ziarenko.

Małe ziarenko i wielkie pragnienia. Takie zupełnie nie na miejscu – bo ziarenko powinno skupić się na tym, co dobrze zna, a zna tylko ciemność otaczającej go ziemi. A jednak co jakiś czas pojawia się jakiś błysk, jakieś przejaśnienie dochodzące z góry i wtedy w ziarenku budzi się ciekawość i nadzieja. Bo może jednak istnieje coś więcej niż otaczające je ciemności i duchota? Może rzeczywiście gdzieśtam wysoko, w górze jest światło, jest słońce, wiatr który delikatnie muska i kołysze, świeżość i wolność…?

Co za głupoty! – mówią inne ziarenka. Nie czeka cię nic więcej oprócze tego, co dobrze znasz! I zamiast myśleć o niedorzecznych  marzeniach, skup się na tym, żeby było ci tu jak najlepiej. Nie marnuj swojej energii na mrzonki, tylko zainwestują ją w oswajanie się z ciemnością i oddychanie na tyle oszczędne, by duchota przestała przeszkadzać. Znaczy się: nie pełną piersią.

Tam w górze, wysoko hen nad ziemią, jest:

słońce

wolność

radość

jest powietrze które smakuje…DOBRZE

są marzenia, które można spełniać

jest coś WIĘCEJ niż widać na pierwszy rzut oka –

nawet jeśli na pierwszy rzut oka widzisz dzisiaj tylko CIEMNOŚĆ.

Zdobyć się na ten wysiłek, żeby przebić się ku górze. Pozwolić nadziei wykiełkować, a potem piąć się w górę i w górę, i w górę. Wzrastać, mimo że niektórzy wokół będą się pukać w głowę i uważać cię za wariata albo marzyciela, który nie ma pojęcia o życiu. (Bo życie jest twarde i w życiu nie ma lekko, prawda?).

Skoro najlepszy z możliwych Ogrodników wierzy, że możesz przynieść owoc stokrotny, skoro nie ustaje w wysiłkach, aby ci w tym pomóc, to znaczy, że to jest możliwe. A jednak mimo wszystkich sprzyjających warunków, mimo tego że kibicuje ci całe Niebo, a o Twój wzrost chce dbać sam Jezus, nic nie stanie się bez tego pierwszego kroku. Trzeba zacząć.

Odważysz się?

nie bój się.

W jakich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałaś: „Nie bój się”? W szpitalu czy przed wizytą u dentysty? Gdy miałaś zostać sama w przedszkolu albo spędzić dłuższy czas z dala od rodziców? A może usłyszałaś to zdanie wypowiedziane jako nakaz? „No nie bój się spać w ciemnym pokoju, kto to widział, żeby bać się takich rzeczy!”…

„Nie bój się” to słowa, które mają uspokoić, ale czasami działają odwrotnie. W ustach człowieka brzmią czasem jak obietnica bez pokrycia. „Nie bój się” – słyszymy, a potem… musimy się bać: bólu, rozstania, ciemności, dziecięcych potworów mieszkających pod łóżkiem. Uczymy się, że takim zapewnieniom nie zawsze można wierzyć. Może dlatego, choć w Biblii te słowa powtarzają się ponoć 356 razy, nie potrafimy w nie uwierzyć.

Ze mną często jest podobnie. Pobożnie potakuję, uśmiecham się i wypowiadam słowa modlitwy, a w głębi serca drżę ze strachu. Czy wszystko się dobrze ułoży? Czy to, co robię, zostanie właściwie odebrane? A co, jeśli ktoś się na mnie krzywo spojrzy? Co jeśli skrytykuje? Co jeśli wszystko zepsuję? Albo zostanę zupełnie sama? …

Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» (Rz 8,15)  Nie otrzymałam ducha bojaźni. Darem Boga dla mnie nie jest lęk. Jego darem jest bliskość i zaproszenie, by wołać do Niego: „Tatusiu!”. I to właśnie dlatego nie muszę się bać!

Z lękiem można walczyć na różne sposoby. Można zamiatać go pod dywan i udawać, że nie istnieje. Można założyć rękawice bokserskie i stanąć do walki ze wszystkim i ze wszystkimi, udowadniając całemu światu, że jest się dzielnym, odważnym i niezniszczalnym. Czasem w tej walce trzeba naprawdę porządnie się zmęczyć i opaść z sił by dostrzec, że zwycięstwo nad lękiem ma swoje źródło nie w naszych umiejętnościach i odwadze, ale w tym, do Kogo należymy.

Nie musisz się bać, nie dlatego, że jesteś silna, ale dlatego, że jesteś Jego. I tyle. „Otrzymaliście ducha przybrania za synów” – nie zmieni tego żadna Twoja decyzja, żaden głupi wybór ani milion potknięć. A choć słabość i lęk krzyczą czasem tak głośno, że zagłuszają tę pewność, nie warto ich słuchać, skoro to On sam daje nam swoje Słowo. A na Słowo – warto wierzyć.

 

za mała.

„Paulus” znaczy mały. Bardzo możliwe, że Paweł był właśnie mężczyzną niskiego wzrosu. Czy mu to przeszkadzało? Nie mamy o tym najmniejszej wzmianki.  Mogę się tylko domyśleć, że mógł przez to zwracać na siebie uwagę.

Każdy z nas wie – z własnych doświadczeń lub z obserwacji – jak to jest, gdy z jakiegoś powodu odstaje się od otoczenia. Gdy jest się bardzo niskim wśród wysokich osób lub odwrotnie – mierzy się dwa metry i patrzy na innych z góry. Gdy ma się trzy kilo nadwagi wśród chudych jak patyk modelek, albo jest się miłośnikiem kontemplacji w milczeniu, a wpadło się w sam środek wybitnie charyzmatycznej modlitwy, gdzie wszyscy wznoszą ręce i śpiewają.

Paweł mógł mieć na głowie wiele problemów poważniejszych niż swój niewielki wzrost. Miał przeszłość, której jak argumentu w sporze mógł użyć każdy jego przeciwnik i charakter, który nie był łatwy dla otoczenia. Gdyby tylko uległ takiej pokusie, mógłby łatwo stwierdzić, że nie nadaje się do głoszenia Ewangelii, bo uczynił w życiu zbyt wiele zła, bo nie zawsze zgadza się z Szymonem Piotrem, bo jest tylko małym (dosłownie i w przenośni) człowiekiem, który niewiele może zdziałać. Paweł postanowił jednak nie patrzeć na siebie i swoje możliwości, lecz na Tego, który zaprosił Go do swojej misji. Nie zaprzeczając faktom, czyli swojej przeszłości i ograniczonym możliwościom, dał wiarę nie im, lecz słowom Jezusa, który zapewnił go, że „moc w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9).

Ja mam w pogotowiu 365 wymówek. Jestem zbyt zmęczona albo za bardzo zabiegana. Nie wzniosę rąk do modlitwy, bo dźwigam w nich siaty zakupów – więc może później. Nie zabiorę głosu, bo inni zrobią to lepiej, a mi samej daleko mi do ideału. Ściga mnie moja przeszłość i brak wiary w przyszłość, a teraźniejszość udowadnia mi na każdym kroku, że jestem słaba.

Wystarczy ci mojej łaski – zapisał święty Paweł. Zapisał nie dla siebie, bo on nie tylko to wiedział, ale również tym żył. Zapisał to dla mnie i dla ciebie, na każdy dzień w którym stwierdzimy, że jesteśmy za małe. Że odstajemy od innych, że się nie nadajemy, że nasz głos jest zbyt cichy, by dotrzeć na cały świat.

Jezus nie zapewnia, że uczyni z nas ludzi idealnych. Nie mówi: będziesz lepsza, silniejsza, bardziej wygadana, tak że będzie ewangelizacyjnym mistrzem ciętej riposty. On mówi: wystarczy Ci mojej łaski. Wystarczy Ci mnie. Ja Ci wystarczę.

Paweł uwierzył. A Ty?…

pięć rzeczy (spośród pięciuset), których uczy mnie macierzyństwo.

1. Moje ciało to coś więcej, niż tylko wieszak na ubranie.

Wiedziałam, że ciąża zmieni moje ciało. Nie sądziłam, że tak bardzo i że na zawsze. Nigdy nie przypuszczałam też, że po kilku latach będzie mnie to obchodzić w tak niewielkim stopniu.  To nie oznacza wcale, że nie dbam o siebie. Ba! Próbowałam nawet wyzwań z Ewą Chodakowską :) mimo że nie jestem fanką bikini. Chodzi o coś innego – ja już nie muszę być chodzącym (lub leżącym na plaży) ideałem. Kiedy w sklepowej przymierzalni patrzę na spódnicę, która nie leży idealnie, mówię do odbicia w lustrze „urodziłam dwójkę dzieci”. Brzmi w tym zarówno pełne spokoju usprawiedliwienie, jak i duma. Moje ciało się zmieniło, ale owocem tej zmiany jest nowe życie.

2. Milczenie naprawdę jest złotem!

Kiedyś myślałam, że największą trudnością związaną z macierzyństwem będzie zmęczenie czy brak czasu dla siebie. Teraz wiem, że jest inaczej. Największym wyzwaniem jest dla mnie wszechobecny, nieprzewidywalny, zmieniający swoje natężenie hałas. To może być niezbyt głośny dźwięk piłeczki odbijanej o ścianę, ale gdy powtarza się dokładnie co trzy sekundy przez kilka minut, skutecznie odwraca uwagę od wszystkiego innego. Rekord powtarzalności bije też używanie tego pięknego, słodkiego wyrazu: „Mama”. Policzyłam kiedyś, że wystarczył kwadrans, by moje dzieci powiedziały do mnie: „Mamoooo” 42 razy! A mam tylko dwójkę, więc boję się co dzieje się w przypadku większej gromadki. To tłumaczy też, dlaczego ten tekst piszę od kilku dni :) Wieczorna cisza po takim dniu smakuje niesamowicie, dlatego zaczęłam ją doceniać jeszcze bardziej.

Tak, zdecydowanie milczenie jest złotem! I nie dotyczy to jedynie dzieci. Komu zdarzyło się w ich obecności rzucić o jedno słówko za dużo, ten wie, o co chodzi… ;)

 

3. Syzyfowa praca

Syzyf była kobietą – powiedziliby w „Seksmisji” – i próbowała utrzymać porządek w domu. Tak naprawdę wyglądała ta historia, a jej finał zna każdy, kto idealnie posprząta salon, a potem spuści dzieci z wzroku na więcej niż trzy sekundy. Czy Wy też nosiliście się z napisaniem petycji do producentów chrupek kukurydzianych, których cudowna kruchość zapewnia nie tylko doskonały smak, ale również w idealny sposób naśladuje opady śniegu na środku dywanu?

Nigdy nie należałam do osób utrzymujących doskonały porządek i do tej pory jestem raczej typem bałaganiarkiej artystycznej duszy, podchodzę więc do sprawy z pewnym luzem, ale i ja mam swoje granice. Kolejne lata wychowywania dzieci pokazują mi jednak, że bałagan to nie tylko brak porządku. To również okazja do nauki, bo dzieci muszą uczyć się sprzątać po sobie. Zdarzają się też sytuacje, w których bałagan działa integracyjnie. Niedawno odważyłam się otworzyć szufladę, do której dwa lata temu małe rączki wrzuciły kilkanaście kompletów różnych puzzli. Dopiero teraz, w związku z tym, że miłość do układanek ponownie odżyła, wzięliśmy głębok wdech, zakasaliśmy rękawy i… nie miało to nic wspólnego ze sprzątaniem :) Nagle cała rodzina zamieniła się w poszukiwaczy skarbów (bo czy brakujący fragment układanki z Dustym Popylaczem nie jest na wagę złota?) i spędzilismy razem długi czas, układając przedziwne kombinacje puzzli, odzwierciedlających zainteresowania moich dzieci. Bałagan, albo raczej jego organianie, stał się pretekstem do dobrego spędzenia czasu.

 

4. Kontemplacja jest nie tylko w kościele.

Kojarzy się tak pobożnie – skupienie, milczenie, wpatrywanie się z Boga. Kojarzy się tak pobożnie, że wydaje się czymś oderwanym od życia. Tymczasem macierzyństwo pokazuje mi, że kontemplacja to matczyny chleb powszedni! Ile razy zdarzało mi się zastygnąć w milczeniu, patrząc jak moje dzieci się bawią albo słuchajac, jak śpiewają piosenki?… Jak długo mogę patrzeć na ich twarze, gdy śpią i równo oddychają?… Bezwiednie się wtedy uśmiecham. Nie ma w tym żadnych słów, jest za to ogrom czystej miłości. Stąd już tylko dwa kroki do modlitwy. Bo gdy pomyślę, że dokładnie w taki sam sposób patrzy na mnie Bóg i że ja mogę również to spojrzenie odwzajemnić, to modlitwa staje się równie prosta.

5. Każdego dnia odkrywam nowe szlaki.

Wakacje w mieście to okazja do skorzystania z letnich atrakcji. Jedną z nich są w wielu miejscowościach spacery określonymi szlakami. W Gdańsku można pospacerować między innymi szlakami znanych kobiet. Chociaż nie uda mi się dołączyć do grupy spacerowiczów, w pewnym sensie mam taką możlwość na co dzień. Każdego dnia wędruję trasami, które dobrze znam, patrząc na nie z innej perspektywy – oczami małych wędrowców. Jestem w tych podróżach przewodnikiem, któremu one ufają – ale nie tylko ja pokazuję im świat. One również mają sporo do powiedzenia. Są chwile, gdy pędzę do szkoły, pouczając, że nie można się spóźniać. Jestem wtedy przekonana, że to ja uczę moje dzieci życia i reguł w nim obowiązujących. Gdy w takim momencie córka zatrzymuje się, by pokazać mi płatek śniegu na jej rękawiczce i zachwycona mówi: „Zobacz, mamo, jakie piękne!…” , to zastanawiam się, kto tak naprawdę jest tu uczniem, a kto nauczycielem… :)

 

Święty, Mocny…

Z procesji Bożego Ciała, w których uczestniczyłam jako dziecko, nie pamiętam ani sypania kwiatków, ani widoku księdza z monstrancją. Pamiętam za to upał i kamienistą drogę, na której klęcząc, wsluchiwałam się w słowa: „Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!”. Boża obecność gubiła się jednak wśród słów, które brzmiały przerażająco: od powietrza, głodu, ognia i wojny… od nagłej i niespodziewanej śmierci…my grzeszni…

Mijały lata, w których znajomość z Panem Bogiem układała się różnie – od entuzjastycznych śpiewów i wznoszenia rąk w czasie modlitwy charyzmatycznej po wyrażany wprost bunt i niewiarę. Przez każdy z tych okresów prowadziła mnie dyskretnie Obecność, z której istnienia nie zawsze zdawałam sobie sprawę. W końcu jednak w jednym z wielu niewiarygodnie dogodnych zbiegów okoliczności zobaczyłam Jego prowadzenie. I wtedy dostrzegłam to, za co dziękuję każdego dnia – troskliwość Boga, który ma wszystko, a jednak zadaje sobie trud czuwania nad każdym moim krokiem.

Są ludzie, dla których On nie istnieje – i jestem w stanie to zrozumieć. Są tacy, którzy uważają, że stworzył świat, ale kompletnie się nim nie interesuje. Inni patrzą na Niego tylko przez pryzmat kościelnych błędów i niedociągnięć, mając chrześcijan za frajerów, naiwniaków albo hipokrytów. Nie oburza mnie to.

Nie dziwią mnie też ci, którzy tak jak ja kiedyś, usłyszeli tylko część prawdy. Bo to prawda, że On jest święty, wszechmocny i nieśmiertelny. Ale w swojej potędze nie łamie trzcny nadłamanej i nie gasi knotka o nikłym płomyku (Iz 42,3). Stworzył głębię oceanów i potężne góry, ale to On, nie kto inny, dał nam zapach maciejki w ciepły wieczór. I smak truskawek. Delikatność fiołków i misterną budowę płatków śniegu, z których każdy jest inny. Imieniem, pod jakim Go znam, nie jest siła i wszechmoc, ale Miłość.

Bóg święty i mocny mieszka nie tylko w kościele, a przez nasze życie przechodzi nie tylko w czasie procesji. Ja spotkałam Go dzisiaj bardzo zwyczajnie: w nerwowym poranku i swoim braku cierpliwości. W zapachu drożdżowego ciasta i popołudniu spędzonym na dobrych rozmowach. W kawałku Chleba, który przypomniał mi, że On chce mnie karmić, a nie rozliczać z tego, co mi się udało, a co zawaliłam. Bóg Święty i Mocny zamieszkał z nami od czasu gdy Słowo stało się Ciałem. Żeby Go spotkać nie trzeba wyszukanych pobożnych słów i długich godzin spędzonych na kolanach w kościele . To jest dużo prostsze. Naturalne jak oddech.

Do tego tak naprawdę zostaliśmy stworzeni.

Słowa mają moc.

Jakiś czas temu zostałam nazwana “blogerką katolicką”. Pomyślałam, że to ciekawe sformułowanie, którego jednak nie odniosłabym do siebie. Jestem po prostu mamą, w dodatku pracującą zawodowo (i to sporo) i angażującą się w życie Kościoła. Przy okazji też piszę bloga. Nie czuję się jednak “blogerką”. Bycie blogerem jest związane ze specyficznym stylem bycia i z odsłanianiem siebie nie tylko przez słowa, ale również zdjęcia czy filmy. Ja zatrzymuję się tylko na pisaniu.

Te przemyślenia skłoniły mnie jednak do zatrzymania się na dłużej przy tej ciekawej zależności – w jak ogromny sposób zależymy od SŁÓW. Jeśli mówię o sobie: “jestem blogerką”, pociąga to konkretne konsekwencje w moim zachowaniu. Jeśli z kolej powiem: “jestem mamą, która czasem pisze bloga”, to zestaw tych zachowań jest już nieco inny, bo coś innego jest priorytetem (bycie mamą). Słowa mają ogromną moc! Warto zastanowić się nad tym, jakich wyrażeń używamy do mówienia o sobie, bo wypowiadając słowa, definiując rzeczywistość, w pewien sposób nadajemy jej konkretny kształt.

W opisie stworzenia świata widzimy Boga, który nazywając kolejne rzeczy, porządkuje chaos. On nie tylko stwarza, lecz również nadaje nazwy i imiona. Do tego zadania zaprasza również Adama: Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa” (Rdz 2,19). Moja znajoma, która jest lingwistą, komentując ten fragment powiedziała (pokazując jak Bóg załamuje ręce): Oj, „nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. (Rdz 2,18). Mężczyźni śmieją się czasem, że jesteśmy zbyt gadatliwe, ale w tym przypadku, pomoc kobiety nie polega na ilości wypowiadanych słów. Kobieta pomaga w nazywaniu rzeczywistości dlatego, że dzięki swojej wrażliwości, potrafi zobaczyć więcej. Nasze emocje i dostrzeganie wielu szczegółów, zwłaszcza dotyczących relacji, to bezcenny skarb, który możemy wykorzystywać dla dobra swojego i innych ludzi.

W tej jednej z psychologicznych koncepcji dotyczących tożsamości (Hazel Marcus), występuje występuje określenie “ja możliwe”. Jest to zespół cech, pomocnych do wejścia w konkretną rolę lub sytuację w przyszłości. „Ja możliwe” może być pożądane lub niepożądane, a dzięki kreowaniu przyszłej wizji siebie może nas stymulować do działania w określony sposób albo hamować jakieś nasze zachowania. Jeśli na przykład chcemy się odchudzać, możemy wyobrazić sobie siebie jako osobę szczupłą, o wyglądzie jakiego pragniemy. Możemy też pójść w zupełnie innym kierunku, czyli wyobrazić sobie, jak możemy wyglądać, jeśli będziemy przybierać na wadze. To dwa rodzaje “ja możliwego”. Badania pokazują , że lepsze efekty działania odnosi się w przypadku wyobrażania sobie pozytywnych skutków podejmowanych wysiłków (czyli w tym przypadku – “ja możliwe” jako osoba szczupła i atrakcyjna).

To, w jaki sposób myślimy o sobie, jakimi słowami określamy swoje możliwości i pragnienia, wyznacza kierunek naszych działań – pokazuje, jak może wyglądać nasze “ja możliwe”. Jeśli w moim myśleniu o sobie będą powtarzać się słowa o własnej słabości i ograniczeniach, nie będę miała śmiałości walczyć o wielkie pragnienia, jakie mogą kiełkować w moim sercu. Z drugiej strony – nawet jeśli powtarzam sobie, że dam radę, że coś mi się uda, że podołam, nie zawsze tak się dzieje, a stawiane przez siebie i innych wymagania czasem po prostu mnie przerastają.


“Dzielna niewiasta” XXI wieku żyje w świecie, w którym czeka na nią wiele możliwości. Wśród nich są często są te bardzo zwyczajne – żeby być w udanym związku, mieć dobrą pracę, realizować swoje pasje i żeby sprawdzać się we wszystkich tych zadaniach. Można je nazywać marzeniami, czasem jednak stają się ciążącym balastem – zwłaszcza wtedy, gdy porównujemy się z innymi i czujemy presję, by osiągnąć konkretne cele w wyznaczonym przez siebie terminie. 

Żeby temu podołać, chętnie przyjmujemy wsparcie – dobre słowo czy pomoc w realizacji tych celów. Same też  staramy się myśleć pozytywnie, powtarzając sobie że damy radę, że wszystko będzie dobrze. Czasem jednak, w obliczu trudności, które są od nas niezależne, możemy doświadczyć tego, co jest bardzo naturalne – że to tylko słowa. Słowa mają moc – owszem. Jeśli jednak nawet spędzę 100 godzin przed lustrem, mówiąc sobie, że będę baletnicą i próbując myśleć pozytywnie na ten temat, to niewiele zmieni. Moc ma jedynie to słowo, które odnosi się do rzeczywistości, które nie jest od niej oderwane. A tak naprawdę jedynym Słowem, które jest żywe i skuteczne, jest Słowo Boże.

Chciałabym nawiązać do jednej z biblijnych postaci, która w moim odczuciu bardzo dobrze obrazuje to, co powiedziałam na temat koncepcji “ja możliwego”. Niektórym z nas może się kojarzyć jedynie ze sceną, w której występuje z mieczem w dłoni (po odcięciu głowy króla Holofernesa ). Bardzo ciekawy jednak jednak proces, który dokonuje się w niej samej. Historia, w której gra główną rolę, rozgrywa się w czasie oblężenia Betulii  przez wojska asyryjskie. Kiedy zaczyna brakować wody, mieszkańcy zaczynają myśleć o poddaniu miasta. W tym właśnie momencie historii Izraela poznajemy Judytę – od ponad trzech lat wdowę. Judyta ubiera się stosownie do tego stanu, czyli nosi wdowie szaty, spędza również czas na modlitwie i postach. Aby ocalić swój naród, postanawia jednak ubrać się w piękne szaty i udać się do obozu wroga. W ten sposób poznaje króla Holofernesa, który jest oczarowany jej urodą. Uczta, na którą ją zaprasza, kończy się jednak dla niego tragicznie – Judyta wykorzystuje tę sytuację i zabija przywódcę wrogich wojsk… Pieśń dziękczynna, którą wyśpiewuje po odniesieniu zwycięstwa, pozwala nam wejść w świat jej myśli. W jaki sposób mówi o sobie?

Mocarz ich nie zginął z ręki młodzieńców,
ani nie uderzyli na niego synowie tytanów,
ani nie napadli na niego olbrzymi giganci,
ale Judyta, córka Merariego,
obezwładniła go pięknością swojego oblicza.
Zdjęła bowiem swoje szaty wdowie,
(…)
jej piękność usidliła jego duszę,
a miecz przeciął kark jego.

Zlękli się Persowie jej odwagi,
a Medów przeraziła swoją śmiałością(Jdt 16,6-10)

Judyta wie, że jest kobietą – nie jest tak silna jak wojownicy. Widzi jednak, jak wielkie bogactwa złożył w niej Bóg i nie boi się ich nazywać. Mówi o swojej piękności, odwadze i śmiałości. Co stałoby się, gdyby Judyta prowadziła ze sobą inny dialog wewnętrzny? Gdyby mówiła: jestem tylko wdową, jestem słaba, nie mam oparcia w mężu ani w żadnym innym mężczyźnie? Ona wiedziała, że jest słaba, ale polegała nie na sobie, lecz na mocy Pana Boga. To, co mówi o sobie w pieśni dziękczynnej, to również nie są jedynie jej słowa. Mówi to, co czuje w sercu – a w sercu rozmawia z Bogiem. I to Bóg mówi jej, że jest piękna, odważna i śmiała. Te słowa mają moc! – bo nie pochodzą od człowieka, bo ich źródłem jest przekonanie Judyty, że taką właśnie stworzył ja Bóg.

Mam nadzieję, że żadnej z nas nie czeka podobne wyzwanie – w sensie dosłownym. W wielu sytuacjach jednak jesteśmy wezwane do tego, żeby jak Judyta, bronić tego, co dla nas ważne. Codzienność stawia przed nami wiele wyzwań, a świat (i my same) ma konkretne oczekiwania, które powinnyśmy spełniać. Na co dzień kontrolujemy nie tylko swój sposób ubierania, ale i to, czy mamy wystarczająco uprzejmy uśmiech, czy w profesjonalny sposób zachowujemy się w pracy, czy dostatecznie dobrze wykadrowałyśmy wrzucane na FB zdjęcie. Szukamy potwierdzenia naszej wartości, przeglądając się nie tylko w lustrze, ale w oczach innych osób – bo duża część naszego kobiecego serca pragnie akceptacji.

Możemy jej szukać w świecie, zabiegając o aprobatę otoczenia. Ale jeśli tak robimy, odkrywamy z czasem, że to nas nie nasyca. Zabiegamy o aprobatę, potem robimy wiele, by ją utrzymać, boimy się, że ktoś będzie od nas lepszy. Wtedy pojawia się nie tylko lęk, lecz również zazdrość. Możemy wmawiać sobie, że potrafimy poradzić sobie z tym same, że wystarczy myśleć pozytywnie. Prawdziwy pokój serca przychodzi jednak wtedy, gdy odkrywamy, że to Bóg nasyca wszystkie takie głody – gdy tego doświadczamy, a nie tylko powtarzamy pobożne słowa zasłyszane na ten temat. 

Judyta odkrywa to, że jest dzielną niewiastą nie przez wizualizację celów, które chce osiągnąć i nie przez wmawianie sobie, że da radę. Ona zaczyna od modlitwy, która jest nie tylko mówieniem do Boga, ale słuchaniem Jego słów. Co takie słyszy Judyta w tym czasie? Co się w niej dzieje?

Co musi usłyszeć kobieta, aby przestać się bać? Co musi usłyszeć, żeby stać się dzielną niewiastą? Jakie słowa muszą pojawić się w jej sercu, by uwierzyła, że jej wartość jest niezależna od efektów jej działania? Że Bóg nie wymaga od niej sukcesów, radzenia sobie z trudnościami i bycia idealną we wszystkim? Ba! Zaryzykowałabym stwierdzenie, że Bóg nie wymaga od niej absolutnie niczego, bo na początku chce przede wszystkim, aby ona wsłuchała się w to, co On ma jej do powiedzenia. “Słuchaj, Izraelu!”. Słuchaj Maju, Katarzyno, Magdo, Emilio. Słuchaj i usłysz, jaka naprawdę jesteś, jak cenna jesteś w moich oczach. A czas na działanie przyjdzie później. I gdy uwierzysz, że jesteś naprawdę kochana i akceptowana taka, jaka jesteś, Twoje działanie będzie miało moc – bo jego początkiem i podstawą będzie Bóg, a nie jedynie Twoje siły…

Sama byłam całkiem niedawno w sytuacji, w której doświadczyłam, jak wielka jest różnica między moimi słowami a tym, co mówi do mnie Bóg. Pewnego dnia obudziłam się nad ranem i nie mogłam zasnąć. Próbowałam odganiać myśli o czekających mnie zadaniach i wyzwaniach, ale zupełnie mi się to nie udawało – czułam, że pokonuje mnie stres i zamartwianie się. Wstałam wtedy o piątej rano, zrobiłam sobie kawę i próbowałam spokojnie spojrzeć na to, co mnie czekało w najbliższym czasie. Powtarzałam sobie: dasz radę, będzie dobrze, wszystko się jakoś ułoży. Powtarzałam te słowa jak mantrę, starając się uwierzyć w to, co mówię. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że tak naprawdę próbuję w pewien sposób zaklinać rzeczywistość. Wtedy też zapytałam Pana Boga: „A co Ty powiedziałbyś mi w takiej chwili”?

Nie usłyszałam: „Wszystko Ci się uda”. Nie usłyszałam, że będzie dobrze, że nie muszę się o nic martwić, bo On usunie wszystkie trudności z mojej drogi. Usłyszałam za to słowa, które napełniły moje serce ogromnym pokojem: „Jestem z Tobą„. Tylko tyle. Ale to dało mi niesamowitą siłę. Poczułam, że nie jestem sama…

Mam dla Ciebie dzisiaj propozycję – małe ćwiczenie, które może pomóc Ci w usłyszeniu słów, które potrafią zmienić życie. Po pierwsze: posłuchaj siebie. Wsłuchaj się w to, co o sobie myślisz, jak do siebie mówisz. Ile razy w ciągu dnia myślisz: „dam radę”, „wszystko będzie dobrze”, albo wręcz przeciwnie – “to mi się nie uda”? Nie oceniaj tych myśli, tylko przyglądaj się im i popatrz, do czego cię prowadzą. Jeśli myślisz o sobie: “ale jestem beznadziejna, znowu rano wkurzyłam się na swoje dzieci” , to czy to myślenie doprowadzi Cię do tego, że jutro rano nie podniesiesz głosu, gdy dzieci będą marudzić? Czy raczej wpędzi we frustrację?

A jak myślisz – co w tej sytuacji powiedziałby Ci Bóg? Jakie słowa skierowałby do Ciebie Twój dobry Tata, ktoś kto nie tylko nieskończenie kocha, ale też w każdym upadku nieskończenie współczuje, nie potępia lecz próbuje pomóc? Zapytaj Go, jaka jesteś w Jego oczach. Zapytaj, co w Tobie dobre, ile w Tobie – jak w Judycie – odwagi i śmiałości. Może odpowiedź nie przyjdzie od razu, a może wręcz przeciwnie – w sercu pojawi się jakieś słowo lub fragment z Pisma Świętego. Jeśli chcesz, zapisz to słowo i wracaj do niego, prosząc by to Bóg pomagał Ci nazywać Twoją rzeczywistość i Ciebie samą.

“Twoje słowo jest lampą dla moich słów” – to słowo Boże mówi o tym, jakie jesteśmy. Co więcej, to nie jest malutka lampka o niepewnym płomyczku, oświetlająca tylko nieznacznie nasze drogi i bezdroża. Słowo Boże jest jak światła na pasie startowym lotniska – zawsze pokazuje pewną drogę i bezpieczne miejsce do lądowania. Choćby lot był pełen turbulencji, a nasze serce drżało ze strachu, wystarczy popatrzeć przed siebie i dać się poprowadzić. To Słowo ma moc.

_____

z konferencji „Być kobietą urzekającą”, Warszawa  27.05.2017

 

 

 

 

w swoim języku!

„Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.” (Dz 2,6)

„Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii…” – wylicza święty Łukasz, podając nazwy, które mówią nam niewiele i różnią się od słów, które znamy na co dzień. Gdybyśmy sami mieli dokonać jakiegoś podziału ludzi, którzy nas otaczają, wyglądałoby to pewnie inaczej: mieszkańcy metropolii i wiosek na końcu świata, zwolennicy PiSu i PO, słuchacze Radia Maryja i czytelnicy DEONu, katolicy i protestanci. I tak dalej. Jesteśmy specjalistami w dzieleniu. Trudno się zresztą dziwić, skoroto różnice zawsze najbardziej rzucają się w oczy.

Moim pomysłem na działanie w momentach, gdy rosną podziały, jest szukanie tego, co łączy. Nie ukrywam, że efekty moich wysiłków są różne, a próba szukania kompromisu prowadzi czasem do zaostrzenia sporu, a czasem do stwierdzenia, że celowo spłycam i „rozmywam” wartości. Niekiedy udaje się znaleźć wspólny język, innym razem – wręcz przeciwnie. Na szczęście Pan Bóg podsuwa inne rozwiązanie – dużo prostsze. Genialne w swojej prostocie!

Możemy się różnić i każdy z nas może mówić w swoim własnym języku. Z różańcem w ręku albo książką Hołowni po pachą, możemy iść przez świat drogami, które wydają nam się słuszne. Możemy mówić o Bogu w różny sposób, nie zawsze się przy tym zgadzając w kwestiach drugorzędnych. Jeśli jednak naprawdę chcemy głosić Jego Dobrą Nowinę, nic nie stoi na przeszkodzie, by robić to używając swojego własnego języka. On sam zadba o to, by nasze słowa dotarły do osób, do których naprawdę trafią – bo przemówimy nie w sztuczno-kościółkowej nowomowie, ale swoim życiem i doświadczeniem. Przemówimy w swoim własnym języku.

Duch Święty to Bóg niespodzianek – prowadzi jak chce i gdzie chce. To Bóg, który daje jedność, ale nie przez to, że każe nam się wcisnąć w jednakowe, szare mundurki nudnej poprawności. W drogę głoszenia Ewangelii kogoś z nas wyśle w dredach, kogoś innego na wysokich obcasach, a jeszcze innego – na bosaka. Ktoś z nas zakocha się w myślach o. Pio, inny zainspiruje Simone Weil. A jednak mimo tych różnic, każdy z nas może w sposób pełen Bożego ognia głosić Dobrą Nowinę o miłości – nie przez szukanie nadzwyczajnych środków, które mogą do tego prowadzić, lecz przez bycie sobą.

 

 

święta codzienność.

Kiedy wyjeżdżałam na moje pierwsze rekolekcje ignacjańskie, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Jezuici kojarzyli mi się raczej poważnie i smutno, wizja kilkudniowego milczenia również nie wydawała się pociągająca. Na miejscu czekała mnie jednak niespodzianka: to było osiem dni, które kompletnie zmieniły moje życie.  Co więcej, to nie były rekolekcje, które na chwilę „wyrywają” ze świata po to, żeby zostawić w człowieku jedynie tęsknotę za tym, co działo się w ich trakcie. To były rekolekcje, które pokazały mi, w jaki sposób odkrywać Bożą obecność również w codzienności. Ten wyjatkowy czas stał się jedynie wstępem do tego, co dzieje się każdego dnia, gdy można – zgodnie ze słowami św. Ignacego – szukać i znajdować Boga we wszystkim.

Zapytałam Was, jakie są sposoby na odkrywanie Bożej obecności w codziennym życiu. Dostałam wiele inspirujących odpowiedzi. Zachwyciła mnie Monika, która napisała:  „Kiedyś przeczytałam o modlitwie wieszaniem prania – modlę się za tę osobę, której rzeczy akurat wieszam.” Proste, prawda? Nie wymaga ani szczególnego skupienia, ani wyprawy do kaplicy, ani wyszukanych słów. Czysta miłość wyrażona prostym gestem. Nie lubię ani prania, ani prasowania, a jednak przeżywanie tych czynności w taki sposób może sprawić, że nie będą nużące, tylko staną się jedyną w swoim rodzaju modlitwą…

„Powołanie osoby świeckiej to powołanie do tego, by uświęcać swoją codzienność, by uświęcać świat przez swoje zwyczajne życie, w jedności z Bogiem. Nie trzeba być cudakiem żeby czynić cuda albo by widzieć cuda” – usłyszałam wczoraj (o tu – klik #wiaraLIVE, o. Paweł Kowalski SJ). Pomyślałam wtedy, że bardzo rzadko słyszę takie sformułowanie: powołanie osoby świeckiej, czyli powołanie do życia w świecie. Modlimy się (i słusznie!) o powołania kapłańskie i zakonne, nieco rzadzej – o święte małżeństwa. Nigdy jednak chyba nie zastanawiałam się nad tym, że tak po prostu – jestem powołana do życia świeckiego. I że nie jest to powołanie drugiej kategorii, chociaż tak czasem o sobie myślę, bo pochłaniają mnie inne zajęcia niż modlitwa czy ewangelizacji. Każdego dnia w pierwszej kolejności muszę zająć się swoją pracą zawodową, zrobieniem obiadu, czy dopilnowaniem by dzieci odrobiły lekcje. Wczoraj po raz kolejny dotarło do mnie, że te zwyczajne obowiązki nie są balastem, którego muszę się pozbyć, jeśli chcę doświadczyć bliskości Pana Boga. One są drogą. Są miejscem spotkania. Każda z tym zwyczajnych czynności może stać się modlitwą i nie chodzi wcale o to, że będę przepytywać dziecko z tabliczki mnożenia, modląc się na różańcu i podnosząc rozmodlony wzrok ku Niebu. Nic z tych rzeczy. Mogę modlić się bez słów – robiąc zakupy, prowadząc samochód czy przypalając kotlety, jak to się czasem zdarza.

(Swoją drogą, czy Wam też zdarzyło się powiedzieć „Zdrowaś Mario” w odpowiedzi na czyjeś „Dzień dobry” tylko dlatego, że wizytę w supermarkecie połączyłyście z odmawianiem różańca?… :D )

„Świecki” oznacza „związany ze światem”. Może wydawać się, że to oznacza jednocześnie oderwanie od spraw duchowych (skoro „świat” oznacza to, co doczesne). Wszystko jednak zależy, w jaki sposób wiążemy się ze światem – czy to my jesteśmy do niego uwiązani, czy też traktujemy go tak samo, jak misjonarze traktują kraj i ludzi, do których zostali posłani.  „Charyzmaty nie odklejają nas od życia, tylko zakorzeniają w życiu” – usłyszałam wczoraj –  „Pan Bóg chce, żebyśmy świat uświęcali, a nie opuszczali, zostawiali, porzucali.”

Ja wczoraj na nowo odkryłam, że to fantastyczne zaproszenie Pana Boga, który chce mieć „swoich ludzi” wszędzie. Kogoś posyła do Afryki, kogoś innego – do warzywniaka, by przy okazji zakupów na obiad, uśmiechnął się do bliźniego i bez słów pokazał, czym jest życzliwość. Może się wydawać, że misja leczenia dzieci w ogarniętym wojną kraju jest ważniejsza niż wieszanie prania. W obu przypadkach chodzi jednak o to, by zmieniać świat na trochę bardziej Boży. I niech Cię nie zmyli zwyczajność, w którą Pan Bóg ubiera czekające Cię na co dzień zadania. To Twoje powołanie i okazja do doświadczania radości z bycia posłanym. I to nie „stopień ważności” Twojej misji sprawia, że jest ona wyjatkowa, tylko Boża obecność, którą można odkryć naprawdę we wszystkim.

Na dowód – kilka Waszych wypowiedzi:

posmakuj.

Jestem niedopasowana do najnowszych trendów. Udaję, że nie zauważam śmigających wokół gołych kostek (nawet przy minus dziesięciu stopniach za oknem).I nie chodzi nawet o świadome przeciwstawianie się temu, co modne. Mi jest najzwyczajniej w świecie ZIMNO! Podśmiewam się także z dziurawych dżinsów, które pewnie powinny mnie zachwycać, zbyt wyraźnie widzę jednak różnicę między subtelnymi przetarciami (fajne!) a dziurami budzącymi skojarzenia z ucieczką przed rottweilerem. Ucieczką nieudaną, jak sądzę, skoro dżinsów na nogach bardziej nie ma niż są.

Z podobną rezerwą zdarza mi się podchodzić do nowych smaków. Dużo czasu minęło, zanim spróbowałam sushi. Nie cierpię rukoli, a ponoć to niespotykane, bo można nie lubić kaszanki czy ozorków, ale żeby kręcić nosem na modną sałatę? Przez długi okres nie chciałam dać się namówić na próbowanie nowych smaków deserów. Weźmy na przykład słony karmel, czyli popularny ostatnio smak lodów. Nie jestem fanką karmelków, a z lodów najbardziej lubię czekoladowe, czekoladowe oraz czekoladowe. Poza tym karmel z dodatkiem soli musi smakować jak szprotki z nutellą- myślałam. Kiedy jednak pewnego dnia postanowiłam spróbować tego połączenia, inne smaki lodów przestały dla mnie istnieć. To była miłość od pierwszego…posmakowania ;)

Pomyślałam dzisiaj, że wiele osób z mojego otoczenia ma podobne doświadczenia z Kościołem. Niektórzy z nich mają sporą wiedzę. Regularnie czytają artykuły, które de facto niewiele różnią się od recenzji kulinarnych. W dyskusji potrafią poprzeć swoje argumenty konkretnymi przykładami z życia innych. Wiele widzieli i słyszeli. Czy jednak czegoś posmakowali?…

Mogę przeczytać najlepszą książkę Gordona Ramsaya i ze szczegółami wyobrazić sobie, jak mogłyby smakować przestawione na zdjęciach potrawy. Mogę obejrzeć jego program kulinarny, mogę nawet przechodząc obok restauracji próbować uchwycić apetyczny zapach któregoś ze szczególnych dań. Mogę mieć sporą wiedzę, a jednak nie wiedzieć NIC. Bo ja można opisać smak słonokarmelowych lodów? Albo jak opisać gruszkę- jak pyta Andrzej Sapkowski w trakcie rozważań nad miłością? „Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.”

Nie jestem naiwna. Też czytam gazety i czasem, choć bardzo rzadko, oglądam telewizję. Wiem, że Kościół tworzą ludzie, a ludzie nie są idealni. Zdarzało mi się być w Kościele świadkiem zachowań, które nie powinny mieć miejsca. Zdarzało się trafić w konfesjonale na beznadziejnego księdza, a na kazaniu przysypiać lub gorzej- wstydzić się rzeczy, które słyszę z ambony, bo na próżno szukałam tam miłości i nawiązania do słów Jezusa. Brakuje mi argumentów, gdy ktoś zaczyna rozmowę o drogich samochodach parkujących przed plebanią, bo wiem, że tak się zdarza. Problem w tym, że to tylko część prawdy o Kościele. To jednak ta część, którą najłatwiej opisać i ocenić, przyznając jedną na pięć gwiazdek w anonimowej recenzji. Jest też druga strona medalu.

Moje doświadczenie Kościoła ma smak herbaty, nad którą do późnej nocy dyskutuje się ze śmiechem. Moj Kościół ma smak soli: smak łez wylanych w obecności kogoś, kto mnie rozumie i tych otartych słowami rozgrzeszenia. Jest w nim miejsce na niewyspanie, gdy czuwa się w noc przez innych nazywaną Wielką, a przez nas – w taki sposób przeżywaną. Są spontaniczne spotkania, wspólne lepienie pierogów przed wigilią, hektolitry kawy wypitej w kawiarniach i kilometry przedreptane na spacerach. Jest doświadczenie troski i modlitwy innych. I przede wszystkim – doświadczenie Bożego działania. Jedynym zaś skandalem, który nieustannie mnie zadziwia i szokuje jest Skandal Miłosierdzia…

Mój Kościół to wspólnota, która ŻYJE. Można na nią spoglądać ostrożnie i z dystansu. Można patrzeć spomiędzy wierszy równo poustawianych słów w gazecie, ale wtedy zobaczy sie tylko czarno- biały obraz rzeczywistości. Żeby poznać prawdę, trzeba czegoś wiecęj: trzeba Kościoła POSMAKOWAĆ. I tak, przyznaję, do tego trzeba odwagi – odwagi wyjścia ze swoich schematów i wejścia we wspólnotę prawdziwych ludzi, wspólnotę nieidealną, ale piękną.

Jakiś czas temu myślałam, że Kościół to ONI. Nie sądziłam kiedyś, że spontanicznie i z pewnym rodzajem zachwytu napiszę prosto z serca, że Kościół to MY – Ty i ja. Wiem jednak, że to tylko słowa. I nie będę opisywała ksztaltu i smaku miłości, ogromu ciepła i radości, jakich zdarza mi się doświadczać. Powiem tylko: posmakuj. Niczego nie ryzykujesz :)

5 minut, które odmienią Twoje życie.

Tak mógłby brzmieć tytuł popularnego poradnika albo programu telewizyjnego. A ja jestem antyfanką tego typu złotych rad, więc nieco przewrotnie zaczynam w ten sposób ten wpis. Nie podam w nim żadnej recepty na sukces w tym, co stanowi wielką część mojego życia – w nieperfekcyjnym macierzyństwie. Chcę jednak zrelacjonować Wam jeden bardzo zwyczajny wieczór.

Cierpliwość zaczęłam tracić już w momencie, gdy Młody przypomniał sobie, że jednak nie lubi myć włosów. Potem ręcznik był zbyt szorstki, w łazience było za zimno, a pidżamka nie taka, jak trzeba. Luz – to norma, ten typ tak ma, że czasem marudzi.  W pewnej chwili jednak, gdy uparł się by sam nałożyć na szczoteczkę pastę o zębów, a ta wyskoczyła z tubki rysując dwa fantazyjne łuki na dłoni (oczywiście sprytnie omijając włosie szczoteczki), Młody ni z tego ni z owego uderzył siedzącą obok starszą siostrę. „Bo ona się gaaaaapiiii” – brzmiało uzasadnienie. A ja poczułam, że z trybu Mary Poppins przechodzę w tryb Batmana…

Jestem zdecydowaną przeciwniczką kar cielesnych i może potrafiłabym zrozumieć taki wybuch agresji skierowany na drugą osobę, a nie przedmiot, gdyby Młody był świadkiem lub sam doświadczał przemocy. Ale tak przecież nie jest! Próbowałam więc bardzo stanowczo wytłumaczyć, że TAK SIĘ NIE ROBI iże za karę nie ma ani bajki, ani piosenki na dobranoc.

Moje tłumaczenia przerwał płacz z pokoju Młodej. O dziwo nie płakała jednak z powodu zachowania brata. Spytana o powód, wychlipała: „Bo – bo yyy ja tak nie lubię yyyy jak Ty podnosisz głooooos.”

Westchnęłam ciężko czując, że podwójna porażka wychowawcza to kolejny ciężar dołożony do dnia, który już i tak nie był lekki przez stresujące wydarzenia w pracy i bieganie po sklepach. Wysłałam dzieci do łóżek, a sama – jak zwykle w takich sytuacjach – poczułam, że jestem najgorszą matką na świecie… Leżąc na łóżku i ocierając łzy pomyślałam, że to taka sytuacja, w której nic nie przyniesie mi ulgi. Zawód miłosny można zagłuszyć sprawdzoną przeze mnie kombinacją czekolady i wina, a stres wybiegać na polnej drodze czy na siłowni. W tym przypadku czułam, jakbym zabrnęła w ślepą uliczkę, stając jednocześnie oko w oko ze wszystkimi wyrzutami sumienia, które kolekcjonowałam przez lata macierzyńskich zmagań. A przecież ten wieczór miał wyglądać inaczej. Mieliśmy usiąść na łóżku, poczytać książkę i razem pośpiewać. To był czas, na który czekałam, bo mało jest w ciągu dnia chwil, które spędzamy tylko ze sobą.

Nagle pomimo łez i czarnej rozpaczy, w głowie pojawiła się bardzo trzeźwa myśl:

SKORO CHCIAŁAŚ SPĘDZIĆ TEN WIECZÓR INACZEJ, TO CZEMU LEŻYSZ NA ŁÓŻKU I PŁACZESZ? 

Przecież nikt nie zmuszał mnie do rezygnacji z czasu spędzonego z dziećmi. Nikt nie kazał mi również roztrząsać swoich porażek i zalewać się łzami. Uczucia, za którymi poszła cała nasza trójka (złość Młodego, smutek Młodej i moje wycofanie połączone z poczuciem porażki) to tylko uczucia, a nie smycz i kaganiec. To informacja o tym, co się we mnie dzeje. Powinnam ją przyjąć do wiadomości, ale nie muszę za nią iść jak niewolnik za swoim panem.

To było pięć minut, które odmieniło moje spojrzenie na siebie – nie tak ogólnie, tylko dzisiaj, w tym całym bałaganie. Pięć banalnych minut pełnych łez i gonitwy myśli. Pięć minut na spotkanie z sobą i decyzję na to, że mogę czuć jedno, ale robić drugie.

Wiecie, co było dalej? Otarłam łzy, zawołałam dzieci i na spokojnie porozmawiałam z nimi o całej sytuacji. Każde z nich wybrało swoją ulubioną bajkę, a potem wspólnie śpiewaliśmy sobie przerażającą historię o tym, jak to „króla zjadł kot, pazia zjadł pies, królewnę myszka zjadła”. I tylko co chwilę, każde z nas na zmianę pociągało nosami, tworząc niepowtarzalny podkład niemuzyczny do tej banalnej opowieści…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi