Jestem niedopasowana do najnowszych trendów. Udaję, że nie zauważam śmigających wokół gołych kostek (nawet przy minus dziesięciu stopniach za oknem).I nie chodzi nawet o świadome przeciwstawianie się temu, co modne. Mi jest najzwyczajniej w świecie ZIMNO! Podśmiewam się także z dziurawych dżinsów, które pewnie powinny mnie zachwycać, zbyt wyraźnie widzę jednak różnicę między subtelnymi przetarciami (fajne!) a dziurami budzącymi skojarzenia z ucieczką przed rottweilerem. Ucieczką nieudaną, jak sądzę, skoro dżinsów na nogach bardziej nie ma niż są.

Z podobną rezerwą zdarza mi się podchodzić do nowych smaków. Dużo czasu minęło, zanim spróbowałam sushi. Nie cierpię rukoli, a ponoć to niespotykane, bo można nie lubić kaszanki czy ozorków, ale żeby kręcić nosem na modną sałatę? Przez długi okres nie chciałam dać się namówić na próbowanie nowych smaków deserów. Weźmy na przykład słony karmel, czyli popularny ostatnio smak lodów. Nie jestem fanką karmelków, a z lodów najbardziej lubię czekoladowe, czekoladowe oraz czekoladowe. Poza tym karmel z dodatkiem soli musi smakować jak szprotki z nutellą- myślałam. Kiedy jednak pewnego dnia postanowiłam spróbować tego połączenia, inne smaki lodów przestały dla mnie istnieć. To była miłość od pierwszego…posmakowania ;)

Pomyślałam dzisiaj, że wiele osób z mojego otoczenia ma podobne doświadczenia z Kościołem. Niektórzy z nich mają sporą wiedzę. Regularnie czytają artykuły, które de facto niewiele różnią się od recenzji kulinarnych. W dyskusji potrafią poprzeć swoje argumenty konkretnymi przykładami z życia innych. Wiele widzieli i słyszeli. Czy jednak czegoś posmakowali?…

Mogę przeczytać najlepszą książkę Gordona Ramsaya i ze szczegółami wyobrazić sobie, jak mogłyby smakować przestawione na zdjęciach potrawy. Mogę obejrzeć jego program kulinarny, mogę nawet przechodząc obok restauracji próbować uchwycić apetyczny zapach któregoś ze szczególnych dań. Mogę mieć sporą wiedzę, a jednak nie wiedzieć NIC. Bo ja można opisać smak słonokarmelowych lodów? Albo jak opisać gruszkę- jak pyta Andrzej Sapkowski w trakcie rozważań nad miłością? „Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.”

Nie jestem naiwna. Też czytam gazety i czasem, choć bardzo rzadko, oglądam telewizję. Wiem, że Kościół tworzą ludzie, a ludzie nie są idealni. Zdarzało mi się być w Kościele świadkiem zachowań, które nie powinny mieć miejsca. Zdarzało się trafić w konfesjonale na beznadziejnego księdza, a na kazaniu przysypiać lub gorzej- wstydzić się rzeczy, które słyszę z ambony, bo na próżno szukałam tam miłości i nawiązania do słów Jezusa. Brakuje mi argumentów, gdy ktoś zaczyna rozmowę o drogich samochodach parkujących przed plebanią, bo wiem, że tak się zdarza. Problem w tym, że to tylko część prawdy o Kościele. To jednak ta część, którą najłatwiej opisać i ocenić, przyznając jedną na pięć gwiazdek w anonimowej recenzji. Jest też druga strona medalu.

Moje doświadczenie Kościoła ma smak herbaty, nad którą do późnej nocy dyskutuje się ze śmiechem. Moj Kościół ma smak soli: smak łez wylanych w obecności kogoś, kto mnie rozumie i tych otartych słowami rozgrzeszenia. Jest w nim miejsce na niewyspanie, gdy czuwa się w noc przez innych nazywaną Wielką, a przez nas – w taki sposób przeżywaną. Są spontaniczne spotkania, wspólne lepienie pierogów przed wigilią, hektolitry kawy wypitej w kawiarniach i kilometry przedreptane na spacerach. Jest doświadczenie troski i modlitwy innych. I przede wszystkim – doświadczenie Bożego działania. Jedynym zaś skandalem, który nieustannie mnie zadziwia i szokuje jest Skandal Miłosierdzia…

Mój Kościół to wspólnota, która ŻYJE. Można na nią spoglądać ostrożnie i z dystansu. Można patrzeć spomiędzy wierszy równo poustawianych słów w gazecie, ale wtedy zobaczy sie tylko czarno- biały obraz rzeczywistości. Żeby poznać prawdę, trzeba czegoś wiecęj: trzeba Kościoła POSMAKOWAĆ. I tak, przyznaję, do tego trzeba odwagi – odwagi wyjścia ze swoich schematów i wejścia we wspólnotę prawdziwych ludzi, wspólnotę nieidealną, ale piękną.

Jakiś czas temu myślałam, że Kościół to ONI. Nie sądziłam kiedyś, że spontanicznie i z pewnym rodzajem zachwytu napiszę prosto z serca, że Kościół to MY – Ty i ja. Wiem jednak, że to tylko słowa. I nie będę opisywała ksztaltu i smaku miłości, ogromu ciepła i radości, jakich zdarza mi się doświadczać. Powiem tylko: posmakuj. Niczego nie ryzykujesz :)