Było wiele drobiazgów, które zapisały się w mojej pamięci. O! Na przykład sytuacja, w której prasowałam nową bluzkę, która była moim małym zakupowym szaleństwem, a takie nieczęsto zdarza mi się popełniać. Mała rączka, ta sama która wcześniej zrywała truskawki prosto z krzaczka i ładowała je sobie do buzi, chwyciła materiał, próbując przeróżnymi gestami wyrazić swój zachwyt kwiatowym wzorem na białym tle. A białe tło, jak łatwo się domyślić, przestało być białe. Śladów truskawkowych paluszków nie usunął ani proszek, ani odplamiacze :)

Podobnych drobiazgów było zresztą dużo więcej. Restauracja i demonstracyjne wyrzucenie na środek śnieżnobiałego obrusu zawartości talerza, na którym znajdowało się wściekle czerwone, pomidorowe spaghetti. Pociąg osobowy relacji Hel – Gdynia, w którym każdy pasażer słyszał, że oni chcą już do doooomu i że nad morzem wcale nie było fajnie. Przedszkole, w którym pożegnania przeciągły się w nieskończoność, stanowiąc dla młodszej ze stron tego teatrzyku okazję do dobrej zabawy, podczas gdy ja spóźniałam się do pracy. I buntowniczo rzucone: „Nie kocham mamy!”, kiedy nie pozwalałam obejrzeć kolejnej bajki.

Bywały chwile lepsze i gorsze, przeciwności różnego kalibru, smuteczki, frustracje i zmęczenia, odmieniane przez wszystkie dni tygodnia. To zazwyczaj pochłaniało moją uwagę i budziło emocje, niekiedy skrajne, jak wtedy gdy zastanawiałam się, czy na pewno jestem dobrą mamą. Jednak chociaż część z tych wydarzeń mocno zapisuje się w pamięci, to wcale nie są rzeczy najważniejsze.

Gdy wieczorem cichutko zaglądam do dziecięcych pokoi, gdy patrzę na spokojne twarze śpiących dzieci i słucham ich równych oddechów, myślę sobie, że to jest mój największy skarb: ta zwyczajność. Poranki, które pachną cynamonowymi płatkami i mlekiem. Poranne zabieganie, osłodzone całusami na do widzenia. Chwila, w której dziecięce rączki ściskają ufnie moją dłoń i puszczają potem szybko, by poskakać na śniegu i zarażać mnie swoją radością.

Na co dzień nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Są wspólnie spędzane chwile, ale często nie wygląda to wcale tak, jak w poradniku dla idealnej mamy. Robienie pierniczków nie oznacza sielankowego obrazka, w którym równo wykrojone ciasteczka są potem ozdabiane lukrem przez dziecięce rączki w spokoju i z uśmiechem. Oznacza raczej kłótnie o to, kto ma mieć różową posypkę i podłogę lepiącą się od cukrowej masy. I efekty takie, że ja pierniczę… :

Ale chociaż codzienność układa się w różny sposób, a ja nie zawsze jestem taką mamą, jaką chciałabym być, wieczorem myślę zazwyczaj: chcę więcej! Chcę więcej takich dni, w których nie ma nic nadzwyczajnego. Chcę takiej codzienności, w której nie spędzamy może 24 godzin w mega kreatywny sposób, wożąc dzieci z jednych rozwijających zajęć na drugie i serwując im posiłki z aktualnie najbardziej modnej diety dla potencjalnych alergików, ale w której zwyczajnie jesteśmy razem.

Bywam zmęczona, niewyspana i zniecierpliwiona, podobnie jak moje dzieci. A jednak, choć nie zawsze jest idealnie, wierzę mocno, że w moich i ich sercach zostaną wspomnienia pełne ciepła. Wierzę, że zwyczajność pełna drobnych, wyrażających czułość gestów, jest jak niewidzialny atrament, którym słowo „miłość” wpisuje się w każdy dzień dzieciństwa. Jeśli po latach właśnie to w nas zostanie, to będę mogła być pewna, że mimo potknięć i słabości, spełniałam swoje zadanie.