Jakiś czas temu zostałam nazwana “blogerką katolicką”. Pomyślałam, że to ciekawe sformułowanie, którego jednak nie odniosłabym do siebie. Jestem po prostu mamą, w dodatku pracującą zawodowo (i to sporo) i angażującą się w życie Kościoła. Przy okazji też piszę bloga. Nie czuję się jednak “blogerką”. Bycie blogerem jest związane ze specyficznym stylem bycia i z odsłanianiem siebie nie tylko przez słowa, ale również zdjęcia czy filmy. Ja zatrzymuję się tylko na pisaniu.

Te przemyślenia skłoniły mnie jednak do zatrzymania się na dłużej przy tej ciekawej zależności – w jak ogromny sposób zależymy od SŁÓW. Jeśli mówię o sobie: “jestem blogerką”, pociąga to konkretne konsekwencje w moim zachowaniu. Jeśli z kolej powiem: “jestem mamą, która czasem pisze bloga”, to zestaw tych zachowań jest już nieco inny, bo coś innego jest priorytetem (bycie mamą). Słowa mają ogromną moc! Warto zastanowić się nad tym, jakich wyrażeń używamy do mówienia o sobie, bo wypowiadając słowa, definiując rzeczywistość, w pewien sposób nadajemy jej konkretny kształt.

W opisie stworzenia świata widzimy Boga, który nazywając kolejne rzeczy, porządkuje chaos. On nie tylko stwarza, lecz również nadaje nazwy i imiona. Do tego zadania zaprasza również Adama: Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa” (Rdz 2,19). Moja znajoma, która jest lingwistą, komentując ten fragment powiedziała (pokazując jak Bóg załamuje ręce): Oj, „nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. (Rdz 2,18). Mężczyźni śmieją się czasem, że jesteśmy zbyt gadatliwe, ale w tym przypadku, pomoc kobiety nie polega na ilości wypowiadanych słów. Kobieta pomaga w nazywaniu rzeczywistości dlatego, że dzięki swojej wrażliwości, potrafi zobaczyć więcej. Nasze emocje i dostrzeganie wielu szczegółów, zwłaszcza dotyczących relacji, to bezcenny skarb, który możemy wykorzystywać dla dobra swojego i innych ludzi.

W tej jednej z psychologicznych koncepcji dotyczących tożsamości (Hazel Marcus), występuje występuje określenie “ja możliwe”. Jest to zespół cech, pomocnych do wejścia w konkretną rolę lub sytuację w przyszłości. „Ja możliwe” może być pożądane lub niepożądane, a dzięki kreowaniu przyszłej wizji siebie może nas stymulować do działania w określony sposób albo hamować jakieś nasze zachowania. Jeśli na przykład chcemy się odchudzać, możemy wyobrazić sobie siebie jako osobę szczupłą, o wyglądzie jakiego pragniemy. Możemy też pójść w zupełnie innym kierunku, czyli wyobrazić sobie, jak możemy wyglądać, jeśli będziemy przybierać na wadze. To dwa rodzaje “ja możliwego”. Badania pokazują , że lepsze efekty działania odnosi się w przypadku wyobrażania sobie pozytywnych skutków podejmowanych wysiłków (czyli w tym przypadku – “ja możliwe” jako osoba szczupła i atrakcyjna).

To, w jaki sposób myślimy o sobie, jakimi słowami określamy swoje możliwości i pragnienia, wyznacza kierunek naszych działań – pokazuje, jak może wyglądać nasze “ja możliwe”. Jeśli w moim myśleniu o sobie będą powtarzać się słowa o własnej słabości i ograniczeniach, nie będę miała śmiałości walczyć o wielkie pragnienia, jakie mogą kiełkować w moim sercu. Z drugiej strony – nawet jeśli powtarzam sobie, że dam radę, że coś mi się uda, że podołam, nie zawsze tak się dzieje, a stawiane przez siebie i innych wymagania czasem po prostu mnie przerastają.


“Dzielna niewiasta” XXI wieku żyje w świecie, w którym czeka na nią wiele możliwości. Wśród nich są często są te bardzo zwyczajne – żeby być w udanym związku, mieć dobrą pracę, realizować swoje pasje i żeby sprawdzać się we wszystkich tych zadaniach. Można je nazywać marzeniami, czasem jednak stają się ciążącym balastem – zwłaszcza wtedy, gdy porównujemy się z innymi i czujemy presję, by osiągnąć konkretne cele w wyznaczonym przez siebie terminie. 

Żeby temu podołać, chętnie przyjmujemy wsparcie – dobre słowo czy pomoc w realizacji tych celów. Same też  staramy się myśleć pozytywnie, powtarzając sobie że damy radę, że wszystko będzie dobrze. Czasem jednak, w obliczu trudności, które są od nas niezależne, możemy doświadczyć tego, co jest bardzo naturalne – że to tylko słowa. Słowa mają moc – owszem. Jeśli jednak nawet spędzę 100 godzin przed lustrem, mówiąc sobie, że będę baletnicą i próbując myśleć pozytywnie na ten temat, to niewiele zmieni. Moc ma jedynie to słowo, które odnosi się do rzeczywistości, które nie jest od niej oderwane. A tak naprawdę jedynym Słowem, które jest żywe i skuteczne, jest Słowo Boże.

Chciałabym nawiązać do jednej z biblijnych postaci, która w moim odczuciu bardzo dobrze obrazuje to, co powiedziałam na temat koncepcji “ja możliwego”. Niektórym z nas może się kojarzyć jedynie ze sceną, w której występuje z mieczem w dłoni (po odcięciu głowy króla Holofernesa ). Bardzo ciekawy jednak jednak proces, który dokonuje się w niej samej. Historia, w której gra główną rolę, rozgrywa się w czasie oblężenia Betulii  przez wojska asyryjskie. Kiedy zaczyna brakować wody, mieszkańcy zaczynają myśleć o poddaniu miasta. W tym właśnie momencie historii Izraela poznajemy Judytę – od ponad trzech lat wdowę. Judyta ubiera się stosownie do tego stanu, czyli nosi wdowie szaty, spędza również czas na modlitwie i postach. Aby ocalić swój naród, postanawia jednak ubrać się w piękne szaty i udać się do obozu wroga. W ten sposób poznaje króla Holofernesa, który jest oczarowany jej urodą. Uczta, na którą ją zaprasza, kończy się jednak dla niego tragicznie – Judyta wykorzystuje tę sytuację i zabija przywódcę wrogich wojsk… Pieśń dziękczynna, którą wyśpiewuje po odniesieniu zwycięstwa, pozwala nam wejść w świat jej myśli. W jaki sposób mówi o sobie?

Mocarz ich nie zginął z ręki młodzieńców,
ani nie uderzyli na niego synowie tytanów,
ani nie napadli na niego olbrzymi giganci,
ale Judyta, córka Merariego,
obezwładniła go pięknością swojego oblicza.
Zdjęła bowiem swoje szaty wdowie,
(…)
jej piękność usidliła jego duszę,
a miecz przeciął kark jego.

Zlękli się Persowie jej odwagi,
a Medów przeraziła swoją śmiałością(Jdt 16,6-10)

Judyta wie, że jest kobietą – nie jest tak silna jak wojownicy. Widzi jednak, jak wielkie bogactwa złożył w niej Bóg i nie boi się ich nazywać. Mówi o swojej piękności, odwadze i śmiałości. Co stałoby się, gdyby Judyta prowadziła ze sobą inny dialog wewnętrzny? Gdyby mówiła: jestem tylko wdową, jestem słaba, nie mam oparcia w mężu ani w żadnym innym mężczyźnie? Ona wiedziała, że jest słaba, ale polegała nie na sobie, lecz na mocy Pana Boga. To, co mówi o sobie w pieśni dziękczynnej, to również nie są jedynie jej słowa. Mówi to, co czuje w sercu – a w sercu rozmawia z Bogiem. I to Bóg mówi jej, że jest piękna, odważna i śmiała. Te słowa mają moc! – bo nie pochodzą od człowieka, bo ich źródłem jest przekonanie Judyty, że taką właśnie stworzył ja Bóg.

Mam nadzieję, że żadnej z nas nie czeka podobne wyzwanie – w sensie dosłownym. W wielu sytuacjach jednak jesteśmy wezwane do tego, żeby jak Judyta, bronić tego, co dla nas ważne. Codzienność stawia przed nami wiele wyzwań, a świat (i my same) ma konkretne oczekiwania, które powinnyśmy spełniać. Na co dzień kontrolujemy nie tylko swój sposób ubierania, ale i to, czy mamy wystarczająco uprzejmy uśmiech, czy w profesjonalny sposób zachowujemy się w pracy, czy dostatecznie dobrze wykadrowałyśmy wrzucane na FB zdjęcie. Szukamy potwierdzenia naszej wartości, przeglądając się nie tylko w lustrze, ale w oczach innych osób – bo duża część naszego kobiecego serca pragnie akceptacji.

Możemy jej szukać w świecie, zabiegając o aprobatę otoczenia. Ale jeśli tak robimy, odkrywamy z czasem, że to nas nie nasyca. Zabiegamy o aprobatę, potem robimy wiele, by ją utrzymać, boimy się, że ktoś będzie od nas lepszy. Wtedy pojawia się nie tylko lęk, lecz również zazdrość. Możemy wmawiać sobie, że potrafimy poradzić sobie z tym same, że wystarczy myśleć pozytywnie. Prawdziwy pokój serca przychodzi jednak wtedy, gdy odkrywamy, że to Bóg nasyca wszystkie takie głody – gdy tego doświadczamy, a nie tylko powtarzamy pobożne słowa zasłyszane na ten temat. 

Judyta odkrywa to, że jest dzielną niewiastą nie przez wizualizację celów, które chce osiągnąć i nie przez wmawianie sobie, że da radę. Ona zaczyna od modlitwy, która jest nie tylko mówieniem do Boga, ale słuchaniem Jego słów. Co takie słyszy Judyta w tym czasie? Co się w niej dzieje?

Co musi usłyszeć kobieta, aby przestać się bać? Co musi usłyszeć, żeby stać się dzielną niewiastą? Jakie słowa muszą pojawić się w jej sercu, by uwierzyła, że jej wartość jest niezależna od efektów jej działania? Że Bóg nie wymaga od niej sukcesów, radzenia sobie z trudnościami i bycia idealną we wszystkim? Ba! Zaryzykowałabym stwierdzenie, że Bóg nie wymaga od niej absolutnie niczego, bo na początku chce przede wszystkim, aby ona wsłuchała się w to, co On ma jej do powiedzenia. “Słuchaj, Izraelu!”. Słuchaj Maju, Katarzyno, Magdo, Emilio. Słuchaj i usłysz, jaka naprawdę jesteś, jak cenna jesteś w moich oczach. A czas na działanie przyjdzie później. I gdy uwierzysz, że jesteś naprawdę kochana i akceptowana taka, jaka jesteś, Twoje działanie będzie miało moc – bo jego początkiem i podstawą będzie Bóg, a nie jedynie Twoje siły…

Sama byłam całkiem niedawno w sytuacji, w której doświadczyłam, jak wielka jest różnica między moimi słowami a tym, co mówi do mnie Bóg. Pewnego dnia obudziłam się nad ranem i nie mogłam zasnąć. Próbowałam odganiać myśli o czekających mnie zadaniach i wyzwaniach, ale zupełnie mi się to nie udawało – czułam, że pokonuje mnie stres i zamartwianie się. Wstałam wtedy o piątej rano, zrobiłam sobie kawę i próbowałam spokojnie spojrzeć na to, co mnie czekało w najbliższym czasie. Powtarzałam sobie: dasz radę, będzie dobrze, wszystko się jakoś ułoży. Powtarzałam te słowa jak mantrę, starając się uwierzyć w to, co mówię. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że tak naprawdę próbuję w pewien sposób zaklinać rzeczywistość. Wtedy też zapytałam Pana Boga: „A co Ty powiedziałbyś mi w takiej chwili”?

Nie usłyszałam: „Wszystko Ci się uda”. Nie usłyszałam, że będzie dobrze, że nie muszę się o nic martwić, bo On usunie wszystkie trudności z mojej drogi. Usłyszałam za to słowa, które napełniły moje serce ogromnym pokojem: „Jestem z Tobą„. Tylko tyle. Ale to dało mi niesamowitą siłę. Poczułam, że nie jestem sama…

Mam dla Ciebie dzisiaj propozycję – małe ćwiczenie, które może pomóc Ci w usłyszeniu słów, które potrafią zmienić życie. Po pierwsze: posłuchaj siebie. Wsłuchaj się w to, co o sobie myślisz, jak do siebie mówisz. Ile razy w ciągu dnia myślisz: „dam radę”, „wszystko będzie dobrze”, albo wręcz przeciwnie – “to mi się nie uda”? Nie oceniaj tych myśli, tylko przyglądaj się im i popatrz, do czego cię prowadzą. Jeśli myślisz o sobie: “ale jestem beznadziejna, znowu rano wkurzyłam się na swoje dzieci” , to czy to myślenie doprowadzi Cię do tego, że jutro rano nie podniesiesz głosu, gdy dzieci będą marudzić? Czy raczej wpędzi we frustrację?

A jak myślisz – co w tej sytuacji powiedziałby Ci Bóg? Jakie słowa skierowałby do Ciebie Twój dobry Tata, ktoś kto nie tylko nieskończenie kocha, ale też w każdym upadku nieskończenie współczuje, nie potępia lecz próbuje pomóc? Zapytaj Go, jaka jesteś w Jego oczach. Zapytaj, co w Tobie dobre, ile w Tobie – jak w Judycie – odwagi i śmiałości. Może odpowiedź nie przyjdzie od razu, a może wręcz przeciwnie – w sercu pojawi się jakieś słowo lub fragment z Pisma Świętego. Jeśli chcesz, zapisz to słowo i wracaj do niego, prosząc by to Bóg pomagał Ci nazywać Twoją rzeczywistość i Ciebie samą.

“Twoje słowo jest lampą dla moich słów” – to słowo Boże mówi o tym, jakie jesteśmy. Co więcej, to nie jest malutka lampka o niepewnym płomyczku, oświetlająca tylko nieznacznie nasze drogi i bezdroża. Słowo Boże jest jak światła na pasie startowym lotniska – zawsze pokazuje pewną drogę i bezpieczne miejsce do lądowania. Choćby lot był pełen turbulencji, a nasze serce drżało ze strachu, wystarczy popatrzeć przed siebie i dać się poprowadzić. To Słowo ma moc.

_____

z konferencji „Być kobietą urzekającą”, Warszawa  27.05.2017