12 (kolejnych) pomysłów na Wielki Post

W zeszłym roku podzieliłam się z Wami piętnastoma pomysłami na to, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post (nie żegnając się wcale z czekoladą). Tamten wpis znajdziecie o TU :) a ja, po roku, chciałabym podsunąć kilka kolejnych propozycji na to, by nie tyle zrobić w swoim życiu duchową rewolucję, co pozwolić na to Panu Bogu.

Słyszy się czasem, że Wielki Post to czas bardziej wytężonej pracy nad sobą. I pewnie można spojrzeć na to w ten sposób. A jednak, mimo że daleka jestem od nawoływania do bierności czy lekceważenia duchowych ćwiczeń, nie do końca podoba mi się to określenie. Pracować nad sobą to coś dobrego. Pozwolić, by to Pan Bóg nade mną pracował – to dużo lepsze. W tym pierwszym przypadku mogę  szukać jedynie doskonałości. W drugim, pomimo upadków i słabości, mogę odkrywać, że jest przy mnie Ktoś, kto prowadzi mnie do świętości przez wszystkie moje doświadczenia. W pierwszym przypadku będę realizować swój własny plan na dojście do tego, co perfekcyjne W drugim – zapytam Boga, co dla mnie zaplanował i otworzę się na niespodzianki, również te, za którymi mogę nie przepadać.

Kościół podpowiada nam niezmiennie, że pomocą w otwarciu się na Boże działanie są post, modlitwa i jałmużna. Czasem trudno jest nam to przełożyć to z języka pobożnych wezwań na język codzienności, a czasem wygodniej jest zatrzymać się tylko na odhaczeniu obecności na Drodze Krzyżowej. A jednak nic nie może nas bardziej zachęcić do odkrywania Miłości w tym wszystkim, niż Wielki Post, który zaczyna się…w Walentynki! Podpowiadam więc kilka sposobów na twórcze przeżycie tego czasu – takich, które mogą pomóc naszym sercom nie tyle stać się bardziej doskonałymi, co bardziej… kochać :)

 

 

 

 

 

MODLITWA

  1. Poszukaj ciszy. Zaplanuj sobie każdego dnia chociaż 5 minut, kiedy wyłączysz telefon, zamkniesz oczy, przestaniesz gadać – również sama ze sobą -a posłuchasz ciszy. Pytaj w tym czasie Boga, jakie On ma plany na najbliższy czas. I słuchaj – On naprawdę odpowiada.
  2. Otwórz się na niespodzianki, również te, które nie należą do naszych ulubionych, jak spóźniony autobus, korki na drodze czy inne niedogodności. W jaki sposób możesz szukać w nich Bożej obecności? I czy On w takich sytuacjach mówi do Ciebie w jakiś szczególny sposób?
  3. Połowa Polski, łącznie ze mną, przyłącza się do wyzwań z Ewą Chodakowską. Ja również mam dla Ciebie wyzwanie: 40 psalmów na 40 dni Wielkiego Postu. To dobry pomysł zwłaszcza na taki czas, w którym ciężko nam się modlić. W psalmach znajdziemy słowa odpowiednie na każdą okazję. Jeśli chcesz, zapisuj każdego dnia jedno zdanie z psalmu – takie, które najbardziej Cię poruszyło.
  4. Ręka w górę kto ma czas, by codziennie pójść do kościoła na chwilę adoracji Jezusa w Najświętszym Sakramencie?… No właśnie. Ja cieszę się, gdy zdarza się to raz na tydzień i choćbym stanęła na głowie, w Wielkim Poście się to nie zmieni. Mam jednak okazję do spotykania Jezusa w drugim człowieku. A gdyby tak każdą napotkaną osobę potraktować jako okazję do modlitwy? Choćby to były krótkie słowa – błogosław mu/jej Panie?
  5. Opowiedz komuś o Jezusie, niekoniecznie prowadząc akcję ewangelizacyjną w markecie czy autobusie. Rozejrzyj się dokoła – może to dobry czas, by porozmawiać o Bogu z dziećmi, mężem, przyjaciółką? Może wystarczą do tego jedynie proste słowa i chwila wspólnej modlitwy?

JAŁMUŻNA

  1. Mądrość ludowa głosi, że „z pustego nawet Salomon nie naleje”. Nie wiem, czy z miłością jest podobnie, ale przecież bliźniego kochamy jak siebie samego… To ćwiczenie może pozornie nie wiązać się z jałmużną, czyli dzieleniem się dobrem, a jednak w prosty sposób do niego prowadzi. Spróbuj każdego dnia znajdować w sobie jedną dobrą cechę. Czterdzieści zalet, mocnych stron, oznak Twojego potencjału – brzmi dobrze, prawda? Bardzo możliwe, że już po kilku dniach szukania w sobie tego, co dobre, postanowisz robić to samo w stosunku do osób, które spotykasz. A taka przemiana spojrzenia na innych – dostrzeganie tego, co pozytywne – to pierwszy krok w kierunku autentycznego dzielenia się miłością.
  2. Jałmużna to nie tylko przeznaczenie pieniędzy na dobry cel czy podzielenie się z kimś dobrami materialnymi. To również dobre słowo i wychodzenie z tego, co dla nas wygodne. Kolejna propozycja na Wielki Post – pomyśl o ludziach, których dawno nie widziałaś. Kup kilka najładniejszych kartek pocztowych, jakie zobaczysz i napisz kilka słów od serca – coś, co będzie mogło podnieść kogoś na duchu. W dobie maili i SMSów słowo pisane cieszy szczególnie mocno, a niespodziewana przesyłka od listonosza może być piękną niespodzianką.
  3. Zrób przegląd Twoich ubrań, bibelotów, książek. Jeśli nie założyłaś czegoś przez dwa lata, jest mała szansa, że kiedyś wykorzystasz to ubranie :) Poszukaj sklepu charytatywnego w swojej okolicy i zanieś tam to, czym możesz się podzielić (oczywiście chodzi o rzeczy dobrej jakości, czyste i zadbane :) ).

POST

  1. Zacznijmy od klasyki, czyli od… postu. Nie, nie nawołuję do porzucenia czekolady na czas Wielkiego Postu. Zachęcam jednak bardzo do rezygnacji z jednej konkretnej rzeczy i przeznaczenia tej sumy na równie konkretne potrzeby osób ubogich. Najprościej zrobić to sposobem „na skarbonkę”, czyli odkładać przez 40 dni drobne sumy, a potem z lekkim sercem i dużym uśmiechem obdarować kogoś, kto tego potrzebuje.
  2. Zrób listę swoich życiowych priorytetów. Jakie relacje są dla Ciebie najważniejsze? Jakie obowiązki zdarza Ci się zaniedbywać, jakie większe cele porzucasz, bo skupiasz się na drobnych przyjemnościach? Co będzie na pierwszym miejscu Twojej listy? Jaką pozycję zajmie na niej modlitwa, relacja z najbliższymi, praca/uczelnia? Zapisz to na kartce w postaci punktów. Każdy dzień zaczynaj z postanowieniem, by trzymać się tej listy, a wieczorem patrz, wspólnie z Jezusem, na ile Ci się to udawało. Niekiedy trzymanie się swoich priorytetów (np. spędzenie czasu z najblizszymi a nie na FB albo nauka zamiast imprezowania) będzie wymagało poświęceń, ale… to chyba właśnie post, prawda?
  3. Kupuj z głową, czyli zastanów się dwa razy, zanim wydasz pieniądze. Staraj się kupować to, czego naprawdę potrzebujesz i ogranicz chwilowe zachcianki.
  4. Powstrzymaj się od… scrollowania. Sama wiem, że to szybki i skuteczny sposób na nudę. Może jednak to dobry czas, żeby zgodzić się na odrobinę nudy? Wydaje nam się czasem, że beztroskie lenistwo przed komputerem czy telefonem to czas wolny – a co jeśli tak naprawdę to czas trzymania naszych myśli na smyczy? W dodatku bardzo krótkiej, bo ograniczonej przez to, co najbardziej krzykliwe i przyciągające uwagę…

Przed nami czterdzieści dni – każdy z nich jest osobną szansą, by nie tylko z czegoś zrezygnować, lecz również skupić się na czymś dobrym. Życzę i sobie, i Wam, by był to czas nie tyle wykonywania duchowych ćwiczeń w celu ogólnie pojętego samorozwoju, lecz przede wszystkim czas otwierania się na Miłość… :)

Projekt Zambia – pomożecie? :)

Na ekranie komputera albo telefonu wyświetlam codziennie spore ilości zdjęć, wiadomości i ogłoszeń. Łatwo w tym różnorodnym gąszczu przegapić to, co wartościowe. Dlatego dzisiaj chciałabym pomóc – zarówno Wam, w odnalezieniu tego, co godne uwagi, jak i uczestnikom wyjątkowego projektu, którego losy śledzę na Facebooku (klik!).  Można tam podglądać (i kibicować!) przygotowania grupy młodych ludzi do wyjazdu do Zambii. Można im również pomoc przez modlitwę i wsparcie finansowe. Chcecie poczytać więcej? :)

Projekt Zambia

Projekt Zambia

Gosiu, powiedz proszę kim jesteś, czym się zajmujesz, dlaczego Toruń i dlaczego DA u Jezuitów?

Nazywam się Gosia Wołowicz i jestem studentką filologii rosyjskiej. Pochodzę z Dolnego Śląska i myślę, że z woli Bożej znalazłam się w Toruniu idąc na mój pierwszy kierunek studiów – dziennikarstwo. Ogólnie moja przygoda w DA u oo. Jezuitów zaczęła się w momencie, w którym dowiedziałam się o wyjeździe do Zambii, więc stosunkowo dość krótko. A moim „rodzimym” duszpasterstwem jest Duszpasterstwo Akademickie WSKSiM prowadzone przez oo. Redemptorystów.

Dlaczego Zambia? Czy ciągnęło Cię wcześniej do Afryki? Czy ogólnie „na misje”?

Moja pierwsza myśl o tym, by pojechać na misje do Afryki pojawiła się jeszcze w czasach liceum. Co ciekawe, ta myśl przyszła „sama z siebie”. Nikt mnie nie zainspirował swoim świadectwem, czy też doświadczeniem misji. Gdzieś tam w mojej głowie pojawiały się myśli o misjach w Nigerii (o Zambii nawet wtedy nie słyszałam), jednakże starałam się je odpychać na drugi plan, bo zawsze były ważniejsze rzeczy. Do tego stopnia, że całkowicie przestałam myśleć o misjach.

Dopiero na studiach powróciło pragnienie misji. Jednak tym razem przyczynił się do tego Damian, mój kolega z roku, który zachęcał mnie do udziału w Projekcie Zambia. Opowiedział mi o swoim doświadczeniu i to jakoś na nowo rozbudziło moje pragnienie wyjazdu. Ale to i tak było widocznie za mało, ponieważ nie zdecydowałam się wziąć udziału w rekrutacji do drugiej edycji. Tak samo było z trzecią edycją. Odważyłam się pójść na rekrutację po trzech latach. I udało mi się dostać.

Czy odczytujesz to jako pewnego rodzaju swoje powołanie – zaproszenie od Pana Boga?

Szczerze mówiąc nie powiedziałabym, by misje były moim powołaniem, ale z pewnością jest to zaproszenie od Pana Boga do wejście w jeszcze głębszą relację z Nim. Często jest tak, że nagle w naszej głowie pojawiają się marzenia, którego źródła nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. Czuję, że w liceum nie bez powodu przyszła mi myśl o Afryce, ale to było tak jakby preludium do tego, co w rzeczywistości przygotował dla mnie Pan Bóg. Wtedy nie sądziłam, że taki wyjazd dojdzie do skutku. Ba! Sama z siebie śmiałam się, zwłaszcza że w tamtym czasie różne szalone pomysły przychodziły mi do głowy. Jak się później okazało, wiele z nich zostało przekształconych przez Boga w taki sposób, by zbudować między nami silną więź. Stąd też moja pewność, co do tego, że z jednej strony jest to zaproszenie do pogłębienia naszej relacji, a z drugiej jest to odpowiedź na pragnienia mojego serca sprzed wielu lat.

Może podzieliłabyś się tym, co pomogło Ci odnaleźć zarówno taki pomysł, jak i „odwagę by się odważyć”?

Przez dwa lata powstrzymywałam się przed tym, by spróbować aplikować do Projektu. Kwestia kompleksów – nie dość, że byłam pewna, że się nie dostanę, to na dodatek nie miałam poczucia własnej wartości. Myślę, że gdybym od razu spróbowała, to nie dostałabym się i już więcej nie podjęłabym próby walki o uczestnictwo w Projekcie. Przypuszczam, że Pan Bóg nie chciał, bym wtedy próbowała. Zresztą, jak mogłabym komuś pomóc, skoro sama potrzebowałam pomocy?

Dopiero gdy udało mi się poukładać system własnych wartości, pokochać siebie, otworzyć się na innych zaczęły mnie nachodzić myśli o tym, by zostać rekrutem. Ale i wtedy opierałam się myśli o misjach. Pragnienie było tak wielkie, że wysłałam zgłoszenie parę minut przed zakończeniem rekrutacji. Później zaproszono mnie na rozmowę – było w porządku, choć po wyjściu byłam pewna, że się nie dostałam. Dlatego też zaskoczeniem była dla mnie informacja o tym, że zakwalifikowałam się do Projektu.

Projekt Zambia

Czy możesz powiedzieć coś więcej o całej Waszej grupie i przygotowaniach?

Nasza ekipa liczy dziewięć osób: dwóch kleryków – Szymona i Adriana oraz siedem osób świeckich: Agatę, Anię, Patrycję, Łukasza, Marka i Jakuba. No i mnie, rzecz jasna. Wszyscy jesteśmy w wieku studenckim, niektórzy z nas tylko studiują, inni pracują, a jeszcze inni łączą studia z pracą. Staramy się spotykać regularnie w piątki wieczorem z naszym kierownikiem duchowym, o. Michałem Kłosińskim SJ na spotkaniach formacyjnych. Za każdym razem rozpoczynamy medytacją ignacjańską. Następnie przechodzimy do rozmów o realizacji naszego Projektu. Dzielimy się różnymi pomysłami i wspólnie zastanawiamy się nad tym, jak je wdrożyć w życie. Nie jest to zawsze łatwe, ponieważ każdy z nas jest inny, nie zawsze mamy takie samo zdanie i też dopiero wszyscy się poznajemy (wcześniej się nie znaliśmy i praktycznie od zera musimy stworzyć naszą wspólnotę). Ale każdy z nas się bardzo cieszy na to spotkanie. Ja osobiście z utęsknieniem czekam na piątki.

Nasze plany na najbliższy czas to organizowanie kwest niedzielnych w różnych parafiach w Polsce, poza tym za ofiarę będziemy rozdawać rzeczy, które będziemy sami wykonywać (np. różańce, palmy na Niedzielę Palmową i inne) – wszystkie datki będą przekazywane na pomoc w Zambii.

No właśnie – Zambia. Co dokładnie tam będziecie robić? Na jak długo wyjeżdżacie? I w jaki sposób to doświadczenie może pomóc Wam po powrocie dalej działać w podobnym duchu – misyjnym, ewangelizacyjnym czy dotyczącym pomocy drugiemu?

Do Zambii jedziemy latem, na cały sierpień. Wszyscy będziemy pracować na farmie – głównie w polu oraz będziemy opiekować się dziećmi z lokalnego sierocińca. Pomoc innym ludziom zawsze sprawia mi radość. Myślę też, że Pan Bóg ma własny cel w tym, by wysłać nas do Zambii i „urobić” tam nasze serca według własnego planu. Gdzieś tam w głębi mnie marzy mi się, by zostać ewangelizatorką. Kto wie? Może to doświadczenie misji będzie w stanie je zrealizować?

Projekt Zambia

A czy w czasie przygotowań napotykacie na jakieś przeszkody? Czego się obawiacie? I czego Wam trzeba, czyli w jaki sposób można Wam pomóc?

Największym naszym problemem, z jakim cały czas się psychicznie zmierzamy to wiadomość o tym, że w Zambii panuje epidemia cholery. Tak naprawdę nie wiemy, co nas czeka po przyjeździe. Póki tutaj jesteśmy staramy się zebrać fundusze na sprzęt i produkty, które mogą się przydać na farmie, na produkty dla dzieci z sierocińca i na leki, które mogą pomóc w walce o życie osób dotkniętych chorobą. I nie mam tutaj tylko na myśli cholery, ale mnóstwo innych. Bardzo ważna dla nas jest modlitwa za mieszkańców i osoby posługujące w Zambii, jak i za nas – wolontariuszy i pomyślność naszej akcji. Czasami naprawdę przychodzą chwile zwątpienia, jednakże pokładamy ufność w Panu. Wierzymy w to, że znajdą się osoby, które zechcą nas wesprzeć modlitwą oraz pomóc, czy to w kwestii finansowej, czy poprzez chęć zorganizowania kwesty w swoim rodzinnym mieście. Modlimy się o każdą formę pomocy.

Dziękuję za rozmowę.

*******

Projekt Zambia

Projekt Zambia

Projekt Zambia

Projekt Zambia

 

 

 

prosta matematyka.

Siedem chlebów plus kilka rybek równa się siedem najedzonych osób – podpowiada rozsądek. Tymczasem Jezus proponuje inne równanie. Siedem plus kilka równa się cztery tysiące nakarmionych ludzi i siedem koszów odpadków. Prosta matematyka.

Gdy Bóg proponuje jakieś nowe zadanie i rzuca mnie na głęboką wodę, w pierwszym odruchu sięgam bo dmuchane kółko do pływania lub wygodny pontonik. Gdy to , ćwiczę z pełnym zaangażowaniem ruchy rąk i nóg, by utrzymać się na powierzchni i przemieszczać w określonym kierunku.

Tyle że to nie o to chodzi. Bo gdy Bóg rzuca nas na głęboką wodę, oczekuje innego podejścia nie tylko do matematyki, ale i do fizyki. On nie chce nauczyć mnie pływać. On chce, żebym chodziła po wodzie. Siedem plus kilka po jednej stronie równania ma dawać wielką niewiadomą po drugiej. Ilość zer, które On dopisze do wyniku tego działania nie musi mi się mieścić w głowie. Wystarczy, że pozwolę Mu działać.

Dla Jezusa początkiem działania jest pytanie, skierowane do uczniów: „Ile macie chlebów?” Apostołowie nie odpowiedzieli: „Za mało”. Nikt z nich nie zaczął marudzić, że marnują czas na bezsensowne rozmowy, zamiast działać. Nikt nie powiedział” Jezu, nie damy rady, odpuść, nie warto”. Odpowiedzieli po prostu: „Siedem”. W ten sposób, może nieświadomie, zrobili krok w kierunku myślenia w zupełnie innych kategoriach. Z ludzkiej matematyki przeszli do matematyki cudów, a jednocześnie konkretu.

Ewangelia (Mk 8, 1-10) podaje, że Jezus najpierw odmówił dziękczynienie, a potem błogosławieństwo. Pomyśl o tym i spróbuj usłyszeć, jak wypowiada Twoje imię. Nad Twoim „prawie nic”, nad Twoim „nie potrafię”, nad mizernie wyglądającym zapasem siedmiu chlebów On mówi pełne miłości: „Dziękuję za nią, Ojcze”. Potem z wiarą, której mi i Tobie może brakować, ale Jemu – nigdy, mówi: „Błogosławię Cię, Córko”. I żaden brak już się wtedy nie liczy. Żadna słabość nie ma nad Tobą władzy. Bo słabość jest po jednej stronie równania – po tej, na którą patrzymy tylko po ludzku. Po drugiej jest Jego dziękczynienie, błogosławieństwo i cud.

 

Sercem.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – napisał Antoine de Saint-Exupéry – „Dobrze widzi się tylko sercem.”. I zgodziłabym się z nim, gdyby nie to, że w moim sercu na zmianę rozkwita maj i szaleje sztorm, pada orzeźwiający deszczyk i panuje skwar jak na pustyni. Moje serce czasem jest pochłonięte tylko tym, co się w nim dzieje i nie chce patrzeć na świat z innej perspektywy. Nie zawsze widzi jasno i dobrze. Nie zawsze też dostrzega dobro.

Dlatego mam lepszy pomysł – na siebie i moje patrzenie na świat oraz ludzi. Może nie do końca o to chodziło autorowi „Małego Księcia”, ale zgodzę się z nim, że dobrze widzi się tylko Sercem. Jednym Sercem. Sercem Jezusa.

Nie będę dziś pisać, co to oznacza dla mnie, nie będę się też silić na próby opisania mojego „wydaje mi się” rządkiem równych, pobożnych słów. Odpowiedź na to, w jaki sposób patrzeć na siebie i innych Sercem – Jego Sercem – zapisuje się w życiu każdego z nas inaczej. Do tego zapisywania rzadko potrzebne są słowa. Dużo częściej zdarzają się uśmiechy, łzy i obolałe od dźwigania potrzebnych i niepotrzebnych ciężarów barki.

Podzielę się jednak z Wami modlitwą, którą znalazłam dzisiaj u Sióstr Sacre Coeur – modlitwą która poruszyła mnie tak bardzo, że chciałabym nie tyle wpisać ją w swoją codzienność, co swoje życie wpisać w jej słowa:

 

Najświętsze Serce Jezusa daj mi
serce, którego usposobienia będą podobne do Twoich …
serce pokorne znające i kochające swoją małość,
serce łagodne, które opanowuje i ucisza swoje niepokoje,
serce kochające, które współczuje słabościom innych,
serce czyste, które odżegnuje się nawet cienia zła,
serce oderwane, które pragnie jedynie darów Nieba,
serce wolne od miłości własnej, ogarnięte miłością swego Boga, którym jedynie się zajmuje, który jest jedynym jego szczęściem i jedynym jego skarbem w czasie i w wieczności. Amen.

bez dachu nad głową.

„Jesteś Królem” – śpiewamy w jednej ze znanych piosenek. W wielu innych wyrażenie „Jezus jest Panem” odmieniamy przez wszystkie możliwe przypadki. Mamy też pewnie swoją wizję tego panowania, w której to Bóg, zaproszony przez nas do naszego życia, zajmuje w nim centralne miejsce.

I siedzi cicho.

No może z wyjątkiem tych momentów, w których potrzebujemy Jego pomocy. Wtedy rozpaczliwe: „Boże, dopomóż” ma otworzyć Mu drogę do działania.

***

Nie wiem, jak miała na imię osoba, która najpierw zaprosiła Jezusa do swojego domu, a potem z narastającym zdziwieniem lub przerażeniem obserwowała, jak kompletnie obcy ludzie rozbierają dach jej domu. Nie wiem, co wtedy myślała. „O Boże (nomen omen), to nie tak miało być!”? A może: „Jezu, czemu Ty nie reagujesz?”. Może w tamtym momencie obiecywała sobie, że już nigdy, nigdy więcej nie wpuści do swojego domu żadnego, nawet najbardziej znanego nauczyciela czy cudotwórcy?…

***

Lubię swój kubek z Bolesławca i bardzo ciepłe skarpetki. Lubię mieć w szafce zapas gorzkiej czekolady, a na łóżku swój ulubiony kocyk. Lubię też zapraszać do tego wszystkiego Pana Boga. Mówię: „To mój wygodny i pełen ciepła (dosłownie i w przenośni) świat, rozgość się.” I On przyjmuje zaproszenie. Traktuje je serio.

Może nie powinnam się dziwić, gdy przychodzą chwile, w których – jak mi się wydaje – mój bezpieczny świat trzęsie się w posadach? Z sufitu czy ścian odpadają tynki, a tam, gdzie był dach, moim oczom ukazuje się rozgwieżdżone niebo, światło słoneczne albo twarz kogoś, kto desperacko szuka pomocy?

Jezus działa chyba właśnie w ten sposób – traktuje nasze zaproszenia serio. Co więcej, poszerza i powiększa serce tych, którzy Go zapraszają. Otwiera okna, wpuszczając świeże powietrze. Otwiera drzwi, zapraszając ludzi głodnych miłości. A gdy to nie skutkuje, pozwala by czasem znad głowy zniknęło nam to, co daje poczucie bezpieczeństwa, bo pozwala się schować i zamknąć przed innymi.

Utrata dachu nad głową to poważna sprawa. Otwarcie swojego serca na oścież i na wszystkie możliwe sposoby to również nie lada wyzwanie. Tyle że to coś więcej niż życiowe przemeblowanie. To stworzenie przestrzeni do tego, by działy się cuda.

Chcesz zobaczyć, jak sparaliżowani stają na nogi, chorzy odzyskują zdrowie, a zrozpaczeni odnajdują sens życia? Nie porzucaj ulubionych ciepłych skarpetek i nie czuj wyrzutów sumienia dlatego, że czasem się boisz. Po prostu wpuść kogoś do swojego świata – przez drzwi, okno, a gdy trzeba, nawet przez dach. Podziel się Jezusem, którego znasz, Słowem które inspiruje i modlitwą, która zaspokaja głód lepiej niż najlepsze ciasto czekoladowe.

A jeśli ciasto czekoladowe to danie, które wychodzi Ci szczególnie dobrze, nie zamykaj go – ani niczego, co w Tobie niepowtarzalne i dobre – w czterech ścianach swojego lęku. Rozejrzyj się wkoło. Jezus jest – zaprosiłaś Go do siebie. To wystarczy. On wystarczy.

Jego córka.

Jedna z ostatnich scen sztuki „Piotruś Pan” w gdyńskim teatrze muzycznym przedstawia Wendy, jej ojca – pana Darling – oraz gromadkę chłopców, których dzięki prośbie i staraniom córki (a ku swojemu zaskoczeniu) ma zaadoptować. Pan Darling, na początku zdziwiony, zgadza się na to, a że rzecz dzieje się w teatrze muzycznym, robi to w rytm piosenki i z odpowiednio dobraną choreografią. Ta była dla mnie bardzo wymowna – przybrany tata każdemu z nowych dzieci zakłada na chwilę swój kapelusz, mówiąc przy tym: „od teraz jesteś Darling”. I może to banalny przykład, ale ja w czasie oglądania tej sceny poczułam ogromne wzruszenie i od razu pomyślałam o momencie mojego chrztu. Wtedy również usłyszałam podobne słowa. Od tamtego momentu mam pełne prawo do tego, by Boga nazywać moim Tatą. Mam też pełne prawo do tego, by zachowywać się jak Jego córka. Nic i nikt tego nie zmieni, bo nikt i nic nie jest w stanie odłączyć mnie od Jego miłości…

Przyznaję, że rozpoczął się taki czas w Kościele, z którym mam pewien problem. Do 2.02 będziemy śpiewać „Lulajże, Jezuniu”, a już dwa tygodnie później: „Ach mój Jezu, jak Ty klęczysz, w Ogrójcu zakrwawiony…”. Nic na to nie poradzę – drażni mnie to równie mocno, jak „kiwaczki” zamiast uścisku dłoni na znak pokoju, kucanie czy dyganie przed Najświętszym Sakramentem oraz zajmowanie skrajów ławek i zachowywanie się jakby coś tam kogoś przyspawało do tego miejsca. Jestem świadoma tego, że moje rozdrażnienie to tylko i wyłącznie mój problem ;) Czasem jednak w tym wszystkim gubi się to, co ważne. Nie wiem, czy to świąteczne dekoracje i kolędy są temu winne – pewnie nie :) Ale mam wrażenie, że czasem odwracają naszą uwagę od tego, co proponuje Kościół w tym czasie. A proponuje więcej, niż tylko świętowanie narodzin Zbawiciela.

Dzisiaj na mszy dla dzieci w naszym kościele nie było kazania. O Chrzcie Pańskim padły może dwa słowa, a po odczytaniu Ewangelii, dzieci przedstawiły jasełka. Sympatyczne maluchy były naprawdę przesłodkie, ich rodzice dumni, a kościół wypełniony po brzegi. Mam jednak niedosyt. A niedosyt czy głód bywa pożyteczny, bo pcha nas do poszukiwania tego, czego nam brakuje.

Dzisiaj zamierzam więc świętować. Chcę wrócić do chwili mojego chrztu świętego i przypomnieć sobie, że to coś więcej niż tylko piękna uroczystość – to zanurzenie w śmierci Jezusa po to, bym w Nim miała również nowe życie. Biała szatka to coś więcej niż kawałek materiału – to przypomnienie o tym, że mam przyoblec się w Chrystusa. Świeca to nie tylko symbol Jego światła, ale zaproszenie, by zapalić serce Jego miłością, by w tej miłości się spalać (bo trzeba się spalać, aby świecić, prawda?…).

O tym samym chcę dzisiaj opowiedzieć moim dzieciom – w prostych słowach, pokazując im zdjęcia z uroczystości ich chrztu świętego. To dla mnie coś więcej niż tylko zadbanie o ich wiedzę religijną. To przekazanie tego, co najważniejsze – opowieść o ich tożsamości, o tym kim naprawdę są. To również opowieść o miłości i trosce Boga, który chce być nazywany Tatą, a nie tylko Królem czy Panem.

Za każdym razem, gdy jestem świadkiem chrztu świętego, bardzo poruszają mnie te słowa: „Bóg wszechmogący, Ojciec, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który uwolnił cię od grzechu i odrodził z wody i Ducha Świętego, On sam namaszcza cię krzyżmem zbawienia, abyś włączony do ludu Bożego, wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne”. Pokazują mi, że chrzest to dużo, dużo więcej niż na co dzień zauważamy. Dzisiaj jest dobra okazja, by spojrzeć na tę chwilę w swoim życiu trochę inaczej, zejść trochę głębiej i przypomnieć sobie, KIM tak naprawdę jesteśmy. Ja zamierzam do tych poszukiwań zaprosić również moje dzieci. A Wam życzę pięknych i wzruszających odkryć i serca otwartego na tyle, by mogło usłyszeć: Jesteś moim ukochanym synem! Jesteś moją ukochaną córką!

na peryferiach

Najlichsze. Betlejem może nie jest najlichsze, ale leży prawie na końcu świata. Prowincjonalna osada bez większego znaczenia. Wioska, gdzie nie diabeł mówi dobranoc, bo mówi to Matka Boga do swojego Syna.

Betlejem, miejsce Narodzenia. „Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima.” (Mt 2,3) Co było dalej, dobrze wiemy: Krzyk usłyszano w Rama,
płacz i jęk wielki… (Mt 2,18) Małe, ciche, nudne i nieatrakcyjne Betlejem. I przerażenie w dostojnej, pięknej, godnej prawdziwego Króla Jerozolimie.

Jezus czasami znika. Czekamy na Niego, a On nie przychodzi. Wszystko jest przygotowane. Kolekcja dobrych uczynków wypolerowana błyszczy na półce. Pobożnie odmówione modlitwy jak bukiet świeżych kwiatów cieszą oko i oszałamiają zapachem. Kto wie, może jest i ciasto – spécialité de la maison – takie, które zawsze nam wychodzi. I jest wszystko, tylko nie ma Jego.

Jak zareagujesz na wieść o tym, że On chce się narodzić gdzieś indziej? Co zrobisz, gdy anielskie śpiewy zechcą obwieścić Jego obecność w tym, od czego uciekasz nawet w myślach? Gdy powie: „czekam na Ciebie tam, gdzie jesteś słaby i nie domagasz”, czy pobiegniesz na to spotkanie, czy odwrócisz się do Niego plecami, upierając się przy swojej wersji, która brzmi:”jestem samowystarczalna”? Gdy po raz kolejny pokłócisz się z mężem, krzykniesz na dziecko, gdy odwrócisz się plecami do potrzebującego albo w 10 minut złamiesz wszystkie noworoczne obietnice – czy zobaczysz Jego gwiazdę w samym środku swojego zamieszania? Uwierzysz, że On chce się narodzić właśnie tam? Wejść w to, czego się wstydzisz, co Cię przytłacza, do czego nie chcesz się przyznać?

Król Herod przeraził się, a z nim całą Jerozolima. A my? My mamy czasem swoją wersję: „Boże, tylko nie to! Tylko tego nie dotykaj, tylko w to nie wchodź, tylko nie zmuszaj mnie do myślenia o tym, co chciałabym zamieść pod dywan”. Wyznaczamy Mu miejsce: taki skrawek. Dwa na dwa metry może, albo coś w tym stylu. Wysprzątane na błysk i przyozdobione iluzjami. Tam może się narodzić, bo tam jesteśmy na to gotowi. Dajemy Mu na to pozwolenie – Bogu wszechmogącemu, Stwórcy nieba i ziemi. Tu możesz, Boże. A tam nawet nie zaglądaj. Tylko że Wszechmogący ma to do siebie, że nie zawsze dostosowuje się do naszych oczekiwań. Jeśli nie możesz znaleźć Go w Jerozolimie, może czas poszukać na peryferiach?

 

odWAŻNIE

Ziarenko pieprzu.

Skręcona w kostce noga.

Boczne lusterko utrącone po pełnej fantazji próbie zaparkowania w wąskiej uliczce.

Porażki, siniaki i rozczarowania. To sprawia, że boimy się próbować nowych smaków i nabierać rozpędu przed skokiem w nieznane. To wszystko działa jak hamulec. Czasami delikatnie wciskamy go przed zakrętem i wtedy faktycznie spełnia swoją rolę. Innym razem hamujemy gwałtownie, stajemy w miejscu albo zawracamy, zostawiając w tyle kolejne możliwe porażki. I mnóstwo niespełnionych pragnień.

„Spełnienia marzeń” – życzymy często. Tylko że to tak nie działa. Marzenia spełniają się same tylko w bajkach – a i wtedy dzieje się tak tylko i wyłącznie dlatego, że dla głównej bohaterki trudzi się nieustraszony książę czy pełna życzliwości dobra wróżka. Marzenia się nie spełniają. Marzenia spełniamy, gdy odważymy się odważyć.

Chociaż pierwszy stycznia to tylko data w kalendarzu, lubimy w tym czasie podsumowywać miniony rok, ubierając przy okazji kolejnych dwanaście miesięcy w uszyte na miarę naszych pragnień postanowienia. Ze mną jest podobnie – ja od nowego roku znowu będę się odchudzać. Obiecuję. Serio :)

Nie będę jednak życzyć ani Tobie, ani sobie niczego innego oprócz tej jednej rzeczy: nie odmierzaj radości w życiu miarką, która zawiera w sobie tylko połowę Twoich pragnień i możliwości. Patrząc na pojawiające się w ciągu roku szanse, nie klikaj jak na fejsbukowym wydarzeniu: „jestem zainteresowana”. Nie przyjdę, nie wezmę udziału, popatrzę dyskretnie z boku – może się zainspiruję. Jeśli czegoś pragniesz, wskakuj w to całą sobą, zamiast czekać na kolejnego sylwestra, kolejne podsumowania i kolejne życiowe zaproszenia. A jeśli na drodze do marzeń spotkasz zamknięte drzwi, spróbuj wejść przez okno, jak radził ks. Twardowski, albo pukaj wytrwale, aż w końcu ktoś otworzy lub pokieruje Cię w inne, odpowiednie miejsce.

Na Nowy Rok – odwagi życia.

Życzę.

u celu, czyli życzę.

Prezenty nie są najważniejsze. Brzmi to jak slogan, ale naprawdę odkryłam to w tym roku. Tym razem Facebook nie przypomniał nikomu o moich urodzinach, życzenia złożyli mi więc tylko najbliżsi. I piszę to absolutnie bez żalu! Dla mnie było to wspaniałe doświadczenie – wiedzieć, że mam wokół siebie ludzi, którzy o mnie pamiętają. I słuchać słów, które były szczere i płynęły z serca. Wzruszałam się bardzo :) i zarówno wtedy, jak i w czasie adwentowego oczekiwania dziękowałam za tych, na których mogę polegać w każdej sytuacji i którzy po prostu dobrze mnie znają.

Najważniejsza jest obecność, a małe gesty wzruszają mnie dużo bardziej niż to, co wielkie, lecz robione na pokaz. Dlatego ciepło świąt Bożego Narodzenia czuję w sercu, gdy słyszę, jak moja Babcia specjalnie dla jednego z członków naszej rodziny (i tylko dla niego w sumie) już od kilku dni przygotowuje kapustę z grzybami. Cieszę się jak dziecko również tym, że przywiozę na wspólne świętowanie czyjeś ulubione słodycze. Refleksje mam jak widać kulinarne, ale nie chodzi tylko o drogę do serca przez żołądek. Chodzi o chwile, kiedy ważny jest dla nas drugi człowiek. Chodzi o małe niespodzianki i wielkie radości. O bycie blisko.

Wśród nocnej ciszy po moim domu rozchodzi się dzisiaj dźwięk pralki, przerywany okrzykami dzieci, które nie potrafią cicho jeść naleśników. I całkiem słusznie zresztą, bo cieszy mnie ich radość. Nie wiem, czy mój biały sweterek wygra jutro nierówną walkę z wigilijnym barszczykiem. Nie wiem, jak ułoży się jutrzejszy dzień – może dlatego proszę Go: „przyjdź już teraz, do tego co jest”…

Nie wiem, w jaki sposób będziecie świętować. Nie wiem, czy to Boże Narodzenie po ludzku jest dla Was radosne, czy też właśnie walczycie z życiowym huraganem (takim jak ten za naszymi oknami na Pomorzu). Niezależnie od wszystkiego, chciałabym Wam życzyć ciepła – tego, które bierze się z serca i karmi się małymi radościami i wielką wdzięcznością. Życzę Wam uśmiechu, który nie będzie kwaśny jak śledzić w occie, ale szczery. Życzę, by cisza wigilijnej nocy była kojąca – nawet jeśli nie będzie jej na zewnątrz, tylko w Waszym sercu. I życzę Wam, by wszystko, co będzie się działo, było Waszą drogą do Jezusa – może krętą i nieoczywistą, może czasem pod górkę, ale z niezawodnym GPSem, takim który w odpowiednim momencie oznajmi: „jesteś u celu„.

PIĘKNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA! :)

pięć błogosławieństw przedświątecznych

Co roku popełniam ten sam błąd. Tuż przed świętami przypomina mi się, że moja lista z prezentami jest niekompletna, w związku z czym muszę udać się na zakupy. A w centrach handlowych i na parkingach dzieją się wtedy rzeczy niestworzone – i niestety daleko im do bożonarodzeniowych cudów…

Dzisiaj, uzbrojona w cierpliwość i spory wózek sklepowy, przystanęłam ogarniając wzrokiem sklepowe alejki, rzędy zapracowanych kasjerów i serie kolizji między alejkami z mydłem i powidłem. Przystanęłam i może nieprzypadkowo przypomniałam sobie jedno z słów, które zachwyciło mnie w czasie mojej nauki języka włoskiego: benedire. Ten wyraz oznacza „błogosławić”, ale po włosku wszystko jest prostsze. W tym języku można mówić źle, czyli przeklinać (maledire) albo mówić dobrze, czyli błogosławić. Stąd też znane nam imię: Benedetto. Piękne, prawda? Pomyślałam dzisiaj, że to ono właśnie powinno być przedświątecznym (ale nie tylko!) imieniem każdego z nas – każdego, kto uważa się za ucznia Jezusa. Na wszechobecne zabieganie patrzymy często jak na ogromny i męczący ciężar. A gdyby dla odmianyzobaczyć w nim zaproszenie? Może udałoby się wtedy usłyszeć w nim słowa posłania – by iść i głosić BŁOGOSŁAWIEŃSTWO? Bez słów. Po prostu – sobą.

***

O centrach handlowych mówi się czasem, że to „współczesne świątynie konsumpcji”. Można więc postanowić, że nie postawi się w nich nogi. Można też z góry patrzeć na tych, którzy są tam w każdą niedzielę. Ale można również stać się na chwilę trochę jak… święty Paweł,. On wprawdzie, odwiedzając Ateny, burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków, nie wtargnął tam jednak z taranem, by swoje wzburzenie zmienić w burzenie… Powiedział natomiast: Przechodząc i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: „Nieznanemu Bogu”. Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając.(Dz 17,23)…

Co zmieniło się od tego czasu? Czy nasz świat faktycznie zna Boga – takiego, który zaspokaja najgłębsze potrzeby serca? I co, jeśli pęd do konsumpcji to tylko próba zagłuszania głodu, który jest rozdzierający i którego nie może nasycić nikt, oprócz Niego? Jeśli tak jest, to moja i Twoja obecność w takim miejscu może być BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM. I nie trzeba wcale wygłaszać kazań – wystarczy uśmiech. Nie trzeba pouczeń – wystarczy kupić coś, czym podzielimy się potem z kimś potrzebującym. Niepotrzebnym marnowaniem czasu jest też zaprzątanie sobie głowy myślami o tym, jak bardzo świat kręci się wokół pieniądza. Zamiast tego lepiej pilnować, by w centrum mojego świata było to, co najważniejsze. I żeby z serca płynęło dobro, a nie osąd…

Boże, błogosław każdemu, kto jeszcze nie wie, że Ciebie szuka. Błogosław tym, którzy są głodni Twojej miłości i próbują zagłuszyć ten głód na tysiąc sposobów. Pomóż im się odnaleźć.

***

W sklepie. Halo halo Mietku, halo halo Franku – jak w sławnym dialogu kabaretu Ani Mru Mru (polecam :) ). Wyścigi po najlepszy kawałek karpika to nic w porównaniu do tego, co dzieje się przy linii kas. Karawany z jucznymi zwierzętami, wozy drabiniaste załadowane po brzegi, drobne stłuczki i kolizje – bo nikt nie bawi się w ustępowanie pierwszeństwa. „Ale pani tu nie stała” i tak dalej. Przepuszczenie kogoś w kolejce do kasy jest dzisiaj wyjątkowym aktem heroizmu. Jeśli się nie uda, wystarczy chociaż uśmiech. I modlitwa – za ziewającego kasjera, który myślami jest pewnie daleko stąd. Za mężczyznę siłującego się z długim rzędem sklepowych wózków, które przywozi z zewnątrz. A na zewnątrz trzy stopnie i wieje, brrr. Za panią, która rozpycha się łokciami. Za płaczące i nie mogące przestać płakać dziecko.

Błogosław im, Boże. Bądź ich odpoczynkiem.

***

Parking przed hipermarketem. Trzy miliardy pojazdów na stu metrach kwadartowych – tak na oko. Co jakiś czas donośny i dłuuuuugi dźwięk klaksonu. Ktoś przyciska go tak mocno, jakby chciał w ten sposób wyrazić całą swoją frustrację. „Długość dźwięku klaksonu jest odwrotnie proporcjonalna do poczucia pewności siebie i wprost proporcjonalna do potrzeby obwieszczenia światu siły swojej męskości” – myślę zirytowana. A potem przystaję. No dobrze – w sumie nie przystaję, bo wózek sam się prowadzi (a przed sklepami jakoś zawsze jest z górki, tak że muszę krzyczeć do niego w myślach: prrr, szalony). Ale moje myśli na chwilę zwalniają, zawracają i chcą pobiec w inną stronę. Bo mogę powiedzieć:

Boże, błogosław temu człowiekowi. Daj mu to, czego teraz potrzebuje. Przyjdź ze swoim pokojem, proszę.

***

Droga powrotna do domu. Mam prawo jazdy od kilkunastu lat, a jednak przed Bożym Narodzeniem bardziej polegam na moim Aniele Stróżu niż na własnych umiejętnościach. Dlaczego? Bo ja mogę jechać zgodnie z przepisami, ale ten wariat przede mną znowu wyprzedza na trzeciego…

Boże, błogosław temu człowiekowi. Błogosław tym bardziej, im mocniej mnie zdenerwował. Niech bezpiecznie dojedzie do celu. 

***

W domu. Od progu bałagan. Kolejne siatki zalegające na podłodze zupełnie nie pomagają w jego opanowaniu. Nie wiem, kto jest bardziej głodny – dzieci czy ja. Wiem za to, komu zdecydowanie bardziej brakuje cierpliwości. Próbuję – mamooo -skupić myśli – mamuuusiu – na tym, co po kolei – no ale mamo – zrobić, by ogarnąć – mama, no chodź -chaos. Im bardziej jestem głodna, tym bardziej przeszkadza mi wszystko co wokół mnie. To moja bieda, moja niecierpliwość, moje głody – nie tylko fizyczne. I tu też mogę wołać – Boże, błogosław.

Błogosław mi w tym, w czym nie daję rady. Błogosław w każdej porażce, w zmęczeniu, w poczuciu że nie ogarniam. 

***

Błogosławcie, a nie złorzeczcie! (Rz 12,14). Mówcie dobrze, zamiast mówić źle. Bo słowa potrafią zmienić myśli – zawrócić je ze złej drogi, czyli nawrócić. Słowa potrafią skłonić do działania. A słowa modlitwy, nawet jeśli nie usłyszy ich nikt, oprócz Boga, w którym  żyjemy, poruszamy się i jesteśmy (Dz 17,28), mogą zmieniać. Najpierw nas, potem innych, a później, kto wie, może i cały świat?…

 

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi