sposób na Mikołajki.

Urodził się w Grecji około 270 r. Od zawsze towarzyszyło mu pragnienie (za którym szły zresztą konkretne czyny), by pomagać innym. I to właśnie ten fakt z życia świętego został zapamiętany przez większość ludzi dużo lepiej, niż miasto, którego był biskupem (Mira) czy cuda, jakie działy się za jego życia – a one sprawiły między innymi, że jest również patronem żeglarzy i rybaków.

Święty Mikołaj, biskup, którego dzisiaj wspominamy, kojarzy się bardzo dobrze zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Od pewnego czasu jest wciągnięty, zapewne wbrew swojej woli, w spór o wyższość prawdziwego Mikołaja nad „przebierańcem” w czerwonym kubraczku. Nie wiem, co na to sam święty. Ja lubię (prawie) wszystko, co wiąże się ze świątecznym klimatem, nie przeszkadza mi więc Mikołaj z Laponii ani opowieści o elfach i reniferach. Wydaje mi się również, że walka z „podrabianym” świętym Mikołajem nie ma sensu, jeśli toczy się przeciwko a nie o coś. Oczywiście można wyłączyć telewizor na czas przedświąteczny, zasłaniać dzieciom oczy przy wchodzeniu do centrów handlowych i skrupulatnie dorysowywać wszędzie biskupią mitrę w miejsce czerwonej czapki. Może jednak lepiej wykorzystać energię do działania w inny sposób? Pomachać Mikołajowi w czerwonym kubraczku, a oprócz tego – zrobić wszystko, co się da, by Mikołajki kojarzyły się z konkretnym dobrem i by dzieci wiedziały, jakie jest ich pochodzenie?

Mam na to kilka pomysłów.

Wierzysz w świętego Mikołaja?

Tak, właśnie Ty – mój dorosły Czytelniku. Czy jesteś w stanie przypomnieć sobie, ile razy modliłeś się za jego wstawiennictwem? Jeśli nie, to może czas to nadrobić? Na początku warto po prostu na niego popatrzeć:

Potem – poczytać o nim trochę więcej. Może zainspiruje Cię to, że jest uznawany za cudotwórcę? Może nawiążesz z nim nić porozumienia gdy dowiesz się, że uważa się go za świętego w szczególny sposób opiekującego się rodzinami? Jeśli chciałbyś się pomodlić, polecam bardzo pomocną w takiej sytuacji litanię – to dobry sposób, by spędzić dzisiaj kilka minut ze świętym Mikołajem. Przy okazji możesz przemycić też prośbę o coś, co byłoby dla Ciebie pięknym i wyczekanym prezentem. Spróbujesz? :)

Wpuść go do dziecięcego pokoju

Gdy już pomachasz łapką do Mikołaja ze świata telewizyjnych reklam, gdy wieczorem opadną emocje związane z poszukiwaniem słodyczy w pięknie wyczyszczonych bucikach, usiądź z dziećmi chociaż na kilka minut i opowiedz o świętym, który rozdawał prezenty jeszcze zanim zaczęło to być modne ;) Mam dla Ciebie garść pomocnych gadżetów, dzięki którym ta opowieść przyciągnie uwagę małych słuchaczy.

Jeśli chcecie, możecie ułożyć prawdziwe Mikołajowe puzzle (znajdziesz tu – kilk -kilka wzorów):

A może lepszym pomysłem będzie wykonanie własnoręcznych opakowań na drobne słodkości? Jeśli tak, zajrzycie TUTAJ:

Możecie również wykonać drobne ozdoby świąteczne, a mnóstwo podpowiedzi w tym temacie znajdziecie w wirtualnym Centrum Świętego Mikołaja

Większość z tych pomysłów nie wymaga szczególnych przygotowań, nie martwcie się brakiem czasu. Do wieczora na pewno zdążycie. I jestem pewna, że święty w tym pomoże ;)

Kochaj bliźniego jak siebie samego

W tym dniu wielu z nas przygotowuje podarunki dla najbliższych – i nie tylko. Oprócz drobnych prezentów, jakimi obdarujemy nasze dzieci, warto pomyśleć o chociażby jednej rzeczy, którą zrobimy dla kogoś, kogo zupełnie nie znamy i kto nie może nam się odwdzięczyć. To może być kilka złotych wydanych w spiżarni Kasisi albo zakup koca termicznego dla dziecka z Syrii. Drobny gest, który ma znaczenie nie tylko dzisiaj, ale być może w tym szczególnym dniu jeszcze bardziej może poruszyć nasze serce.

To jednak nie wszystko. Przez ostatnie miesiąc odkrywam powoli, co kryje się w słowach: kochać bliźniego jak siebie samego. Często przynajmniej w tym, co zewnętrzne (czyli co jest konkretnym i dobrym działaniem) nie mam problemu z tym pierwszym. Gorzej jest z drugą częścią tego zdania. Czy kocham siebie samą, jeśli biorę na siebie za dużo obowiązków i zarywam kolejne noce, zaniedbując odpoczynek? Czy potrafię siebie kochać, jeśli robię miliard rzeczy dla innych, a dla siebie nie mam czasu zrobić chociażby obiadu czy ciepłej herbaty? W jaki sposób mówię do samej siebie – z miłością czy z wyrzutem? Potrafię dać sobie samej dobre słowo czy jedynie listę wymagań i wyrzutów? I jakim wzrokiem patrzę na siebie, gdy spoglądam w lustro?…

To bardzo dobre pytania na dzisiaj, bo Mikołajki są też dla mnie. Oprócz podzielenia się dobrem z innymi, mam też dziś zadanie specjalne – zrobić sobie samej mały prezent. To niekoniecznie musi być torebka z najnowszej kolekcji w ulubionym sklepie. To może być pół godziny czytania książki czy słuchania ulubionej płyty. Kto wie, może dobrym pomysłem będzie ugotowanie swojej ulubionej potrawy i zjedzenie jej bez pośpiechu, nawet przy świecach – bo jak szaleć to szaleć. Pamiętasz, kiedy ostatnio zrobiłaś coś dla siebie – bez wyrzutów sumienia i tak, żeby mieć z tego dziecięcą radość? Jeśli nie, to rzuć dziś wszystko, co może poczekać do jutra i biegnij przypomnieć sobie, jak pięknie wyglądasz, gdy szczerze się uśmiechasz :)

 

Źródła grafiki:

św. Mikołaj – http://radom.cerkiew.pl/ywot-w-mikoaja-cudotwrcy ;

 

zrób to pięknie – w Adwencie :)

26 dni dni. Tyle czasu zostało do Świąt, które nie tylko dla dzieci są szczególnym czasem. Uwielbiam Boże Narodzenie! Czuję się w tym okresie podwójnie szczęśliwa. Po pierwsze – bo wierzę w to, że naprawdę „Bóg się rodzi” i że to coś więcej, niż tylko słowa kolędy. Wierzę, że „Słowo ciałem się stało”, co oznacza nie tylko narodziny w stajence 2000 lat temu, ale również autentyczną i realną obecność Boga w świecie. Tu i teraz. Również w moim domu. Drugi powód do radości jest pewnie bardziej przyziemny: ja naprawdę bardzo lubię to, co części osób wydaje się przedświątecznym przerostem formy nad treścią. Lubię pięknie ozdobione choinki, lubię Mikołaja – nie tylko świętego z Miry, lubię nawet nucić pod nosem: „Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta”, mimo że Coca-Colę piję bardzo rzadko ;)

Cieszy mnie wszystko, co jest oczekiwaniem na czas Bożego Narodzenia. Czytania w Adwencie prowadzą nas niesamowitą drogą i mówią, szepczą, a czasem wykrzykują: „Zobacz, jaki On jest dobry”.  „Odkupiciel nasz” to Twoje imię odwieczne. – słyszymy w pierwszą niedzielę Adwentu. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza – zapewnia nas Jego Słowo w kolejnych dniach. Ścieżka tych zapowiedzi to wspaniały szlak, na jaki warto się wybrać, żeby naprawdę dotrzeć do stajenki, w której leży Nowonarodzony – by dotrzeć tam sercem. Co roku mamy mnóstwo propozycji na ten czas i każdy z nas może wybierać i przebierać w poszukiwaniu tego, co będzie dla niego pomocne. Dla zabieganych i próbujących odnajdować Boga w codzienności polecam nasze rekolekcje: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę”. Każdego dnia będziemy szukać „gwiazdy” – konkretnego Słowa, które poprowadzi nas przez naszą Ziemię Świętą, którą jest… codzienność, bo to właśnie tak możemy spotkać Boga.  Bardzo serdecznie Was zapraszam – codzienne wprowadzenia do modlitwy będą ukazywały się zarówno na stronie Internetowego Domu Rekolekcyjnego jak i na Facebooku, natomiast jeśli ktoś chce się podzielić swoim doświadczeniem modlitwy oraz spróbować zrobić swój grudniownik, niech śmiało zagląda do naszej grupy.

Jeśli szukacie czegoś, co zaangażuje również Wasze dzieci, również mam dla Was kilka podpowiedzi. Kasia Marcinkowska, znana wielu z Was ze strony Serce Kobiety, stworzyła w tym roku również propozycję skierowaną do najmłodszych – uRodziny Jezusa. Jedna z „naszych” mam również przygotowała coś, co pomoże w rodzinnym oczekiwaniu na Boże Narodzenie – kalendarz adwentowy wraz z kartami adwentowymi. Z kolei na blogu Latorośle znajdziecie mnóstwo podpowiedzi związanych nie tylko z Adwentem – ale jeśli planujecie wykonać kalendarz samodzielnie, naprawdę warto tam zajrzeć. To zadanie ułatwi również zbiór pomysłów na stronie Dzieciaki w domu. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę mogła Wam przedstawić jeszcze jedną propozycję dla rodziców i dzieci – na razie jednak nie uprzedzam faktów :)

Kilka pomysłów na kalendarz adwentowy znalazłam na Pintereście:

tu pomysł na to, w jaki sposób ze zwykłych torebek papierowych wyczarować coś, co zachwyci dzieci:

A tak wygląda kalendarz, który 5 lat temu stworzyłam z… kartonu po szafie (byliśmy świeżo po przeprowadzce) i ozdobnego papieru:

Kalendarze adwentowe to jednak nie wszystko. Przekopując się przez zasoby Pinteresta znalazłam też kilka fajnych pomysłów na ozdoby świąteczne. Można je wykonać z dziećmi, w dodatku nie wymagają ani specjalnych uzdolnień, ani wielkich nakładów finansowych. Taka wspólna zabawa może być jedną z propozycji zadań do kalendarza adwentowego, na pewno też zapisze się w pamięci dzieci. Może to również dobry pomysł na wykonane własnoręcznie upominki dla najbliższych? Popatrzcie, jaki cuda można wyczarować ze zwykłych szyszek:

makaronu:

klamerek:

albo patyczków do lodów:

Bardziej wytrwali mogą zapolować na sizal (dostępny nie tylko w sklepie z artykułami do rękodzieła) i w prosty sposób (podpowiedź w tym filmiku) wyczarować z niego choinkowe cuda:

choineczki można zamknąć w słoiku:

a nawet pokusić się o wykonanie wersji bardzo mini:

Dla tych, którzy chcą zagospodarować większe przestrzenie, również mam garść inspiracji – które dziecko nie ucieszyłoby się z takiej zimowej aranżacji? :)

Najmłodsi z kolei na pewno pokochają filcową choinkę – a ja myślę, że można w podobny sposób zrobić również Bożonarodzeniową szopkę :)

A jakie są Wasze pomysły? Jeśli udało Wam się zrobić coś ciekawego, koniecznie podzielcie się zdjęciami w komentarzach :)

 

zagrożenia duchowe.

Zakazany owoc kusi najbardziej, a pisząc te słowa myślę nie tylko o znanej historii biblijnej, ale też o sobie samej. Pamiętam czas spędzony w szpitalu, w którym wylądowałam z podejrzeniem cukrzycy. Im więcej czasu trwała narzucona mi i oczywiście ograniczająca węglowodany dieta, tym większy apetyt miałam na czekoladę. I zdarzyło się ją podjadać po kryjomu… Po kilkunastu latach przyzwyczaiłam się do pewnych ograniczeń, a że swoim dzieciom staram się dawać to, co najlepsze, im również staram się serwować marchewkę zamiast chipsów i makaron razowy z domowym sosem zamiast fast foodów z mrożonek. Zdarza się jednak, że wśród wykopalisk, jakie regularnie wykonuję w ciemnych czeluściach tornistra, znajduję opakowania po chrupkach, które zapewne świecą w ciemnościach od namiaru konserwantów albo innych zdobyczy ze szkolnego sklepiku. Bo zakazany owoc kusi, a nawet jeśli jest zakazany lub zły, bywa też…smaczny.

Ocalił świat

Jezus siedzący w otoczeniu nie celników i grzeszników, lecz Supermana i Hulka – brzmi niedorzecznie? Być może, ale ja bardzo lubię tę grafikę, bo przekazuje ważną wiadomość – to Jezus ocalił świat. To Jego ofiara na krzyżu sprawiła, że mamy Życie – w obfitości. I to On jest prawdziwym Superbohaterem, takim który może obronić nas w każdej sytuacji. Nie ma takiego zagrożenia, przed którym nie moglibyśmy uciec, chroniąc się bezpiecznie w Jego ramionach. To dopiero Dobra Nowina, prawda? Tak przecież śpiewamy w popularnej piosence: „Jezus zwyciężył! To wykonało się – szatan pokonany, Jezus złamał śmierci moc. Jezus jest Panem, o Alleluja! Po wieczne czasy Królem królów jest!”. To tylko piosenka? Powtarzane z przyzwyczajenia słowa? Czy coś czym chrześcijanin ma żyć na co dzień?…

 

Zagrożenia duchowe

Zagrożenia duchowe istnieją i daleka jestem od ich bagatelizowania. Zły duch istnieje i działa – widzimy to przecież na co dzień. W jaki sposób? Co jakiś czas dostaję wiadomości dotyczące treści pojawiających się na moim profilu. Przerabiałam już wiele tematów: oczywiście Halloween, kucyki Pony (bo „przyjaźń to magia” a magia jest zła), Minionki, Świnka Peppa, oberwało się nawet Bridget Jones… W takich przypadkach zastanawiam się, w jaki sposób reagować na wiadomości, w których w dobrej wierze ktoś chce mnie „uświadomić”. Staram się być dyplomatyczna, choć nie zawsze mi to wychodzi. Tu jednak postaram się bardziej, bo naprawdę wierzę, że słowo „katolicki” mieści w sobie więcej, niż nam się wydaje. Można być katolikiem i nie lubić różańca (ja lubię! od razu uprzedzam atak :) ). Można być katolikiem i nigdy nie pójść na żadną pielgrzymkę albo chodzić co roku do Częstochowy. Można być katolikiem i czytać Harrego Pottera (naprawdę! i wiem, że za to oberwę, ale tak jest). Można być katolikiem i Harrego Pottera nie lubić, a czytać tylko książki z księgarni katolickiej (i nic w tym złego). Można być katolikiem i przeżywać swoją wiarę w bardzo różny sposób! Można też w odmienny sposób mówić o zagrożeniach duchowych. Nie czyni to z nikogo katolika drugiej kategorii, jak sądzę. Nie daje też nikomu prawa do mówienia: „Pozwól, że ja teraz to źdźbło trawy usunę z Twoich oczu, boś Ty taki nieświadomy…”. Dlatego ja dzisiaj nie będę Wam mówiła, że białe to białe, że czarne bywa w kratkę, a najbardziej to lubię różowy ;) Podzielę się z Wami po prostu tym, jak wygląda to w moim domu. Uszanujcie to, proszę – to, że to moja próba podzielenia się sobą, a nie narzucenia komukolwiek swojej racji. 

Co jest zagrożeniem duchowym, czyli spowiedź matki

Postanowiłam zadać sobie to pytanie i uczciwie na nie odpowiedzieć – bez zaglądania do wikipedii, o ile w katolickiej części internetu zawiera wyjaśnienia takich haseł. Co to jest zagrożenie duchowe? Coś, co odłącza mnie od Boga, czyli po prostu…grzech. To grzech sprawia, że odwracam się od Miłości, kierując swoje kroki ku szlakom oznaczonym jako „ja wiem lepiej” albo „Ty się, Panie Boże, nie wtrącaj”. Wśród wymienianych często (przynajmniej w internetach) zagrożeń duchowych, wiele dotyczy tego, co ma związek z magią czy wiarą w przesądy albo wróżby, czyli z tym, co dotyczy pierwszego przykazania. A gdyby tak matka, czyli ja, miała zrobić rachunek sumienia, to z czego musiałaby się spowiadać? Nie wierzę w zabobony, nie wywołuję duchów, nie czytam horoskopów. A jednak zdarza mi się łamać pierwsze przykazanie! „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – mówi Pan, a mi zdarza się stawiać na Jego miejscu  swoje (a nie Jego) plany. Zdarza mi się nie mieć czasu na modlitwę, ale z łatwością znajdować go na przesiadywanie na Facebooku. Zdarza mi się zbyt długo pracować kosztem czasu spędzonego z rodziną – czyli de facto czegoś, co wiąże się z moim powołaniem. Choć ciężko się do tego przyznać, uciekam od Niego, tworząc sobie coraz to nowe bożki, z których przywiązanie do opinii innych czy kurczowe trzymanie się swojej wizji przyszłości to pewnie najmniejsze problemy. I zastanawiam się, co jest większym zagrożeniem duchowym – komedia (jak wspomniana Bridget Jones), która jest dla mnie autentycznie śmieszna, choć na pewno nie katolicka, czy to, że moja lista priorytetów w życiu nie zawsze układa się, tak, jakby chciał tego Jezus?…

A co z bajkami?

Z bajkami… jest ciężko :) Trudno trafić na takie, które faktycznie niosą dobre wartości i są jednocześnie na tyle interesujące, by wciągnąć dzieciaki. Ale „trudne” nie znaczy „niemożliwe”, dlatego staram się podsuwać dzieciom to, co wydaje mi się dobre. Gdy widzę, że zaczynają oglądać jakieś hałaśliwe kreskówkowe śmieci (tak, potrafią obsłużyć pilota i nie zawahają się go użyć w poszukiwaniu zakazanego owocu ;) ) mówię wprost: „Ta bajka jest głupia i jeśli nie chcecie, żeby zrobiła Wam kisiel z mózgu, lepiej idźcie poczytać książkę”. Koniec cytatu. Wiem jednak, że nie ucieknę ani przed Świnką Peppą, ani przed Minionkami – bo one są dosłownie wszędzie, z opakowaniami jogurtu łącznie. Nie widzę też powodu, by w związku z tym wpadać w panikę. Mam  inny sposób niż tropienie wszystkich potencjalnych zagrożeń duchowych i mnożenie zakazów. Dlaczego? Bo zakazy działają tylko wtedy, gdy matczyne (lub ojcowskie) oko sprawuje kontrolę. W szkole, na podwórku, wśród rówieśników – nie mam wpływu na to, z czym zetknie się moje dziecko. Jestem też pewna, że przynajmniej w niektórych dziedzinach może stać się to samo, co z odwiedzinami w szkolnym sklepiku – moja pociecha stwierdzi, że nawet jeśli coś jest zakazane, może być smaczne, więc warto spróbować.

Ponownie – zakazany owoc

Pokusy lubią pustkę. Ona im sprzyja. Dlatego mam swój sposób na wychowywanie dzieci tak, by potrafiły wybierać to, co dobre (inna sprawa, czy mój sposób okaże się skuteczny – nie mam jednak innego wyboru, niż spróbować, podążając za swoim matczynym instynktem). Tym sposobem jest wypełnianie pustki. Jak? Po pierwsze – rozmawiamy ze sobą. Rozmawiamy nie tylko o wierze, ale i o codziennych wydarzeniach. I to dzięki temu – dzięki naszej obecności, zainteresowaniu i zachowaniu, które dzieci każdego dnia obserwują, uczymy je, co jest dobre, a co złe. Po drugie – kontrolujemy, ale mądrze. Czas przeznaczony na korzystanie z tableta czy telewizora jest ograniczony, zazwyczaj też dzieje się to w naszej obecności, możemy więc zareagować, gdy widzimy nieodpowiednie treści. Wtedy można nie tylko wytłumaczyć dziecku, że niektóre bajki nie nadają się do oglądania (zastanawiam się czasem, kto to wymyśla i rysuje…). Można też zaproponować coś w zamian, jak na przykład wspólną grę w jakąś fajną planszówkę. To działa.  Po trzecie i najważniejsze – bardziej niż tropieniem zła, zajmujemy się wyszukiwaniem i wzmacnianiem dobra. Nic nie zapełnia pustki w lepszy sposób! Nasze dzieci uczęszczają na zajęcia Katechezy Dobrego Pasterza, gdzie w przystępny dla nich i wzruszający dla mnie sposób zaangażowane mamy (ze wspólnoty Efraim, której dziękuję za to dzieło) opowiadają dzieciom o Bogu. Modlimy się wspólnie swoimi słowami, by pokazywać dzieciom, że Bóg to nie „Bozia”, która odhacza odmówione „paciorki”, lecz Przyjaciel i Ktoś, kto się o nich troszczy. Budujemy cegiełka po cegiełce na dobrym fundamencie po to, by za parę lat – gdy w szkole mniejszym problemem staną się bajki czy przebrania na Halloween, a pojawią się propozycje spróbowania narkotyków czy alkoholu – dzieci wiedziały, kim są i co jest dla nich ważne. To chroni przed pokusami dużo lepiej, niż nawet perfekcyjnie wyuczony na pamięć spis reguł i zakazów.

Moja prośba

Kimkolwiek jesteś, proszę Cię, byś przeczytała te słowa z życzliwością. Nie narzucam Ci mojego punktu widzenia i proszę o to samo. Nie chcę wchodzić z buciorami w Twój sposób patrzenia na rzeczywistość – dzielę się jedynie swoimi przemyśleniami. Dotyczą one mnie samej i dzieci w ilości sztuk dwóch :) Dzieci, które znam, bo są trochę po tatusiu, którego kocham i trochę po mamusi (po mnie), z którą żyję w zgodzie od 35lat. To, co napisałam, sprawdza się u nas w domu. To, w jaki sposób wychowujesz swoje dzieci – to Twoja sprawa, Twój instynkt macierzyński, przekonania, intuicje i wybory. Pozostawiam je Tobie :)

Piszę te słowa, bo niejednokrotnie przy poruszaniu takich tematów byłam zasypywana wiadomościami, z których część sugerowała, bym na przykład zmieniła nazwę strony. Bo „chrześcijańska” mama nie może publikować jakichś konretnych treści, albo „chrześcijańska” mama nie jest wcale chrześcijańska (pisali protestanci), więc powinna nazywać się „katolicka”. W związku z tym, że ja nie wchodzę do Twojego domu, nakazując Ci zmiany koloru ścian i firanek, Ciebie proszę o to samo – w tej przestrzeni dajmy sobie wolność. Nie będę brała udziału w  dyskusji, która niechybnie wybuchnie pod tym wpisem :) będę ją jednak dyskretnie moderować i o tym uczciwie uprzedzam.

Święty Ignacy napisał takie słowa: „Trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia.” I z tym słowami chciałam Was zostawić, pozdrawiając jednocześnie wszystkich. Naprawdę wszystkich :)

światło.

Usłyszałam kiedyś, że chrześcijanin powinien świecić światłem odbitym, Jego światłem – dokładnie tak, jak księżyc, który odbija światło słońca. Wtedy ta myśl wydawała mi się niezwykle odkrywcza. Z czasem jednak stwierdziłam, że nie chcę być jak księżyc, bo blask słoneczny to dużo więc niż tylko światło. To ciepło i życie. To milion odcieni, z których każdy jest inny i każdy na swój sposób jasny i słoneczny. Świat wygląda przecież inaczej tuż przed świtem, inaczej gdy promienie słońca przebijają się przez ciemne chmury i jeszcze inaczej, gdy zapada zmrok…

 

Jego miłość również każdego z nas opromienia na swój sposób. Każdy w jej świetle wygląda inaczej. W każdym ukazuje jego skarb – jedyny i niepowtarzalny. Jeśli widziałaś kiedyś witraż – smutny i ciemny, gdy nie przegląda się w nim światło, za to rozbłyskający setką kolorów gdy tylko spotka promień słońca, łatwo zrozumiesz o co chodzi.

Miłość, która jak światło przemienia, ożywia i sprawia, że świat wygląda inaczej. Miłość, którą czasem trzeba skupiać, a czasem rozpraszać, czasem odbijać jak lustro, a równie często – pozwolić jej prześwietlać wszystko, co bez niej jest szare i smutne. Miłość, która jest za darmo i na wyciągnięcie ręki, bo przyszła na ziemię, by nikt już nie chodził w ciemnościach.

Gdy zrobi się jej choć trochę miejsca w każdym dniu – wtedy dzieje się coś niezwykłego.

Wtedy, gdy śpiewasz dziecku wieczorem kołysankę, to tak naprawdę nie śpiewasz kołysanki – śpiewasz miłość.

Gdy robisz rano śniadanie, to nie robisz jedynie posiłku – robisz dobro, i to takie, które karmi.

Gdy wstawiasz kolejną pralkę zaplamionych ubrań, gdy zasypiasz na stojąco po nieprzespanej nocy, gdy równie śpiącym okiem odmierzasz ilość syropu przeciwgorączkowego, robisz zakupy po długim dniu w pracy, próbujesz wytłumaczyć, czym różni się „b” od „d” i dlaczego pięć razy pięć to nie dwadzieścia cztery… gdy gonisz od jednego obowiązku do drugiego – to coś więcej niż codzienne zabieganie. To troska.

A gdy nie masz sił, gdy popełniasz kolejny błąd, gdy widzisz że inni jakoś sobie radzą, a Ty – znowu nie bardzo…gdy ocierasz łzę rozczarowania -sobą, innymi, czy światem – gdy budzisz się bardziej zmęczona, niż zasypiasz, ale próbujesz mimo wszystko znaleźć w tym sens, to coś więcej niż walka. To droga. To etap. To trudność rozświetlona – nie tylko miłością, ale i nadzieją.

„Niech świeci światło nasze” (Mt 5,14). Niech świeci nasze światło, które jest Jego światłem, Jego ciepłem, troską, miłością i dobrocią. Niech świeci dla innych, by mogli się przy nim ogrzać. Ale niech świeci też dla nas samych – tam, gdzie wciąż jeszcze jest ciemno i zimno. I niech żaden głos – zwłaszcza ten, którym przemawiamy same do siebie – nie próbuje nam wmówić, że powinnyśmy się przed nim schować. Bo nawet zranienie, wstyd, lęk i poczucie winy – nawet to wszystko, o czym boimy się myśleć i mówić – przeniknięte światłem, może okazać się czymś pięknym.

***

Młodość jest jak te butelki, które rozwalaliśmy o ściany. Nie można ich skleić z powrotem, ale jest jeszcze szansa dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże. (Piotr Czerwiński)

 

 

 

 

z humorem.

Jaki jest Wasz ulubiony „kościelny” dowcip? :) Ja najbardziej lubię chyba ten (i tak, znowu będą jezuici):

Płyną łódką dominikanin, jezuita i franciszkanin. Po jakimś czasie zabrakło im wody pitnej. Dominikanin zaofiarował się, że pójdzie do sklepu. Wyszedł z łódki i po wodzie poszedł do sklepu. Tak samo wrócił. Gdy kolejny raz zabrakło wody, stwierdzili, że teraz kolej na jezuitę. Jezuita poszedł po wodzie i wrócił. Za trzecim razem po wodę miał iść franciszkanin. Wszedł do wody i zaczął się topić. – Po palach, durniu! – krzyczy dominikanin. – Po jakich palach? – zapytał jezuita. :)

Macierzyństwo to czasem też sztuka chodzenia po wodzie. Do tego trzeba nie tylko wiary, zaufania i potężnej miłości. Niekiedy przydaje się również poczucie humoru i umiejętność śmiania się z własnych, a uśmiechania do cudzych błędów.

Kilka dni temu poprosiłam Was o podzielenie się zabawnymi historiami z Waszych domów. Odpowiedzi sprawiły, że chwilami płakałam ze śmiechu.

Pisaliście między innymi o dziecięcych wersjach modlitw…

Moja czteroletnia córka uczyła się modlitwy „Aniele Boży..”. Pewnego wieczoru nie czekając na mnie, z poważną minka, przeżegnala się i sama zaczęła modlitwę, więc tylko się zbliżyłam i słyszę: „Aniele Boży, Tchórzu mój” :) i jak tu utrzymać powagę? (Alicja)

nazw własnych i imion…

Mój syn jest od kilku lat ministrantem i zawsze jesteśmy zaopatrzeni w „Goście Niedzielne”,”Dominiki” i „Promyczki dobra”. Niedawno młodsza córka przyznała się,że była pewna,iż tytuł gazetki brzmi – „Mały Gość Nie-dzielny,”tzn. Nieśmiały;)) (Monika)

Wróciliśmy z pogrzebu, bolała mnie głowa więc się wcześniej położyłam. Przyszedł synek i pyta: Mamo czy ty umierasz? -Nie. -Ale jak Pan Bóg będzie Cię chciał to i tak weźmie Cię do nieba. Innym razem:- Mamo a jak będziemy mieli dziewczynkę to jak będzie miała na imię? – Gloria. – A dlaczego nie Alleluja? (Sara)

oraz piosenek:

Najstarsza córka zażyczyła sobie kiedyś piosenkę o sarence. Długo myślałam o co chodzi, aż w końcu wymyśliłam. Włączyłam i pytam czy o to chodzi, a dziecko zaczyna śpiewać: „Nie boję się, gdy ciemno jest, Ojciec sarenkę prowadzi mnie” (Jagoda)

Dzieliliście się również chwilami, w których dzieci zaskakiwały mądrością i zrozumieniem tego, co najważniejsze:

Rozczula mnie mój 3letni synek, gdy na pytanie „Kim jest Pan Bóg?” odpowiada „Przyjacielem”❤ (Paulina)

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim za udział w konkursie i podzielenie się Waszymi doświadczeniami. Chociaż bardzo, bardzo ciepło i serdecznie uśmiecham się do wszystkich wypowiedzi, mogę nagrodzić tylko trzy z nich. Wybór był bardzo trudny, ale uwaga, uwaga, fanfary.. oto one:

Zdzislaw:  Synek któregoś razu zaczął dopominać się o zaśpiewanie piosenki o szelkach. Nikt z nas takowej nie mógł sobie przypomnieć, podpytywaliśmy o to, kto w nich chodził, albo gdzie ją słyszał, ale nie uzyskaliśmy podpowiedzi. Pewnej niedzieli, w czasie mszy, tajemnica rozwiązana! Ryknął bowiem na cały regulator: „to ta!”, gdy parafianie wyśpiewywali: „wSZELKI duch niech chwali Pana”…

Kamila: Nasz Franio jeszcze nie mówi. Ale są to na pytanie gdzie jest Bozia pokazuje na ołtarz. I bardzo lubi śpiew w kościele. Taka anegdotka w takim razie o mnie jak byłam mała. Mamy dobrą znajomą Panią Lolę bardzo pozytywna osoba. Kiedy podczas Mszy ksiądz mówił „Bądź wola Twoja” ja pod nosem mruczałam „Lola jest moja…”

Karolina : U mnie bardziej wzruszające niż śmieszne….na cmentarzu 1.listopada…. ” mamo, a co to jest grób?- tutaj leżą kochanie Ci którzy umarli, poszli do nieba, -córka: do domu?”

Wędrują do Was „Pampiludki”, czyli wspaniałe książki Asi Olejarczyk, po jednej sztuce dla każdej z nagrodzonych osób. Trzymajcie się ciepło – i dużo uśmiechu na co dzień!

(Grafika – www.theofeel.pl)

dzielna niewiasta.

Na stronie jednego ze sklepów (Kappahl) znalazłam ostatnio zdjęcie modelki prezentującej bieliznę. Ku mojemu zdziwieniu, dziewczyna nie była szczupła – miała kobiece, dość obfite kształty. Moją pierwszą reakcją był pełen uznania uśmiech – przyzwyczaiłam się do diametralnie innych zdjęć ze świata modelingu, ale to zaskoczenie było miłe! Kubeł zimnej wody wylały na mnie jednak komentarze pod zdjęciem. Pojawiły się tam nieprzyjemne słowa, w tym zarzuty o promowanie otyłości. Ktoś z komentujących słusznie zauważył, że bardziej szkodliwe są w tym przypadku reklamy nutelli czy fast foodów, a bielizna nie jest tylko dla osób szczupłych, lecz również dla tych z nadwagą. Ja natomiast po raz kolejny zaczęłam zastanawiać się, dlaczego my, kobiety, nie potrafimy wspierać się wzajemnie w byciu sobą – szczupłą, z nadmiarem kilogramów, czy zupełnie przeciętną…

Czy reklama ciuchów może mieć coś wspólnego z biblijną Dzielną Niewiastą? Na pierwszy rzut oka pewnie nie. Dla mnie jednak była okazją do refleksji głębszej niż tylko rozważania na temat idealnej wagi modelek. Może dlatego, że czasem patrząc w lustro chciałabym automatycznie włączyć w głowie coś w rodzaju photoshopa i wyretuszować nie tylko pojawiające się tu i ówdzie fałdki czy nadmiar kilogramów. Od czasu, gdy zostałam mamą, zmieniło się nie tylko moje ciało. Macierzyństwo wpłynęło na moją figurę – i to czasem mi przeszkadza, owszem. Dużo bardziej niż za ciasne ubrania uwiera mnie jednak czasem poczucie porażki – bo chciałabym być czasem inną mamą. Lepszą – taką jak sobie wymarzyłam. Bycie rodzicem, jak mało która rzecz na świecie, bez pytania o zgodę konfrontuje mnie z prawdą o sobie, o moim braku cierpliwości, lenistwie i ogromnym przywiązaniu do swoich planów. Są takie chwile, gdy nie chcę tego przyjmować. Wtedy chciałabym pewne rzeczy wymazać, skorygować i wyretuszować, by móc pokazywać innym (i sobie samej w lustrze) swój portret idealny jak święty obrazek.

Tymczasem jest inaczej – nie dorastam do żadnego z ideałów, o których wyczytałam kiedyś w czasopismach dla mam, czy tym bardziej – w pobożnych książkach. Kocham, ale wciąż za mało i wciąż mam wrażenie, że pomimo starań, nieustannie mi czegoś brakuje. Nie jestem idealna – ale to właśnie oznacza, że jestem…dzielna!

Jestem dzielna nie wtedy, gdy wszystko dzieje się zgodnie z moimi oczekiwaniami, bo wtedy nie można być dzielnym – można być co najwyżej wygodnym. Dzielność oznacza odwagę mierzenia się z przeszkodami. Dzielna jesteś wtedy, gdy boisz się i chcesz zrezygnować, a jednak decydujesz się spróbować jeszcze raz. I jeszcze raz. I po raz kolejny.

O dzielność i odwagę walczysz w pocie czoła. A walka rzadko jest przyjemna i dopiero jej owoce można zaprezentować z uśmiechem. W jej trakcie widzi się czasem jedynie czarne scenariusze i zauważa tylko swoje niedociągnięcia i zranienia. Ale dzielna niewiasta walczy. I „jej wartość przewyższa perły” nie dlatego, że jest chodzącym ideałem, rozdającym na prawo i lewo perfekcyjne uśmiechy, ale dlatego, że stawia czoło przeszkodom. Czasem przegrywa, niekiedy wygrywa, ale wciąż – trwa na posterunku, czyli tam, gdzie posłał ją Ktoś, kto w nią uwierzył. Uwierzył w taką, jaka jest – niedoskonałą, lecz dzielną.

Nie wszystko musi Ci wychodzić. Nie od razu osiągniesz to, na czym Ci zależy. Nie zawsze będziesz wspaniałą żoną, pełną cierpliwości i oddania dzieciom matką, dobrze wykonującym swoje obowiązki pracownikiem i pobożnie uśmiechającym się członkiem kościelnej wspólnoty. Ale jest Ktoś, kto mówi o Tobie nie tylko: dzielna niewiasta. On, jak dobry Tata, mówi też czasem po prostu”moja dziewczynka!”. Z dumą, troską i miłością. To w Jego głosie, w Jego spojrzeniu i w Słowie, którym umacnia, znajdziesz siłę. I to Jego siła sprawia, że jesteś dzielna – nawet jeśli masz ochotę się poddać.

Tu jest Polska.

„Kto ty jesteś? Polak mały!” – gdy uczyłam się tych słów, Rzeczpospolita Polska była jeszcze Ludowa, a na muzyce śpiewaliśmy:  „Na barykady ludu roboczy”. Od tego czasu zmieniło się sporo. Nie ma już pochodów pierwszomajowych, choć zdarzają się te listopadowe – dużo mniej sympatyczne. I bez gołąbka pokoju.

„Tu jest Polska” – krzyczy ze zdjęcia jeden z transparentów z 11 listopada poprzedniego roku. Tu – czyli gdzie? Zastanawiam się nad tym, po raz kolejny dziwiąc się, jak bardzo jesteśmy podzieleni. Daliśmy sobie wmówić, że są wśród nas patrioci pierwszej i drugiej kategorii – i że kryterium oceny stanowi sympatia do określonych mediów, przynależność partyjna albo stopień fascynacji Żołnierzami Wyklętymi…

Żołnierze Wyklęci

W klasie maturalnej zdarzały się noce, w których budziłam się zlana potem. „Medaliony”, wiersze Baczyńskiego, Powstanie, piekło obozów koncentracyjnych i mydło wyrabiane z ludzkiego tłuszczu – o tym czytałam. A w nocy przeżywałam to wszystko raz jeszcze i dosłownie umierałam – wielokrotnie i w ramach przeróżnych, pisanych przez moją wrażliwość i bujną wyobraźnię scenariuszy. Mimo pilnej nauki do matury (historia – na 5), nie zgłębiłam historii na tyle, by móc oceniać życie w tamtych realiach. Jednocześnie poznałam ją dość mocno, by wiedzieć, że mało jest ludzi, których losy można opisać jedynie w tych dwóch barwach: czarnej i białej. Nie oznacza to jednak, że nie można ich zapisać w bieli i czerwieni.

Nie, nigdy nie przyłączyłam się do entuzjastycznych czcicieli pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jedynym pochodem, w którym wzięłam udział, jest ten pierwszomajowy – w dzieciństwie. I procesje Bożego Ciała, o ile można je w to wliczyć – a i to nieczęsto, bo nie lubię tłumów. Nie mam żadnej koszulki w barwach narodowych, choć pamiętam o tym, by 11 listopada przed naszym domem wywiesić flagę. Nie zgadzam się na stereotyp „Polaka-katolika”, choć całym sercem kocham Kościół. Nie widzę zagrożenia w podejmowaniu dialogu z ludźmi myślącymi i wierzącymi inaczej, nie widzę go też w uciekających przed wojną dzieciach z Syrii…

Nie wykrzykuję haseł dotyczących patriotyzmu. Nie lubię ich nawet. Dlatego w dni takie jak ten, tuż przed świętowaniem kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości, zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem patriotką – ale inaczej. Po swojemu.

Patriotyzm Domowy

Słowa znanego wierszyka o „Polaku małym” powtarzają moje dzieci. Niekiedy miłość do Ojczyzny wiedzie też dosłownie przez żołądek – to zdjęcie z naszego domowego archiwum sprzed dokładnie 2 lat: 

Najważniejsze są jednak opowieści – a te można snuć nie tylko przy czekoladowych babeczkach. Można opowiadać je w czasie wakacyjnych wycieczek, gdy Śpiący Rycerz w Tatrach aż prosi o to, by o nim wspomnieć. Można też mieć oczy i uszy szeroko otwarte, wykorzystując zwyczajne okazje do tego, by przybliżyć dzieciom historię, która nie jest abstrakcyjna, ale konkretna, bo nasza. Ostatnio udało nam się to pierwszego listopada, gdy dzieci mogły m.in. zapalić znicze na grobie osób zamordowanych w hitlerowskim obozie Stutthof. A to jest historia szczególna i osobista – taka, którą trzeba dawkować mądrze, w odpowiednich proporcjach i stosownie do wieku. 

Historia najbliższa

Przedmioty bywają niemymi świadkami ludzkich losów. Gdyby nasza komoda potrafiła mówić, ujawniłaby historie, o których pewnie nam się nie śniło. Jest jednak inaczej, a jedynym znakiem dawnych przeżyć są wyłamane i niezbyt wprawnie naprawione zamki w jej drzwiach.

Kilkadziesiąt lat temu zniszczyło je Gestapo, zabierając potem pradziadka w nieznane i próbując rozpracować całą siatkę osób działających w Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. To, co nastąpiło później, z dzisiejszej perspektywy nadaje się na dobrą książkę: moja prababcia szukająca męża, przebywająca na piechotę setki kilometrów, by tylko zdobyć informację o nim. Wojenne życie, w którym na prześcieradłach haftowało się obrusy, sprzedając je na wsi za jedzenie. Ucieczka z obozu – na rowerze, pomimo ciężkiej choroby (jaką był wszechobecny tyfus), po upiciu strażników spirytusem, który pradziadek jako mistrz ślusarski otrzymał do czyszczenia części samolotowych. Z perspektywy czasu – historia, jakiej nie powstydziłby się Indiana Jones. Wtedy jednak to była prawdziwa walka o Polskę. Walka na życie i śmierć. To był patriotyzm daleki od pisania internetowych komentarzy z perspektywy ciepłych kapci i miękkiego fotela, daleki od pseudozaangażowania, jakim jest wywijanie czerwono-białymi szalikami, zwłaszcza po to, by być przeciwko (komukolwiek). To są wzorce, jakich potrzebują nie tylko moje dzieci, ale i ja sama – zwłaszcza wtedy, gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego zamiast odmienianego przez wszystkie pełne kłótni przypadki słowa „Ojczyzna” wolę po prostu „Polska”…

Tu jest Polska

W domu. W kuchni, w której jest włoskie spaghetti, grecka chałwa i amerykański popcorn, ale też swojski, domowy chleb i ciasto na piernik staropolski, które już ponoć dojrzewa u Babci :) W pamięci pielęgnowanej na co dzień, w rodzinnej historii i w możliwości zapisywania kolejnych jej kart. Polska jest tu, gdzie mamy świadomość naszych korzeni i potencjału, jakie nam one dają. Polska jest tu. Nie trzeba o tym krzyczeć, żeby tego doświadczyć. Nie trzeba z tym hasłem wychodzić na ulicę ani nawet w internety. Trzeba je po prostu poczuć i uczynić ważnym – po domowemu albo inaczej. Po prostu – po swojemu.

 

 

 

mój mały dzikus.

Dziki chłopiec – sensacyjne odkrycie. W małej wiosce na południu Francji schwytano dziecko, wychowane przez las – nagie, jak je Pan Bóg stworzył i zachowujące się podobnie do zwierząt. „Czy to przedstawiciel gatunku Homo ferus, czyli dziki człowiek?” – zastanawiali się naukowcy, poddając go badaniom i obserwacji. „Czy to w ogóle człowiek taki jak my?” – pytali inni.

Chłopiec nie znosił ubrań, a gdy mu je zakładano, nieustannie próbował z siebie zedrzeć. Żywił się żołędziami i ziemniakami, bardzo powoli oswajając nowe smaki. Unikał tłumów i bał się ludzi w mundurach. A gdy widział za oknem księżyc w pełni – gdy widział go daleko, poza jego zasięgiem, ponad dachami domów, w labiryncie których był uwięziony – zawodził smutno, wpatrując się w dal.

Chłopiec był dziki, to nie podlegało wątpliwości. A jednak ktoś zobaczył w nim nie tyle zjawisko czy obiekt obserwacji, lecz człowieka. Ktoś nadał mu imię – i to nie byle jakie. Wiktor, czyli zwycięzca. Ktoś uwierzył, że jest w stanie dorosnąć do tego imienia. I choć nauczyciel Wiktora był tylko człowiekiem, omylnym i nie zawsze podejmującym dobre decyzje, wykazał się cierpliwością i szacunkiem, jakim rzadko darzono dzieci w tamtym czasie.

Lektura książki „Dziki chłopiec” (Mary Losure) jest przejmująca, zwłaszcza gdy jest się mamą i postępuje w życiu według zasady „wszystkie dzieci nasze są”. Żadne dziecko nie powinno zostać porzucone, odrzucone, zapomniane. Żadne nie powinno być bezdusznie traktowanym obiektem badań. Żadne dziecko.

Również to, które jest we mnie…

Mam czasem wrażenie, że we mnie też mieszka „mały dzikus”, którego niekiedy próbuję schwytać, związać i zmusić do tego, czego robić nie chce. „Mały dzikus” nie pasuje do tego, co ma być idealne, poukładane, perfekcyjne. Nie próbuję go wysłuchać. Nie próbuję spojrzeć mu w oczy i zapytać, czego mu naprawdę potrzeba. Nie zawszę daję mu nawet prawo do bycia – we mnie. Na szczęście jest Ktoś, kto nadał mi to samo imię – imię zwycięzcy. Ktoś wierzy, że mogę do niego dorosnąć, że mam w sobie dobro, któremu wystarczy zrobić tylko trochę miejsca, by zakwitło, a potem wydało plon stokrotny. Chociaż ja czasem traktuję moje słabości tak, jak niektórzy traktowali „dzikusa z Aveyron”, dla Boga nie jestem bezimienną istotą, sprawiającą jedynie problemy. On nadał mi imię i wypowiada je z miłością. Nadał je również Tobie – imię wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Odważysz się wsłuchać w siebie, by je poznać?…

Relację o dzikim chłopcu z Aveyron można czytać na wiele sposobów. Może inspirować, tak jak zainspirowała Marię Motessori. „W dzisiejszych czasach dzieci mają o wiele większą swobodę uczenia się zgodnie z własnym upodobaniem niż miałyby pewnie, gdyby dziki chłopiec i jego nauczyciel nie spotkali się dawno temu w Paryżu” – pisze autorka książki i zapewne ma rację. Ta opowieść dla mnie jest jednak czymś więcej. To refleksja nad tym, w jaki sposób reaguję na to, co nie pasuje do ogólnie przyjętych norm i schematów, abo wręcz burzy porządek, do którego jestem przyzwyczajona. Jak reaguję na wybryki mojego wewnętrznego dziecka? Czy chcę słuchać tego, co próbuje mi powiedzieć, a czasem wręcz wykrzyczeć? I czy dam mu – dam sobie – wolność poszukiwań tego, czego naprawdę pragnie?

„Przed nimi rozciągały się ciemne, puste ulice, a za nimi otwarte pola, las, wolność… a jednak… mężczyzna nie pozwolił chłopcu wyjść. Innej nocy Bonnaterre zakradł się cicho do pokoju chłopca, który spał na swoim sienniku okryty tyko płóciennym prześcieradłem. Leżał zwinięty w kłębek, z piąstkami wciśniętymi w oczy, twarzą przy kolanach. Skulony tak, jakby bronił się przed całym światem. Musiał przedstawiać bardzo smutny widok, jednak naukowiec zdawał się nie odczuwać żadnego współczucia.”

A wystarczyło tylko – przytulić…

(Fragment tekstu i ilustracje – „Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron” Mary Losure, Wydawnictwo Meandry)

 

gdy oceniasz.

Pojawiają się w różny sposób – pod wpisami na blogu, na facebooku i w prywatnych wiadomościach. Wykrzykniki i znaki zapytania. Oburzenia, utyskiwania, niedowierzania i dobre rady. Przynosi je każdy tekst, w którym wyrażam jakąś swoją opinię (a tych było ostatnio sporo) i to dość naturalne. A ja przywykłam. Każdy ma przecież prawo do wypowiedzenia swojego zdania.

Dialog może być drogą do mądrości, a przynajmniej do zdobywania wiedzy (zarówno o świecie, jak i o sobie). Nie bez powodu to właśnie metodę odpowiedniego prowadzenia dyskusji stosował Sokrates w stosunku do swoich uczniów. Tyle że tam punktem wyjścia było „wiem, że nic nie wiem”. My często startujemy z poziomu: „wiem wszystko i muszę się tym z Tobą podzielić”.

Piszę te słowa dlatego, że sama czuję, jak często porywa mnie chęć wypowiedzenia ostatniego zdania w sporze, przekonania rozmówców i podkreślenia, że to ja, to właśnie ja mam rację. Zapominam przy tym często, że nawet jeśli faktycznie mam rację, to ten fakt wcale nie jest taki ważny. Najważniejsze przykazanie nie dotyczy naszej nieomylności, biegłości w dyskusji i stopnia wygadania. Dotyczy miłości. Cóż więc mi z tego, że mam rację, jeśli po drodze obrażę drugiego człowieka, podepczę oponentów i zapomnę o Ewangelii? Kogo będę wtedy głosić – Pana Boga? Czy raczej siebie?

(I wiem, wiem – w świątyni Jezus poprzewracał stoły i wygonił z niej przekupniów. Ja jednak myślę sobie, że „co wolno wojewodzie…”*. I tak dalej :) )

Chciałabym zostać dobrze zrozumiana, bo piszę te słowa również dla siebie. Ostatnimi czasy, zwłaszcza w związku z Halloween, dostałam różnymi drogami kilka wiadomości o tym, żeby „unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1Tes 5,22). Pomyślałam wtedy, że łatwo jest nam widzieć  „pozór zła” w tym, że inni przebierają się w upiorne kostiumy, że inni popierają aborcję, że inni nie popierają różańca do granic. Dużo trudniej zobaczyć w sobie to, co nie tylko ma pozór zła, co nie tylko jest źdźbłem, lecz wręcz belką w oku. I podkreślam raz jeszcze – piszę tu też o sobie, po refleksji na temat tego, jak bardzo chciałabym, by inni podzielali moje spojrzenie na świat.

„Gdy oceniasz ludzi, nie masz czasu ich kochać” – powiedziała Matka Teresa. Trudno o bardziej trafne podsumowanie tego, co się we mnie dzieje. Trudno o lepszy punkt wyjścia – i wejścia w kolejny tydzień, który oprócz naszych przepychanek powszednich przyniesie również dyskusje o Halloween i o pięćsetnej rocznicy reformacji. Chciałabym w nadchodzących dniach (i później też!) mieć w sobie tyle wolności, by dać do niej prawo również innym. Prawo do patrzenia inaczej na siebie, świat, wiarę i Boga. Prawo do myślenia, przeżywania swojej relacji z Panem, bycia niedoskonałym i nie spełniania moich oczekiwań (bo w sumie kim ja jestem, byś musiał/musiała spełniać moje oczekiwania, nie? :) )

Tak naprawdę każdy z nas w jakimś sensie błądzi – każdy z nas, nawet jeśli wydaje mu się, że wiele już wie i mógłby w związku z tym pouczać innych. Ale na tych wyboistych drogach odkrywania swoich prawd i ścierania się z przekonaniami innych, mamy szansę spotkać się z Kimś, kto chce nam towarzyszyć, tak samo jak uczniom w drodze do Emaus. Jeśli uda się w tym wszystkim odnaleźć Jego, to wygramy dużo więcej, niż tylko wojnę na argumenty w dyskusji…

[*”to nie tobie, kasztelanicu” – zwykł mówić mój nauczyciel gry na pianinie]

 

nie chodzi mi o dynię.

Nie chodzi mi o dynię. Dynia jest fajna. Nie lubię jej smaku, ale uwielbiam jej niesamowity kolor, który idealnie współgra z barwą liści za oknem i rozgrzewa, gdy tylko się na niego spojrzy. Nie chodzi mi też o świętowanie Haloween. To temat budzący w katoświecie ogromne emocje, a ja również niekiedy jestem adresatką pytań z nim związanych. Na szczęście nie jestem ekspertem od zagrożeń duchowych, mogę więc pozwolić sobie na komfort odsyłania zainteresowanych do osób z magicznym mgr z teologii przed nazwiskiem. Ja z kolei słucham swojej intuicji. A ona podpowiada mi, że mamy szczęście, bo nie mamy upiornych przebrań, za to w szkole odbywa się bal jesienny. I jest tam wszystko, co potrzebne, by na dziecięcych buziach pojawił się uśmiech – są kolorowe, inspirowane jesienią stroje, są słodycze i dynia. Piękna i pomarańczowa.

Nie, nie chodzi mi o dynię. Nie uważam jej za zagrożenie. Nie jestem jednak naiwna. Nie mogę nie zauważyć tego, że coś dziwnego dzieje się ze światem, który dorośli chcą przedstawiać dzieciom. I to właśnie ten przekaz, a nie rekwizyty używane niekiedy do jego podreślenia, uważam za niebezpieczny lub po prostu smutny.

Tydzień temu byliśmy w kinie. Świętując urodziny mojego dziecka, obejrzeliśmy w większym gronie jedną z bajkowych nowości – strasznie płytką zresztą w mojej ocenie, lecz budzącą entuzjazm u dzieciaków. Sam film nie wzbudził  u mnie większych emocji, poruszyły mnie jednak kinowe zapowiedzi skierowane do najmłodszych. Najpierw, po 20 minutach reklam (przestaję lubić kino!) pokazano nam zwiastun „Potwornej rodzinki”, czyli dalekiego kuzyna rodziny Adamsów, oczywiście w wersji animowanej. Kolejną propozycją dla kilkulatów było „Między nami wampirami”, a później przeszliśmy do oglądania zapowiedzi „Coco”, czyli bajkowej opowieści o meksykańskim chłopcu wyruszającym do krainy umarłych. Projekcję naszego filmu poprzedziła też krótkometrażowa animacja o jednej z przygód wspomnianej wcześniej „Potwornej rodzinki”, czyli na kilka minut przenieśliśmy się znowu w świat wampirów i potworów. Oczywiście każda z tych propozycji filmowych proponowała również historię z morałem i nieco humoru, jednak po obejrzeniu mieszanki: potwory – wampiry – kraina umarłych – znowu potwory, długo nie mogłam dość do siebie.

Zostało we mnie pytanie o to, czego chcemy uczyć naszych dzieci. Nie jestem przeciwniczką bajek. Sama zaczytywałam się w opasłym tomisku „Klechd domowych”, pełnych zaczarowanych źródełek, leśnych wróżek czy sprytnych bohaterów oszukujących diabła, z Panem Twardowskim na czele.

To było jednak coś zupełnie innego. Sięgając po te opowieści, wiedziałam że przenoszę się w świat baśni i legend. Czy nasze dzieci mają taką świadomość, gdy porywa ich kolejna opowieść o sympatycznych w sumie potworach z bardzo ludzką twarzą?…  To, co serwuje naszym dzieciom kultura masowa jest naprawdę szkodliwe. I nie mówię tu wcale o zagrożeniach duchowych takich jak opętanie, choć wiem, że to słowo często pojawia się w kontekcie Halloween. Chodzi o spojrzenie na świat, życie i śmierć.

I chyba właśnie o śmierć chodzi tu najbardziej. Łatwiej oswoić ją, gdy stworzymy postać sympatycznego chłopca-wampira czy uśmiechającą się nieustannie potworną rodzinkę. Można wtedy do tego, co nas przeraża (czyli końca życia) dokleić jakiś „element duchowy”, choćby najbardziej tandetny i zabijający w dziecku wrażliwość. Dużo trudniej jest powiedzieć wprost o tym, że życie każdego z nas ma swój kres. A tym, co aboslutnie nie ma siły przebicia w świecie proponującym wiarę w wampiry i potwory jest fakt istnienia Kogoś, kto naprawdę pokonał śmierć . Bóg jest wielkim nieobecnym w kinie, a przynajmniej w filmowych propozycjach skierownych do dzieci. Bóg jest zresztą wielkim nieobecnym nie tylko tam. Czy to nie zastanawiające? I czy nie jest to większym, bardziej realnym zagrożeniem niż plastikowe maski i kostiumy, którymi niedługo, na krótką chwilę na szczęście, zapełnią się sklepy?…

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi