Tak mógłby brzmieć tytuł popularnego poradnika albo programu telewizyjnego. A ja jestem antyfanką tego typu złotych rad, więc nieco przewrotnie zaczynam w ten sposób ten wpis. Nie podam w nim żadnej recepty na sukces w tym, co stanowi wielką część mojego życia – w nieperfekcyjnym macierzyństwie. Chcę jednak zrelacjonować Wam jeden bardzo zwyczajny wieczór.

Cierpliwość zaczęłam tracić już w momencie, gdy Młody przypomniał sobie, że jednak nie lubi myć włosów. Potem ręcznik był zbyt szorstki, w łazience było za zimno, a pidżamka nie taka, jak trzeba. Luz – to norma, ten typ tak ma, że czasem marudzi.  W pewnej chwili jednak, gdy uparł się by sam nałożyć na szczoteczkę pastę o zębów, a ta wyskoczyła z tubki rysując dwa fantazyjne łuki na dłoni (oczywiście sprytnie omijając włosie szczoteczki), Młody ni z tego ni z owego uderzył siedzącą obok starszą siostrę. „Bo ona się gaaaaapiiii” – brzmiało uzasadnienie. A ja poczułam, że z trybu Mary Poppins przechodzę w tryb Batmana…

Jestem zdecydowaną przeciwniczką kar cielesnych i może potrafiłabym zrozumieć taki wybuch agresji skierowany na drugą osobę, a nie przedmiot, gdyby Młody był świadkiem lub sam doświadczał przemocy. Ale tak przecież nie jest! Próbowałam więc bardzo stanowczo wytłumaczyć, że TAK SIĘ NIE ROBI iże za karę nie ma ani bajki, ani piosenki na dobranoc.

Moje tłumaczenia przerwał płacz z pokoju Młodej. O dziwo nie płakała jednak z powodu zachowania brata. Spytana o powód, wychlipała: „Bo – bo yyy ja tak nie lubię yyyy jak Ty podnosisz głooooos.”

Westchnęłam ciężko czując, że podwójna porażka wychowawcza to kolejny ciężar dołożony do dnia, który już i tak nie był lekki przez stresujące wydarzenia w pracy i bieganie po sklepach. Wysłałam dzieci do łóżek, a sama – jak zwykle w takich sytuacjach – poczułam, że jestem najgorszą matką na świecie… Leżąc na łóżku i ocierając łzy pomyślałam, że to taka sytuacja, w której nic nie przyniesie mi ulgi. Zawód miłosny można zagłuszyć sprawdzoną przeze mnie kombinacją czekolady i wina, a stres wybiegać na polnej drodze czy na siłowni. W tym przypadku czułam, jakbym zabrnęła w ślepą uliczkę, stając jednocześnie oko w oko ze wszystkimi wyrzutami sumienia, które kolekcjonowałam przez lata macierzyńskich zmagań. A przecież ten wieczór miał wyglądać inaczej. Mieliśmy usiąść na łóżku, poczytać książkę i razem pośpiewać. To był czas, na który czekałam, bo mało jest w ciągu dnia chwil, które spędzamy tylko ze sobą.

Nagle pomimo łez i czarnej rozpaczy, w głowie pojawiła się bardzo trzeźwa myśl:

SKORO CHCIAŁAŚ SPĘDZIĆ TEN WIECZÓR INACZEJ, TO CZEMU LEŻYSZ NA ŁÓŻKU I PŁACZESZ? 

Przecież nikt nie zmuszał mnie do rezygnacji z czasu spędzonego z dziećmi. Nikt nie kazał mi również roztrząsać swoich porażek i zalewać się łzami. Uczucia, za którymi poszła cała nasza trójka (złość Młodego, smutek Młodej i moje wycofanie połączone z poczuciem porażki) to tylko uczucia, a nie smycz i kaganiec. To informacja o tym, co się we mnie dzeje. Powinnam ją przyjąć do wiadomości, ale nie muszę za nią iść jak niewolnik za swoim panem.

To było pięć minut, które odmieniło moje spojrzenie na siebie – nie tak ogólnie, tylko dzisiaj, w tym całym bałaganie. Pięć banalnych minut pełnych łez i gonitwy myśli. Pięć minut na spotkanie z sobą i decyzję na to, że mogę czuć jedno, ale robić drugie.

Wiecie, co było dalej? Otarłam łzy, zawołałam dzieci i na spokojnie porozmawiałam z nimi o całej sytuacji. Każde z nich wybrało swoją ulubioną bajkę, a potem wspólnie śpiewaliśmy sobie przerażającą historię o tym, jak to „króla zjadł kot, pazia zjadł pies, królewnę myszka zjadła”. I tylko co chwilę, każde z nas na zmianę pociągało nosami, tworząc niepowtarzalny podkład niemuzyczny do tej banalnej opowieści…