Jestem…

„Jestem…” – w jaki sposób dokończyłabyś to zdanie? Uzupełniłabyś je jednym wyrazem, czy stworzyła ciąg określeń, charakteryzujących Twoją osobę? Jakich słów byś użyła?

Zastanawiałam się dzisiaj, czy Coco Chanel była piękna. Na pewno była elegancka i pewna siebie, ale czy była klasyczną pięknością? I czy to właśnie z powodu swojego wyglądu została zapamiętana? Świat kojarzy ją dzisiaj przecież z najsłynniejszymi perfumami i „małą czarną”, czyli sukienką idealną na każdą okazję. Podobnie jest z innymi sławnymikobietami. Gdy myślę o osobach takich jak wznosząca się w przestworza Amelia Earhart czy pełna ideałów Florence Nightingale, nie szukam w ich twarzach regularnych rysów i idealnego makijażu, lecz zapału i pasji. Szukam entuzjazmu i siły, dzięki której nie wątpiły w siebie i w to, czemu poświęcały życie. Szukam piękna, które wymyka się definicjom, jakie znamy z kolorowych magazynów czy Facebooka lajkami płynącego.

Może powinnam w podobny sposób patrzeć też na siebie, gdy zerkam w lustro? :)

Każda z inspirujących kobiet – nie tylko tych sławnych na cały świat – miała w sobie coś niepowtarzalnego. Każda z nich była JAKAŚ. Miała odwagę podążać za tym, co było w niej nie tylko unikalne, ale co dawało jej radość i poczucie sensu.

Jedną z takich kobiet była też biblijna Judyta – kobieta niezwykłej urody, która jednak zapisała się w ludzkiej pamięci dzięki swojej odwadze i determinacji. Jeśli kojarzy Wam się tylko i wyłącznie ze sceną, w której w dramatyczny sposób pozbywa się wroga swojego narodu, to podpowiem Wam, że tylko część jej historii. A historia zaczyna się w dzień, który pewnie jest tak upalny, jak tegoroczne lato. W oblężonym przez króla asyryjskiego Holofernesa mieście Betuli podnoszą się głosy pełne zwątpienia – kończą się zapasy wody, a nic nie wskazuje na szybką i skuteczną Bożą interwencję. Bóg jednak również tym razem nie przychodzi w trzęsieniu ziemi ani wichurze, lecz w cichym jak lekki powiew, a jednocześnie niesamowicie stanowczym głosie kobiety, która doskonale wie kim jest ona sama i kim jest Ten, który ją posyła.

Judyta, szanowana wdowa, spędzała do tej pory czas na modlitwie. Wydaje mi się, że to właśnie cisza, samotność i wsłuchiwanie się w głos Boga sprawiło, że była kobietą świadomą siebie i swojej piękności oraz wewnętrznej siły. Gdy zrozumiała, że jej misją jest ocalenie miasta, nie powiedziała: „OK, ale teraz dajcie mi trzy miesiące na zaliczenie kursu samoobrony i sztuk walki”. Judyta wiedziała, jaki ma potencjał i postanowiła go wykorzystać, zawierzając jednocześnie Panu Bogu i nieustannie wsłuchując się w Jego głos. Po wypełnieniu swojej misji zaśpiewała pieśń dziękczynną, którą zapisano w taki sposób:

Uderzcie w bębny na cześć mojego Boga,
zagrajcie Panu na cymbałach,
zanućcie Mu psalm i pieśń uwielbienia,
wysławiajcie i wzywajcie Jego imię!
(…)
Albowiem mocarz ich nie zginął z ręki młodzieńców,
ani nie uderzyli na niego synowie tytanów,
ani nie napadli na niego olbrzymi giganci,
ale Judyta, córka Merariego,
obezwładniła go pięknością swojego oblicza.
(…)
Zlękli się Persowie jej odwagi,
a Medów przeraziła swoją śmiałością. (Jdt 16)

Judyta nie boi się mówić wprost o tym, jaką jest niesamowitą kobietą! :) Wie, że jest to dar od Boga. Wie również, że  w tym, jaka jest, zapisana jest również jej misja i zadanie. Ono jest niepowtarzalne i inne dla każdej z nas. Każda z nas ma w sobie takie piękno, które zdarza się raz na miliard lat. Każda ma w sobie odwagę, śmiałość, empatię, wierność, troskliwość – w idealnych proporcjach. To, jakie jesteśmy, jest jednocześnie podpowiedzią w szukaniu tego, do czego zaprasza nas Bóg, bo „będę” od „jestem” dzieli tylko jeden krok. Ważne, by wykonać go w dobrym kierunku  i by każdy z takich kroków sprawiał, że w naszych oczach będzie pojawiał się zapał, a w sercu – pewność, że prowadzi nas Ktoś, kto zna nas najlepiej.

Znajdź dzisiaj trochę czasu na spotkanie z samą sobą. Weź kartkę i coś do pisania. Wpisz w kolumnach lub tabeli: Twoje zalety i mocne strony, Twoje wady i słabości, pasje i zainteresowania oraz pragnienia.

Jeszcze raz spróbuj dokończyć to zdanie: „Jestem…” . W jaki sposób dokończyłabyś dzisiaj również kolejne: „Chciałabym być…”?

 

 

Suplikacje.

W głowie mamy mieszkają lęki. Czasem są niewielkie i pozornie nieszkodliwe, a jednak równie uciążliwe jak latający nad uchem komar. Wbijają od czasu do czasu bolesne szpileczki, udając z niewinną miną: „To nie my, to życie”. Innym razem rosną do monstrualnych rozmiarów i rozszalałe jak bestia, atakują z krzykiem. Budzą wtedy w nocy, malują przed oczami straszne scenariusze, licząc z satysfakcją coraz szybsze uderzenia matczynego serca, które zaczyna bić w szalonym tempie. Bo być może. Bo  co by było gdyby. Bo nie jestem w stanie nad wszystkim zapanować (a chcę panować, nawet jeśli z przekonaniem powtarzam, że Panem jest Jezus).

Lęki wiją sobie wygodne gniazdko wszędzie tam, gdzie znajdą choćby niewielką przestrzeń niepewności. Siedzą cichutko, tak by trudno je było wyśledzić i pojawiają się znienacka. Gdy matka myśli o teraźniejszości i przyszłości, o zdrowiu, pieniądzach i relacjach. Gdy rozlicza się z wypowiedzianych w zmęczeniu słów, z ilości czasu, jaką ma dla siebie i innych, z pomysłów na to, jak układać rodzinną codzienność. Gdy patrzy na listę zajęć pozaszkolnych i zastanawia się, czy jej dziecko będzie miało dobry start w dorosłość, skoro nie zapewnia mu wszystkich możliwych środków do wszechstronnego rozwoju. Gdy patrzy na tę samą listę zajęć, niepokojąc się, czy wszechstronny rozwój nie jest jednak zbyt dużym obciążeniem i czy ważniejsza nie jest jednak zabawa i odpoczynek. Gdy patrzy w lustro i widzi, że ciągle jej czegoś brakuje więc – o zgrozo – czy tego samego braku nie doświadczą jej dzieci?

W głowie mamy mieszkają lęki. Mama robi więc czasem to samo, co ludzie robili od wieków, zwłaszcza gdy dotykało ich nieszczęście: „Święty Boże, święty mocny… Od powietrza, głodu, ognia i wojny Wybaw nas Panie!”  Z tym że mama robi to po swojemu. Od serca i po prostu, bez procesji i pieśni, w czasie pielgrzymowania z pracy do domu albo od sterty prania do kuchni. Mama śpiewa po swojemu i po swojemu prosi – bo lęk obrany w słowa w jakiś dziwny sposób staje się mniej straszny.

Od głodu miłości, który próbujemy zaspokajać jej namiastkami – wybaw nas, Panie!

Od ognia, który zamiast rozpalać serce, trawi jak gorączka i wypala – wybaw nas, Panie!

Od wojen, które toczymy zamiast rozmawiać i próbować zrozumieć – wybaw nas Panie.

Od braku wolności, który pcha do niemądrych wyborów – wybaw nas, Panie!

Od niemądrych wyborów, których konsekwencje spadają na nasze rodziny – wybaw nas, Panie!

Od raniących słów wypowiadanych w emocjach, zmęczeniu i smutku – wybaw nas, Panie!

Od kłótni, podziałów, niezrozumienia – wybaw nas, Panie!

Skrusz mury, które budujemy. Naucz patrzyć z miłością najpierw na swoje odbicie w lustrze, a potem na naszych najbliższych. I tych trochę dalszych, a w końcu – tych, którzy ranią i odpychają.  Pozwól doświadczyć, że prawdziwa miłość naprawdę usuwa lęk, a tam, gdzie codzienność przytłacza tak, że już nie potrafimy się modlić, Ty nie tylko wybawiasz czy okazujesz miłosierdzie. Ty się nad nami uśmiechasz.* Czule i z troską – w taki sposób, by nawet mama miała szansę przypomnieć sobie, że jest też dzieckiem i że jest Ktoś, kto nad wszystkim czuwa… :)

_______________________________________________________

Boże po stokroć święty mocny i uśmiechnięty

iżeś stworzył papugę zaskrońca zebrę pręgowaną

kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom

teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami

dzisiaj gdy mi tak smutno i duszno i ciemno

– uśmiechnij się nade mną.

(ks. Jan Twardowski, Suplikacje)

 

Wystarczy.

Była piękna. Przyciągała spojrzenia mężczyzn i widziała w nich podziw, a przynajmniej tak chciała odczytywać to, co pojawiało się w ich oczach. Oczu innych kobiet nie widywała zbyt często. Odwracały od niej wzrok, bez słów oceniając zarówno jej ubiór, jak i rozpuszczone włosy. Lśniące, gęste i piękne, ale przecież odsłonięte i powiewające zalotnie na wietrze! Każda szanująca się kobieta wiedziała, że to widok zarezerwowany jedynie dla męża – włosy powinny być skromnie upięte, tak by ich widok nie przyciągał uwagi.

Była piękna, tak przynajmniej mówili, choć ona coraz rzadziej miała odwagę, by spojrzeć sobie w lustrze prosto w oczy. Była przyzwyczajona do tego, że obok niej nie można było przejść obojętnie. Tamtego dnia wolałaby jednak nie zwracać na siebie uwagi. W jednej chwili pojęła nie tylko to, jak wielki głód nosi w sercu, ale również to, że jest kompletnie nieprzygotowana do najważniejszego spotkania w jej życiu…

Każde dziecko wie, w jaki sposób powitać ważnego gościa: trzeba ubrać się elegancko i schludnie, dobrze uczesać, przygotować odpowiedni poczęstunek i wysprzątać dom tak, by lśnił czystością. Ona też wiedziała, czego potrzeba było w tamtej chwili: odpowiedniego ubioru i uczesania, uprzejmego uśmiechu i wody do obmycia nóg Gościa. Nie potrzebowała też ani lustra, ani rachunku sumienia by zrozumieć, że w bilansie jej życiowych zysków i strat była na dramatycznym minusie. Zamiast odświętnej szaty miała ubranie, które mówiło o jej życiu więcej, niż by tego chciała. Zamiast uprzejmego uśmiechu – łzy w oczach i drżące dłonie. Nie miała misy z wodą ani nawet możliwości oficjalnego przywitania gościa. A jednak, choć wszystko wokół mówiło, że nie ma prawa nawet zbliżyć się do Nauczyciela, czuła że to ten czas i to miejsce. Że ten jeden raz w życiu może zrobić to, czego naprawdę w głębi serca pragnie. Once in a lifetime.

A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.(Łk 7,37-38)

Nie miała tego, czego w tej sytuacji oczekiwaliby od niej inni ludzie. „Dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza” mogła stwierdzić, że oddziela ją od Niego zbyt wiele, że to przepaść nie do pokonania. A jednak zaryzykowała. Nie wiem, czy słyszała wcześniej Jego słowa o tym, by sprzedać cały swój majątek, ale w pewnym sensie to właśnie zrobiła – oddała wszystko, choć w oczach innych wydawało się, że to tak niewiele.

Była piękna. Dla Niego była piękna w swojej bezradności i wrażliwości. W determinacji, by się z Nim spotkać. Nie widział w niej kobiety, która przegrała swoje życie – widział małą dziewczynkę, od zawsze głodną zainteresowania i czułości. Dziewczynkę, która przynosi Mu wszystko, co ma i która nie wie, że właśnie to WYSTARCZY, jeśli do swojego „nic” dodaje się miłość i tęsknotę…

Zadanie na dziś:

Zobacz, w jakich sytuacjach skupiasz się na swoich brakach. W jaki sposób to na Ciebie wpływa? Czy sprawia, że mimo pojawiania się różnych możliwości i Bożych zaproszeń, rezygnujesz z działania?

Zrób listę tego, czego Ci Twoim zdaniem brakuje. Weź pod uwagę zarówno to, co dotyczy Twojego wyglądu zewnętrznego, jak również zachowania, cech charakteru czy Twojej relacji z Bogiem. W czasie modlitwy stań przed Jezusem z tą listą braków i niedoskonałości. Jak sądzisz, co On powiedziały na jej temat? Dorzuciłby do niej kolejne pozycje – skoro wie o Tobie wszystko? Przyjąłby Cię z tym, czego Ci brakuje? A może tam, gdzie widzisz swoje „nic”, On chce opowiedzieć Ci o Twoim potencjale, o talentach, których nie masz odwagi odkryć i dobru, które może dziać się przez Twoje zanagażowanie?

 

 

piękne dłonie to te, które…

Mogą być silne albo delikatne, spracowane lub wypielęgnowane. Czasem chwytają rączkę dziecka, by prowadzić je przez świat. Czasem zaciskają się w pięść w geście protestu lub agresji. Machają na pożegnanie, wyciągają się ku zgodzie albo budują mury. Nasze dłonie.

Pierwsze próby ich upiększania i ozdabiania pojawiły się już w czasach prehistorycznych.  W epoce brązu w Indiach dłonie pokrywano misternymi wzorami z henny. Z kolei lakiery do paznokci, bez których nie wyobraża sobie życia spora część kobiecego świata w wielu od lat 3 do 103, pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych XX wieku. Paznokcie malowano jednak już tysiące lat wcześniej w Chinach i starożytnym Egipcie.

Piękne dłonie to temat, który regularnie pojawia się w kolorowych wakacyjnych magazynach. Ja sama także lubię czasem kolorowe szaleństwo, bo to pewien sposób na wyrażenie siebie, na tej samej zasadzie co styl ubierania. Dzisiaj nie będę jednak rozwijać tego tematu – to tylko luźny wstęp do głębszej refleksji… :)

Przygotowując ten tekst i zastanawiając się, czym tak naprawdę są piękne dłonie, nie pomyślałam o modelkach czy osobach zajmujących się stylizacją paznokci. Może ten wybór Was zaskoczy, ale do dzisiejszych rozważań chciałam zaprosić na początku tę osobę:

Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej.On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. (Mk 30-31)

Początkowo chciałam napisać o tym, że piękne dłonie to te, które niosą pomoc innym. Dłonie, które potrafią służyć – tak zwyczajnie, po prostu, w konkrecie życia i w jego szarości. To dłonie mamy, która wstaje w nocy, by podać dziecku lekarstwo. Dłonie, które przygotowują ulubione dania domowników nie z przymusu czy przyzwyczajenia, ale po to, by w ten sposób okazać miłość. Dłonie, które niosą dobro.

Chwilę później pomyślałam jednak, że to jest coś, o czym większość z nas dobrze wie. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że wiele z nas stara się żyć podobnie, wkładając swój trud i serce w budowanie dobra w sposób bardzo zwyczajny, w codzienności. Wiele z nas angażuje się i stara ze wszystkich sił, a czasem i ponad siły.

I wiele z nas wciąż myśli, że robi za mało. Albo nie tak jak trzeba. Że nie spełnia odpowiednich standardów, bo kuchnia nieposprzątana, bo na obiad mrożonka z marketu a nie trzydaniowe ekologiczne i wegańskie rarytasy, bo dziecko nie umie jeszcze tabliczki mnożenia, a Jasiek z IIc owszem. I że nie spełnia oczekiwań Pana Boga, bo przecież brakuje cierpliwości, bo czasem nie chce się rano wstać z łóżka, bo chciałoby się ponarzekać, a nie wypada, skoro chrześcijanin musi być wdzięczny…

Dlatego – nie. Dzisiaj nie napiszę o tym, że piękne dłonie to te, które są wyrazem zapomnienia o sobie i stawiania dobra innych na pierwszym miejscu. Napiszę za to o swoich dłoniach sprzed trzydziestu lat.

Wpadłam wtedy na genialny pomysł – nauczę się grać na pianinie! Rodzice, widząc mój zapał, zapisali mnie na początek na zajęcia w ognisku muzycznym. I wtedy dopiero się zaczęło: jakieś dziwne robaczki zapisane na pięcioliniach, czyli tak naprawdę drugi alfabet, który musiałam opanować jako dziecko. Koślawe klucze wiolinowe które pisałam zamiast szlaczków. Koszmarna „Piosenka o konikach polnych” (kto grał, ten wie! :) ) i setki melodii, które wydawały mi się nudne, ale które musiałam grać godzinami…

„Dla Elizy” zagrałam na Dzień Matki. Cztery części, z pamięci, z zamkniętymi oczami. Sukces, radość, wzruszenie i chęć dalszego rozwijania się w tym kierunku. Chopina wprawdzie nigdy nie polubiłam, za to Bacha dla własnej przyjemności gram do dzisiaj. Droga, jaka do tego prowadziła, była długa, mozolna i nie do końca dla mnie zrozumiała. Potrzebowałam w jej trakcie pomocy, wsparcia i odpowiednich wskazówek. Potrzebowałam też czasu, cierpliwości i odpowiedniej liczny popełnionych błędów, które musiały zostać skorygowane. Musiałam być uczniem, by opanować konkretną umiejętność.

Czy zauważyłyście, że w tekście o uzdrowieniu teściowej Szymona Piotra, pojawiają się te słowa: „Podniósł ją ująwszy za rękę”? Ja, wyobrażając sobie tę scenę, widzę kobietę, która po ustąpieniu dolegliwości wręcz biegnie, by wyrazić swoją miłość i wdzięczność przez działanie. Może dlatego, że widzę w niej siebie?… Mojej uwadze umyka ten pozornie drobny szczegół. „Podniósł ją ująwszy za rękę” tak jak podnosi się dziecko, które próbuje chodzić albo malucha, który chce wdrapać się na pięćdziesiąt razy większą od niego górkę. Za rękę ujmuje się także ucznia, który próbując rysować szlaczki (albo koślawe klucze wiolinowe), nie wie w jaki sposób poprowadzić dłoń.

Może więc piękne dłonie to właśnie te, które pozwalają, by poprowadził je Jezus? Które pozwalają podnieść się z upadku, nie zasłaniając się tym, że „przecież mi nie wyszło, przecież nie jestem godna” itede itepe. Nie dłonie, które kurczowo trzymają się swojego perfekcyjnego obrazu rzeczywistości. Dłonie ucznia, który jest pewien dwóch rzeczy: tego, że jest niedoskonały, nie umie i nie potrafi oraz tego, że jest ktoś, kto go tego nauczy. 

Mam dla Ciebie dzisiaj propozycję ćwiczenia, składającego się z dwóch części.

Na początku wróć do tego krótkiego opisu uzdrowienia teściowej Piotra. Spróbuj wyobrazić sobie, że to Ty leżysz bez sił. Czym jest gorączka, która Cię trawi? Co odbiera Ci siły i możliwość działania? Wyobraź sobie, że Jezus ujmuje Cię za rękę. Może chce Ci coś teraz powiedzieć…posłuchasz?

W drugiej części tego ćwiczenia pomyśl o celach, jaki sobie stawiasz. Do czego dążysz? Jaki idealny obraz siebie samej rysuje się na końcu Twojej drogi? I jak reagujesz, gdy nie udaje Ci się do niego zbliżyć, gdy ponosisz porażki i doznajesz zawodu? Spójrz na chwile, w których pojawia się: „nie jestem taka, jaka powinnam być”. W jaki sposób możesz do tych chwil zaprosić Jezusa? Co może stać się dla Ciebie szansą na to, by On „podniósł Cię ująwszy za rękę”? Poszukaj konkretów i zapisz je, by wracać do nich w trudnych momentach.

Piękno spojrzenia.

„Ma pani wagę w oczach” – powiedziałam ostatnio z uśmiechem i podziwem do ekspedientki, która precyzyjnie odmierzyła i zważyła tyle mojego ulubionego żółtego sera bez dziur, o ile poprosiłam. Przez chwilę obie się uśmiechałyśmy. A potem pomyślałam o tym, że z moim spojrzeniem dzieje się czasem to samo. Mam w oczach nie tylko wagę, ale również linijkę i celownik. Patrzę na świat, ale widzę często to, co chcę zobaczyć: kalkuluję, odmierzam i przyklejam etykietki… innym, oraz sobie.

Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Często zdradzają więcej, niż uśmiech czy słowa. To  właśnie spojrzenia drugiej osoby szukamy, gdy chcemy powiedzieć coś ważnego, bo spoglądając w oczy widzimy, czy to, co chcieliśmy przekazać, zostało usłyszane i zrozumiane. Spojrzenia szukamy też, by rozmawiać bez słów. Czasem nasze oczy mówią: „Lubię Cię”. Innym razem ostrzegają: „Nie podchodź ani kroku bliżej”. Niekiedy oceniają i porównują.

Podejdź na chwilę do lutra, Spójrz sobie w oczy. Wytrzymaj tak pełną minutę. Co widzisz w swoim spojrzeniu?

O tym, że bliźniego kochamy tak, jak siebie samego, słyszałaś pewnie niejednokrotnie. A co jeśli to samo dotyczy również naszego spojrzenia? Czy na najbliższych i tych trochę dalszych, na przyjaciół, kolegów z pracy i osoby przypadkowo mijane w ciągu dnia patrzymy tak, jak na siebie samego? Jak jest w Twoim przypadku?

Podkreślanie głębi spojrzenia to trudne zadanie, a jednak wiele z nas opanowało tę sztukę do perfekcji dzięki eyelinerowi i mascarze. Dzisiaj chciałam Cię jednak zaprosić do innego sposobu na podkreślenie piękna Twoich oczu. Kosmetyki, płatki pod oczy, maseczki, zalotki, makijażowe tricki – to wszystko jest ważne, oczywiście. Jednak nic nie ożywia spojrzenia bardziej niż życzliwość i uśmiech – nie ten sztucznie przyklejony na potrzeby odegrania roli uprzejmej dziewczyny, ale ten, który rozświetla nas od środka, od wewnątrz. Nie da się tego kupić w żadnym sklepie. Nie można też postanowić sobie, że od dzisiaj będzie ze mnie promieniować subtelny kobiecy wdzięk i urok. To znaczy oczywiście – postanawiać można sobie bardzo wiele, ale jeśli masz za sobą kilka takich prób, wiesz, że to nie takie łatwe. Dlatego dzisiaj nie chcę Cię zapraszać do tego, by po raz kolejny stawiać sobie poprzeczkę niemiłosiernie wysoko… Zamiast tego chciałabym popatrzeć wspólnie z Tobą na Kobietę o wyjątkowym spojrzeniu.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. (J 2,1). Znasz dobrze tę historię, prawda? Ona pokazuje nie tylko, jak wielkie cuda może zdziałać zaufanie i posłuszeństwo słowom Jezusa. Pokazuje też, w jaki sposób Miriam patrzyła na siebie, świat i innych. W jej spojrzeniu nie było oceniania – było za to współczucie. Dostrzegła zamieszanie, problemy i ludzką biedę, ale nie podsumowała tego żadnym dobitnym komentarzem. Jestem też pewna, że gdyby ktoś wtedy spojrzał w Jej oczy, nie dostrzegłby tam rozczarowania brakiem dobrej organizacji wesela. Nie dostrzegłby też  litości, która zazwyczaj wiąże się z patrzeniem na kogoś z góry. Myślę, że w Jej oczach było ciepło i siła, jaka bierze się z wiary w to, że świat funkcjonuje nie tylko zgodnie z prawami natury, ale też z Bożą logiką.

Z dużą nieśmiałością podchodzę do odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Maryi udało się przeżywać codzienność w taki sposób. Była przecież „łaski pełna”, a więc pełna Jego miłości, pokoju i zaufania – na ten temat napisano tyle dzieł teologicznych, że pewnie nie starczyłoby mi życia, by je przeczytać. Ale staram się patrzeć na Nią również nieco inaczej, zostawiając na boku pobożne słowa czy podniosłe wezwania litanii. I myślę, że przecież na co dzień On była kobietą taką jak Ty i ja – Kobietą o niesamowitej relacji z Bogiem, a jednocześnie przeżywającą codzienność, w której nie brakowało wyzwań i trudności. Jej siłą była jednak świadomość tego, kim jest i na kim buduje swoje życie. Wiedziała, że Jej Ojciec troszczy się o wszystko, wiedziała, że Jej Syn jest tym, który przynosi pokój, wyzwolenie i radość. Wiedziała, że może poprosić Go o działanie w tak zwyczajnej sytuacji jak ta na weselu w Kanie Galilejskiej. Gdy patrzę na siebie i swoje zmagania, wiem że chciałabym patrzeć na Boga, siebie i świat podobnie jak Ona…

Chciałabym zaprosić Cię do pewnego ćwiczenia. Znajdź trochę wolnego czasu, ołówek lub kredki i kartkę. Narysuj na niej własne drzewo nie-genealogiczne. W przypadku drzewa genealogicznego, w odpowiednie miejsca wpisuje się ważne rodzinne daty oraz imiona i nazwiska przodków. Tym razem chodzi mi o coś innego. Wypisz to wszystko, co jest dla Ciebie ważne – to, co sprawia, że jesteś właśnie taką osobą jaką widzisz w lustrze. Zapisz tam ważne wydarzenia, daty, ludzi, którzy wpłynęli na Twoje życie. Może znajdzie się tam wspomnienie ważnych rekolekcji, przeczytanych książek czyli ulubione modlitwy? Zapisz wszystko, co wydaje Ci się ważne. Tu nie ma dobrych i złych odpowiedzi – jest Twoje życie i Twoje korzenie, dzięki którym możesz wzrastać.

Pomódl się dzisiaj, patrząc na to, w KIM JESTEŚ. Zobacz, co jest Twoją siłą, błogosławieństwem, Bożym darem. Dziękuj za to, co dobre. Pytaj bez lęku o to, co trudne. I proś o to, co jest Ci dzisiaj najbardziej potrzebne. 

Jeśli chcesz, po tej modlitwie stań znowu przed lustrem. Co widzisz w swoim spojrzeniu?

znaleziono na pinterest.com

Wakacyjny trening przyjaźni ze sobą.

W jaki sposób zmierzyć poczucie własnej wartości? W ilościach komplementów, które słyszymy w czasie przyjęcia, na które zakładamy najlepszą kreację? Czy w liczbie centymetrów, które zgubiłyśmy w talii i biodrach dzięki sumiennej diecie?

Może życie byłoby prostsze, gdyby tak właśnie było. A jednak gdy ostatnio robiłam porządki na strychu i wyciągnęłam z jego czeluści ubrania sprzed dziesięciu lat, zdziwiło mnie nie tylko to, że faktycznie mieściłam się w ciuchy mniejsze o dwa czy trzy rozmiary. Zdziwiło mnie to, że wtedy patrzyłam na siebie tak samo jak teraz – mając kilka ładnych kilogramów mniej, uważałam że powinnam schudnąć. Tu i ówdzie miałam za dużo i gdybym zrzuciła kilogram lub dwa – no tak, wtedy byłoby idealnie. Czy na pewno?…

Wakacje to czas, który niekiedy bezlitośnie konfrontuje nas z naszymi niedoskonałościami. Która z Was czuje się zadowolona, patrząc na siebie w lustrze tuż przed wyjściem na plażę? A która chciałaby poprawić to i owo… albo decyduje się na sukienkę do samej ziemi i ponczo pomimo 30 stopni w cieniu? Chciałam Was zaprosić do wspólnego zmierzenia się z tematem patrzenia na siebie. I już tłumaczę, dlaczego.

Daleka jestem do zachęcania, by niczego w sobie nie zmieniać i patrząc w lustro powiedzieć: „taka już jestem”, a potem skusić na się na już naprawdę ostatnie ciastko z kremem. Nie chodzi mi o to, by zniechęcić kogokolwiek do ćwiczeń i dbałości o dietę – wręcz przeciwnie. Chciałam jednak zaproponować nieco inny kierunek wszystkich tych działań. Od tego, w jaki sposób patrzę na tą dziewczynę, która zakłopotana albo zniechęcona patrzy na mnie z odbicia w lustrze, zależy nie tylko moje samopoczucie tu i teraz. Zależy od tego również moje działanie w przyszłości. Jeśli patrząc w lustro będę widziała tylko te niedoskonałości, których muszę się pozbyć, jest duża szansa, że wiele z moich pomysłów na siebie skończy się w taki sposób: porażka przyniesie takie poczucie klęski, że będę musiała to sobie jakoś wynagrodzić. Czekoladą, drinkiem, pochłonięciem zawartości lodówki albo kompletnie nieprzemyślanym szaleństwem, które miało być drobne i wyzwalające, a przypomni o sobie później swoimi konsekwencjami.

Fajnie byłoby polubić tę dziewczynę w lustrze. Pokochać ją z tymi nadmiarowymi kilogramami, odstającymi uszami czy za dużym nosem. Z rozstępami po ciąży, włosami za bardzo kręconymi albo zbyt prostymi, z rumieńcem na twarzy, który pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. W przeciwnym wypadku każda próba dotarcia do celu (a przynajmniej wiele z nich) skończy się katowaniem samej siebie – drastyczną dietą albo równie drastycznym objadaniem się, obwinianiem się, brakiem cierpliwości dla siebie albo serwowaniem sobie w myślach pogadanek pełnych ostrych słów… Trudno się dziwić – w końcu właśnie tak traktujemy naszych wrogów. Tak postępujemy wobec tych, których nie lubimy, nie jesteśmy życzliwi. Wypatrujemy tylko błędu, potknięcia, a potem krytykujemy i mówimy: „Wiedziałam, że tak będzie. Jesteś beznadziejna”.

Ile razy zwracałaś się w taki sposób do siebie samej?…

Chciałam zaproponować Ci dzisiaj refleksję nad tym, w jaki sposób na siebie patrzysz i jak się do siebie zwracasz. W tym cyklu refleksji będzie kilka części, dotyczących nie tylko ciała, ale też ducha. Na pewno nie będzie to jednak poradnik. Internet wypełniony jest po brzegi tekstami, które obiecują: „najlepsze porady”, „dziesięć skutecznych sposobów by… ” , „zmienisz swoje życie, gdy tylko…”.

Nie, nie zmienisz. Nic nie zmienia się w pięć minut, a po przeczytaniu nawet najbardziej inspirującego artykułu nie wydarzy się nic, o ile sama nie wcielisz tego w życie. Proponuję Ci więc wspólną refleksję – naszą, kobiecą, Twoją i moją, bo dla mnie to również pewnego rodzaju wyprawa wgłąb siebie. Proponuję spojrzenie na siebie zarówno w lustrze wiszącym na ścianie, jak i w lustrze Słowa Bożego. Jeśli chcesz być na bieżąco, zapraszam do dołączenia do Facebookowego wydarzenia. Co jakiś czas pojawi się tam nowy temat i nowa szansa na spojrzenie na siebie nieco inaczej.

podróż w czasie, czyli historia magistra vitae est.

Maj 2018. Wszystko zaczyna się w Tykocinie, który leży na naszej trasie w czasie długiego weekendu. Z sentymentem wchodzimy do kościoła, który wraz z mężem znamy z bardzo przez nas lubianego filmu „Biała sukienka”. Mijamy synagogę – w remoncie – by chwilę później ustawić się w kolejce do restauracji „Tejsza”. Tripadvisor poleca, a nam się nie spieszy, czekamy więc cierpliwie na stolik, a potem rozpływamy się smakując żydowski kawior (czyli wątróbki z jajkiem, cebulą i kiszonym ogórkiem), kugel i cymes. Te smaki są dla mnie nowe, choć przecież starsze ode mnie…

Ze ścian restauracji spoglądają na mnie uśmiechnięci młodzi ludzie. Uśmiecham się do nich, ale nie zapisują się w mojej pamięci. Jeszcze nie teraz.

Żródło: https://shtetlroutes.eu/uk/tykocin-karta-dziedzictwa-kulturowego/

Od jakiegoś czasu podróżujemy na zasadzie pokazania paluchem mijanego miejsca i okrzyku: „o tam się zatrzymaj!”. Mój mąż, kierowca, nie jest rzecz jasna fanem tego rozwiązania, bo oznacza to zwiedzanie dróżek rowerowych trzeciorzędowych i wsłuchiwanie się w komunikat: „połączenie GPS zostało zerwane, więc radź sobie waćpan sam jak potrafisz”. Tym razem droga jest jednak krótka i prosta – od starego żydowskiego cmentarza dzieli nas kilkanaście metrów. Tyle że tam nie ma nic oprócz trawy i wyłaniających się z niej, pochylonych ku ziemi macew, na których napisów nie potrafimy rozczytać. To najstarszy kirkut na Podlasiu. Dzieci nie potrafią zrozumieć, dlaczego cmentarz wygląda właśnie w ten sposób. Zadają pytanie. Potem kolejne. A ja próbując wytłumaczyć zawiłe dzieje tych ziem, sama zaczynam się gubić. Właśnie wtedy wracają do mnie roześmiane twarze z żydowskiej restauracji. Właśnie wtedy podejmuję próbę dotarcia do ich prawdziwej historii. Szybko przekonuję się jednak, że to wymaga czasu i determinacji, a definicje „prawdy” różnią się w zależności od tego, kto opowiada o latach, które pozostawiły wszechobecne blizny w polskim krajobrazie i ludzkich sercach.

*

Wysokie, województwo lubelskie, powiat krasnostawski. Nie wiem, jak ma na imię: Abram, Dawid, Josef? Wiem o nim jednak dwie rzeczy. Jest dobrze sytuowany i musi być pobożny, w najlepszym tego słowa znaczeniu, bo chyba wziął sobie do serca te słowa z Księgi Amosa: „Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego
i bezrolnego pozostawiacie bez pracy,
którzy mówicie: «Kiedyż minie nów księżyca2,
byśmy mogli sprzedawać zboże?
Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz?
A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl
i wagę podstępnie fałszować. (Am 8,5-6).

Z Julią Winiarską, krawcową i żoną kowala, mamą dwóch uroczych dziewczynek – Teresy i Alicji – miał niepisaną umowę. Z beli materiału, którą jej dostarczał, Julia miała uszyć konkretną ilość zamówionych sztuk odzieży. Z resztą materiału mogła zrobić, co jej się podoba. A że Julia naprawdę znała się na swoim fachu, potrafiła w taki sposób tworzyć wykroje, że nie tylko doskonale wywiązywała się z zamówienia, ale jednocześnie zaopatrywała w odzież całą rodzinę.

Pewnego dnia jednak monotonne stukanie starego Singera przerwane zostało nagłym wtargnięciem jej pracodawcy do domu. Stłumiony szept, przerażenie w oczach i opowieść, której scenariusz powtórzy się w domach milinów Josefów, Abramów i Dawidów: żona i dzieci zostały zabrane przez Niemców, jemu udało się zbiec. Ukrywany przez Julię, po kilku dniach postanowił poszukać rodziny i poszedł – w ciemną noc lub w ciepło jasnego przedpołudnia, za złudną nadzieją albo zasłyszaną plotką. Nie wrócił. Nie znam jego imienia, nie wiem jak nazywali się jego przodkowie, bo kirkut w Wysokiem nie istnieje. Rozpłynął się w powietrzu, wygumkowano go jak nieudany element szkicu w malarskim dziele. Przestał pasować do krajobrazu w którym puste pożydowskie domy były puste tylko przez kilka chwil. Oni odeszli. Świat kręcił się dalej. Trzeba było sobie radzić.

Stary Singer stoi w kącie w domu moich rodziców, przechylając się lekko na jedną stronę, jakby nie był w stanie unieść ciężaru słów, których nie jest w stanie wypowiedzieć. Babcia Julcia również nie ma na to szansy – umarła wiele lat temu, zabierając ze sobą wspomnienia. Nie ma już świadków. Nie ma synagog, kirkutów, zapachu wątróbki z rodzynkami i świątecznego cymesu. Tylko czasem, gdy ugotuję rosół, ktoś ze starszego pokolenia westchnie: „No tak, to najlepsze: żydowska aspiryna”. Czasem też mówię o tym, że mam frajdę, bajzel w pokoju, fajne ciuchy, albo że wszystko git. Znane słowa o pochodzeniu których nie chcemy pamiętać. A historia czasem nas w ten sposób dogania.

*

Po „Tajemnicę pana Cukra” Anny Kłys sięgnęłam po to, by w końcu poznać prawdę – nie tą, która chce coś nam udowodnić. Nie prawdę, która rozlicza albo się przed rozliczeniami broni. Chciałam poznać fakty: gazety z czasów przedwojennych, policyjne kartoteki i wspomnienia ocalałych. To wszystko pokazało mi świat, który różni się od tego, jaki chcielibyśmy widzieć. Świat, w którym istnieją nie tylko „Sprawiedliwi wśród narodów świata”, lecz również ci, którzy potrzebują jedynie pretekstu, by sięgnąć po kamień i rzucić go wraz z oskarżeniami. Świat, w którym słowo „inny” jest ważniejsze od słowa „człowiek”.

*

„Abramek Szenker miał pięć lat, kiedy zginął, i był najmłodszym pośród Polaków narodowości żydowskiej zabitych do 1939 roku z racji pochodzenia. Chociaż w październiku 1937 roku w Ogrodzie Krasińskich wydarzyło się coś, co mogło zmienić tę statystykę. Adela Waszówna, służąca Dawida Menachera z Pawie 20, jak zwykle po obiedzie spacerowała z jego trzyipółletnim synkiem. Była druga po południu, w ogrodzie mnóstwo niań z dziećmi, Adela pchała wózek alejkami i obserwowała, jak to miała w zwyczaju,, towarzystwo. Przez to zapewne nie zwróciła uwagi na idących za nią mężczyzn. Nagle grupka otoczyła ją, jeden z nieznanych jej chuliganów oblał wózek i dziecko benzyną, a drugi rzucił zapałkę. Adela widzi, jak zaczyna się palić kocyk, płaszczyk i rajstopki na małym, wrzeszczy, biega w kółko, dopiero przechodnie wyciągnęli dziecko, płaszczami zdusili płomienie. Poparzone dziecko odwieziono do prywatnej lecznicy, sprawcy zbiegli. („Tajemnica pana Cukra”, wydawnictwo Wielka Litera, str. 321)

*

Tak, wiem, że Polacy również cierpieli ogromnie w czasie drugiej wojny światowej. Wiem, że takie mroczne czasy wyzwalają w ludziach albo najgorsze odruchy , albo to, co najlepsze . Wiem że przedwojenny antysemityzm nie udzielał się wszystkim, że byli tacy, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Ratowali ludzi.

Nie chcę wywoływać dyskusji na ten temat i nie będę się w nią włączać, bo tak naprawdę nie do końca chodzi mi tu o historię. Chodzi o coś innego.

O to, co odpowiadać dzieciom, które historię dopiero poznają, a które widzą niekiedy więcej niż my – chociażby to, że skoro mówimy o cmentarzu, to powinien na nim panować porządek i szacunek dla zmarłych. Tego przecież ich uczę. A nasz krajobraz, to co nas otacza? Czy uczy tego samego?…

Chodzi też o to, co słyszę w radio i telewizji. O biskupa, który mówi, że nie będzie u niego rządził uchodźca i gładko łączy to ze słowami: „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. O chwile, w ktoś mówi  „o tych Jechowych”, pozbawiając ich prawa do wiary w Boga. O podziały, do których zaistnienia wystarczą różniące się od naszych sympatie polityczne czy oglądanie konkretnej stacji telewizyjnej. I o emocje, przez które można – jak pisał ks. Twardowski – tak bronić Boga, że chlaśnie się w twarz człowieka. O emocje i poglądy, które przechodzą w nawyk i rewolucyjne hasła.

Kocham moją Ojczyznę tak, jak kochali ją moi przodkowie, którzy stracili zdrowie w obozie koncentracyjnym i w walkach z UPA. Mogłabym schować się za ich zasługami jak za wygodną i obszerną tarczą. A jednak mam świadomość, że wybory naszych dziadków i pradziadków, bohaterstwo albo jego brak, nie gwarantują, że my sami przeżyjemy  nasze życie dobrze, godnie, po ludzku i po chrześcijańsku. Przyszłość budujemy sami, swoimi zmaganiami, decyzjami i poszukiwaniami prawdy. Budujemy ją ucząc się na błędach.

Piszę to chyba przede wszystkim dlatego, że czasem zapala mi się w głowie ostrzegawcza lampka – że chociaż historia jest nauczycielką życia, to jednak daleko jej do łagodności. Jeśli nie odrobimy tej lekcji, zapisanej łzami, krwią i krzykiem, którego echo wciąż brzmi na polskiej ziemi, ryzykujemy, że ten sam materiał będziemy musieli powtarzać. Żaden z nas nie pragnie tego dla swoich dzieci. I każdy ma szansę sprawić, by nasze błędy były nie tylko niechcianym spadkiem, ale też nauczką na przyszłość.

Gugu, dada… Tata!

Mama, tata, lala – w ten sposób zaczynamy. Pierwsze słowa są proste, ale też bardzo konkretne. A ja, choć z dziecięcym gaworzeniem miałam sporo do czynienia, dopiero dzisiaj zauważyłam, że nasza komunikacja zaczyna się od rzeczowników. Dopiero potem pojawiają się inne części mowy, zwłaszcza te „silne”, jak „nie” i „daj”. W przedziwny sposób, choć zasób naszego słownictwa nieustannie się powiększa, w pewnym momencie przynajmniej część z nas potrafi utknąć w krainie przymiotników. Jaki, jakie, jaka… jaka jestem? To pytanie, które zdajemy zarówno innym, jak i własnemu odbiciu w lustrze.

Katoliczka często chce być kobietą pełną pokoju i wdzięku. Chce być cierpliwa, uczynna, dobra. Jej dobroć ma być zauważalna we wszystkich rolach, jakie pełni w życiu – chce być dobrą żoną, mamą, pracownikiem, studentką. Dobrą katoliczką. Czy to źle? Oczywiście, że nie. To piękne pragnienia, potrzebne tak samo, jak definiowanie siebie, czyli poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: „jaka jestem”.

Jest tylko jeden problem. I może on Ciebie nie dotyczy, może te zmagania są Ci obce, ale wiele z nas niesie na plecach bagaż, wypchany całą listą pięknych i pobożnych przymiotników. To niekiedy ciężar, który przekracza nasze siły i zabiera radość życia. Dorzucamy sobie w dodatku do niego: „stanę się lepszą żoną w dwa tygodnie” albo „wypracuję w sobie cierpliwość w czasie Wielkiego Postu”. I napiszę to po raz kolejny – to piękne pragnienia. Pragnienia, które warto realizować o ile nie zapominamy o najważniejszym.

Dziecięca intuicja jest bezbłędna. Liczy się najpierw „mama”, „tata”, „lala”. Liczy się „ja”. A „ja” to coś więcej niż spis wad i zalet. Moje serce to nie lista przymiotników, z których część powinno się za wszelką cenę wykreślić (bo przecież nie mogę być niecierpliwa albo złośliwa), a inne na siłę dopisać. To, kim jestem, określa moje pochodzenie. Jestem Bożym dzieckiem. Jestem Bożą córką. Jestem kochana bezwarunkowo, nawet w tych momentach, gdy sama siebie nie potrafię kochać, bo wydaję się sobie wciąż zbyt mało doskonała. „Pracować nad sobą” (celowo w cudzysłowie) mogę tylko wtedy, gdy moim celem nie będzie efekt w postaci „nowej, idealnej kobiety”, ale pragnienie bycia jak mój Tata. Jedyny idealny, nieskończenie dobry, zawsze cierpliwy. Jeśli to na Niego będę patrzeć w moich staraniach, żadna porażka nie będzie końcem świata i żaden upadek mnie nie zniszczy. Bo to, KIM JESTEM, jest niezmienne, niezależnie od tego JAKA JESTEM.

Ja też chcę być cierpliwa, uprzejma i pełna pokoju. Wiem jednak, że gdy zaciskam zęby, przykręcam sobie śrubę i mruczę pod nosem: „jak to, ja nie dam rady?” to zazwyczaj źle się to kończy. Jeśli czujesz się czasem podobnie, a masz pokusy, by próbować zmieniać się w „doskonalszą siebie” jak za pstryknięciem palcami, wróć do podstaw. Zacznij od dziecięcego „gugu”, „dada”, „lala”. Albo jeszcze lepiej – zacznij od „Tata”. I powtarzaj to tak długo, aż uwierzysz, że dla Niego jesteś ósmym cudem świata. Że kocha Cię niezależnie od wszystkiego. I że chce dla Ciebie tego, co najlepsze – więc kiedyś będziesz cierpliwa, uprzejma, pełna pokoju i wdzięku. Ale niech to On do tego prowadzi. I niech On nadaje tempo tej wędrówce.

https://www.instagram.com/p/BDV_0RmPnmr/

Mój Nazaret…

Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu (Łk 2,51)

Mój Nazaret pachnie dziś lawendą i miętą, którą zbieram w ogrodzie by zasuszyć na zimową herbatę. Pachnie też kawą po nieprzespanej nocy i rosołem, który będą lekarstwem na każdą niemalże chorobę, może pomóc również w przypadku nierównej walki z rotawirusem. Taką mam przynajmniej nadzieję…

Mój Nazaret jest bardzo zwyczajny, bo tak to chyba właśnie jest z Nazaretem. Od Jerozolimy dzieli go kawał drogi, przynajmniej tej liczonej w stadiach, kilometrach czy pielgrzymkowych krokach. Serce jednak mierzy odległość zupełnie inaczej. Może być w samym centrum cudu, a jednocześnie bardzo daleko. Może też na pozór nie widzieć Boga, a jednak być tak blisko, że bliżej być nie można. Dla serca czasem tęsknota już jest miłością. I dla Miłości czasem tęsknota jest najszczerszym jej wyznaniem.

Tak to jakoś jest poukładane, że mamom – mimo szczerych chęci – niełatwo trafić do kościoła w ciągu tygodnia. Godziny nabożeństw zazwyczaj pokrywają się albo z porą odprowadzania dzieci do szkoły, albo z wieczorną kąpielą. I tak, wiem, „dla chcącego nic trudnego”. Sama często to powtarzam. I gdy się udaje, doceniam bardzo ten czas – te pół godziny wyrwane z codzienności. Pół godziny, po których codzienność smakuje inaczej, jeszcze lepiej.

Pierwsi chrześcijanie nie mieli tego komfortu. Nie mieli kościołów, możliwości zaczerpnięcia oddechu przed tabernakulum, porannej mszy świętej czy wspólnego różańca, ale i tak odmieniali swoje życie przez niezliczone tajemnice radosne, bolesne i chwalebne. Razem z Jezusem, w codzienności i po cichu. A gdy żyjąca wiele wieków później, błogosławiona Anna Maria Taigi nie mogła pójść do kościoła, bo czuwała przy łóżku chorego dziecka, mówiła ponoć, że w takim przypadku zostawia Boga dla Boga. I te słowa mówią mi bardzo dużo – i o Bogu, i o prawdziwej chrześcijańskiej codzienności…

Ani wczoraj, ani dzisiaj, mimo pobożnych planów, nie udało mi się dotrzeć do kościoła. Tak się czasem zdarza – tak zdarza się często, zwłaszcza gdy dzieci chorują. A jednak mój Nazaret nie jest pusty, bo czasem miłości trzeba szukać inaczej. Czasem miłość pachnie jak mięta, lawenda czy kolejna kawa, która stawia mnie nogi. Czasem jest bardzo zwyczajna. Ale zawsze oznacza obecność, bo przecież miłość to relacja. I może to jest tak, że Pan Bóg nie chce, żebym tylko wpadała do Niego w gościnę na pół godziny? Może zamiast tego chce zostać moim Domownikiem?

I może właśnie dlatego uśmiecham się za każdym razem, gdy nucę wraz z innymi: „Panie Jezu zabierzemy Cię do domu”?… :)