Mój Mąż śmieje się czasem, że słodząc kawę, dokładnie odliczam ziarenka cukru. Kto wie, może jest w tym trochę prawdy – chodzi w końcu o to, żeby kawa smakowała dobrze. „Dobrze” oznacza, że codziennie smakuje tak samo. Jej smak jest zresztą wpisany w każdy poranek, toczący się w naszym domu. A te poranki, tak samo jak kawa, są do siebie podobne.

Dzień za dniem – zwyczajnie. Każdego dnia powtarza się podobny scenariusz. Mogę traktować tą zwyczajność jak dworcową poczekalnię, w której oczekuję na przyjazd pociągu, mającego zawieźć mnie do stacji „SZCZĘŚCIE”. Mogę w tej poczekalni odkreślać dzień za dniem, zrywać kolejne kartki z kalendarza, patrząc jedynie na to, co przede mną: na wakacje, rekolekcje, koniec studiów czy przeprowadzkę. Mogę traktować moją codzienność jak szare tło, na którym ma szansę zaistnieć coś nadzwyczajnego. Będę wtedy odliczać dni, które dzielą mnie od doświadczenia radości i szczęścia, które być może za jakiś czas nadejdzie.

Mogę też inaczej. Mogę zbudować szczęście z tego, co niesie moja codzienność. A jej tak naprawdę daleko do szarości. Gamę kolorystyczną, w jakiej ją dostrzegam, wybieram sama. Jeśli zdecyduję się zamieszkać w „poczekalni do szczęścia”, być może faktycznie wszystko, co będzie mnie otaczać, będzie szaro-bure i zawsze niewystarczająco dobre. A jednak z cegiełek, które otrzymałam od Boga – z kolejnych godzin i dni, z Jego natchnień i Twoich wysiłków – mogę zbudować coś pięknego, coś co zachwyca. Potrzeba jednak wytrwałości i wpatrzenia w CEL, potrzeba codziennie podejmowanych starań, a nie oczekiwania na to, że życie samo poda na tacy to, co sobie wymarzyłam. 

„Katedrę buduje się z cegieł, a nie z fajerwerków”* – usłyszałam dzisiaj. Piękno i szczęście buduje się tu i teraz, dzisiaj, na bazie tego, co dał nam Bóg. Te cegiełki czasami wydają się nudne i zwyczajne, a podejmowany wysiłek – powtarzalny i mało interesujący. A jednak to właśnie w ten sposób można zbudować coś pięknego. Nie trzeba wcale czekać na Jakiś Szczególny Dzień. Nie trzeba wyjeżdżać do dalekich krajów, kolekcjonować nadzwyczajnych wrażeń, wiązać nadziei tylko i wyłącznie ze spotkaniem ze słynnym rekolekcjonistą albo pielgrzymką do szczególnego miejsca (choć od razu wyjaśniam – to też czasem jest potrzebne :) ). Życie zmienia codzienny wysiłek i wierność w odpowiedzi na Boże zaproszenie, a nie chwilowy zachwyt pokazem życiowych czy duchowych fajerwerków. I trudno o lepszą wiadomość dla mnie, pijącej codziennie tę samą kawę, smażącej co niedzielę górę takich samych naleśników, powtarzającej każdego ranka dokładnie te same słowa: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu…”.

To wszystko nie jest tylko nudnym oczekiwaniem w poczekalni na Coś Szczególnego. Coś Szczególnego dzieje się każdego dnia – dzieje się JUŻ, choć stopniowo i bardzo powoli. Kiedyś zobaczę sens podejmowanych każdego dnia wysiłków, kiedyś się tym zachwycę. Tymczasem wierzę na Słowo Temu, który codziennie budzi mnie tym samym wschodem słońca, a każdego lata pozwala się cieszyć smakiem truskawek, z których wszystkie są do siebie podobne. W ten sposób uczę się, że w powtarzalność nie zawsze oznacza nudę, a rutyna wcale nie musi być szara. Czasami mieszka w niej zapowiedź czegoś, co będzie zapierać dech w piersiach…

*o.Grzegorz Ginter SJ w czasie sesji rekolekcyjnej „Terapia chorób duchowych”, Warszawa – Falenica. Cały ten tekst jest tak naprawdę zainspirowany tym zdaniem, które usłyszałam. Teksty o. Gintera można przeczytać na stronie Źródło Żywej Wody, natomiast rekolekcje odbywają się w Europejskim Centrum Komunikacji i Kultury. Polecam ;)