Zaczyna się: najpierw gitara, dziecięce głosy i dużo klaskania. Potem sporo hałasu i ruchu. W międzyczasie głos księdza, który dwoi się i troi, by przyciągnąć uwagę maluchów. Uwagę całęj reszty przyciągają one same oraz ich rodzice. A rodzice… tak, my, rodzice uczestniczący w Mszy świętej dla dzieci, to temat- rzeka. Każdy z nas inny, a jednak czasem jesteśmy do siebie podobni. I nawet jeśli nie odnajdziemy się w żadnej z tych katergorii, łatwo zauważyć je wokół…

Spacerowicz

Patrząc na niego wiesz, że jego dziecko właśnie skończyło lub niedługo skończy roczek. Ma do wyboru – próbować poskromić kilunastomiesięcznego, wyrywającego się z rąk malucha albo dreptać razem z nim: po kościele, przed kościołem i wokół, wzdłuż nawy głównej, między ławkami bocznymi, a niekiedy niemalże na czworakach w pobliżu prezbiterium – jeśli maluch akurat wyrwie się z rąk i radośnie pobiegnie witać się z ministrantami. Cecha charakterystyczna: na początku Mszy dyskretnie włącza Endomondo ;)

Luzak

Skoro Msza jest dla dzieci, to jest dla dzieci, no nie? Więc on nie przejmuje się ani poziomem decybeli wydawanym przez dziecko (wszak to na chwałę Pana), ani tym, że ono właśnie wdrapuje się na ołtarz, próbując zdmuchnąć te fajne świeczki. Interweniuje w ostateczności, bo nie przyszedł do kościoła, żeby stresować siebie czy dziecko. Więc luzik, kochany, jak coś ci nie pasuje, to na mszę dla dzieci przychodzić nie musisz. No nie?

Zestresowany

Przeciwieństwo luzaka. Gdy jego dziecko, siedzące w pierwszej ławce, zaczyna się rozglądać, podchodzi i zwraca mu uwagę. Gdy zaczyna rozmawiać, przeprasza wszystkich wokół i przyprowadza je do swojej ławki. Robi tym więcej zamieszania i hałasu niż samo dziecko, a w czasie mszy kompletnie nie jest w stanie skupić się na czymś innym, niż kontrola zachowań wszystkich wokół. Nie powie ci, o czym było kazanie, ale na pewno zreferuje, kto przykucnął, zamiast klękać i czyje dzieci są jednak mniej zdyscyplinowane niż jego.

Pechowiec

To właśnie jego dziecko w środku mszy wyciągnie schowany w kurtce miecz świetlny z Gwiezdnych Wojen, a w czasie kazania rzuci hasło, po którym rodzic będzie miał ochotę schować się pod ławkę. Tę ostatnią i najciemniejszą. Nikogo nie zdziwi to, że w drodze do Komunii potknie się o rozwiązane sznurowadło. Rodzic, nie dziecko. Ale dziecko tuż po nim.

 

Tragarz

Obrazowo przedstawia, jak mógłby wyglądać rodzic Tarzana. Nieważne, ile ma dzieci: jedno, dwójka, czy trójka, wszystkie wieszają się na nim, przytulają i wdrapują się przez ławkę na ramiona i z powrotem. Zadziwia zwinnością i wytrzymałością mimo standardowej liczby kończyn. Często nie jest też dwumetrowym posiadaczem złotego medalu w dźwiganiu ciężarów, a drobną kobietką na obcasach, w żakiecie który jeszcze 20 minut temu naprawdę był wyprasowany.

Panikarz

Zmienia się w niego większość rodziców w sytuacji, gdy wypowiedziane pełnym głosem „Chcę siku!” (albo to drugie…) rozbrzmiewa w kościele akurat w ciszy zapadającej po podniosłym: „Módlmy się”. Albo gdy dziecku uda się dobiec do prezbiterium i wyrwać z ręki ministranta te fajne dzwonki… Cecha charakterystyczna: zanosi najbardziej szczere modlitwy do św. Judy Tadeusza ever. I do św. Rity też. Zazwyczaj skutecznie, bo większość pozostałych rodziców przechodzi wtedy albo do trybu współczucia, albo ulgi że tym razem to nie na nich padło. Z największym poczuciem ulgi stoi tuż obok Pechowiec, ale on i tak zaśpiewa „Alleluja” zamiast „Chwała Tobie Słowo Boże” albo potknie się wychodząc z kościoła.

****

Piszę ten tekst kilka godzin po… Mszy dla dzieci :) Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć, że wszystko to napisane jest z duuuuużym przymrużeniem oka :) i że większość z nas zachowuje złoty środek w swoim zachowaniu. Mi samej najbliżej chyba to Tragarza, choć bywam i zestresowana, i pechowa, i spanikowana… Nie to jest jednak najważniejsze. Dużo ważniejsze, by swoim zachowaniem nie przeszkadzać. By pozwolić dziecku poczuć, że w kościele może poczuć się jak w domu: swobodnie, co nie oznacza że bez szacunku. Za to w obecności Kogoś, kto bardzo kocha :)