„Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.” (Dz 2,6)

„Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii…” – wylicza święty Łukasz, podając nazwy, które mówią nam niewiele i różnią się od słów, które znamy na co dzień. Gdybyśmy sami mieli dokonać jakiegoś podziału ludzi, którzy nas otaczają, wyglądałoby to pewnie inaczej: mieszkańcy metropolii i wiosek na końcu świata, zwolennicy PiSu i PO, słuchacze Radia Maryja i czytelnicy DEONu, katolicy i protestanci. I tak dalej. Jesteśmy specjalistami w dzieleniu. Trudno się zresztą dziwić, skoroto różnice zawsze najbardziej rzucają się w oczy.

Moim pomysłem na działanie w momentach, gdy rosną podziały, jest szukanie tego, co łączy. Nie ukrywam, że efekty moich wysiłków są różne, a próba szukania kompromisu prowadzi czasem do zaostrzenia sporu, a czasem do stwierdzenia, że celowo spłycam i „rozmywam” wartości. Niekiedy udaje się znaleźć wspólny język, innym razem – wręcz przeciwnie. Na szczęście Pan Bóg podsuwa inne rozwiązanie – dużo prostsze. Genialne w swojej prostocie!

Możemy się różnić i każdy z nas może mówić w swoim własnym języku. Z różańcem w ręku albo książką Hołowni po pachą, możemy iść przez świat drogami, które wydają nam się słuszne. Możemy mówić o Bogu w różny sposób, nie zawsze się przy tym zgadzając w kwestiach drugorzędnych. Jeśli jednak naprawdę chcemy głosić Jego Dobrą Nowinę, nic nie stoi na przeszkodzie, by robić to używając swojego własnego języka. On sam zadba o to, by nasze słowa dotarły do osób, do których naprawdę trafią – bo przemówimy nie w sztuczno-kościółkowej nowomowie, ale swoim życiem i doświadczeniem. Przemówimy w swoim własnym języku.

Duch Święty to Bóg niespodzianek – prowadzi jak chce i gdzie chce. To Bóg, który daje jedność, ale nie przez to, że każe nam się wcisnąć w jednakowe, szare mundurki nudnej poprawności. W drogę głoszenia Ewangelii kogoś z nas wyśle w dredach, kogoś innego na wysokich obcasach, a jeszcze innego – na bosaka. Ktoś z nas zakocha się w myślach o. Pio, inny zainspiruje Simone Weil. A jednak mimo tych różnic, każdy z nas może w sposób pełen Bożego ognia głosić Dobrą Nowinę o miłości – nie przez szukanie nadzwyczajnych środków, które mogą do tego prowadzić, lecz przez bycie sobą.