Bycie rodzicem to duża odpowiedzialność. Pamiętam swoje przerażenie po pierwszej wizycie u pediatry, w dodatku z wcześniakiem lekkim jak piórko – tyle rzeczy do ogarnięcia, badań do zrobienia, spraw do dopilnowania. A potem jest tego przecież coraz więcej. To może banalne, ale jeśli chcę, żeby moje dziecko miało prosty kręgosłup, muszę zadbać o odpowiednią gimnastykę. Jeśli we właściwym wieku nie zastosuję się do zaleceń ortodonty, może się to skończyć utrwaleniem wady zgryzu. To pozornie drobiazgi, ale chyba dla każdego jest to oczywiste – skutki niektórych zaniedbań rodziców można po jakimś czasie bardzo łatwo zauważyć, bo rzucają się w oczy.

Rzucają się w oczy: skrzywione kręgosłupy, koślawe kolana i krzywe zęby. W dużo mniejszym stopniu widać jednak zranione uczucia, zachwiane poczucie bezpieczeństwa i brak wiary z ludzką życzliwość. To też skutki niektórych zaniedbań, jakich dopuścili się najbliżsi. I często dzieci są im winne w równie niewielkim stopniu jak wtedy, gdy ktoś z dorosłych nie dba o ich zdrowie i rozwój fizyczny.

Zauważam często to, co mnie samą dotyka i rani. Zauważam wycelowaną we mnie złośliwość, a nie dostrzegam, że to tak naprawdę lęk przed zranieniem – lęk serca, które nauczyło się atakować, by wyprzedzić zadanie ciosu. Zauważam arogancję i przesadną pewność siebie, a nie widzę, że tak naprawdę to głos dziecka, które musiało dorosnąć zbyt szybko i zostało obarczone odpowiedzialnością ponad swoje dziecięce siły. Zauważam to, co złe, a nie widzę tego, co jest prawdziwą przyczyną takiego zachowania. Rzadko jest tak, że ktoś z premedytacją będzie chciał mnie zranić, odtrącić czy obrazić. Dużo częściej będzie się tak działo, bo nie umie inaczej. Czego Jaś się nie nauczył, tego i dorosly Jan nie umie zrobić. I choć często próbuje, nauka jakiekolwiek nowej czynności w wieku dorosłym jest trudniejsza niż gdy jest się dzieckiem – zarówno jeśli chodzi o naukę mowy, jak i umiejętność okazywania uczuć…

Ronald Russel napisał takie słowa (a to tylko fragment jego wypowiedzi):

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które jeszcze wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Pomyślałam dzisiaj, że Miłosierdzie polega właśnie na tym – żeby zobaczyć w drugim dziecko. Pewnie to naiwne. Pewnie ktoś powie, że nie można wszystkiego tłumaczyć trudnościami z przeszłości ani usprawiedliwiać w ten sposób każdego zła. Pewnie ja sama często jestem skłonna zbyt mocno osądzać i oceniać, zanim pomyślę, jakie może być prawdziwe źródło czyjegoś zachowania. A jednak moje (trochę naiwne) kobiece, matczyne serce widzi z tym swoją własną definicję bycia miłosiernym.

Ktoś, kto mnie dzisiaj wyśmiał, wczoraj sam mógł doświadczyć tego ze strony swoich najbliższych.

Ktoś, kto dzisiaj nadużył mojego zaufania, wczoraj sam mógł doświadczyć zdrady.

Ktoś, kto dzisiaj uderzył mnie w prawy policzek, wczoraj sam mógł być ofiarą przemocy, jakiej żadne dziecko doświadczać nie powinno. I czuje skutki dawny wydarzeń, nawet jeśli dawno przestał już być dzieckiem.

Oczywiście – muszę w takich przypadkach stawiać granicę. Muszę reagować, sygnalizować że dzieje się coś niedobrego, a jeśli trzeba, nazywać zło po imieniu. To muszę robić.

Nie muszę natomiast osądzać. Nie muszę oceniać, wtłaczać w ciasne schematy i naklejać etykietek: samolubny, leniwy, arogancki. Nie muszę do tego zła, które się dzieje, dokładać kolejnego – nawet jeśli podpowiada mi to moja urażona duma albo zranione uczucia. To pewnie trochę naiwne, wiem, tak samo jak naiwnym wydaje się nadstawienie drugiego policzka. Patrzę jednak na Krzyż i na Kogoś, kto umarł za mnie, gdy byłam jeszcze grzesznikiem (Rz 5,8). I nie potrzebuję już żadnych innych wyjaśnień…