„Urwisy są jak zwykle pełne życia. Mam przy nich co robić, bo ciągle sę boję, żeby nic im się nie stało i dlatego muszę zawsze ich pinować. Są w tym wieku, że trzeba stale mieć je na oku, ale są wspaniałe w swej niewinności.”

To nie wypowiedź z internetowego forum dla mam, ale fragment listu sprzed ponad pięćdziesęciu lat. W ten sposób domową codzienność opisywała swojemu mężowi Joasia. Wraz z Piotrem tworzyli zgodne, pełne miłości małżeństwo, tym bardziej więc częste wyjazdy męża ciążyły młodej mamie. Joasia była jednak kobietą pogodną i silną, radziła więc sobie i z ząbkowaniem, i w chwilach, gdy trójka maluchów złapała grypę żołądkową. Drobne wyzwania domowej codzienności były wtedy zadziwiająco podobne do tych, z którymi sama się mierzę.

Niektórzy dystansują się wobec niej, bo mogła sobie pozwolić na wynajęcie pomocy domowej czy ogrodnika, a więc żyła dostatniej niż większość z nas. Ja jednak patrząc na nią, czuję nadzieję, bo widzę kogoś, kto jest bardzo zwyczajny. W Joasi widzę dowód na to, że świętość jest dla każdego, nie tylko dla tych, którzy ewangeliczne słowa o sprzedaniu swoich majętności potraktują dosłownie i rzucając wszystko, wyjadą na drugi koniec świata. Świętość jest też dla tych, którzy wyjeżdżają co najwyżej – jak Joasia – w góry na urlop z dziećmi. Jest dla tych, którzy zostają w pracy po godzinach, którzy nie zawsze mają czas, by wejść codziennie do kościoła, ale odkrywają, że można się modlić ot chociażby przy obieraniu ziemniaków. Świętość jest dla tych, których największym wyzwaniem bywa próba przyniesienia ulgi ząbkującemu maluchowi. I nie przeszkadza w niej to, że realizuje się swoje pasje (jak góry i narciarstwo Joasi), że dba się o swój wygląd i modne ubrania, że jest się jednocześnie kochającą mamą i osobą oddającą się pracy zawodowej.

„Wiesz, Gina, jak bardzo się cierpi, gdy trzeba umierać, zostawiając takie malutkie dzieci! (…) Wiesz, jak inaczej ocenia się rzeczy, leżąc na łożu śmierci… Jak nieistotne wydają się różne rzeczy, do których świat przywiązuje wielką wagę!”

Joasia świadomie oddała życie za swoje czwarte dziecko. Miała wybór – ratować siebie albo zaryzykować i pozwolić, by Życie, które rozwijało się pod jej sercem, miało szanse przetrwać. To Życie ma na imię Gianna Emmanuella. Bo Życie zawsze ma konkretne imię…

Dzisiaj wspominamy ją w Kościele –  Joasię zwyczajną, pełna matczynej troski, z radością przeglądającą katologi mody i wędrującą po górach, a jednak w tym wszystkim Joasię – świętą. Uczę się od niej tego, żeby doceniać każdy dzień, w którym mogę być z moimi dziećmi. Uczę się dostrzegać Życie – nie tylko tam, gdzie drastycznymi zdjęciami krzyczą o nim przeciwnicy aborcji (bo do takich akcji, mimo bycia zdecydowanie pro life,  nie mam przekonania). Uczę się dostrzegać je w każdym drobiazgu i w tym wszystkim, co zwyczajne, szukać drogi do miłości niezywkłej. Czyli do świętości.

„Najdroższe moje skarby, tatuś przywiezie wam mnóstwo, mnóstwo słodkich pocałuków. Bardzo bym chciała do was przyjechać, ale muszę leżeć w łóżeczku, bo troszkę boli mnie brzuszek. Bądźcie grzeczni (…) Mam was w moim sercu i myślę o was w każdej chwili. Z wielką miłoścą całuje was i ściska wasza mamusia”.

Święta Joasiu – módl się za nami.

(Fragmenty listów i wypowiedzi pochodzą z książki „Joanna Beretta Molla. Święta, która oddała życie za życie swojej córki”)