o mnie – vol. 2

Co jakiś czas w różny sposób doganiają mnie pytania – o bloga, pisanie i o mnie. Nie spieszyłam się z wychodzeniem ze swojej bezpiecznej przestrzeni życiowej. Dużo łatwiej jest pisać anonimowo. Przychodzi jednak czas (a może właśnie przyszedł) gdy warto powiedzieć o sobie nieco więcej. Uprzedzam więc, że dziś może być przydługo i nudnawo, bo chcę napisać Wam kilka zdań o sobie.

  1. Dlaczego blog?

Jakiś czas temu stwierdziłam, że w internecie, a przynajmniej w jego katolickiej części, mało jest miejsc, w których odnaleźć mogłyby się osoby takie jak ja – mamy. Pojawiło się we mnie pragnienie, by stworzyć dla nas taką przestrzeń, w której będziemy dzielić się swoimi doświadczeniami, radościami i zmaganiami. W niewyjaśniony dla mnie sposób, po jakimś czasie ja sama zaczęłam być nazwana „Chrześcijańską Mamą” i chyba nie uda się już od tego uciec.

To dla mnie zarówno radość, jak i pewnego rodzaju brzemię. Owszem, jestem mamą. Owszem, wierzę w Jezusa Chrystusa. Ale jestem też bałaganiarską choleryczką, której naprawdę daleko do ideału. Zdarza mi się tu zarówno dzielić własnym doświadczeniem wiary jak i „dawać dobre rady”. Tego drugiego jednak zawsze się boję.

 

2. Katoliczka

Jestem wierzącą i praktykują katoliczką – i jest to świadomy wybór, bo był w moim życiu czas buntu i uczciwych poszukiwań Prawdy. Tych, którzy piszą czasem o mojej „silnej wierze” odsyłam do tekstu, w którym wyjaśniam, dlaczego nie zgadzam się z tym sformułowaniem – nie mam silnej wiary. Mój mąż jest niewierzący, podobnie jak moja najbliższa rodzina. Można więc powiedzieć, że jestem taką rodzinną czarną owcą lub białą owcą, lub hmmm chyba najlepiej ujęła to w słowa Dayenu ;)

3. Nie tylko mama

Od 12 lat jestm przeszczęśliwą mężatką. Mój mąż, choć nie wierzy w Jezusa, z dużym szacunkiem i zrozumieniem podchodzi do mojego zaangażowania w sprawy wiary. A że na wiele spraw związanych z moralnością i podejściem do życia patrzymy podobnie, udaje nam się wspólnie iść przez życie i bez konfliktu wychowywać dzieci.

4. Podwójnie wyedukowana ;)

Skończyłam studia psychologiczne, a w czasie ich trwania rozpoczęłam również naukę na gdańskiej Akademii Medycznej. Studia były czasem intensywnej nauki, ale także okazją do poznania fanastycznych ludzi. Było fajnie! Na dowód – migawka z biochemii:

5. Mama pracująca

Na co dzień pracuję jako stomatolog. To praca, która angażuje mnie zarówno fizycznie, psychicznie, jak i czasowo, bo prowadzę swoją firmę. Przez bardzo krótki czas wydawało mi się, że to zawód lekki i przyjemny. Pierwsze nacięcie ropnia, godzinne dłutowanie złamanego korzenia zęba czy seria pogryzień przez walczące na fotelu trzylatki wyprowadziły mnie z błędu ;) To zawód, w którym spotykam się z ludźmi i ich emocjami oraz oczekiwaniami. Bywa fantastyczny, gdy udaje się komuś pomóc, bywa również niewdzięczny. Angażuję się w niego całą sobą, często po całym dniu jestem więc zmęczona. A gdy ktoś od progu gabinetu pyta mnie, czy powinien się pomodlić, żeby znieczulenie lepiej działało, zastanawiam się, czy czyta mojego bloga i szczerze mówiąc – poziom mojego stresu rośnie, jak zawsze gdy nie mogę schować się w bezpiecznej przestrzeni anonimowości… :)

6. Skąd pochodzę?

Trudno powiedzieć, bo za mną sporo przeprowadzek – chodziłam do trzech różnych podstawówek, a miejsce, w którym obecnie mieszkam, jest siódme na liście z adresami zameldowania. Najwięcej sentymentu mam jednak do Gdańska, miasta w którym studiowałam, poznałam mojego męża i urodziłam dwójkę dzieci. Do tej pory toczy się tam duża część mojego życia, a kto chciałby umówić się na kawę, tego zapraszam do Wrzeszcza :)

 

7. Lubię tańczyć

I lubię dobrze się bawić. Zderzam się czasem z dziwnymi pytaniami z cyklu: „Czy katolik może…”. Niewierzący pytają o to, czy katolik może się całować. Wierzący – o to, czy można oglądać Bridget Jones (oba przykady autentyczne). A dla mnie życie wiarą w małym stopniu związane jest z takimi pytanimi. Dużo bardziej lubię pytać po prostu WWJD – czyli „co zrobiłby Jezus”? Gdy najpierw patrzę na Niego, na Jego sposób zachowania i Jego wybory, łatwiej mi podejmować decyzje dotyczące swojego życia. Na co dzień staram się też dostrzegać piękno małych rzeczy (ojoj, zabrzmiało tandetnie, wiem) :)  Fajnie jest rano chociaż przez minutę pogapić się na świat za oknem i podziękować za to, co piękne albo ucieszyć się smakiem ulubionej kawy. Wierzę, że te nasze małe radości i małe dziękczynienia są bardzo naturalną i miłą Panu Bogu modlitwą :)

8. Uwielbiam góry.

Staram się tą pasją zarażać również moje dzieci. Co roku staramy się choć parę dni spędzić na szlaku, najlepiej tatrzańskim. A choć niektórzy patrza na mnie jak na UFO i zarzucają, że męczę dzieci ;) wiem, że chodzenie po górach daje nam wszystkim coś więcej, niż tylko możliwość odbycia krajoznawczej wycieczki. Moja córka zaskoczyła mnie kiedyś stwierdzeniem, że skoro dała sobie radę w górach i weszła na szczyt, to w odrabianiu trudnego zadania domowego też da radę. I o to chodzi, prawda? ;)

9. Nie oglądam telewizji, ale oglądam TVN

Jestem głęboko przekonana, że oglądając program w telewizji Al Jazeera, nie stanę się automatycznie muzułmanką. Daleka jestem więc od segregowania ludzi na tych, którzy czytają Wyborczą, słuchają Radia Maryja albo oglądają TVN. W  TVNie zresztą miałam okazję dwa razy wypowiadać się na wizji. Gdy czytałam później komentarze o tym, jaka to straszna stacja telewizyjna i jak bardzo próbuję się lansować, byłam naprawdę zdziwiona. Udział w programie był dla mnie ogromnym stresem, nie przespalam wtedy połowy nocy, a wypowiadanie się „na żywo” na tematy związane z wiarą oraz dyskusja z ludźmi o innych poglądach to nie był lans. To było duże wyzwanie… :)

Tak naprawdę jednak prawie nie oglądam telewizji – najzwyczajniej w świecie nie mam na to czasu. Lubię niekiedy zerknąć na jakiś program kulinarny albo pośmiać się z włoskich przebojów na RTL 102,5 :) Pocieszam się wtedy, że szlifuję swój włoski – tak naprawdę jednak trzy razy rozpoczynałam naukę tego języka, za każdym razem przerywając ją w chwili, gdy okazywało się, że to wcale nie jest taki prosty język (ech, pronomi!).

10. Bliżej mi do Odnowy niż Tradsów

A najbliżej do Ignacego z Loyoli, którego poznałam kilkanaście lat temu w czasie rekolekcji ignacjańskich. Osiem dni milczenia i wsłuchiwania się w Słowo Boże – to była prawdziwa petarda! Ignacy zachęca do „szukania i znajdowania Boga we wszystkim”, staram się więc na co dzień pamiętać o tym, że mogę modlić się nie tylko w kościele, ale również moją pracą i obowiązkami. Wierzę, że przestrzenią, w jakiej możemy spotkać Boga, jest nasza codzienność – że Bóg jest obecny, jest blisko, w sposób nadzwyczajny (bo w końcu to BÓG), a jednocześnie bardzo zwyczajny (bo „w Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy”). Jak już wspominałam, daleko mi do ideału. Jestem jednak zafascynowana – nie religią, systemem wierzeń, historią cudów i znaków. Jestem zafascynowana osobą Jezusa. I wierzę, że przygoda życia z Nim to coś więcej niż tylko zapracowanie sobie na etykietkę „rodzinnego świara religijnego”. To stąpanie twardo po ziemi – bo gdy ktoś wychowuje dzieci, prowadzi firmę, płaci co miesiąc ZUS-y, robi zakupy i ogarnia dom, musi stąpać twardo po ziemi. Ale to jednocześnie życie nie tyle z głową w chmurach, co z sercem w Niebie. Szansa na to, by mieć w sobie pokój nie z tej ziemi, albo chociaż trochę tego pokoju – nawet jeśli nie wszystko nam na co dzień wychodzi, nawet gdy do ideału jest bardzo daleko.

 

bez granic.

Naprawdę nie byłam w stanie tego zrozumieć – jak można jeść fasolkę? Jak to możliwe, że ktoś rano ma apetyt na bekon, grilowane pomidory i owsiankę? Nie dziwiło minie to specjalnie w czasie mojego krótkiego pobytu w Londynie. A jednak w wakacyjnym kurorcie, przy temperaturze ponad 30 stopni, nie mogłam wyjśc ze zdziwienia, że ktoś o zdrowych zmysłach pochłania rano  fasolkę w sosie pomidorowym.

Mówią, że droga do serca wiedzie przez żołądek. Dyskretne zerkanie w talerze turystów przekonało mnie jednak, że droga przez żołądek może wieść również do rozumu. Jednym słowem – była to okazja do refleksji nie tylko nad zwyczajami kulinarnymi. Moje ulubione śniadanie to swojskie i tradycyjne kanapeczki, które niekiedy zimą ustępują miejsca pożywnej owsiance. W czasie pobytu we Włoszech przed Światowymi Dniami Młodzieży w 2000 roku zdziwiło mnie to, że rolę śniadania (a raczej „śniadanka”) miał pełnić jedynie niewielki rogalik i filiżanka cappuccino. A są przecież kraje, w których jada się zupełnie inne dania! W Meksyku śniadanie będzie pikantne, w Chinach możemy spodziewać się ryżu i smażonego kurczaka a w Stanach naleśników (pancakes), które wyglądają zupełnie inaczej niż nasze.

Nie odważyłabym się podejść do osoby pochodzącej z innego kraju i przekonywać, że nie ma to jak nasz swojski chleb z chrupiącą skórką, prawdziwe masło i wiejska szyneczka. Plus pomidorek i kiszony ogórek. Wiem, że to najlepszy zestaw, który wygrywa z naleśnikami czy angielską fasolką. Nie zmuszam jednak nikogo do zmiany kulinarnych preferencji i jest to chyba zrozumiałe.

Ten długi wstęp sprawił, że zgłodniałam – a jednak niezupełnie o to mi chodziło. Moje rozważania kulinarne zostały sprowokowane dzisiaj przez … różniec. Różaniec do granic. Akcja, w której nie wzięłam udziału, choć podziwiam wszystkich pielgrzymujących i modlących się. Akcja, która znowu nas podzieliła. Czytając dzisiaj na zmianę wpisy i kometarze zwolenników i przeciwników tego wydarzenia. Było wśród nich sporo złośliwości, wytykania błędów, czepiania się Cezarego Pazury (wstyd mi za tych, którzy ośmielają się komentować czyjeś świadectwo…wstyd) i przekonywania, że „moje jest najlepsze”. Zrobiło mi się smutno, tak po prostu.

Nie pojechałam dzisiaj do granic. Różaniec wydaje mi się zupełnie nielogiczny – nie rozumiem go. Nie rozumiem tego fenomenu. Monotonia powtarzanych słów i przesuwanych paciorków. To powinno znudzić się kilka wieków temu. A jednak jest inaczej. Gdy wkładam rękę do kieszeni płaszcza, czuję się, jakbym wkładała dłoń w rękę Maryi. A proste słowa prowadzą mnie tam, gdzie sama nie mam siły albo odwagi iść. To modlitwa sama się modli i w niewytłumaczalny dla mnie sposób przynosi pokój serca.

Mimo tego – nie pojechałam do granic. Może dlatego, że nie lubię tłumów? Może dlatego, że rzadko pociągają mnie wielkie imprezy, głośno reklamowane eventy i nadzywczajne wydarzenia? A może dlatego, że to zupełnie nie mój kilmat, nie moja bajka. Cieszę się jednak z dobrych owoców, jakimi mogły cieszyć się biorące udział w tej akcji osoby. Cieszę się ze wspólnej modlitwy i z ożywienia, jakie ona niesie. I cieszę się z różnorodności, jaką daje nam Kościół – to wspólnota, w której każdy znajdzie coś dla siebie. W wolności.

Marzę też o dniu, w którym nauczymy się, że nie warto zaglądać sobie w talerze – dosłownie i w przenośni. Marzę o chwili, w której wszyscy będziemy się karmić obecnością Boga wśród nas i to ON, TO ON będzie najważniejszy, a nie sposób, w jaki się do Niego zwracamy. Marzę, by kiedyś reakcją na to, że ktoś modli się czy działa inaczej niż my było nie oburzenia czy próba nawracania na nasz sposób myślenia, ale reakcja: „Wow! Jak cudownie, że w ten sposób też można spotkać się z Bogiem!”. Marzę, by różnorodność nie dzieliła, a była bogactwem i dawała radość. Wierzę, że kiedyś tak właśnie będzie. Że wymodlimy to razem – do granic, bez granic, wspólnie, choć nie zawsze tak samo.

 

strajk kobiet.

O tym, że to właśnie dzisiaj jest Czarny Wtorek i ogólnopolski strajk kobiet dowiedziałam się przypadkiem. Paradoksalnie – informacja ta dotarła do mnie tylko dlatego, że ktoś ze znajomych postanowił wziąć udział w facebookowym wydarzeniu będącym odpowiedzią na tę akcję, czyli w „anty-strajku”.

Kilkanaście dni temu, w samym sercu mojej ulubionej gdańskiej dzielnicy usłyszałam głośne: „Ratujmy kobiety!”. Uśmiechnęłam się, gdy zauważyłam że głos nawołujący do zbierania podpisów pod nową ustawą należy do dawnej znajomej, w dodatku również mojej imienniczki. Przez kilka sekund chciałam nawet do niej podejść i zagadać – bez oburzenia czy chęci dyskusji. Więcej było we mnie chyba zdziwienia.

Nie czuję, żeby ktoś musiał mnie ratować. I wiem, wypowiadam się tylko za siebie, ale skoro chodzi o mój osobisty podpis pod ustawą, o moją wypowiedź, o moje stanowisko, to myślę, że mogę zapytać szczerze: przed czym mam zostać uratowana?

Jestem jedną z wielu. Dzielę dobę na czas dla rodziny, pracę zawodową, sprzątanie i gotowanie, znadując w międzyczasie również kilka chwil dla siebie. Bywam tym wszystkim zmęczona, wkurzona, bywam czasem sfrustrowana. Bywam też nieziemsko szczęśliwa i wystarczy do tego czasem, jak dzisiaj rano, spojrzenie na moje dziecko, które spokojnie je śniadanie i śpiewa pod nosem piosenkę. Wtedy nie myślę już o tym, że musiałam wstać skoro świt by przygotować te tosty i ulubioną herbatę. Nie myślę o brzydkiej bliźnie po dwóch cesarkach, nie zastanawiam się też co stanie się, gdyby trzeba było wykonać trzecią. Ufam Bogu, ufam życiu, ufam Życiu. Pewnie jestem dziwna, może nieco zacofana, a może naiwna. Wiem, nie wszystkie kobiety mają tyle szczęścia, co ja – nie każda ma kochającego męża, zdrowe dzieci i pracę, która zapewnia godziwy byt. Nie wiem tylko, czy faktycznie aborcja na życzenie rozwiązuje właśnie te problemy. A jeśli nie, to kogo ratuje – i przed czym?

Nie, nie czuję żebym musiała zostać uratowana. Jestem zwolenniczką zarówno badań prentalanych jak i mądrej (co podkreślam!) edukacji seksualnej. Ale gdy słyszę na ulicy hasło: „Ratujmy kobiety”, czuję się dziwnie. Nie protestuję jednak przeciw protestowi. Nie walczę krzykiem przeciwko krzykowi. I być może w tym też jestem dziwna, zacofana i naiwna. Jestem jednak przekonana, że żyjemy w demokratycznym kraju, w którym każdy może chwycić za megafon, by wypowiedzieć to, co jest dla niego ważne. Wydaje mi się też, że nawet w bardzo burzliwych dyskusjach, jedna ze stron może wygrać – albo na argumenty, albo na pięści. Tylko czy taka wygrana naprawdę coś znaczy? I czy moim zadaniem jest mieć rację? Czy mój czas i energię mam wykorzystywać po to, by w tłumie przekrzykiwać inny tłum? Czy może lepiej zainwestować w konkretne dobro – tu, gdzie jestem? Okazać komuś życzliwość, porozmawiać i podzielić się sobą. Być świadkiem Jezusa, ale bez wielkich słów, lecz po prostu dzieląc się siłą i radością, które On daje – tak by „świeciło nasze światło…” (Mt 5,16)

Dzisiaj, trzeciego października 2017 roku nie wyjdę na ulice – ani na strajk, ani na anty-strajk. Na razie siedzę w domu z moim pożerającym naleśniki pięciolatkiem, potem czeka mnie krótka wizyta w szkole i kilka godzin pracy, a w ciągu nich spotkania z konkretnymi ludźmi, równie konkretne wyzwania i okazje do tego, by zrobić coś dobrego.

Jak każdego dnia, rano zajrzałam do dzisiejszych czytań. I choć ten fragment nie należy do moich ulubionych, dzisiaj wydaje się pasować idealnie. Nie będę go zagłuszać swoimi refleksjami – dodam od siebie tylko jedno: „ogień z nieba” i zniszczenie to często nasze scenariusze, a Jego zaproszenie bywa dużo prostsze: głosić.

(Łk 9,51-56)
Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka.

wypłyń na głębię

Nigdy nie przepadałam za wodą. Dużą niespodzianką była więc dla mnie największa miłość tego lata – zakochałam się w żaglach. Dosłownie!… :) A dlaczego? Spójrzcie sami:

Do tej pory pływałam raczej stylem rozpaczliwym, niejednokrotnie walcząc z paniką. Chcąc kontynuować moją żeglarską przygodę, musiałam więc nauczyć się pływać i przyznam szczerze, że początkowo traktowałam to jak przykrą konieczność. Pływanie byłoby ok gdyby nie… woda ;). Woda wlewająca się do uszu, do nosa, zakrywająca twarz i sprawiająca, że trzeba spędzić potem pół godziny susząc włosy. Nie, to nie dla mnie – myślałam przez długi czas. Jaki jednak miałam wybór? :)

Zajęcia okazały się dużo przyjemniejsze niż początkowo myślałam. W pewnym momencie poczułam jednak znużenie. Ile razy można pływać z deską, ćwicząc jedynie pracę nóg? Przecież nie jestem dzieciakiem, chyba się nie utopię bez tej deski, nie? I po co powtarzać te same elementy tyle razy, skoro mam wrażenie, że wychodzi mi to całkiem dobrze?…

Dzisiejszy dzień wyjaśnił mi to wszystko bez słów. To właśnie dzisiaj złożyłam z tych małych puzzelków większą całość. I nagle okazało się, że mozolne i nudne ćwiczenia miały sens, bo każdy wyćwiczony wcześniej element splata się z innymi w całość. W płynną całość! Taką, która sama…płynie :) i to z jaką radością!

„Wypłyń” – ale czy dzisiaj?

„Wypłyń na głębię!”. Moje pierwsze skojarzenie: Lednica :) A Wasze? Każdy z nas usłyszał pewnie kiedyś w sercu takie słowa. Czasem były zachętą do tego, by zaufać nie swojemu lękowi, lecz Bożemu zaproszeniu i – dosłownie – rzucić się na głęboką wodę. Niekiedy w życiu bywa jednak inaczej. Początkowy zapał znika, pozostawiając tylko wspomnienie doświadczenia Bożej bliskości – doświadczenie które z upływem czasu coraz częściej poddajemy w wątpliwość. Bo może nam się wydawało? Bo może Bóg wcale nie zapraszał do wielkich rzeczy, do bliskiej i żywej relacji, do doświadczania Jego miłości na co dzień? Może tak się nie da? Może to dla innych, nie dla mnie?

Bo przecież nie dzieje się nic nadzwyczajnego – wciąż to samo, powtarzalność i przewidywalność kolejnych elementów. Codzienność, w której jeden dzień podobny jest do drugiego. Te same słabości ciągnące się za nami jak kula u nogi. Kolejne spowiedzi, postanowienia poprawy, upadki, porażki, łzy i złość. Płytka kałuża zamiast głębi, która budziła w sercu jedyną w swoim rodzaju tęsknotę…?

Nie! „Wypłyń na głębię” to słowa aktualne każdego dnia. Nie zawsze jednak oznaczają skok na głęboką wodę dokładnie w chwili odczytania Bożego zaproszenia do działania. Czasem trzeba „stracić czas” na mozolne ćwiczenia, które w naszym odczuciu mogą nie mieć większego sensu, ale które sprawiają, że kiedyś wypłyniemy lub wręcz pofruniemy niesieni jak na skrzydłach i zdziwieni tym, że nagle rozumiemy więcej, widzimy inaczej, działamy mądrzej. Niektóre cuda dzieją się nie w ułamku sekundy, lecz są efektem długiej i mozolnej współpracy z Bogiem, który zachęca: „Spróbuj jeszcze raz. I jeszcze raz. I po raz kolejny.”

Zgoda na to, by „wypłynąć na głębię” wymaga nie tylko odwagi i serca pełnego zapału. Trzeba też cierpliwości i wytrwałości, by nie zniechęcać się, gdy będzie nudno, szaro i pozornie bez sensu. To też jest odwaga, tyle że taka, która mniej rzuca się w oczy i której sami niekiedy nie doceniamy. I kto wie, może właśnie na tym polega prawdziwe zaufanie.

Moja wielka wina?

Nauka wypływania na coraz głębszą wodę uczy mnie jeszcze jednej rzeczy. W życiu duchowym, widząc to, co złe, przechodzę często w naturalny sposób do mea maxima culpa, a potem niekiedy wzdycham ciężko, bo widzę jak wiele we mnie słabości. Czasem prowadzi mnie to do Boga, a czasem w zupełnie przeciwnym kierunku, bo patrzę tylko na siebie, na to co mi nie wyszło i na to, czego mi brakuje.

Jak to możliwe, że w czasie nauki pływania myślę w zupełnie inny sposób? Przecież w tej dyscyplinie czuję się bardzo niepewnie. A jednak dopytuję wprost i nie czując żadnego wstydu: „Co robię źle?”. Nie zadaję jednak tego pytania po to, by się dołować. Pytanie o to, co robię źle jest najprostszym sposobem, by… robić coś dobrze. Pytam, patrzę, uczę sie, próbuję. Naśladuję kogoś, kto ma wiedzę i doświadczenie większe od mojego. A gdy coś w końcu mi wychodzi – po prostu się cieszę. I idę dalej. O pardon! – płynę.

„Co robię źle? Pokaż mi, jak zrobić to dobrze”. Może to właśnie o to chodzi w rachunku sumienia? Może zamiast „rachować” grzechy lepiej spytać Boga, co można zrobić inaczej? Zamiast spuszczać wzrok ze wstydem, spojrzeć na Niego i zapytać, w jaki sposób On poradziłby sobie z naszym problemem? A potem – patrzeć na Niego, uczyć się, próbować i naśladować. To czasem mozolna i powtarzalna, ale chyba najprostsza droga do Miłości.

 

czekolada.

Cisza przerwana dyskretnym szeleszczeniem papierka. Moja córka, przysunięte do szafki krzesło, szczęśliwa buzia pełna czekolady. I mój pobłażliwy uśmiech, mimo że to przed obiadem – że dziecko takie zaradne… ;)

Często wydaje mi się, że jestem farciarą, kiedy uda mi się coś na Panu Bogu wymusić. Albo po cichu uszczknąć kostkę czekolady bez pytania Go o zdanie. W końcu co mi się uda zwinąć i skonsumować, to moje, prawda? I może On też czasem pobłażliwie się uśmiecha…

Coraz częściej odkrywam jednak, że dużo więcej radości jest w powiedzeniu: ” A jak Ty chciałbyś, żeby to wszystko wyglądało?” zamiast „zrób to i tamto, proszę, proszę, PROSZĘ… no proszę!”. Dużo więcej szczęścia daje niewymuszanie. Paradoksalnie – dają je też puste ręce, a nie chowana po kieszeniach czekolada.

Te puste ręce rzadko zresztą zostają puste. Bo On je wypełnia – ale nie tak jak świat, który daje i jednocześnie wiąże. On daje w taki sposób, że nic w tym dawaniu nie przygniata, nie przytłacza, a jednocześnie nasyca przy tym każdy mój głód.

I to chyba właśnie jest wolność.

tylko dzisiaj!

Nosi mnie. Od zawsze. Zamiłowanie do podróżowania jest częścią mnie tak samo, jak słabość do kawy w każdej postaci i skłonność do kupowania wielu par butów. Uwielbiam być w ruchu! To nie musi być wyprawa na koniec świata. Zdarzało się przecież, że w dzieciństwie dyskretnie czmychałam przez okno, by urządzić sobie spacer z cyklu „boso przez świat” (przy czym dobrze, że mieszkaliśmy na parterze, a mój niekompletny ubiór nie budził sensacji).

Nosi mnie. Może właśnie dlatego wśród polubionych przeze mnie na Facebooku stron są te z relacjami z podróży i przeróżnymi lotniczymi promocjami. „Weekend w Porto za 299zł!” – krzyczą do mnie już od rana żywe kolory internetowych grafik. A ja wzdycham patrząc przez okno na ciemne deszczowe chmury. „Okazja! Tanie noclegi w Cancun!” widzę po chwili. I puszczam wodze wyobraźni, planując gdzie pojadę, gdy uda mi się zaoszczędzić albo gdy wygram w Lotto.

Tymczasem jednak budzi mnie nie słońce i szum ciepłego morza, lecz dźwięk budzika. Kolejne dni zaczynają się tak samo, zmienia się tylko zawartość pudełek na drugie śniadanie, które przygotowuję zaraz po otwarciu oczu (czyli po kilku łykach porannej kawy). A mnie nosi – i to dobrze, bo dzięki temu od czasu do czasu udajemy się w małe i duże wyprawy. A jednak nieustanna tęsknota za wakacjami wcale nie pomaga. Egzotyczne widoki pojawiające się co rano na ekranie mojego komputera nie tyle inspirują, co odwracają uwagę od codzienności.

Przydałoby mi się chyba coś innego. Każdego dnia – przydałoby mi się przypomnienie o tym, że nadchodzący dzień jest pełen prawdziwych okazji:

  • Tylko dzisiaj! Czeka Cię bardzo trudne spotkanie, ale jeśli przed nim nie uciekniesz i zmierzysz się z przeciwnościami, zyskasz pewność siebie i trochę więcej wewnętrznej siły.
  • Tylko dzisiaj! Masz trzy pralki prania do ogarnięcia. I tak, to może być nudne, ale tylko od Ciebie zależy, czy nie wykorzystasz tego czasu na coś dobrego – na odpoczynek od zabiegania, na modlitwę bez słów, na słuchanie ulubionej muzyki.
  • Tylko dzisiaj! Trzy pobudki w nocy i karmienie dziecka. Niesamowita okazja by przekonać się, że nawet zmęczenie nie przeszkadza Ci w byciu Bardzo Dobrą Mamą – czyli mamą, która jest blisko swojego malucha.
  • Tylko dzisiaj! Ktoś Cię wkurzy, ale uda Ci się ugryźć się w język i nie odpowiedzieć złem za zło. I to da Ci więcej radości niż jakakolwiek wygrana kłótnia.
  • Tylko dzisiaj! Jesień za oknem i codzienne obowiązki. Tylko teraz – możliwość odkrycia w nich radości. Ten dzień się nie powtórzy!

Tylko dzisiaj? Nie tylko… Dzisiaj tak jak każdego dnia. Ale to jest świat w którym żyjesz, Twoje wyzwania, małe zwycięstwa i radości nie mniejsze od tych, których doświadczysz skacząc na bungee na drugim końcu świata.

Takiego przypomnienia potrzebuję. Potrzebuję czegoś, co nie będzie mnie nieustannie odrywać od codzienności, ale pomoże mi w nią wrastać i w niej wzrastać. Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy dzień zapowiada się szaro, ponuro i trudno.

W internecie mignął mi dzisiaj cytat Laryy’ego Browna, który pozwoliłam sobie przetłumaczyć w następujący sposób: Po roku terapii, mój psychiatra powiedział do mnie: „Może życie nie jest dla każdego?” Jeśli życie ma być jedynie kolekcjonowaniem kolejnych nadzwyczajnych doświadczeń, być może nie. Co mieliby wtedy powiedzieć skrajnie ubodzy mieszkańcy krajów, których nazwy nie potrafimy nawet poprawnie wymówić albo osoby przewlekle chore i cierpiące? Jeśli jednak życie to chwytanie pełnymi garściami tego, co przynosi codzienność, to zdecydowanie – życie jest dla każdego. Jedynym problemem jest to, że ono jest tu i teraz, a nie tylko na wymarzonych wakacjach. Ono jest – tylko dzisiaj! :)

o łasce Bożej w brzydkim kościele.

Do dominikanów wpadałam czasem ze względu na piękną muzykę i mądre kazania. Jezuitów cenię za zaangażowanie, pasję głoszenia Słowa i mądrość towarzyszenia duchowego. U pallotynów zachwyciła mnie msza dla dzieci, z kolei atmosfera pobliskiego zabytkowego kościoła bardzo ułatwia mi skupienie. Mam więc swoje powody do tego, by co jakiś czas robić niedzielne wycieczki. Churching ma swoje plusy – pozwala poznawać to, co dobre. Dziś jednak przekonałam się, że czasem „cudze chwalicie”, bo swoje wydaje wam się zbyt swojskie…

Było trochę tak, jak w jednym z wierszy księdza Twardowskiego, tym o łasce Bożej w brzydkim kościele. Bo kościół był zwyczajny, wokół mnie tłumy, a na parkingu problem z parkowaniem. Gitara nieco rozstrojona, choć sama Lauryn Hill nie powstydziłaby się głosu, jakim kilkuletnia dziewczynka zaśpiewała psalm. Kazanie proste, lecz trafiające pewnie w do dziecięcych serc równie skutecznie, jak to na mszy rodzinnej u dominikanów. Oazowe hity, tak różne od moim ulubionych pieśni, lecz śpiewane z zaangażowaniem i pełnym głosem. I Boże Słowo, które wszędzie jest skuteczne i nie potrzebuje nadzwyczajnych okoliczności, by przemieniać.

„Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”- usłyszałam. Szczerze? Chwilami tak. Zwłaszcza wtedy, gdy wydaje mi się, że to ja, to własnie JA w pocie czoła pracuję, zbierając winne grona, wyrywając chwasty i podlewając. To JA, przodownik pracy, wykazuję się największą efektywnością, choć wrodzona skromność każe mi tego nie ujawniać. Dlaczego więc nie dostaję zotego medalu i tytułu pracownika miesiąca?

Przecież znam się na wszystkim najlepiej. Rucam dyskretne acz celne uwagi o tym, kto modli się za mało albo nie tak jak trzeba. Wiem, w którym kościele fałszuje organista, a ksiądz układa kazania, usypiające skuteczniej niż kołysanka. Udowodnię, że u tradsów jest zbyt poważnie, u charyzmatyków za głośno, a w kole różańcowym za nudno. Nadmucham z moich argumentów wielką bańkę, która w końcu z hukiem pęknie. I wtedy zobaczę, że winnica jest hen, hen daleko, a ja wciąż stoję bezczynnie na rynku – nie dlatego, że nikt mnie nie najął do pracy, lecz dlatego, że wolałam narzekać, zamiast zakasać rękawy i dokonać choćby niewielkiej zmiany.

„Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Nie, Panie Boże. Błogosławię Cię za to, że dajesz mi kolejne szanse! Bo często gadam dużo więcej niż robię. Często ględzę, smęcę i wytykam błędy, zamiast po prostu wziąć się do pracy. A Ty w dziwny sposób nie potrafisz powstrzymać się od tego, by mnie szukać. I wracasz wciąż w te wszystkie miejsca w których zajmuję się marnowaniem swojego czasu i sił na smutki oraz frustracje. (Mt 20, 1-16a) Codziennie, co godzinę, co chwilę zapraszasz: „No chodź, potrzebuję właśnie Ciebie.”

 

„O łasce Bożej w brzydkim kościele”

Kościółek był tak brzydki, że nie powiem który,
brzydota wprost się lała z każdej większej dziury
Dobry święty Antoni miał twarz wykrzywioną,
inny święty był lepszy, lecz przed wojną spłonął
Żostała po nim broda na pace przy murze,
wota i dwie donice na fikusy duże
Barankowi z chorągwi popruły się żebra,
a za oknem drżał deszczyk z jaskółek i srebra,
o cały cmentarz dalej, gdzie już las wysoki
kolory czarnych jagód składał na obłoki

I nagle cud się zdarzył,
że w to straszne wnętrze –
szły na mnie jakieś dłonie od winnic gorętsze –
i uniosły mą duszę nad rude anioły
pod Matki Boskiej oczu szafirowe pąki

Wtedy sercem ukląkłem. I płakałem wiele

z pamiętnika perfekcjonistki.

To był dzień, w którym po raz kolejny udowodniłam sobie i światu, że potrafię. Umiem schować zmęczenie do kieszeni – poskładać je dokładnie i odłożyć na później, gdy będę mogła już okazać słabość. Umiem robić pięć rzeczy na raz, ogarniać odrabianie lekcji (o matko, skąd w zeszycie pojawiły się słowa „durzy bót”?!), poszukiwanie zagubionych klocków lego (zazwyczaj odnajdują się pod moją stopą) i gotowanie kilku dań jednocześnie, jak wczoraj, gdy spodziewaliśmy się znajomych.  Nie daję się pokonać takim drobiazgom, jak rosnący bałagan i pojawiające się znikąd dziecięce marudzenia. Odkrywam nawet nowe rzeczy – na przykład to, że pieczona papryczka chilii również jest ostra i że nawet jeśli umyje się ręce, trzeba być odważnym, żeby odragniać nimi włosy, które wpadły do oka…

Jest super. Jest idealnie – do czasu. Bo w pewnej chwili, gdy pojawia się o jedno zadanie zbyt dużo, okazuje się że jednak jestem nie super mamą, nie perfekcyjną panią domu, a zwyczajnym człowiekiem. W dodatku takim, którego potrafi wyprowadzić z równowagi jeden SMS albo rzucona przez męża neutralna uwaga. Zamieniam się wtedy w równie perfekcyjnego jak wszystko, co próbuję zrobić mistrza ciętej riposty. I żałuję tego już kilka sekund później, gdy słyszę swoje słowa i dosłownie czuję, jak przez nie zagęszcza się domowa atmosfera.

Wtedy uświadamiam sobie, że bycie mistrzem ciętej riposty to żadna szuka. Przez długi czas wydawało mi się, że jest inaczej. Mieć odpowiedź na każdą zaczepkę – to wydawało mi się oznaką siły. Nie doprowadzać do sytuacji, w których ktoś mógłby mnie przegadać i mieć ostatnie zdanie. I napawać się iluzją pewności siebie, jaką się wtedy zyskuje.

To jednak żadna sztuka. Walczyć na słowa i wygrywać – to nic takiego. Przyjmować atak i rozbrajać rzucane w nas słowa, zamias okopywać się w swoich racjach i ranić- to dopiero wyzwanie. Wielką sztuką jest rozmawiać tak, żeby wynikało z tego dobro, a nie tylko mój dobrostan.

Jezus często proponuje odwrócenie porządku, jaki znamy, wprowadzając zupełnie inny: pierwsi mają być ostatnimi, a ci, którzy mają władzę, mają też służyć. Błogosławieni są nie ci, którzy w każdym sporze użyją najlepszych argumentów, lecz ci, którzy wprowadzają pokój. Również słowami.

A co z tymi, którzy dążą do perfekcji? Co z tymi, którzy przecież w dobrej wierze i bez złych zamiarów działają tak, alby wszystko układało się idealnie? Może tu też trzeba odwrócić porządek jaki znamy i do którego się przywiązaliśmy? Zamiast robić wszystko na sto procent normy, pozwolić sobie na chwilę odpoczynku? Zaakceptować to, że zamiast ciasta wychodzi czasem zakalec, że z porządku bardzo szybko robi się bałagan, że świat nie jest idealny i że nam do ideału daleko? Przyznać, że irytuje nas to, co irytować nie powinno, a wymuszony uśmiech sprawia, że nie możemy swobodnie oddychać. I że czasem nie wszystko potrafimy, że nam nie wyszło, że potrzebujemy pomocy.

Dzięki temu łatwiej będzie zobaczyć wokół siebie nie ludzi, którzy koniecznie muszą wpisać się w nasz idealny sposób patrzenia na świat, ale ludzi, którzy mają prawo do popełniania błędów. Wtedy łatwiej będzie o wyrozumiałość, a słowa pełne pokoju i zgody – na siebie i na innych – pojawią się w sposób naturalny.

I to dopiero brzmi jak prawdziwy ideał… :)

w gorączce.

„Wysoka gorączka trawiła teściową Szymona.” (Łk 4,38) Łatwo mogę jednak sobie wyobrazić, że rozgorączkowanie zaczęło się dużo wcześniej. Może biegała tak jak ja – od jednego obowiązku do drugiego, a przecież gdy biega się sporo, pojawia się zadyszka, rumieniec i poczucie gorąca. Może to emocje ogrzewały, gdy widziała ciepły uśmiech i rozgrzewały, gdy kilka nieopatrznych słów zaostrzało konflikt czy komplikowało jakąś sytuację. Trawiła ją nie tylko gorączka, lecz czasem również złość i zazdrość. Pochłaniał ją lęk i zatroskanie. Miała takie dni, gdy nie wiedziała, w ręce włożyć – zwłaszcza gdy to ku niej wyciągały się małe rączki. „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat” – nuciła może czasem, dokładnie tak jak ja, gdy wsłuchuję się w płyty Anny Marii Jopek.

Najpierw przestała wyraźnie widzieć. Gdy pot zalewa czoło, ciężko zachować wyostrzony wzrok i skupić uwagę na tym, co najważniejsze. Zdarzało się jej też w gorączce mówić słowa, których nie wypowiedziałaby, gdyby wszystko było dobrze. Zdarzało się wykrzykiwać swój lęk i niezgodę na rzeczywistość. Aż w końcu stało się. Zabrakło sił. Gorączka ścięła ją z nóg – dosłownie.

Przeglądam się w tej historii jak w lustrze. Dotykam swojego czoła by sprawdzić, czy nie jest gorące. Słucham przyspieszonego oddechu i próbuję zatrzymać pędzące w wiecznej gonitwie myśli.

„On stanąwszy nad nią rozkazał gorączce, i opuściła ją.” W moim zabieganiu zastanawiam się czasem, co trzeba zrobić, żeby tego doświadczyć – ile dziesiątek różańca odmówić, ile kazań wysłuchać, ile przeczytać książek. I jakich. Z kim porozmawiać i kogo spytać o radę. A to wszystko nic innego, jak dalsze symptomy gorączki…

Kiedy człowiek leży bez sił, nie jest w stanie zrobić nic. Bo gorączka go trawi – czyli pożera. Doświadczenie pokoju przynosi jednak coś innego niż nawet bardzo pobożna aktywność. Pokój to wynik równania, w którym dodaję do siebie… siebie. I Boga. Pokój rodzi się ze spotkania.

„On stanąwszy nad nią rozkazał gorączce, i opuściła ją.” Taki cud dzieje się niekiedy w czasie krótszym niż jedno „Zdrowaś Mario”. I czasem nie trzeba biec za Jezusem. Czasem wystarczy po prostu nie uciekać.

trzy odrobione lekcje.

Pamiętam pierwszy września zeszłego roku. Biegałam wtedy między dwiema szkołami, zahaczając jednocześnie o szpital, w którym mieliśmy skonsultować wyniki jakichś badań. Było gorąco, a oczekiwanie na lekarza dłużyło się w nieskończoność, przeglądałam więc wiadomości na Facebooku. W jednej z grup zrzeszających Bardzo Zaangażowanych Rodziców, oburzenie wywołało zdjęcie, które dla mnie było autentycznie zabawne:

A że tak naprawdę najbardziej oburza mnie brak dystansu do siebie, opuściłam tę grupę jak najszybciej. Pozostało jednak pytanie o to, w jak różny sposób odbieramy rzeczywistość i czy na pewno najbardziej skutecznym sposobem komunikacji jest święty oburz ;)

Od tego czasu minął prawie rok. Jutro po raz kolejny uśmiechnę się na widok zdjęć takich jak to:

bo wciąż wydają mi się śmieszne. Tłumaczę jednak od razu, że dni mijające do końca wakacji liczę raczej z niepokojem niż radosnym oczekiwaniem. Jak co roku, również i teraz czekają na nas nowe wyzwania. I może jestem dziwna, ale zazwyczaj nie dokonuję bilansów rocznych zysków i strat w dniu 31 grudnia. To raczej początek roku szkolnego w naturalny sposób prowadzi mnie do podsumowania minionych dwunastu miesięcy.

To podsumowanie będzie subiektywne, osobiste i napisane od serca. To będzie lista o mnie i moich małych odkryciach. Lista lekcji odrobionych, a jednocześnie zadanych na kolejne dwanaście miesięcy.

  1. Lepsza organizacja.

Jakiś czas temu autorzy strony Gaudium et Mems zaproponowali taką wersję słów Jezusa: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego: lepszej organizacji”. Zaśmiewałam się do łez czytając to zdanie – po części dlatego, że Marta, która we mnie mieszka, naprawdę stara się zorganizować wszystko i wszystkich.

Jestem szoferem, wożącym dzieci do szkoły i na zajęcia dodatkowe. Jestem kucharzem i dietetykiem, krawcową i stylistą, pielęgniarką, terapeutą i animatorem czasu wolnego. Posiadam też umiejętność lokalizowania zagubionych klocków lego i budowania z nich pojazdów maści wszelakiej. Nie skarżę się z powodu nadmiaru zajęć, nie obnoszę się z też z umiejętnością rozciągania doby, bo potrafi to zrobić każda mama. Po prostu – staram się dawać radę. Zazwyczaj. Bo są też takie chwile, w których czuję, jak mocno sprawdza się zdanie, który kiedyś usłyszałam: „trzeba się spalać, żeby świecić”. A kto się spala, łatwo może się wypalić…

Lekcja którą odrabiałam przez ostatnie 12 miesięcy: pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, czyli bycia nie tylko rodzicem, ale też dzieckiem. Bożym dzieckiem, które może się poskarżyć, wypłakać i przyznać do słabości. Bez tego też można być mistrzem organizacji, ale tylko do czasu. Codziennie muszę to sobie przypominać: żeby być w stanie kochać, muszę czerpać miłość ze Źródła. Bo mogę wszystko, owszem – ale tylko w Tym, który mnie umacnia. (Flp 4,13)

2. Chwila dla siebie

Znacie takie sytuacje? Idziecie wziąć prysznic i nagle wszyscy zaczynają pukać do drzwi łazienki? Chcecie nie więcej niż 15 minut tylko dla siebie, ale dokładnie wtedy dziecięce głosiki przedstawiają Wam tysiąc spraw, które nie mogą poczekać ani sekundy dłużej. Jakby dzieciaki miały jakiś detektor, kurka wodna! ;) Nauczyłam się w tym roku mówić w takich chwilach: „Będę cała dla Was, ale za kwadrans. Na razie muszę odpocząć”. Pomijam tu oczywiście sytuacje, w których następuje pożar, tornado albo ryzyko ciężkiego uszczerbku na zdrowiu dziatwy. I to działa.

Kolejna lekcja: mam prawo do wypoczynku, do zadbania o siebie przez dobrą dietę i wysiłek fizyczny (a na to też trzeba czasu), do odpowiedniej ilości snu. Dobitnie przypominało mi o tym w ostatnim roku pogarszające się samopoczucie fizyczne. Pielgrzymowałam od lekarza do lekarza i przede mną pewnie jeszcze sporo wypraw po witaminy i dobrą radę. Z każdą taką rozmową docierało do mnie jednak co raz wyraźniej, że zdrowie to coś więcej niż łykanie tabletek, że nic nie zastąpi racjonalnego trybu życia (nie od święta, ale na co dzień). Powoli uczyłam się  tego, że jedna z najważniejszych osób, o które muszę zadbać, spogląda na mnie codziennie z lustra. Jeśli ona nie będzie miała sił, nie zadba o nikogo wokół siebie.

 

3. Niespodzianki są niespodziewane, czyli kreatywność.

Ostatnie dwanaście miesięcy przyniosło mi coś, czego nigdy się nie spodziewałam. Blog rozwinął się na tyle, że mam szczęście współpracować regularnie z deon.pl i poznawać pracujących tam fantastycznych ludzi. Miałam okazję wystąpić w telewizji, wziąć udział w spotkaniach z kobietami w różnych miastach i podzielić się swoimi refleksami w czasie konferencji „Być kobietą urzekającą”. Minione 12 miesięcy to wiele ważnych rozmów i wiele nowych, bardzo inspirujących znajomości. I jeszcze rok temu byłabym bardzo zdziwiona, patrząc na to, co się wydarzyło. Dziś wiem, że to nie wszystko, bo na horyzoncie czekają nowe wyzwania, nowe pragnienia i fajne projekty. Obiecuję Wam w odpowiednim czasie podzielić się tymi małymi radościami.

To wszystko nie bierze się znikąd – zabrzmi to banalnie, ale z roku na rok uczę się coraz bardziej słuchać siebie i iść za małymi i większymi marzeniami. Coraz wyraźniej widzę też, że to ja – nie nikt inny – jestem osobą, która powinna uczyć tego samego moje dzieci. Moim zadaniem jest wychowanie rozumiane jako towarzyszenie, a nie narzucanie własnych wizji rozwoju. Trzymam dłoń moich dzieci nie po to, by ciągnąć je w określonym przeze mnie kierunku, lecz by poznać ich tempo podróżowania przez życie. Mam obserwować, rozwijać ich mocne strony, wspierać to, co w nich dobre. Wtedy wykorzystam ich potencjał, naturalną siłę napędową – coś, co już w nich jest, a co razem możemy odkryć. I choć na co dzień bywa to trudne, wiem że bardzo, bardzo chcę zaliczyć tę lekcję na piątkę z plusem.

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi