Kiedy na pierwszym roku studiów znajomy ambitnie organizował domowe pokazy kina niezależnego, miałam okazję poznać dzieła twórców, po które zapewne sama bym nie sięgnęła. Jednak choć wtedy cieszyłam się, że mam szansę na poszerzenie horyzontów, pamiętam również, że chwilami straszliwie się nudziłam. Nie miałam odwagi się do tego przyznać, bo przecież pewne nazwiska wypadało znać, a w dyskusjach trzeba było mieć własne zdanie. Kiedy jednak po jakimś czasie usłyszałam piosenkę zespołu Iwona „Stoję jak kołek„, a w niej słowa: „To teraz się przyznam/Moje zdanie mielizna/Nie mam pojęcia/co mówić na przyjęciach”, pomyślałam z ulgą, że nie jestem sama. Nadszedł wtedy czas na to, żeby powiedzieć: nie jestem ambitnym widzem. Nie biegam na festiwale kina niezależnego, choć z zainteresowaniem słucham jego stałych bywalców, gdy relacjonują kinowe nowości. Nie cierpię filmów z motywem rozstania, zwłaszcza tych, w których widzę rozłąkę matek i dzieci w wojennej zawierusze, ale nie tylko. Nawet w trakcie oglądania „Gdzie jest Nemo” denerwowałam się, czy główny bohater na pewno odnajdzie swojego rybiego tatę ;) Mam też zbyt słabe nerwy, by oglądać horrory i do tej pory mam traumę po obejrzeniu filmu „The Ring: Krąg”. Nie będę też będę oszukiwać – lubię, gdy opowiadana historia kończy się w dobry sposób…

Mam jednak kilka swoich ulubionych babskich filmów. Są mało ambitne i chwilami przesłodzone, ale dzięki nim na chwilę odrywam się od rzeczywistości i wracam do niej trochę inna. Nie wywołują silnych wzruszeń, choć często sprawiają, że po prostu się uśmiecham. I pewnie wstyd przyznać, że lubię je bardziej niż powinnam… :)

Legalna Blondynka

Mój numer jeden :) Chociaż rzadko można mnie spotkać u kosmetyczki, a biegam raczej w trampkach niż na obcasach, tak jak główna bohaterka musiałam kiedyś zakasać rękawy, żeby zawalczyć o swoje marzenie. Film w fantastyczny, lekko ironiczny sposób pokazuje przerysowane stereotypy. Chociaż wydaje się początkowo, że to właśnie blondynka w różowej sukience powinna stać się przedmiotem kpin, wystarczy posłuchać kilku dialogów w których występują przemądrzali studenci prawa by zobaczyć, że jest inaczej.

Szkoła Stewardess

Wiem, brzmi strasznie obciachowo. I wiem, nie powinnam się do tego przyznawać, ale włączam czasem ten film, kiedy jest mi smutno i szaro. To kolejna słodka amerykańska produkcja, która pokazuje, że jeśli walczymy o swoje marzenia, mamy szansę na ich realizację. Pokazuje też coś jeszcze: że w życiu najważniejsi są ludzie. Można dojść na sam szczyt, ale gdy nie mamy obok siebie kogoś, z kim możemy się dzielić radością, nawet duże pieniądze, luksusowe mieszkanie i widok na wieżę Eiffle’a nie cieszy. Filmowym scenom – znowu pełnym ciepłego humoru – towarzyszy też dobra muzyka, a scena w której trzy bohaterki śpiewają „Living on a prayer” Bon Jovi należy do moich ulubionych. Film uczy też, że aby zarobić dolara, trzeba…zobaczcie same ;)

Dźwięki Muzyki

Kwintesencja słodyczy i niewinności :) Obejrzałam ten film jako dziecko i urzekło mnie w nim wszystko – sama muzyka, wyglądająca jak anioł Julie Andrews, sielankowa wizja życia zakonnego, w którym biega się po łąkach i śpiewa piosenki oraz równie sielankowa wizja dużej rodziny. Film zaszczepił we mnie pragnienie rodzinnej harmonii – nie tylko tej muzycznej. Poza tym jest fascynujący, bo opowiada prawdziwą historię, którą można się zainspirować (a tu nieco więcej o Marii von Trapp). Jedyna wersja wojennej zawieruchy, którą mogę zaakceptować na ekranie ;)

Mulan

Tak, dokładnie – bajka Disneya. Znowu fantastyczny humor, który śmieszy nawet dorosłych. I piękna historia w tle. To, co jednak dla mnie najważniejsze, to wysiłek Mulan i jej walka o to, by pokonać swoją słabość. Piosenka, która to obrazuje, była moim motywatorem przed nauką do kolokwium (wersja polska TU)

U Disneya, jak również w wielu musicalach, charakterystyczne jest to, że wiele ważnych wydarzeń poprzedza lub podsumowuje piosenka. Być może wyraża to naszą ludzką potrzebę ubierania w słowa (i w dźwięki) tego, co ważne. Kto wie, może to także zachęta dla mnie?

Gdybym miała napisać piosenkę o tym, co było w moim życiu najważniejsze – co by to było? Gdybym chciała wyśpiewać Bogu i światu albo żal i rozczarowanie, albo zachwyt i wdzieczność – jakie życiowe wydarzenie chciałabym opisać? A może taka piosenka to sposób na codzienność? Może każdego dnia jest szansa na zalezienie czegoś, co poderwie nas do tańca?

Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki.  A Miriam przyśpiewywała im:
„Śpiewajmy pieśń chwały na cześć Pana,
bo swą potęgę okazał,
gdy konie i jeźdźców ich
pogrążył w morzu”. (Wj 15,20)

Nie zawsze trzeba przejść przez Morze Czerwone, by wyśpiewać Bogu pieśń wdzięczności. Czasem wystarczy po prostu spojrzeć na to, co obok nas – na ludzi, relacje i wydarzenia. Czasem wystarczy się tym ucieszyć. Taka pogoda ducha przyciąga mnie do niektórych filmowych tytułów – może dlatego, że tęsknię za nią na co dzień… :)