To będzie wyglądać trochę jak zwierzenia totalnej życiowej sieroty, ale uspokajam – nie jest ze mną tak źle. Po prostu – nadchodzące Święta skłaniają mnie do refleksji i pomagają zebrać się na odwagę, by ubrać w słowa to, co pojawia się w głowie.

A w głowie jest coś, co zabrzmi pewnie dziwnie: zawsze miałam wrażenie, że w pewnym sensie odstaję. To banalny przykład, ale podziwiałam dziewczyny, które zostały obdarzone przez naturę prostymi, dającymi się dobrze ułożyć włosami. U mnie zawsze, mimo starań, nieposłuszne kosmyki wymykały się z warkoczy, stercząc na wszystkie strony, przez co wyglądałam i czułam się dziwnie. (Bogu dzięki za odkrycie istnienia prostownicy do włosów w późniejszym czasie!) Odkrywałam to zresztą często po czasie, na przykład wychodząc z ważnego spotkania i zerkając w lustro.  Do tej pory, wybierając się na przykład na szkolne zebranie, podziwiam mamy, które z nienaganną fryzurą siedzą swobodnie w eleganckim stroju, prowadząc elokwentne konwersacje. Ja nadal nie wiem, w jaki sposób założyć koszulę i marynarkę, żeby coś mi się nie przesuwało, nie przekrzywiało i nie uwierało. Serio. Zawsze jest nie tak.

I zawsze było nie tak. Słowa wypowiadane bez zastanowienia potrafiły być źródłem wielu problemów. Granicząca z naiwnością łatwowierność, wynikająca z życzliwości wobec innych, stawiała mnie w sytuacjach, w których wychodziłam na frajera. Poza tym ta niezdarność… Miałam wrażenie, że jeśli ktoś ma rozlać zupę na szkolnej stołówce, to będę to ja. W nieco innej wersji sprawdzało się to dużo później w czasie studenckich spotkań w pubie. W jednym z nich, po trzecim wylanym tego dnia piwie, dostałam od barmana – z uśmiechem – kartę stałego klienta… ;) I nie, to nie były tylko moje trunki – naprawdę nie piję dużo.

Do pewnego momentu w moim życiu naprawdę byłam przekonana, że tylko ja tak mam. Potem powoli zaczynałam dostrzegać, że każdy ma swoje demony, z którymi toczy codzienną walkę, nawet jeśli na zewnątrz przybiera maskę opanowanego twardziela. Małymi kroczkami przechodziłam drogę od bycia zawsze miłą i pragnącą akceptacji dziewczynką do mającej dużo więcej luzu i świadomej siebie kobiety. Jak to się stało? Nie  wiem. Nie mam na to żadnej recepty. Zresztą tak naprawdę to się nie stało – to się działo i dzieje nadal. Przez długi czas czytałam mądre książki, rozmawiałam z doświadczonymi ludźmi i stosując się do dobrej rady, otrzymanej od Przyjaciela, starałam się „poluzować warkoczyki”…

Wydawało mi się, że w świecie, w którym otaczały mnie osoby tak idealnie radzące sobie z rzeczywistością, ja też muszę być idealna. Tylko że im bardziej się starałam, tym bardziej mi nie wychodziło. Zaczęło natomiast wychodzić wtedy, gdy pozwoliłam sobie na luz – gdy zaczęłam odpuszczać. W konkretnych życiowych sytuacjach pomogło w tym również kilka prostych rozwiązań. Skoro czuję się lepiej, gdy mam na sobie dyskretny makijaż, to czemu tego sobie odmawiać? Jeśli publiczne przemówienie idzie mi dużo lepiej, gdy solidnie się do niego przygotuję, to czy mam wstydzić się tego, że wkładam w nie sporo pracy i udawać, że to freestyle i że mam w sobie tyle luzu i polotu co inni? Czy muszę się aż tak spinać?

Kilka dni temu poranek toczył się swoim zwyczajnym rytmem. Przemierzałam nasz dom energicznym krokiem, z kubkiem kawy w ręku. Byłam ubrana jak zwykle rano – w pidżamę i szlafrok. W pewnym momencie zza pleców usłyszałam głos mojego pięcioletniego synka: „Mamusiu, wyglądasz jak księżniczka Elsa!”. Popatrzyłam w lustro, zerknęłam na niedbale przewiązany w pasie szlafrok i rozwiany włos. Ja jako księżniczka Elsa? Hmmm…

Dla niewtajemniczonych – małe porównanie:

A jednak mój pięciolatek nie żartował.Zobaczył we mnie księżniczkę – i to dużo lepszą niż ta na ekranie telewizora, bo taką, do której można się przytulić. Ta sytuacja pokazała mi, że ja, patrząc w lustro czy robiąc bilans sukcesów i porażek, widzę często tylko to, czego mi brakuje. Ci, którzy mnie kochają, widzą dużo więcej. Może więc nadszedł czas na to, żeby być właśnie taką osobą? Kimś, kto siebie kocha i patrzy na siebie z sympatią i życzliwością? Lustereczko, powiedz przecie: lubimy się?

Zanim złożę życzenia świąteczne, chciałabym życzyć Ci właśnie tego – miłości i dobrego spojrzenia na siebie. Życzę Ci, abyś niezależnie od tego, czy nosisz dżinsy czy wysokie obcasy, widziała w sobie piękno. I żebyś traktowała siebie jak księżniczkę – czyli dobrze. Po prostu dobrze. Nie po macoszemu (patrz: Kopciuszek. Albo Królewna Śnieżka)

W czasie, gdy cieszymy się z narodzin Dziecka, które przyniosło na świat pokój, chciałabym życzyć Ci zgody. Zgody nie tylko z ludźmi, którzy Cię otaczają, ale przede wszystkim z samą sobą. Zgody z dzieckiem, które jest w Tobie, a które jest spragnione miłości i akceptacji. I zgody z tym wszystkim, czego Ci brakuje. Bo to nie Twoje braki definiują to, kim jesteś, podobnie jak nie czynią tego Twoje sukcesy. Jesteś wartościowa, kochana i piękna nie dlatego, że to sobie wypracowałaś, ale dlatego, że Bóg się nigdy nie myli i nie pomylił się stwarzając Ciebie. A jeśli nawet nie wszystko jeszcze jest takie, jakie być powinno, to dlatego, że Jego praca jeszcze się nie skończyła – że wspólnie możecie stwarzać to co piękne w Tobie.