To była zwykła kolejka podmiejska, wypełniona ludźmi, jak zwykle późnym popołudniem. I nagle w tłumie wypatrzyłam ją:

czyli Brienne z Tarthu. Nie miała na sobie zbroi, nie wymachiwała też mieczem – nosiła zwykłe dżinsy i wpatrywała się w ekran telefonu. Uśmiechnęłam się do siebie myśląc, jak łatwo w jednej chwili zmienia się moje spojrzenie na ludzi dokoła. Mogę widzić w nich po prostu tłum. Mogę też zobaczyć to, co ich wyróżnia.

Oprócz dziewczyny łudząco podobnej do bohaterki „Gry o tron” podróżowała ze mną dzisiaj również zamyślona kobieta w sukience jak z filmów z Audrey Hepburn. Gdy okazało się, że nosząca kwiecistą spódnicę jasnowłosa wersja Ani Shirley czyta jedną z książek Lucy Maud Montgomery, stwierdziłam że nic mnie już nie zdziwi. Wsiadłam do pociągu w tłumie ludzi zmęczonych jak ja, szukających miejsca siedzącego i próbujących zająć czymś myśli, by nie nudzić się w drodze. Nagle jednak zniknął tłum, a pojawiło się pełne fascynacji przekonanie, że każda z otaczających mnie osób ma w sobie coś niezwykłego.

Zachwycam się czasem bohaterami filmowymi czy książkowymi, tymczasem ktoś, kto siedzi obok może być geniuszem matematycznym albo robić zdjęcia, których nie powstydziłoby się National Geographic. Może też na przykład fascynować się zwyczajami żywieniowymi rzęsorka wodnego albo być mistrzem w składaniu origami. Nie wiem nic o ludziach, którzy mnie otaczają. Kto wie jednak – może o nich też można by napisać książkę? Być może w rozmowie o swoim życiu zachwyciliby mnie pasją i podejściem do codzienności? :)

Mogłabym podsumować dzisiejszą podróż prawdziwym stwierdzeniem, że w pociągu było duszno i że jak zwykle spóźnił się o kilka minut. Ja jednak widziałam dzisiaj zupełnie inne rzeczy. Tyle narzeka się na obojętność i wygodnictwo, a w ciągu kilku minut dwóch młodych mężczyzn zerwało się, by ustąpić miejsca najpierw mamie w ciąży, a potem starszej pani. Konduktor wykazywał się heoriczną wręcz cierpliwością, wypisując bilety i tłumacząc zawiłości rozkładu jazdy na trasie prowadzącej na Kaszuby. Ktoś przepuścił kogoś w drzwiach, ktoś inny zareagował na słowa o złym samopoczuciu i pomógł w wyjściu z pociągu.

Gdybym chciała, mogłabym znaleźć powody do narzekań na dzisiejszy świat, dzisiejszą młodzież i poziom usług przewoźników kolejowych. Ale dzisiaj nie chciałam. Czy tylko dzięki temu widziałam dobro? Czy też trafili mi się wyjątkowi współpasażerowie z anielskim rodowodem? A może naprawdę wystarczy tylko zmienić swój sposób patrzenia tak jak filtr w obiektywie? I szukać, szukać, szukać dobra.