Kawa i gazeta – tak mogłabym sobie wyobrazić idealne rozpoczęcie dnia jeszcze kilka lat temu. Niewiele jest dla mnie czynności równie relaksujących, jak niespieszna lektura kolejnych stron i delektowanie się ulubionym napojem. Od kilku lat w moim ręku dużo częściej znajduje się raczej telefon lub tablet, a jednak idea pozostaje podobna – posiedzieć chwilę, popatrzeć na to, co dzieje się w świecie, spokojnie pomyśleć…

Ignacy Loyola, zanim jeszcze został świętym, poczynił pewne obserwacje dotyczące tego, w jaki sposób to, co czytał i myślał, wpływało na jego samopoczucie. Gdy rozmyślał „o rzeczach światowych doznawał w tym wielkiej przyjemności” ale – „kiedy znużony porzucał te myśli, czuł się oschły i niezadowolony.” Ja w pewnym momencie zauważyłam, że bardzo podobnie wpływa na mnie rozpoczynanie dnia od przeglądu najświeższych wiadomości. Tak naprawdę wtedy dociera do mnie coś więcej, niż tylko suche fakty i informację. Korzystając z serwisów informacyjnych, przejmuję też dużą część emocji, które one próbują mi sprzedać (i używam tego słowa celowo). Nie bez powodu nagłówki krzyczą negatywnymi lub budzącymi lęk sformułowaniami. To ma przyciągnąć moją uwagę, skłonić do kliknięcia na kolejną stronę, odsłaniając przy okazji kilka reklam. A ja czytam, analizuję i chłonę obraz świata, który zawsze jest jakąś konkretną jego wizją – bardzo często mało pozytywną.

Nie chodzi o to, żeby nie oglądać wiadomości. Chodzi o to, że ja tak naprawdę staję się tym, czym się karmię. Jeśli od rana karmię się lękiem i zatroskaniem, do czego będą w ciągu dnia uciekać moje myśli? Jeśli podsycam w sobie niechęć, czytając o zwolennikach czy przeciwnikach konkretnej partii politycznej, czy doprowadzi mnie to do wyrozumiałości, łagodności i cierpliwości względem drugiego?…

Dlatego zaczynam dzień od kawy i od Słowa. I pewnie nie jestem jedyna :) Można to Słowo smakować powoli, wchodząc w nowy dzień z jednym zdaniem z ulubionego psalmu. Można zacząć dzień od czytań mszalnych, szukając w nich inspiracji do  tego, w jaki sposób zmierzyć się z wyzwaniami, które nas czekają. Można sięgnać do brewiarza, sycąc się podwójnie – i samym Słowem, i świadomością tego, że cały Kościół modli się tego dnia tymi właśnie słowami.

Słowo Boże jest lampą dla moich stóp. Ale myli się ten, kto widzi w nim niewielką latarenkę, oświetlającą jedynie moje stopy i mały fragment mojej drogi. To nie jest taka lampa, którą ja niosę w reku, idąc sobie gdzie mnie nogi poniosą, w przypadkowym kierunku. To nie jest ledwie tlące się światełko, którego jasność zależy ode moich starań czy pobożności. To raczej światło, które wskazuje drogę – dokładnie tak, jak reflektory na lotnisku, które oświetlają podejście do lądowania. Słowo Boże to lampa, która sama wskazuje drogę i naprowadza na dobry szlak, tak że nawet po locie pełnym turbulencji, ląduję w końcu bezpiecznie u celu. I ma w sobie moc potrzebną do tego, by lądowanie było bezproblemowe nawet jeśli właśnie spotkała mnie awaria obu silników i pożar na pokładzie…

Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić moimi ulubionymi fragmentami z Biblii – właśnie takimi, które bezpiecznie sprowadzają mnie z niepewnych ścieżek i przypominają o tym, co najważniejsze. To słowa, które w jakiś sposób zmieniły moje życie:

1.

Od tych słów WSZYSTKO się zaczęło. Odkrycie tego, że Bóg kocha – w dodatku tak mocno, że nic tej miłości nie zachwieje – było dla mnie przełomem i wiązało się z głośnym „WOOOOOW”. Echo tego zachwytu wraca za każdym razem, gdy słyszę ten fagment. Pada tutaj szczególne hebrajskie słowo – hesed – które wyraża miłość i łaskę, silniejszą o zdrady i grzechu, bo jej podstawą nie jest ludzkie zachowanie, lecz wierność Boga.

2. 

Cały psalm 121 jest cudowną obietnicą. Lubię wracać do tych słów i przypominać sobie, że On naprawdę czuwa nam moim życiem. Regina Brett w książce „Bóg nigdy nie mruga” napisała, że przez długi czas była przekonana, że Bóg przegapił moment jej narodzin – że właśnie wtedy mrugnął, że nie zauważył jej przyjścia na świat, w związku z czym ona sama nie ma wielkiego znaczenia. Słowa tego psalmu przypominają mi, że On nie mruga :) nie zasypia i nie spuszcza mnie z oczu – a patrzy z ogromną miłością.

3. 

Nie umiem, nie potafię, nie nadaję się, nie jestem godna, nie wyjdzie mi – czasem powtarzam te słowa jak mantrę i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. On mówi mi coś innego: „Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy”. Święty Łukasz, relacjonując to uzdrowienie, dodaje potem: „Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.” I dla mnie to niezwykle wymowny obraz. Bóg, którego dotyk nie przytłacza, ale sprawia, że można wyprostować się, przestać patrzeć pod nogi a zacząć – w niebo.

4.

To taki fragment, który przypomina mi o tym, co naprawdę jest ważne. Bardzo wymowne jest słowo, którego używa tu św. Paweł, czyli „skubalon”, a które oznacza nie tyle śmieci, co dość dosane określenie… ekskrementów. Mocne, prawda? I często o tym zapominam, ale tak naprawdę wszystko jest nieważne i niewiele warte, jeśli na przeciwległej szali znajduje się relacja z Jezusem.

5.

Wyznanie miłości – przepiękne i chwytające ze serce… Przeczytałam te słowa w momencie, kiedy byłam zdecydowanie daleko od Boga i niczym nie mogłabym Go oczarować. A jednak to właśnie wtedy usłyszałam – nie wyrzuty, nie wyrok stwierdzający, że jestem winna, lecz słowa: „jak piękna jest miłość twoja…”. Przejmujące. Bo Bóg patrzy na nas inaczej i kocha inaczej.

*****

To pięć najważniejszych fragmentów z Biblii dla mnie. To słowa, które zostały przeczytane, ale nie zniknęły w niepamięci – wciąż są żywe i wciąż działają. Działają skutecznie – bo przecież to Słowo… :) Każda z tych grafk wykonana jest w formie zdjęcia w tle na FB, więc jeśli chcecie skorzystać – częstujcie się. A jeśli chciałybyście podzielić się Słowem, które dla Was ma szczególne znaczenie – będzie mi niesamowicie miło.