Joasia od miłości niezwykłej.

„Urwisy są jak zwykle pełne życia. Mam przy nich co robić, bo ciągle sę boję, żeby nic im się nie stało i dlatego muszę zawsze ich pinować. Są w tym wieku, że trzeba stale mieć je na oku, ale są wspaniałe w swej niewinności.”

To nie wypowiedź z internetowego forum dla mam, ale fragment listu sprzed ponad pięćdziesęciu lat. W ten sposób domową codzienność opisywała swojemu mężowi Joasia. Wraz z Piotrem tworzyli zgodne, pełne miłości małżeństwo, tym bardziej więc częste wyjazdy męża ciążyły młodej mamie. Joasia była jednak kobietą pogodną i silną, radziła więc sobie i z ząbkowaniem, i w chwilach, gdy trójka maluchów złapała grypę żołądkową. Drobne wyzwania domowej codzienności były wtedy zadziwiająco podobne do tych, z którymi sama się mierzę.

Niektórzy dystansują się wobec niej, bo mogła sobie pozwolić na wynajęcie pomocy domowej czy ogrodnika, a więc żyła dostatniej niż większość z nas. Ja jednak patrząc na nią, czuję nadzieję, bo widzę kogoś, kto jest bardzo zwyczajny. W Joasi widzę dowód na to, że świętość jest dla każdego, nie tylko dla tych, którzy ewangeliczne słowa o sprzedaniu swoich majętności potraktują dosłownie i rzucając wszystko, wyjadą na drugi koniec świata. Świętość jest też dla tych, którzy wyjeżdżają co najwyżej – jak Joasia – w góry na urlop z dziećmi. Jest dla tych, którzy zostają w pracy po godzinach, którzy nie zawsze mają czas, by wejść codziennie do kościoła, ale odkrywają, że można się modlić ot chociażby przy obieraniu ziemniaków. Świętość jest dla tych, których największym wyzwaniem bywa próba przyniesienia ulgi ząbkującemu maluchowi. I nie przeszkadza w niej to, że realizuje się swoje pasje (jak góry i narciarstwo Joasi), że dba się o swój wygląd i modne ubrania, że jest się jednocześnie kochającą mamą i osobą oddającą się pracy zawodowej.

„Wiesz, Gina, jak bardzo się cierpi, gdy trzeba umierać, zostawiając takie malutkie dzieci! (…) Wiesz, jak inaczej ocenia się rzeczy, leżąc na łożu śmierci… Jak nieistotne wydają się różne rzeczy, do których świat przywiązuje wielką wagę!”

Joasia świadomie oddała życie za swoje czwarte dziecko. Miała wybór – ratować siebie albo zaryzykować i pozwolić, by Życie, które rozwijało się pod jej sercem, miało szanse przetrwać. To Życie ma na imię Gianna Emmanuella. Bo Życie zawsze ma konkretne imię…

Dzisiaj wspominamy ją w Kościele –  Joasię zwyczajną, pełna matczynej troski, z radością przeglądającą katologi mody i wędrującą po górach, a jednak w tym wszystkim Joasię – świętą. Uczę się od niej tego, żeby doceniać każdy dzień, w którym mogę być z moimi dziećmi. Uczę się dostrzegać Życie – nie tylko tam, gdzie drastycznymi zdjęciami krzyczą o nim przeciwnicy aborcji (bo do takich akcji, mimo bycia zdecydowanie pro life,  nie mam przekonania). Uczę się dostrzegać je w każdym drobiazgu i w tym wszystkim, co zwyczajne, szukać drogi do miłości niezywkłej. Czyli do świętości.

„Najdroższe moje skarby, tatuś przywiezie wam mnóstwo, mnóstwo słodkich pocałuków. Bardzo bym chciała do was przyjechać, ale muszę leżeć w łóżeczku, bo troszkę boli mnie brzuszek. Bądźcie grzeczni (…) Mam was w moim sercu i myślę o was w każdej chwili. Z wielką miłoścą całuje was i ściska wasza mamusia”.

Święta Joasiu – módl się za nami.

(Fragmenty listów i wypowiedzi pochodzą z książki „Joanna Beretta Molla. Święta, która oddała życie za życie swojej córki”)

Miłosierdzie – to widzieć dziecko…

Bycie rodzicem to duża odpowiedzialność. Pamiętam swoje przerażenie po pierwszej wizycie u pediatry, w dodatku z wcześniakiem lekkim jak piórko – tyle rzeczy do ogarnięcia, badań do zrobienia, spraw do dopilnowania. A potem jest tego przecież coraz więcej. To może banalne, ale jeśli chcę, żeby moje dziecko miało prosty kręgosłup, muszę zadbać o odpowiednią gimnastykę. Jeśli we właściwym wieku nie zastosuję się do zaleceń ortodonty, może się to skończyć utrwaleniem wady zgryzu. To pozornie drobiazgi, ale chyba dla każdego jest to oczywiste – skutki niektórych zaniedbań rodziców można po jakimś czasie bardzo łatwo zauważyć, bo rzucają się w oczy.

Rzucają się w oczy: skrzywione kręgosłupy, koślawe kolana i krzywe zęby. W dużo mniejszym stopniu widać jednak zranione uczucia, zachwiane poczucie bezpieczeństwa i brak wiary z ludzką życzliwość. To też skutki niektórych zaniedbań, jakich dopuścili się najbliżsi. I często dzieci są im winne w równie niewielkim stopniu jak wtedy, gdy ktoś z dorosłych nie dba o ich zdrowie i rozwój fizyczny.

Zauważam często to, co mnie samą dotyka i rani. Zauważam wycelowaną we mnie złośliwość, a nie dostrzegam, że to tak naprawdę lęk przed zranieniem – lęk serca, które nauczyło się atakować, by wyprzedzić zadanie ciosu. Zauważam arogancję i przesadną pewność siebie, a nie widzę, że tak naprawdę to głos dziecka, które musiało dorosnąć zbyt szybko i zostało obarczone odpowiedzialnością ponad swoje dziecięce siły. Zauważam to, co złe, a nie widzę tego, co jest prawdziwą przyczyną takiego zachowania. Rzadko jest tak, że ktoś z premedytacją będzie chciał mnie zranić, odtrącić czy obrazić. Dużo częściej będzie się tak działo, bo nie umie inaczej. Czego Jaś się nie nauczył, tego i dorosly Jan nie umie zrobić. I choć często próbuje, nauka jakiekolwiek nowej czynności w wieku dorosłym jest trudniejsza niż gdy jest się dzieckiem – zarówno jeśli chodzi o naukę mowy, jak i umiejętność okazywania uczuć…

Ronald Russel napisał takie słowa (a to tylko fragment jego wypowiedzi):

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które jeszcze wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Pomyślałam dzisiaj, że Miłosierdzie polega właśnie na tym – żeby zobaczyć w drugim dziecko. Pewnie to naiwne. Pewnie ktoś powie, że nie można wszystkiego tłumaczyć trudnościami z przeszłości ani usprawiedliwiać w ten sposób każdego zła. Pewnie ja sama często jestem skłonna zbyt mocno osądzać i oceniać, zanim pomyślę, jakie może być prawdziwe źródło czyjegoś zachowania. A jednak moje (trochę naiwne) kobiece, matczyne serce widzi z tym swoją własną definicję bycia miłosiernym.

Ktoś, kto mnie dzisiaj wyśmiał, wczoraj sam mógł doświadczyć tego ze strony swoich najbliższych.

Ktoś, kto dzisiaj nadużył mojego zaufania, wczoraj sam mógł doświadczyć zdrady.

Ktoś, kto dzisiaj uderzył mnie w prawy policzek, wczoraj sam mógł być ofiarą przemocy, jakiej żadne dziecko doświadczać nie powinno. I czuje skutki dawny wydarzeń, nawet jeśli dawno przestał już być dzieckiem.

Oczywiście – muszę w takich przypadkach stawiać granicę. Muszę reagować, sygnalizować że dzieje się coś niedobrego, a jeśli trzeba, nazywać zło po imieniu. To muszę robić.

Nie muszę natomiast osądzać. Nie muszę oceniać, wtłaczać w ciasne schematy i naklejać etykietek: samolubny, leniwy, arogancki. Nie muszę do tego zła, które się dzieje, dokładać kolejnego – nawet jeśli podpowiada mi to moja urażona duma albo zranione uczucia. To pewnie trochę naiwne, wiem, tak samo jak naiwnym wydaje się nadstawienie drugiego policzka. Patrzę jednak na Krzyż i na Kogoś, kto umarł za mnie, gdy byłam jeszcze grzesznikiem (Rz 5,8). I nie potrzebuję już żadnych innych wyjaśnień…

wszystko na plus.

Najpierw był Kopciuszek i Śpiąca Królewna, potem – pełne magii bajki Disneya, a w końcu – Pretty Woman i Dirty Dancing. W tym wszystkim obecna wszędzie bez wyjątku, choć nigdy nie ubrana w słowa, tęsknota za miłością. Tęskona za byciem dla kogoś ważnym – na tyle, że przemierzał kolejne kilometry z jednym pantofelkiem w dłoni albo dostrzegał piękno i wyjątkowść tam, gdzie inni widzieli tylko jedną z wielu twarzy. Tęsknota za byciem kimś – nie jednym z wielu, nie częścią tłumu, ale kimś wyjątkowym, bez kogo świat nie ma sensu.

Dzisiaj w nocy będziemy śwętować ŻYCIE. Będziemy świętować zmartwychwstanie, zwycięstwo nad śmiercią i grzechem, ale przede wszystkim – Miłość. Miłość, która jest właśnie taka – jak z bajki, ale prawdziwa. Bóg wprawdzie nie biegnie za Tobą, próbując na siłę włożyć na Twoją stopę zgubiony wcześniej pantofelek. Nie narzuca się i nie działa na siłę. Ale działa w bardzo konkretny sposób – i to jak! Żadna bajka nie ośmieliła się pójść tak daleko w próbie opisania, czym jest miłość. W żadnej z miłosnych historii przeniesionych na wielki ekran, główny Bohater nie oddaje tak wiele za kogoś, kto nie może Mu zaoferować zupełnie nic, oprócz miłości przez małe „m”. Miłości zagłuszanej przez grzech i słabości, nieśmiałej i chwiejnej.

On ukochał Ciebie jak księżniczkę z bajki. Ukochał Ciebie, księżniczko, tak bardzo, że nic nie wydawało Mu się szaleństwem – ani narodziny w szopie, gdzieś na końcu świata, ani śmierć, na którą skazywano tylko niewolników i najgorszych przestępców. Poszukiwania Kopciuszka to pestka w porównaniu z ciemnymi dolinami, którymi wędrował po Twoich śladach za każdym razem, gdy biegłaś przed siebie w buncie czy rozpaczy. A pusty grób jest większym dowodem miłości niż najpiękniejszy pałac z bajki. Bo oznacza ŻYCIE – na zawsze i w radości.

To dla Ciebie to wszystko. Dla Ciebie ta Miłość – silniejsza od śmierci i grzechu. Miłość zamknięta w krzyżu Jezusa, który Bóg dopisuje do naszego życia jak znak „plus” w równaniu. Wszędzie tam, gdzie mamy braki, dopełnia je jego Krzyż, znak Zbawienia. Choćby nam się wydawało, że oddala nas od niego milion naszych „nie” i przepaść braków i ułomności  – On to wszystko przemienia. Na plus.

Skoro moc tej miłości sprawia, że Jezus przyjmuje na siebie cierpienie i znosi je bez słowa sprzeciwu, skoro jej siła przywraca do życia i bez trudu odsuwa kilkutnowy kamień sprzed grobu, to czy naprawdę sądzisz, że jakakolwiek z Twoich słabości może być dla niej przeszkodą? :)

 

jak nie zrobić JAJ z WIELKANOCY (5 podpowiedzi)

Zobaczyłam niedawno w telewizji reklamę jednego z filmów dla dzieci – „Zając Max ratuje Wielkanoc”. Już sam tytuł wzbudził we mnie sprzeciw, o jaki bym siebie nie podejrzewała, bo rzadko jestem wojującą katoliczką. Tym razem jednak ze smutkiem pomyślałam, że z Wielkanocą może stać się to samo, co ze świętami Bożego Narodzenia. Kiedy byłam małą dziewczynką,wiedziałam że prezenty przynosi Gwiazdor, czyli ktoś z czerwonym kubraczku, z ogromnym workiem pełnym podarunków. Na tym moja wiedza się kończyła. Moje dzieci natomiast znają opowieści o biegunie północnym, elfach- pomocnikach świętego Mikołaja i reniferach, które mają konkretne imiona. Mitologia się rozrosła (pewnie również dlatego, że przejęliśmy ją w dużej mierze z krajów anglosaskich, a Dziadek Mróż przeszedł na emeryturę).

Czy chcę, żeby to samo stało się z Wielkanocą? Zdecydowanie NIE. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie świeckiego świata bez Bożego Narodzenia i naprawdę bardzo lubię cały ten klimat – zapach pierniczków, choinki z czerwonymi dekoracjami i świąteczne piosenki. Jestem za to w stanie wyobrazić sobie świecki świat bez Wielkanocy, bo równie dobrze można w tym czasie świętować pierwszy dzień wiosny albo święto pierwszych przebiśniegów. Jeśli Wielkanoc ma oznaczać tylko tyle, że ktoś – jak zając Max – rezygnuje z aspiracji, by być członkiem miejskiego gangu (sic! bajka dla dzieci!), bo odkrywa bajkową krainę wielkanocną – to ja bardzo proszę: nie idźmy tą drogą. Zostawmy Wielkanoc taką, jaka jest, albo raczej jaka być powinna.

To nie zając Max ratuje Wielkanoc. To Jezus uratował – i Wielkanoc, i cały świat. Mnie osobiście uratował. Wiem, że nie każdy musi w to wierzyć  i szanuję to. Nie wychodzę  manifestować tego na ulicę, nie pukam do drzwi domów, rozkazując wieszać krzyż na ścianach i nikomu nie każę świętować tej WIELKIEJ NOCY. Mam jednak takie marzenie, żeby to święto było tym, czym jest – świętem zwycięstwa Życia nad śmiercią. Mam takie marzenie, żeby to była naprawdę albo Wielka Noc z Jezusem Chrystusem w roli głównej – albo nic. Jeśli to ma być tylko święto pisanek, zajączków i „wielkanocnej magii”, to nie nazywajmy tego Wielkanocą…

To moje marzenia – a konkrety? Co zrobić, żeby nadchodzące dni były czymś więcej, niż tylko wsparciem przemysłu drobiowego i jajczarskiego w Polsce? I jak sprawić, żeby nasze dzieci wiedziały, kto tak naprawdę „uratował Wielkanoc”?

Mam kilka pomysłów:

  1. Plan minimum

Jestem prawie pewna, że nie zdążę umyć okien i wyprać firanek. Wiem za to, że muszę nadgonić prasowanie – z tej prostej przyczyny, że dzieci muszą mieć co na siebie włożyć :) Oczywiście mogłabym spróbować zrobić wszystko, tak żeby dom lśnił czystością. Doba ma jednak tylko 24 godziny, a ja w przedświątecznym zabieganiu chciałabym znaleźć czas nie tylko na sprzątanie i gotowanie, ale również na BYCIE z innymi. Dlatego stawiam na plan minimum i zrobienie tego, co uważam za konieczne.

 

2. Nie wszystko musi się udać.

Przygotowując w zeszłym roku ciasto, w Wielką Sobotę stanęłam w kuchni przed całą górą przeróżnych składników, po czym zaczęłam czytać przepis: „Poprzedniego dnia przygotować …”. Jak to poprzedniego dnia?? Jak to wczoraj, skoro mamy już dzisiaj i ciasto ma być gotowe na już??.. Pamiętam, że mimo wszystko zrobiłam to ciasto, a jednak zupełnie nie pamiętam, jak smakowało. Okazało się, że nie to było najważniejsze. Może w takim razie warto nieco odpuścić? Przesolona sałatka to nie koniec świata, za to skwaszona mina może skutecznie przeszkodzić w doświadczaniu świątecznej radości :)

3. Zrób coś z dziećmi

Moja córka niedawno zaskoczyła mnie, spontanicznie dziękując i wymieniając różne domowe atrakcje, które staram się organizować dzieciom. Pieczemy razem ciasteczka, wykonujemy ozdoby, zorganizowaliśmy kiedyś nawet domowe laboratorium (korzystając z tych podpowiedzi, które okazały się rewelacyjne). Kilka dni temu zasialiśmy rzeżuchę, a przed nami wspólne ozdabianie mazurków i robienie pisanek. Wspólne spędzanie czasu oznacza jednak również inne czynności – dzieci chętnie pomogą w domowych porządkach, jeśli tylko odpowiednio się je zmotywuje oraz wytłumaczy, że skoro chcemy wspólnie świętować, to odbrze by było również wspólnie przygotować to świętowanie. A poza tym zawody w ścieraniu półeczek na czas i dokładność to dobra zabawa :) Wspólne sprzątanie to jednak oczywiście tylko zewnętrzne przygotowania. Doceniam jednak ich wagę, bo pomagają dzieciom doświadczyć tego, że rodzina dzieli ze sobą nie tylko chwile pełne radości, jak szukanie słodyczy, które przyniósł zajączek, ale również trud, który je poprzedza.

4. Podziel się wiarą

Wspólnie spędzany czas może być okazją do tego, żeby opowiedzieć o tym, co jest najważniejsze w świętowaniu Wielkanocy. Myślę że jeśli opowiadamy o tym prostymi słowami, naturalnie i od serca, do dzieci trafia to dużo bardziej, niż na szkolnej katechezie (z całym szacunkiem i sympatią do tej ostatniej). Podziel się wiarą, opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne. I w miarę możliwości – zabierz dzieci do kościoła nie tylko na święcenie pokarmów. W wielu miejscach liturgia Triduum Paschalnego sprawowana jest nie tylko dla dorosłych, ale też specjalnie dla dzieci (w Gdańsku np. u jezuitów, w Warszawie więcej szczegółów tu). To dobra okazja, żeby pokazać wyjatkowość i piękno tego czasu oraz żeby nieco przesunąć akcenty – zajączek jest ważny (bo przecież czekolada to pierwsza miłość większości dzieci), ale jest Ktoś ważniejszy… :)

5. Zwolnij

Ostatnie dni były dla mnie wyjatkowo intensywne, wiem więc jak łatwo jest powiedzieć: „zwolnij”, a jak trudno zastosować się do tej rady w życiu. Bardzo chciałabym jednak pobiec  za Jezusem tak jak Maria Magdalena po odkryciu pustego grobu (J 20,2). Chcę pobiec, ale dopiero wtedy, gdy nocne czuwanie przerwie okrzyk radości: że prawdziwie zmartwychwstał! Żeby to było możliwe, muszę jednak najpierw zatrzymać się, żeby nie przegapić tego, co najważniejsze. Udział w liturgii Triduum Paschalnego to najlepsza pomoc – nawet jeśli przez większość dnia zajmują mnie obowiązki, to jest czas, kiedy mogę skupić się na Tajemnicy Miłości i doświadczyć tego, że ona wciąż się dzieje, że nie dotyczy tylko przeszłości. Przez cały rok czekam na słowa, które usłyszę wieczorem: „On to w dzień przed męką za zbawienie nasze i całego świata, to jest dzisiaj, wziął chleb w swoje święte i czcigodne ręce…”

Zwolnij, bo On przychodzi dzisiaj – i to niezaleźnie od daty w kalendarzu. Przychodzi dzisiaj i tutaj, w kościele i gdy mieszasz świąteczny żurek w kuchni, w swoim Słowie, ale i w każdym spotkaniu z drugim człowiekiem. Niech nadchodzące dni pomagają to odkrywać. Niech przyniosą doświadczene bycia ukochanym i uratowanym – z Miłości. Tego życzę bardzo :)

zacznij od Słowa (top 5)

Kawa i gazeta – tak mogłabym sobie wyobrazić idealne rozpoczęcie dnia jeszcze kilka lat temu. Niewiele jest dla mnie czynności równie relaksujących, jak niespieszna lektura kolejnych stron i delektowanie się ulubionym napojem. Od kilku lat w moim ręku dużo częściej znajduje się raczej telefon lub tablet, a jednak idea pozostaje podobna – posiedzieć chwilę, popatrzeć na to, co dzieje się w świecie, spokojnie pomyśleć…

Ignacy Loyola, zanim jeszcze został świętym, poczynił pewne obserwacje dotyczące tego, w jaki sposób to, co czytał i myślał, wpływało na jego samopoczucie. Gdy rozmyślał „o rzeczach światowych doznawał w tym wielkiej przyjemności” ale – „kiedy znużony porzucał te myśli, czuł się oschły i niezadowolony.” Ja w pewnym momencie zauważyłam, że bardzo podobnie wpływa na mnie rozpoczynanie dnia od przeglądu najświeższych wiadomości. Tak naprawdę wtedy dociera do mnie coś więcej, niż tylko suche fakty i informację. Korzystając z serwisów informacyjnych, przejmuję też dużą część emocji, które one próbują mi sprzedać (i używam tego słowa celowo). Nie bez powodu nagłówki krzyczą negatywnymi lub budzącymi lęk sformułowaniami. To ma przyciągnąć moją uwagę, skłonić do kliknięcia na kolejną stronę, odsłaniając przy okazji kilka reklam. A ja czytam, analizuję i chłonę obraz świata, który zawsze jest jakąś konkretną jego wizją – bardzo często mało pozytywną.

Nie chodzi o to, żeby nie oglądać wiadomości. Chodzi o to, że ja tak naprawdę staję się tym, czym się karmię. Jeśli od rana karmię się lękiem i zatroskaniem, do czego będą w ciągu dnia uciekać moje myśli? Jeśli podsycam w sobie niechęć, czytając o zwolennikach czy przeciwnikach konkretnej partii politycznej, czy doprowadzi mnie to do wyrozumiałości, łagodności i cierpliwości względem drugiego?…

Dlatego zaczynam dzień od kawy i od Słowa. I pewnie nie jestem jedyna :) Można to Słowo smakować powoli, wchodząc w nowy dzień z jednym zdaniem z ulubionego psalmu. Można zacząć dzień od czytań mszalnych, szukając w nich inspiracji do  tego, w jaki sposób zmierzyć się z wyzwaniami, które nas czekają. Można sięgnać do brewiarza, sycąc się podwójnie – i samym Słowem, i świadomością tego, że cały Kościół modli się tego dnia tymi właśnie słowami.

Słowo Boże jest lampą dla moich stóp. Ale myli się ten, kto widzi w nim niewielką latarenkę, oświetlającą jedynie moje stopy i mały fragment mojej drogi. To nie jest taka lampa, którą ja niosę w reku, idąc sobie gdzie mnie nogi poniosą, w przypadkowym kierunku. To nie jest ledwie tlące się światełko, którego jasność zależy ode moich starań czy pobożności. To raczej światło, które wskazuje drogę – dokładnie tak, jak reflektory na lotnisku, które oświetlają podejście do lądowania. Słowo Boże to lampa, która sama wskazuje drogę i naprowadza na dobry szlak, tak że nawet po locie pełnym turbulencji, ląduję w końcu bezpiecznie u celu. I ma w sobie moc potrzebną do tego, by lądowanie było bezproblemowe nawet jeśli właśnie spotkała mnie awaria obu silników i pożar na pokładzie…

Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić moimi ulubionymi fragmentami z Biblii – właśnie takimi, które bezpiecznie sprowadzają mnie z niepewnych ścieżek i przypominają o tym, co najważniejsze. To słowa, które w jakiś sposób zmieniły moje życie:

1.

Od tych słów WSZYSTKO się zaczęło. Odkrycie tego, że Bóg kocha – w dodatku tak mocno, że nic tej miłości nie zachwieje – było dla mnie przełomem i wiązało się z głośnym „WOOOOOW”. Echo tego zachwytu wraca za każdym razem, gdy słyszę ten fagment. Pada tutaj szczególne hebrajskie słowo – hesed – które wyraża miłość i łaskę, silniejszą o zdrady i grzechu, bo jej podstawą nie jest ludzkie zachowanie, lecz wierność Boga.

2. 

Cały psalm 121 jest cudowną obietnicą. Lubię wracać do tych słów i przypominać sobie, że On naprawdę czuwa nam moim życiem. Regina Brett w książce „Bóg nigdy nie mruga” napisała, że przez długi czas była przekonana, że Bóg przegapił moment jej narodzin – że właśnie wtedy mrugnął, że nie zauważył jej przyjścia na świat, w związku z czym ona sama nie ma wielkiego znaczenia. Słowa tego psalmu przypominają mi, że On nie mruga :) nie zasypia i nie spuszcza mnie z oczu – a patrzy z ogromną miłością.

3. 

Nie umiem, nie potafię, nie nadaję się, nie jestem godna, nie wyjdzie mi – czasem powtarzam te słowa jak mantrę i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. On mówi mi coś innego: „Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy”. Święty Łukasz, relacjonując to uzdrowienie, dodaje potem: „Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.” I dla mnie to niezwykle wymowny obraz. Bóg, którego dotyk nie przytłacza, ale sprawia, że można wyprostować się, przestać patrzeć pod nogi a zacząć – w niebo.

4.

To taki fragment, który przypomina mi o tym, co naprawdę jest ważne. Bardzo wymowne jest słowo, którego używa tu św. Paweł, czyli „skubalon”, a które oznacza nie tyle śmieci, co dość dosane określenie… ekskrementów. Mocne, prawda? I często o tym zapominam, ale tak naprawdę wszystko jest nieważne i niewiele warte, jeśli na przeciwległej szali znajduje się relacja z Jezusem.

5.

Wyznanie miłości – przepiękne i chwytające ze serce… Przeczytałam te słowa w momencie, kiedy byłam zdecydowanie daleko od Boga i niczym nie mogłabym Go oczarować. A jednak to właśnie wtedy usłyszałam – nie wyrzuty, nie wyrok stwierdzający, że jestem winna, lecz słowa: „jak piękna jest miłość twoja…”. Przejmujące. Bo Bóg patrzy na nas inaczej i kocha inaczej.

*****

To pięć najważniejszych fragmentów z Biblii dla mnie. To słowa, które zostały przeczytane, ale nie zniknęły w niepamięci – wciąż są żywe i wciąż działają. Działają skutecznie – bo przecież to Słowo… :) Każda z tych grafk wykonana jest w formie zdjęcia w tle na FB, więc jeśli chcecie skorzystać – częstujcie się. A jeśli chciałybyście podzielić się Słowem, które dla Was ma szczególne znaczenie – będzie mi niesamowicie miło.

pomnóżmy to!

Wiosna zachwyca chyba przede wszystkim dlatego, że przynosi ze sobą kolory. W promieniach coraz mocniej świecącego słońca, niebo jest jeszcze bardziej błękitne. Zielona trawa staje się zieleńsza, bo nabiera koloru – swojego koloru. Nikt z nas nie ucieszyłby się jej widokiem bardziej, gdyby stała się granatowa albo różowa, prawda? Przebiśniegi zachwycają delikatnością, kruchością i bielą swoich kwiatów. Pewnie mogłyby wyglądać inaczej, lecz gdyby nawet miały kolce – jak kaktus – i były przez to bardziej odporne na zniszczenie, nie byłyby już pierwszym zwiastunem wiosny…

Abram nie chciał wiele – chciał po prostu syna, potomka, dziedzica. Bóg odpowiedział na to…w Boski sposób: „Sprawię, że będziesz niezmiernie płodny, tak że staniesz się ojcem narodów i pochodzić będą od ciebie królowie. (Rdz 17,6). Tam gdzie było pragnienie – silne, ale przecież bardzo zwyczajne i ludzkie, tam odpowiedzą Boga było: „Dobrze, ale pomnóżmy to przez miliard”…

Bóg wie, co jest w Tobie dobre. Bóg to widzi. Widzi to, jaka jesteś naprawdę. I chce to pomnożyć – przez sto, tysiąc, miliard. On nie przychodzi po to, by zanegować to, kim jesteś. Wbrew temu, co czasem słyszymy, Jego pierwszym słowem nie jest: „Zmień się, bo jesteś niedoskonała”. Mówi raczej: „Rozkwitnij. Rozwiń się.” I chce wydobyć z Ciebie to, co w Tobie prawdziwe. Chce do każdego dobrego pragnienia dopisać „więcej”. „Więcej”,  a nie „inaczej”.

„Nie będziesz więc odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów” – mówi Bóg. On nadaje nowe imię, które wyraża pełnię pragnień tego, kto zostaje nim nazwany. Abraham. Już nie ojciec jednego syna. Ojciec wielu narodów. A Ty? Jakim imieniem Cię nazywa? I co może dziś w Tobie rozkwitnąć na nowo, w nowych kolorach, jeszcze bardziej intensywnych? Czego chce dziś dotknąć, by uczynić tego w Tobie więcej?

wystarczy spojrzeć.

„…podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość”. I ja też dzisiaj – niejeden raz. Gdy mąż się spóźnił, gdy spojrzałam na kolejną górę prania, które trzeba wyprasować, gdy kolejka do kasy w sklepie nagle przestała się przesuwać z powodu jakiejś awarii. Niewiele mi trzeba. Tracę cierpliwość i zaczynam szemrać. Moja pamięć okazuje się być krótka i wybiórcza – tak jak Izraelici, zapominam o chwilach, gdy moje własne Morze Czerwone rozstąpiło  się, bym mogła przez nie przejść suchą nogą i uciec przed wrogiem. Zapominam, że skoro On wyprowadził mnie z Egiptu, to będzie prowadził nadal, nawet w chwilach, gdy „pokarm mizerny” mi się uprzykrzy. A dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy zapominam o prostym słowie: „Dziękuję” i gdy uważam, że wszystko mi się należy…

Węże kąsające Izraelitów na pustyni miały palący jad. A mi nietrudno jest to sobie wyobrazić. Zdarza się, że i we mnie pojawia się coś, co boli, co pali żywym ogniem. Złe myśli i złe słowa – te usłyszane od innych i te, które zrodziły się we mnie. Trucizna, która pozbawia mnie radości.

Próbuję sobie z tym radzić, tak jak podpowiada mi moja ludzka logika: to, co negatywne, zastąpić pozytywnym, a tam, gdzie brak moich starań, zebrać siły by poprawiać to, co złe. Ze zdziwieniem czytam jednak, że na pustyni wyglądało to zupełnie inaczej. Tam wystarczyło…  spojrzeć: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu.” (Lb 21,4-9) Bo spojrzenie, skierowanie wzroku w konkretnym kierunku, to konkretna decyzja.

Moja codzienność pędzi. Moje myśli – podobnie, choć nie zawsze są w stanie nadążyć. Nakręca mnie działanie, gonią wiecznie napięte terminy. W tym zabieganiu bardzo łatwo o złe słowo, zniecierpliwienie, rzuconą w złości nieprzemyślaną uwagę albo zatruwający serce osąd drugiego. Często dopiero po jakimś czasie orientuję się, że to coś więcej, niż drobne słabości – że to jad palący, który zabiera mi życie. A Bóg podpowiada mi wtedy – spójrz na mnie. Zatrzymaj się i popatrz. Tylko tyle.

Nie wiem, jaki masz ulubiony obraz przedstawiający Jezusa. Mój jest taki:

Lubię go tak bardzo, że nie muszę na niego patrzeć, by go zobaczyć. Wystarczy, że zamknę oczy. I może tego właśnie mi trzeba w moim codziennym biegu przez płotki i opłotki, między kłodami własnych słabości, o które nieustannie się potykam. Potrzeba chwili zatrzymania – dosłownie chwili, bo tyle wystarczy na zamknięcie oczu i przywołanie Jego obrazu. Zamiast próby walki z wężami o palącym jadzie – potrzeba odwrócenia od nich uwagi i spojrzenia na Niego. Tylko tyle.

„I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu.”

Bo On to Życie.

typy rodziców uczestniczących w Mszy dla dzieci

Zaczyna się: najpierw gitara, dziecięce głosy i dużo klaskania. Potem sporo hałasu i ruchu. W międzyczasie głos księdza, który dwoi się i troi, by przyciągnąć uwagę maluchów. Uwagę całęj reszty przyciągają one same oraz ich rodzice. A rodzice… tak, my, rodzice uczestniczący w Mszy świętej dla dzieci, to temat- rzeka. Każdy z nas inny, a jednak czasem jesteśmy do siebie podobni. I nawet jeśli nie odnajdziemy się w żadnej z tych katergorii, łatwo zauważyć je wokół…

Spacerowicz

Patrząc na niego wiesz, że jego dziecko właśnie skończyło lub niedługo skończy roczek. Ma do wyboru – próbować poskromić kilunastomiesięcznego, wyrywającego się z rąk malucha albo dreptać razem z nim: po kościele, przed kościołem i wokół, wzdłuż nawy głównej, między ławkami bocznymi, a niekiedy niemalże na czworakach w pobliżu prezbiterium – jeśli maluch akurat wyrwie się z rąk i radośnie pobiegnie witać się z ministrantami. Cecha charakterystyczna: na początku Mszy dyskretnie włącza Endomondo ;)

Luzak

Skoro Msza jest dla dzieci, to jest dla dzieci, no nie? Więc on nie przejmuje się ani poziomem decybeli wydawanym przez dziecko (wszak to na chwałę Pana), ani tym, że ono właśnie wdrapuje się na ołtarz, próbując zdmuchnąć te fajne świeczki. Interweniuje w ostateczności, bo nie przyszedł do kościoła, żeby stresować siebie czy dziecko. Więc luzik, kochany, jak coś ci nie pasuje, to na mszę dla dzieci przychodzić nie musisz. No nie?

Zestresowany

Przeciwieństwo luzaka. Gdy jego dziecko, siedzące w pierwszej ławce, zaczyna się rozglądać, podchodzi i zwraca mu uwagę. Gdy zaczyna rozmawiać, przeprasza wszystkich wokół i przyprowadza je do swojej ławki. Robi tym więcej zamieszania i hałasu niż samo dziecko, a w czasie mszy kompletnie nie jest w stanie skupić się na czymś innym, niż kontrola zachowań wszystkich wokół. Nie powie ci, o czym było kazanie, ale na pewno zreferuje, kto przykucnął, zamiast klękać i czyje dzieci są jednak mniej zdyscyplinowane niż jego.

Pechowiec

To właśnie jego dziecko w środku mszy wyciągnie schowany w kurtce miecz świetlny z Gwiezdnych Wojen, a w czasie kazania rzuci hasło, po którym rodzic będzie miał ochotę schować się pod ławkę. Tę ostatnią i najciemniejszą. Nikogo nie zdziwi to, że w drodze do Komunii potknie się o rozwiązane sznurowadło. Rodzic, nie dziecko. Ale dziecko tuż po nim.

 

Tragarz

Obrazowo przedstawia, jak mógłby wyglądać rodzic Tarzana. Nieważne, ile ma dzieci: jedno, dwójka, czy trójka, wszystkie wieszają się na nim, przytulają i wdrapują się przez ławkę na ramiona i z powrotem. Zadziwia zwinnością i wytrzymałością mimo standardowej liczby kończyn. Często nie jest też dwumetrowym posiadaczem złotego medalu w dźwiganiu ciężarów, a drobną kobietką na obcasach, w żakiecie który jeszcze 20 minut temu naprawdę był wyprasowany.

Panikarz

Zmienia się w niego większość rodziców w sytuacji, gdy wypowiedziane pełnym głosem „Chcę siku!” (albo to drugie…) rozbrzmiewa w kościele akurat w ciszy zapadającej po podniosłym: „Módlmy się”. Albo gdy dziecku uda się dobiec do prezbiterium i wyrwać z ręki ministranta te fajne dzwonki… Cecha charakterystyczna: zanosi najbardziej szczere modlitwy do św. Judy Tadeusza ever. I do św. Rity też. Zazwyczaj skutecznie, bo większość pozostałych rodziców przechodzi wtedy albo do trybu współczucia, albo ulgi że tym razem to nie na nich padło. Z największym poczuciem ulgi stoi tuż obok Pechowiec, ale on i tak zaśpiewa „Alleluja” zamiast „Chwała Tobie Słowo Boże” albo potknie się wychodząc z kościoła.

****

Piszę ten tekst kilka godzin po… Mszy dla dzieci :) Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć, że wszystko to napisane jest z duuuuużym przymrużeniem oka :) i że większość z nas zachowuje złoty środek w swoim zachowaniu. Mi samej najbliżej chyba to Tragarza, choć bywam i zestresowana, i pechowa, i spanikowana… Nie to jest jednak najważniejsze. Dużo ważniejsze, by swoim zachowaniem nie przeszkadzać. By pozwolić dziecku poczuć, że w kościele może poczuć się jak w domu: swobodnie, co nie oznacza że bez szacunku. Za to w obecności Kogoś, kto bardzo kocha :)

lekcja geografii.

Kiedy jako szesnastolatka po raz pierwszy w życiu pojechałam w Tatry, nie wiedziałam, że dwa tygodnie pięknej, słonecznej pogody to jak wygrana w totolotka. Nigdy później nie miałam aż takk dobrych warunków do wędrówki i podziwiania tatrzańskich widoków. A w czasie tamtego wyjazdu wygrałam nie tylko pogodę, ale i dożywotnią miłość do gór.

Pamiętam, jak wspaniale smakowała wtedy woda z górskiego potoku, cudownie zimna i gasząca pragnienie. W plecaku, obok wiekowego Zenita i zapasu kremu przeciwsłonecznego, niosłam oczywiście obowiązkowo dwie butle wody mineralnej. A jednak po kilku godzinach w nagrzanym plecaku, jedyną jej zaletą było to, że była…mokra ;) Nie sięgałam więc po nią, skoro na wyciągnięcie ręki miałam czystą (bo czerpaną wysoko w górach i wartko płynącą) i cudownie chłodną wodę. I chyba nigdy w życiu woda nie smakowała mi tak dobrze – właśnie wtedy, gdy paliło mnie słońce a wędrówka pod górę wydawała się ponad siły.

Izraelici w swojej wędrówce przez pustynię mogli niekiedy czuć się podobnie. Droga zdawała się nie mieć końca i była wielką niewiadomą, a oprócz upału i wysiłku dokuczała w niej monotonia. Rano, w południe i wieczorem – wciąż to samo. Ciasto z manny z nadzienniem mannowym. Mannowe placki z mannowym sosem. Manna z manną. Non stop.

Zastanawiałam się kiedyś, jak wyglądałabym pośród nich. Znając siebie, dźwigałabym na plecach bukłaki pełne wody – tak na wszelki wypadek. Nietrudno się domyślić, że pustynne słońce ogrzałoby ją do wysokiej temperatury. Zapewne po jakimś czasie miałaby też niezbyt ciekawy zapach, a jednak byłaby moja. Byłaby moim zapasem i zabezpieczeniem. Pozwalałaby myśleć, że panuję nad sytuacją, że mam kontrolę nad tym, co się dzieje  i że jeśli nie spodoba mi się kierunek, w jakim prowadzi Pan, będę mogła wytyczyć swoją własną trasę.

Błąkam się tak czasem na pustyni, przekonana, że naprawdę muszę dźwigać na swoich plecach ten ciężar – ciężar zabezpieczenia swojego losu i kontroli nad rzeczywistością. A kiedy jestem już u kresu sił, gdy mam ochotę rzucić to wszystko, żeby tak bardzo się nie męczyć, wtedy On niespodziewanie wyprowadza dla mnie wodę ze skały. Tam, gdzie ja chcę opierać się na swoich możliwościach i skromnych zapasach, On pokazuje, że może dać mi dużo więcej. I choć wychodzenie na pustynię bez zapasu wody wydaje się szaleństwem, On chyba właśnie do tego zaprasza. Do Zaufania przez „Z” większe od moich lęków. Choć oczywiście mogę się uprzeć przy swoich rozwiązaniach i dalej dźwigać wszystko na swoich ramionach.

Bo podwójne zło popełnił mój naród:
opuścili Mnie, źródło żywej wody,
żeby wykopać sobie cysterny,
cysterny popękane,
które nie utrzymują wody. (Jr 2,13)

On zamienia moją pustynię w pojezierze (Iz 41,18). Ja z kolei sama, przez własne wybory, zamieniam zwyczajną wędrówkę z Nim w swoją własną pustynię – gdy zaczynam kombinować po swojemu. Ten scenariusz powtarza się równie często jak… spadająca z nieba manna. A ja nieustannie przerabiam tę samą lekcję geografii: że pustynia jest tam, gdzie od Niego uciekam. Że tam, gdzie jest On, Źródło wody żywej, tak naprawdę nigdy nie jestem na prawdziwej pustyni. I że On jest Bogiem, który lubi niespodzianki – bo źródło wody pojawia się zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję, a sama pustynia kończy się nagle i od razu przestaje być taka straszna, jak wydawała się jeszcze minutę wcześniej. Nawet jeśli minutę wcześniej wydawało się, że już nigdy się nie skończy.

 

zrób komuś wiosnę

Moja Babcia jest zdania, że każda kobieta powinna umieć samodzielnie uszyć firanki. Na szczęście nie zatrzymała się na teorii i faktycznie firanki, które wiszą w mich oknach, są naszym wspólnym dziełem. Umiejętność szycia na maszynie przydaje się zresztą w wielu codziennych sytuacjach, jak chociażby wtedy, gdy nadchodzi –

– p i e r w s z y   d z i e ń   w i o s n y.

Dziecię młodsze do przedszkola miało ubrać się kolorowo i kwiatowo. Dziecię starsze do szkoły miało pójść ubrane na zielono. Pech chciał, że zawartość szaf wyglądała zupełnie odwrotnie – i nie ma się czemu dziwić. Który chłopak ma w swojej garderobie kwieciste spodnie czy koszulki? :) Chcąc wybrnąć z sytuacji, postanowiłam szybko uszyć kwiatową pelerynę, bo przecież Superman w wersji wiosennej to nie obciach, prawda? Zabrałam się do tego tuż po siódmej rano, w ekspresowym tempie tworząc wiosenne przebranie. Jednocześnie próbowałam kontrolować proces ubierania się siedmiolatki, odchodząc co chwilę od maszyny do szycia i pomagając w szukaniu czegoś, co będzie w choć minimalnym stopniu bardziej zielone niż różowe…

Kiedy w końcu udało się wyjść z domu, mieliśmy ponad kwadrans opóźnienia. W przedszkolu okazało się, że kwiatowa garderoba w jakiejkolwiek, nawet śladowej postaci, to jednak obciach. Chłopaki noszą się inaczej, nawet w pierwszy dzień wiosny. Usiadłam zrezygnowana na schodach w szatni, trzymając w ręku efekt wykonywanej w szalonym tempie pracy. Brak przebrania był powodem do porannego marudzenia w domu, a to samo przebranie stało się powodem bardzo podobnego marudzenia w przedszkolu. Westchnęłam ciężko…

Nagle usłyszałam zwyczajne: „Miłego dnia!”.

Tylko tyle. Dobrze znane słowa. W tych okolicznościach zadziałały dokładnie tak samo, jak nieśmiałe promienie wiosennego słońca. Uśmiechnęłam się do osoby, którą znam tylko z widzenia, a która w tak prosty sposób odwróciła moją uwagę od narzekania na kolejny nieidealny poranek. Byłam zaskoczona, że ta drobna uprzejmość naprawdę poprawiła mi humor. Zrobiła mi się wiosna :)

Zróbmy tej wiosny więcej, proszę. To naprawdę nic trudnego.

Może wystarczy właśnie to – dobre słowo i uśmiech. Może wystarczy drobna uprzejmość, taka jak przepuszczenie kogoś w kolejce sklepowej. Może telefon do kogoś, z kim dawno nie rozmawiałaś albo zainteresowanie okazane komuś, kogo zupełnie nie znasz. Taka mała wiosna, małe gesty niepozorne jak zielone pączki na drzewach. Dopiero później, gdy rozkwitają, okazuje się, jak ogromny tkwi w nich potencjał. I każdy z nas może mieć w tym swój udział.

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi