Hipermarket w Gdańsku. Szybkie zakupy przed pracą, którą zaczynam po południu. Po przebieżce między sklepowymi półkami postanawiam zjeść wczesny obiad, korzystając z szerokiej oferty kilku restauracji z centrum handlowym. Gdy w końcu siadam przy stoliku i zaczynam spokojnie jeść, rozglądam się dokoła. Obok mnie – ludzie zabiegani tak jak ja, siedzący pojedynczo lub w parach. Wszystkich (absolutnie wszystkich!) łączy jedno – telefon w dłoni. Patrząc na to i widząc ten absurdalny obrazek (bo przecież talerze pełne jedzenia! i widelec w jednej, a smartfon w drugiej ręce!) mam ochotę…wyjąć telefon, zrobić zdjęcie i wrzucić je na Facebooka. Czyli – zaraz, zaraz, o zgrozo – zrobić to samo, co reszta osób konsumujących lunch w galerii handlowej…

Sytuacja numer dwa – newsletter jednego z moich ulubionych sklepów odzieżowych i kupon uprawniający do sporej zniżki. Rabat obowiązuje jednak tylko z przypadku zakupów w sklepie online przy wykorzystaniu specjalnej aplikacji (którą oczywiście muszę ściągnąć i zainstalować). „Jaki w tym biznes?” – myślę. „Przecież jeśli będę chciała coś kupić, a oni będą chcieli mi to sprzedać taniej, to ich dochody będą identyczne w przypadku zakupu w salonie i w sieci.” Szybko jednak przychodzi refleksja – przecież z komórką w ręku kupuje sie szybciej, a w przypadku wydawania wirtualnych pieniędzy ma się zazwyczaj szerszy gest. I wszystko jasne. Ktoś chce, żebym wpadła w sieć…

Mijają trzy tygodnie od momentu, gdy szczególnie mocno zobaczyłam, że sieć może być nie tylko pomocna – jak wtedy, gdy włączam nawigację w Google Maps i nie martwię się, ze nie trafię). Sieć może działać tak, jak się kojarzy – więzić i ograniczać, choć w bardzo dyskretny sposób. Dlatego jakiś czas temu usunęłam ze swojego telefonu aplikację Facebooka. Nadal korzystam z wielu udogodnień. Dzięki smartfonowi nie martwię się zakupem biletu na podmiejską kolejkę, mam zawsze dostęp do Biblii i w każdej chwili mogę wysłać wiadomość do znajomych. Straciłam jednak możliwość śledzenia Facebooka w każdym miejscu i czasie. I to nie wszystko – dopiero później zorientowałam się, że straciłam dużo więcej.

Straciłam coś, co zajmuje moje ręce i myśli, w związku z czym nie mam wyboru – muszę kierować wzrok nie na swoje dłonie, ale przed siebie. Na przykład na drugiego człowieka. Nie tylko w centrum handlowym, w kolejce podmiejskiej czy w pracy. Również w domu, kiedy moje dziecko pragnie podzielić się ze mną odkryciem nie mniej ważnym niż to, jakim dla ludzkości było wynalezienie żarówki czy silnika parowego – że klocki lego można ułożyć w statek z „Gwiezdnych wojen”. „Mamo, popatrz” – krzyczy mały głosik, a ja nie mam już wymówki. Nie odpowiadam: zaraz, za chwilkę, załatwię tylko jeszcze jedną rzecz. Straciłam możliwość bycia w dwóch światach na raz – w świecie realnym i tym składającym się z uśmiechniętych zdjęć znajomych i rosnącej liczby lajków. Straciłam – i Bogu dzięki za tę stratę, bo ona naprawdę jest zyskiem…nawet jeśli uśmiechu mojego syna nie uchwycę na zdjęciu i nie wrzucę na Facebooka.

Straciłam coś jeszcze. Straciłam świat informacji i nieustannych zmian, świat który mogłam śledzić, do którego w każdym momencie mogłam się podpiąć, by przez chwilę być jego częścią. Ta „chwila” zazwyczaj znacznie się przeciągała, a ja przyzwyczaiłam się do ciągłego scrollowania. I nagle – skończyło się. Chcąc być na bieżąco i zająć czymś myśli, musiałam stracić kilka złotych na to, żeby kupić jeden ze swoich ulubionych tygodników. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak rzadko do niego ostatnio sięgałam. Siadając na wygodnej kanapie, z filiżanką kawy w ręku, pomyślałam po raz kolejny, że taka strata jest dla mnie samą radością, a przewracanie kolejnych stron i zapach farby drukarskiej same w sobie kojarzą się z relaksem.

Usłyszałam ostatnio mocne słowa: „najgorszym, co może spotkać dziecko, jest rodzic z telefonem komórkowym”. I pewnie napotka to na głosy sprzeciwu. Pewnie znajdą się tacy, którzy będą się licytować: że są gorsze nałogi, że więcej szkody wyrządza brak środków finansowych czy inne zaniedbania. A ja, chociaż zazwyczaj daleko mi radykalizmu, mimo wszystko zgadzam się z tym zdaniem. Stworzyliśmy sobie social media czyli coś, co miało pomóc człowiekowi być bliżej drugiego człowieka. W praktyce okazuje się jednak, że bardziej nas to dzieli niż łączy. Na pewno też przeszkadza w byciu tak naprawdę – w byciu tu, w byciu teraz. Jeśli więc świadomie robimy w świecie social media trzy kroki w tył, jeśli pozwalamy sobie na to, żeby zwolnić tempo,  nie być na czasie, żeby coś przegapić, to czy tak naprawdę jest to stratą? Czy może raczej zyskiem?…