„Budzą się moje oczy jeszcze przed świtem,
aby rozważać Twoje słowo.” (Ps 119) – tak byłoby idealnie.

Jest jednak inaczej. Moje oczy budzą się jeszcze przed świtem albo przedłużają nieuchronny moment uniesienia powiek i tkwią w leniwym półmroku. W tym czasie jednak głowę wypełnia milion myśli. Biegnę w nich do pracy, myśląc o nadchodzących obowiązkach. Przeglądam w myślach szuflady, próbując przypomnieć sobie, do której z nich odłożyłam potrzebne mi dokumenty. Robię listę rzeczy do zrobienia: śniadanie, kanapki do szkoły, spakowanie obu plecaków, sprawdzenia nowego rozkładu jazdy kolejki. Nie zdążyłam jeszcze otworzyć oczu, nie zdołałam postawić stopy na podłodze, a już pobiegłam w kilkanaście miejsc, już narzuciłam sobie szalone tempo. I już jestem zmęczona…

„A gdyby tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady”? Albo chociaż do parku zamiast do pracy? Gdyby zostawić obowiązki, zapomnieć o zrobieniu obiadu, zignorować fakt, że pagórki ubrań do prasowania faktycznie niedługo zbliżą się wysokością do zielonych połonin? Gdyby tak stwierdzić, że mam dość, uciekam, zostawiam to i tyle?

Pewnie można by w ten sposób. Można by „wsiąść do pociągu byle jakiego”. Tylko że wtedy nie dbałoby się nie tylko o bagaż i o bilet, ale również o tych, którzy są wokół. Bo „wstawanie jeszcze przed świtem” ma swoje konkretne przyczyny. Przygotowywane niekiedy mechanicznie śniadanie karmi konkretne osoby – zazwyczaj naprawdę głodne. Dbałość o to, żeby w plecaku do szkoły muzycznej znalazł się wyprasowany strój do rytmiki i komplet kredek sprawia, że moje dziecko może potem powiedzieć – nie fejsbukowo, ale z prawdziwą radością – lubię to! Ten wysiłek, niezauważany przez świat, choć skutkujący zauważalnym zmęczeniem, ma swoich adresatów. I rodzi dobro.

Nie, nie rzucę wszystkiego. Jest ryzyko, że uciekając w Bieszczady, do Tajlandii czy na księżyc, spakowałabym nie tylko walizkę, ale cały mój wewnętrzny bałagan i pośpiech. „Zmiana miejsca pobytu nie zmienia obyczajów” – jak to słusznie zauważył przed wiekami św. Ignacy z Loyoli. A zmiana obyczajów nie wymaga zmiany miejsca.

Zmęczona tym wewnętrznym i zewnętrznym pośpiechem postanowiłam w piątek zwolnić tempo. Nie pojechałam w Bieszczady tylko do marketu, zrobić przedweekendowe zakupy. Zwolniłam dokładnie między znajdującymi się w centrum handlowym stoiskiem z meblami a piekarnią. Zwolniłam świadomie, zmieniając rytm stawiania kolejnych kroków, próbując spojrzeć przed siebie, na mijających mnie ludzi i na do bólu zwyczajne otoczenie. Nagle z krainy pośpiechu i planowania przeniosłam się do krainy „tu i teraz”. I tam było mi zdecydowanie lepiej- bo poczułam, że żyję. Właśnie tam! Nie na ekskluzywnej wycieczce, w czasie lotu balonem czy w momencie odbioru wygranej w totlotka.

Poczułam, że żyję wtedy, gdy to sobie uświadomiłam – że jestem, że istnieję, że chociaż czasem pędzę w szalonym tempie, moje życie ma znaczenie, a jego smak zależy tylko ode mnie. Właśnie od takich małych chwil. Może więc jednak…nie rzucać tego wszystkiego? Może najlepszą podróżą jaką możemy sobie zafundować, jest ta, w którą ruszamy każdego dnia? Jeśli nie zapomnimy zabrać w nią uważnego serca i szeroko otwartych oczu, może się okazać, że siedem cudów świata to nic w porównaniu z dobrem, w którym mamy swój udział dzięki codziennym wysiłkom.