W roku 2017 zmienię swoje życie – w taki sposób można by krótko podsumować treść większości noworocznych postanowień. Chociaż kusi mnie, by stworzyć swoją listę planów i celów do osiągnięcia, powstrzymuję się od tego, bo kluczem do sukcesu wcale nie jest słowo „zmiana na lepsze/inne/idealne”. Moje postanowienie noworoczne brzmi inaczej: w 2017 roku chcę wiedzieć czego chcę.

Jeśli chcę, aby moje życie było dobre i szczęśliwe, muszę wiedzieć, czego naprawdę chcę. Pytanie wydaje się banalne, ale dla wielu z nas musi być jednak podchwytliwe skoro tak często nie udaje się rzucić palenia czy „być na diecie od poniedziałku”… ;)

Żeby cokolwiek w życiu zmienić, muszę mieć pewność, że to jest dla mnie ważne. Muszę wiedzieć, czy więcej szczęścia da mi zjedzenie tabliczki czekolady czy to, że będę trzymać się diety, ale w końcu wbiję się w ulubione dżinsy. Muszę wiedzieć, czy większą wartość ma dla mnie dodatkowa godzina spędzona w pracy czy układanie puzzli z moim synem – czyli czy dla mnie czas to raczej pieniądz, czy relacje. Muszę wiedzieć, czy chcę słodkiego lenistwa i bałaganu czy raczej zakasania rękawów i domu lśniącego czystością. Czy wolę samotne popołudnie z książką czy wypad na modną imprezę. Muszę wiedzieć nie co wypada, co jest dobrze odbierane, co powinnam – ale czego naprawdę chcę. Wtedy jest szansa, że cokolwiek sobie postanowię, będzie to spójne z tym, co mam w sercu i zaprowadzi mnie w dobrym kierunku. A dobry kierunek jest prosty – być tym, kim pragnę być.  Być bardziej sobą.

Mogłabym pomyśleć, że chciałabym w tak dobrej formie, jak Ewa Chodakowska i ubierać się równie modnie, jak najlepiej ubrana koleżanka z pracy. Dalej poszłoby już z górki. Mogłabym angażować się w pomoc potrzebującym jak Matka Teresa, gotować jak Gordon Ramsay, urządzić mieszkanie tak jak Perfekcyjna Pani Domu i mieć w sobie tyle luzu co kabaret Ani Mru Mru. Mogłabym poskładać siebie samą jak z puzzli, z nadzieją, że w efekcie otrzymam szczęście. Echo takich pragnień przebija się zresztą przez to, co jest treścią wielu noworocznych postanowień. Tylko że to ślepa uliczka, bo choć dobrze jest mieć w życiu wzory do naśladowania, dosłowne kopiowanie ich zachowań niekoniecznie prowadzi do bycia tym, kim mielibyśmy się stać zgodnie z Bożym planem. Prowadzi to raczej do pułapki stwarzania siebie samych na obraz i podobieństwo ideału, który sobie wymyśliliśmy. Ideału, któremu bliżej do dzieł Picassa niż rzeczywistości:

Wspaniałe jest to, że w Kościele Katolickim w Nowy Rok wprowadza nas Boża Rodzicielka Maryja. Wśród niewielu wypowiedzianych przez Nią w Biblii  zdań, znajdujemy te, w których mówi o sobie: „Oto ja, służebnica Pańska”, „błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Maryja wiedziała, kim jest. Nie traciła czasu i energii na to, by iść do Boga inną drogą niż ta, która wynikała z Jej tożsamości. Z każdym dniem, z każdym wydarzeniem, które chowała i rozważała w swoim sercu, wchodziła coraz bardziej w rolę, którą przygotował dla Niej Bóg. Gdy na Nią patrzę, myślę nieśmiało, że najlepszym postanowieniem nie tylko na jeden nowy rok jest szukanie w sobie wielkich pragnień. Dzięki nim mogę zobaczyć, kim naprawdę jestem. I to dzięki nim odkrywam, do czego może zapraszać mnie Bóg.