił Jezus.

Czy katolik może mieć koszulkę z Hello Kitty?

Może, ale po co, skoro to brzydkie? ;) A serio – dlaczego nie? To jedna z wielu postaci z bajek, które możemy, choć nie musimy pozwalać oglądać naszym dzieciom. Bez watpienia trzeba kontrolować to, jakie treści przekazują lubiane przez nasze dzieci programy telewizyjne. Dla mnie często pierwszym elementem wzbudzającym niepokój jest poziom hałasu, jakim cechuje się konkretna bajka – zazwyczaj im głośniej, tym więcej w niej agresji. Nie mam więc skrupułów, by taką bajkę wyłączyć, a na błagalne: „Ale czeeeeeemu” odpowiedzieć wprost, że to głupoty. I zaproponować coś wzamian – niekoniecznie w formie telewizyjno-tabletowej (dziś na przykład z powodzeniem i dużymi emocjami graliśmy w okręty :) ).

Wydaje mi się jednak, że analizowanie treści bajek posuwa się niekiedy do granicy absurdu. Czytałam już o szkodliwości Świnki Peppy (z powodu nieprawidłowego modelu rodziny, bo Tata Świnka skacze w kaloszach w błtnej kałuży) czy My Little Pony, bo przewijającym się tam hasłem jest „Przyjaźń to magia”, a magia jest zła… Zastanawiam się, jak to możliwe, że w dzieciństwie oglądałam Bolka i Lolka, czyli bajkę, w której rodzina praktycznie nie istniała i dzieci wychowywały się same? Jak przeżyłam śledzenie podejrzanej męskiej przyjaźni Misia Uszatka i Zajączka? I czy w ogóle mogę się przyznawać, że najulubieńszą z najulubieńszych bajek PRL-owskiego dzieciństwa był „Zaczarowany Ołówek”? Wszak magia jest zła…

Czy katolik może bezkrytycznie przyjmować dobre rady innych?

Nie może.

Nawet wtedy, gdy przeczyta je na ulubionym katolickim portalu czy usłyszy w filmie na youtubie. Bo katolik ma myśleć – samodzielnie. I jeśli nie zgadza się z tym, co napisałam powyżej, po prostu uznać, że myśli inaczej, zamiast próbować mnie przekonywać do tego, że tylko jego wizja świata jest poprawna i powinna obowiązywać wszystkich wokół.

Katolik ma myśleć. I w niczym nie sprzeciwia się to posłuszeństwu nauce Kościoła, bo w tym posłuszeństwie katolik też ma być myślący! Bo posłuszeństwo nie ma być ślepe, ma być przemyślane i przemodlone. Strasznie smutne jest, gdy ktoś żyje tylko w świecie nakazów i zakazów, nie zastanawiając się, dlaczego w zasadzie wyznaje takie, a nie inne wartości. Bo jeśli wierzyć, to nie dlatego, że tak mówi mama. Nie po to, żeby nie sprawić przykrości babci, która mówi że się za nas modli. Nie dlatego, że tak każe mi tradycja albo tak wypada. I nie ze strachu. Jeśli wierzyć – to z przekonania. A z przekonaniem jest tak, że trzeba sobie pewne rzeczy przemodlić i przemyśleć, odpowiadając wcześniej na trudne pytania i mierząc się z wątpliwościami. Bez takiego wysiłku trudno o autentyczną wiarę i o wynikające z niej posłuszeństwo nauczaniu Kościoła, będące świadomym wyborem tego, co dla mnie dobre i wartościowe.

Czy katolik może?…

To nie dobra rada pokaże Ci, w jaki sposób żyć dobrze. Pytanie: „Czy katolik może…?” ma zazwyczaj bardzo prostą odpowiedź, o ile tylko jesteśmy uczciwi ze sobą. Większość z nas intuicyjnie wyczuwa, że coś może mu służyć, a coś innego szkodzić. Jednak gdy pojawia się pokusa, by iść za tym, co niekoniecznie dobre, szukamy usprawiedliwienia – bo może uda się wygooglać jakąś pobożną wymówkę, może czyjaś rada pomoże podjąć decyzję, dzięki której spełnimy swoją zachciankę.

Tymczasem, mimo że mówimy o grzechu lekkim i ciężkim, nie ma na świecie wagi, która mogłaby pokazać jego prawdziwy rozmiar. Nie ma też linijki, która pokazałaby odległość, na jaką odejdziemy od Boga przez konkretną decyzję. Jednak jeśli wsłuchamy się w siebie, jesteśmy w stanie to wyczuć – po warunkiem dobrze uformowanego sumienia. A to dzieje się nie tyle przez oglądanie filmików na youtube czy słuchanie kolejnych rekolekcjonistów na facebooku, co przez wgląd w siebie i rozmowę o tym – z sobą, z Bogiem i z drugim człowiekiem. W tym przypadku nieocenioną pomocą jest kierownictwo duchowe, o którym więcej chociażby tu: Spowiedź i kierownictwo duchowe.

Polecam spróbować. W pakiecie z samodzielnym myśleniem i wpatrywaniem się w Jezusa, może sprawić że jak Pier Giorgio (i setki jemu podobnych) będziemy żyć w pełni, żyć na maksa, zdobywając szczyty. Również te duchowe.