cicha i piękna jak wiosna, czyli o Maryi osobiście.

To moje pierwsze wspomnienie z Nią związane. Koniec lat osiemdziesiątych, religia w przykościelnych salkach, ksiądz z gitarą i dziecięce głosy, śpiewające: „Maaaaatka, która wszystko rozumie…”.

Szybko wyrosłam z plisowanych spódniczek i podkolanówek, które nosiłam w tamtym czasie. Dwa kucyki zamieniłam na bardziej dorosłe fryzury, stopniowo okazało się, że inaczej patrzę na siebie, świat i życie. Odeszło sporo przyzwyczajeń, runęło kilka mitów, nawet tak banalnych ja ten o wiośnie. Bo wiosna, przynajmniej tu, na północy kraju, nie zawsze jest „cicha i piękna”. Kwiecień- plecień przeplata jak w życiu: to co miłe i to, co trudne. Obraz Matki, która „daje ciepło, co życie ozłoci” odłożyłam do szuflady razem z dziecięcymi laurkami i niespełnionymi marzeniami. Pozostał tam na długo.

Przez wiele lat miałam trudność z tą relacją. Z jednej strony, słysząc Maryjne świadectwa i widząc zaangażowanie niektórych osób wierzących, czułam się katoliczką drugiej kategorii. Chociaż zawsze lubiłam różaniec (nie wiem dlaczego), nie czułam potrzeby, by zwracać się do Maryi. Sporym utrudnieniem były dla mnie wątpliwości, które zostały we mnie od czasu moich poszukiwań dotyczących wiary, kiedy szukałam swojego miejsca w kościołach protestanckich. Ale to nie była jedyna moja trudność. Równie dużym problemem było dla mnie to, z czym spotykałam się w Kościele Katolickim. Różaniec odmawiany na czas, tak żeby z „Ojcze nasz” wyrobić się w kilka sekund. Towarzyszący każdej litanii pomruk: „mutsiezanami…mutsiezanami….mutsiezanami”. Potworki sztuki sakralnej, z brokatem, różem, lilijami i sztucznym uśmiechem. I pobożna przesada, która sprawiała, że wycofywałam się o kilka kroków, gdy słyszałam słowo „Mateńka” i „przez Maryję do Jezusa”.

A ja tymczasem przeszłam drogę odwrotną – to Jezus zaprowadził mnie do Maryi. To On mi Ją podarował w pewnym sensie. Jako klasyczny, ale przy tym uczciwy uparniuch, nie zmuszałam się do udawania zaangażowania czy przełamywania się na siłę. Czekałam. Pierwszy przełom nastąpił kilka lat temu. To wtedy z ogromną jasnością zobaczyłam, że Maryja jest…Matką Jezusa, czyli „Matką mojego Pana”. Niezły refleks, prawda? Święta Elżbieta powiedziała to dwa tysiące lat przede mną, a jednak te wielokrotnie czytane słowa nie zwracały wcześniej mojej uwagi. Pewnego dnia po prostu się nimi zachwyciłam. Wtedy już nie tylko słyszałam, wiedziałam od innych, ale sama to czułam – Ona jest Matką Jezusa, czyli kogoś, kogo podziwiam i kocham. Wow!

Na kolejny krok musiałam długo czekać. Znowu pomogło mi w tym Pismo Święte. W Wielki Piątek usłyszałam znowu bardzo dobrze znane słowa: „Oto Matka Twoja”. Musiałam chwilę pomyśleć, ale nie, nie przesłyszałam się. Jezus nie mówił: „oto Matka moja”, tylko TWOJA. To nie „wymysł Kościoła”, to nie jakieś ludzkie ustalenia, to sam Jezus daje mi Maryję jako Matkę. A jeśli ktoś powie, że nieprawda, bo mówił do świętego Jana a nie do mnie, Majki M., to ja zapytam, czy w takim razie naprawdę Słowo Boże jest żywe i skuteczne. Skoro mogę do siebie odnieść słowa, które Jezus powiedział do Zacheusza, do cierpiącej na krwotok niewiasty czy do Piotra, w momencie jego powołania, to dlaczego nie miałabym uznać, że również w tym przypadku Jezus chce coś powiedzieć właśnie mi?

Niesamowite w tym fragmencie jest to, że Jezus zwraca się najpierw do Maryi. „Oto syn Twój” – mówi. I „oto córka” – jak wierzę. Maryja stała się moją Matką dużo szybciej, nim ja zdecydowałam się na bycie Jej córką. I muszę przyznać, że to świadczy o sporej cierpliwości … :)

W moim oswajaniu się z relacją z Maryją bardzo pomogła mi pewna modlitwa, którą znalazłam na stronie Sióstr Sacre Coeur. „O Maryjo, okaż mi się Matką” – tak zaczyna się prośba, skierowana nie do kogoś, kto jest oderwany od rzeczywistości, cukierkowy i nierealny, jak mi się to wcześniej wydawało. Ta prośba skierowana jest do Kobiety, która wie, co dobre. I która zna Jezusa najlepiej, więc może nas uczyć, jak być blisko Niego. Jeśli chcesz, weź ze sobą te słowa: na teraz, na Twoje radości, na to, co Ci ciąży albo co jest tak trudne, że nawet nie potrafisz tego wypowiedzieć. Znajdź w tych słowach to, czego najbardziej Ci potrzeba.

Ja znalazłam w nich pokój.

…BĄDŹ MATKĄ KAŻDEGO MOJEGO KROKU:
naucz mnie chodzić w miłości, być wszędzie z Bogiem.
BĄDŹ MATKĄ WSZYSTKICH MOICH CZYNÓW I KONTAKTÓW Z LUDŹMI:
Matką moich słów, chwil odpoczynku, wszystkich spotkań z ludźmi,
strzeż we mnie swobodnego przejścia Miłości.
BĄDŹ MATKĄ MOJEJ PRACY:
delikatnej wierności, wielkodusznej odwagi, codziennego obowiązku.
BĄDŹ MATKĄ ŻYCIA JEZUSA WE MNIE:
Jego obecności w moim sercu…

prosta zwyczajność.

Gdyby ktoś zobaczył nas dzisiaj w kościele, mógłby pomyśleć, że to jakieś nieporozumienie: ludzie, którzy co chwilę powtarzają jedno zdanie: „miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. Odtwórcze, nudne, bezsensowne zajęcie?…

Tłumy są przyciągane przez wydarzenia bardziej atrakcyjne. Znany kaznodzieja, który skutecznie modli się o uzdrowienia, koncert uwielbienia organizowany przez grupę, której piosenki śpiewane są na całym świecie (choć ja wciąż nie rozumiem tekstów typu: „stoję dziś, moje serce, ręce tak wyciągam” ;) ). Wielka akcja modlitewna ogarniająca cały naród, równie wielkie deklaracje i pospolite ruszenia. Iskierki, które rozpalają się na chwilę, bardzo efektownie, ale… na chwilę. Porywy serca, za którymi tęskni się w codzienności, szarej i powtarzalnej. Wydarzenia potrzebne, ale niewystarczające, jeśli są jednym elementem, na którym buduje się wiarę.

A jeśli właśnie w tym – w prostocie i powtarzalności – kryje się przepis na coś więcej niż tylko chwilowe rozpalenie serca? Jeśli naprawdę mamy szansę nie tylko na to, żeby co jakiś czas „doładować akumulatory”, a potem zużywać nagromadzone zapasy, lecz mieć w sobie prawdziwy ŻAR i ŻARliwość, od której zapalają się inni? I robi się cieplej, jaśniej, radośniej – nie na chwilkę, na stadionie narodowym w czasie modnego eventu, ale w domu, pracy, szkole czy autobusie?

Uwielbiam to w moim byciu katoliczką. Uwielbiam to, że katolicyzm daje mi szansę na prostotę. Nie muszę czuć się zobowiązana do bycia zawsze na duchowych wyżynach, z łapkami wysoko w górze, wykrzykująca hasła uwielbienia. Nie muszę robić wielkich rzeczy. Nie muszę wykrzesywać z siebie kwiecistych przemów i długich modlitw pełnych podniosłych słów, choć cieszę się, że i to czasem się udaję. Mogę być jednak również zwyczajna. Mogę każdy prosty dzień przeżywać w prosty sposób, ze słowami, w których pozornie nie ma nic nadzwyczajnego. Mogę spędzić kilka minut, szepcząc wciąż: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twego…”, a w oczach postronnego obserwatora wyglądać nawet jak przyszła właścicielka moherowego berecika.

Mogę wypowiadać proste słowa i pozwalać się im przemieniać. Nie szukać niezwykłości, ale smakować to co, zwyczajne i odkrywać w tym głębię. Mogę nawet nie wiedzieć, dlaczego to działa i w jaki sposób – ale działa. Przemienia. Daje pokój serca. I nie pytajcie mnie dlaczego – nie wiem. Pytajcie Jego. On odpowie, a jeśli trzeba, pozwoli nawet dotknąć Swoich ran, byśmy mogli uwierzyć.

Kobiety na traktory, czyli jak być żoną i pozostać kobietą.

Gdy na dziewczynę zawołają: żono!
Już ją żywcem pogrzebano!
Wyrzeka się przyjaciół, ojca, matki, brata,
Nawet… słowem, całego wyrzeka się świata.

(Adam Mickiewicz, Dziady)

Chciałam zaprosić Was dzisiaj do wspólnej refleksji na temat tego, co oznacza wejście w życiową rolę żony (i matki) i w jaki sposób wpływa to na naszą kobiecość. Wyjście za mąż to przełomowe wydarzenie, które na wpływ zarówno na to, w jaki sposób my definiujemy i postrzegamy siebie, jak również wiąże się z określonymi oczekiwaniami otoczenia, w którym nagle pojawia się chociażby teściowa. Ja sama również jestem już tylko kobietą z określonym imieniem i nazwiskiem – ba! przecież również samo nazwisko często się zmienia! Nie jestem tylko studentką, pracownikiem, przyjaciółką. Jestem żoną. Jestem czyjąś kobietą życia.

No właśnie – co to znaczy być kobietą? Alicja Majewska śpiewa:

“Gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie,
łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie…
Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń?
Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę!”

Żeby chociaż częściowo odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące naszej kobiecości – musimy zacząć od skupienia się na mężczyźnie. Musimy zacząć od relacji, która dla każdej z kobiet jest jedną z najważniejszych, nawet jeśli czasem chcemy temu zaprzeczać. Jest to relacja z ojcem. Każda z nas jest przede wszystkim córką, albo musi umieć być córką zanim nauczy się być kobietą. Ogromną rolę w naszym kobiecym życiu odgrywa akceptacja przez ojca.

W życiu bywa z tym różnie. Odkąd sama jestem rodzicem, wiem jeszcze lepiej jak prawdziwe są słowa o tym, że nie ma ludzi idealnych. Nasi rodzice nie byli idealni. Nikt zresztą nie wchodzi w rolę matki czy ojca perfekcyjnie – nie rodzimy się rodzicami, stajemy się nimi. Popełniamy błędy. Każda z nas doświadczyła pewnie w jakimś stopniu konsekwencji tego, co było nie do końca dobrą relacją z ojcem. Bywają trudne sytuacje, w których ojciec jest nieobecny albo niezainteresowany dzieckiem. Zdarzają się też sytuacje z pozoru bliskie ideału, na przykład takie, w których tata traktuje córkę jak oczko w głowie, ale tak naprawdę jest jego próba skupienia na sobie uwagi.  Zdarza się, że takie osoby, kiedy są już dorosłe, kryją się za fasadą pewności siebie. A jednak za tym, co na pierwszy rzut oka wygląda na narcyzm, stoi niepewna swojej wartości mała dziewczynka. Dziewczynka, która wie, że jest ważna dla tatusia tylko wtedy, gdy może ją pochwalić, gdy ładnie wygląda albo odnosi sukcesy. Dąży więc do nich za wszelką cenę, szukając jednocześnie w związku tego samego, czego szukała przez całe dzieciństwo – podziwu. Trudno w takim związku o prawdziwą bliskość, bo ona wiązałaby się z porzuceniem masek i pokazaniem swojej niedoskonałości…

Idealną sytuacją jest ta, w której córka znajduje u ojca akceptację dla swojej kobiecości – ojciec nie lekceważy jej, czyli interesuje się nią i jest obecny w jej życiu,  a jednocześnie nie traktuje jej jak ozdoby w towarzystwie. Takie traktowanie przez ojca, taka życzliwość i wsparcie, budują tożsamość najpierw dziewczynki, potem nastolatki, a w końcu kobiety. Taka osoba ma świadomość tego, kim jest – jej obraz siebie jest stabilny, trwały, a ona dzięki temu może iść przez życie pokonując naturalnie pojawiające się wyzwania i budując głębokie związki. Przeczytałam takie bardzo wymowne zdanie: „Kiedy dziewczyna czuje się kochana, szanowana i doceniana przez tatę, otrzymuje od niego o wiele więcej, niż dawniej mieściło się w posagowej skrzyni” (Gisela Preuschoff)

No dobrze. A co jeśli skrzynia jest pusta? Co jeśli nie znałaś swojego ojca albo on pracował na trzy zmiany, a potem był zbyt zmęczony, by ogarniać rzeczywistość? Co jeśli dla taty istniałaś tylko wtedy, gdy na świadectwie miałaś same piątki albo gdy zdobyłaś tytuł małej miss na balu w szkole? Dla kobiety, która buduje swoje życie z Jezusem, to nie jest sytuacja bez wyjścia. Owszem, to trudne – zamiast pełnej skrzyni posagowej dostać ciężki bagaż doświadczeń. Wierzę jednak, że jednocześnie to jedna z wielu sytuacji, będących następstwem grzechu pierworodnego. To jedna z tych sytuacji, które sprawiły, że został nam dany Zbawiciel. Jezus, który jest miłością Ojca do nas.

Do każdej z nas, która czuje, że nie wie, czy jest kobietą i nie wie, jaką jest kobietą, Bóg – nasz Tata – chce powiedzieć jasno i wyraźnie: “Jesteś moją Córką”. Czasami bardzo trudno jest usłyszeć te słowa, ale mała dziewczynka, która kryje się w każdej z nas, która czasem tupie ze złości albo płacze po nocach, musi te słowa usłyszeć. Musi poczuć, że jest czyjaś, konkretna – że do kogoś należy. Że jest ktoś, kto cieszy się z jej obecności – tylko z faktu, że jest. Że nie musi nikomu udowadniać swojej wartości, bo Bóg mówi jej – jesteś wystarczająco dobra. Dopiero gdy każda z nas usłyszy te słowa, gdy je przyjmie – dopiero wtedy mamy szansę stać się nie tylko zranionymi dziewczynkami ukrytymi za maską doskonale sobie radzącej osoby, ale pełnymi pokoju i wiary w swoje możliwości kobietami. I dopiero wtedy jesteśmy w stanie zbudować szczęśliwe relacje, takie w których jesteśmy w stanie dawać i brać, a nie tylko oczekiwać, że mąż stanie się naszym schronieniem przed złem tego świata. I nie tylko dawać, jak w związkach patologicznych, gdy na przykład ktoś, kto jest DDA wiąże się z kimś uzależnionym.

Skoro przechodzimy do związków, to chciałam zaprezentować Wam kilka możliwych pułapek, w jakie może wpaść kobieta. One mocno wiążą się też z nieco inaczej rozumianą “skrzynią posagową”. Każda z nas wnosi w związek to, kim jest. Dominujące cechy naszego charakteru są takim “posagiem”, który otrzymuje mąż, niezależnie od tego, czy jest tego świadomy czy nieświadomy.  

Celowo przerysowuję te cechy po to, by można im się przyjrzeć nie tylko z uśmiechem, ale i z dystansem, bo gdy patrzymy na coś z daleka, gdy coś pozornie nas nie dotyczy, możemy dostrzec więcej. Stąd też tytuł dzisiejszej konferencji, bo hasło “kobiety na traktory” kojarzy mi się nie tylko z komunizmem, ale z próbą wtłoczenia kobiety w określoną rolę, niekoniecznie dla niej najlepszą.

W roku 1949 22-letnia Magdalena Figur ukończyła kurs dla traktorzystów i to jej zdjęcie posłużyło do wykonania znanego propagandowego plakatu. Magdalena stanęła na czele brygady traktorzystek i została skierowana na Żuławy. Wtedy nie były to wymarzone tereny rolnicze. Po ewakuacji w 1945 roku, Niemcy wysadzili tam wały przeciwpowodziowe, było więc to pełne słonej wody bagnisko. W takich warunkach bardzo ciężko było uprawiać ziemię, traktory często się psuły, a że brakowało do nich części zamiennych, Magdalenie Figur zdarzało się spać na ziemi pod swoją maszyną i pilnować, by nikt nie ukradł cennych części. Dzięki swojej determinacji została przodowniczką pracy, wykonując 150% normy. Dała radę. Narzucono jej pewną rolę, którą przyjęła i wypełniła. Dała radę, bo my kobiety zasadniczo dajemy radę. W przypadku jakiegoś zadania najważniejszym pytaniem nie jest to, czy mu podołamy, ale za jaką cenę.

Magdalena Figur zmarła wiele lat później bez rodziny, w hospicjum sióstr elżbietanek w Kwidzynie. Ciężko oceniać, co wpłynęło na to, że właśnie tak potoczyły się jej losy…

“Kobiety na traktory” to hasło, które przypomina, że czasem łatwo wejść rolę, która nie do końca nam służy. Pomyślałam, że podobnie dzieje się również w małżeństwie. Będąc w związku, może wpaść w pewne pułapki i wcielić się w konkretne role, wynikajace z naszego charakteru.

Pierwszą taką rolę nazwałam “JI Jane

To kobieta niezależna, która nawet słoika nie da mężowi w kuchni odkręcić. Taka kobieta, o której można powiedzieć, że ona i na traktory, i na misję do Iraku.  Ona sama wie, co jest najlepsze, aranżuje rzeczywistość tak, by odpowiadała jej planom i założeniom.To zazwyczaj osoba bardzo zorganizowana, o jasno określonych zasadach. Ktoś, kto patrzy z boku i widzi, że kobieta samodzielnie ogarnia urządzanie mieszkania, organizuje wyjazd na wakacje, a mężowi umawia wizyty kontrolne u kardiologa i dietetyka plus co pół roku profilaktycznie dentystę, może powiedzieć: “Ech, ty to masz kobietę-wszystko ogarnia. Musisz być chyba szczęśliwy, co?” A on odpowie na to: “No, muszę…”

Za taką postawą może kryć się lęk przed utratą wolności i skłonność do kontrolowania rzeczywistości. Może być tu sporo dobrych chęci, a jednak brakuje szacunku, przede wszystkim dla wolności drugiej osoby. Brakuje też przestrzeni na popełnianie błędów – JI Jane wie wszystko najlepiej i nie chce ryzykować, że gdy odda stery w ręce tego gościa, co to nawet nie zna peselu dzieci na pamięć,coś pójdzie nie tak jak ona by chciała.

Jak zrobić to dobrze?

Beretta Molla z mezem Piotrem FOTO:www.duchaniegascie.pl

Z pomocą przychodzi mi Joanna Beretta Molla – jedna z moich ulubionych świętych. Kobieta bardzo niezależna, nawet jak na dzisiejsze czasy. Jest znana z tego, że poświęciła swoje życie gdy była w ciąży z czwartym dzieckiem – działała tak, by ocalić małą Giannę Emmanuelę, przez co zmarła. Dużo mniej osób wie o tym, że Joanna przez długi czas nie ujawniała swojego stanu zdrowia, by nie martwić najbliższych. Dźwigała sama ten ciężar – to dopiero siła i niezależność! Wcześniej, jeszcze jako matka trójki dzieci, pracowała zawodowo. W latach pięćdziesiątych nie bała się nosić spodni, jeździć na nartach czy prowadzić samochodu. Prowadziła też dom i zajmowała się dziećmi w czasie licznych wyjazdów służbowych męża, Piotra. Przez to wszystko pokazuje, w jaki sposób kobieta niezależna, zorganizowana i wiedząca czego chce, może nie tłamsić siebie samej w związku, ale rozkwitać. Joanna, wychodząc za mąż, nie zrezygnowała przecież z bycia sobą – ona w tym dojrzała.

Chciałam podzielić się z Wami fragmentem z jej listów jeszcze z okresu narzeczeństwa.

“Piotrze, pragnę być dla Ciebie tą dzielną niewiastą z Ewangelii! Mam jednak wrażenie, że jestem taka słaba. (…)Od dziś proszę Cię, Piotrze, o jedną przysługę. Jeśli zobaczysz, że czyniłabym cokolwiek, co nie jest dobre, powiedz mi o tym, popraw mnie. Czy rozumiesz? Będę Ci za to zawsze wdzięczna.”

Kiedy przeczytałam to po raz pierwszy, pomyślałam – o nie, to nie dla mnie, jeszcze czego. A jednak te słowa zostały we mnie i nie dawały mi spokoju. Jakie poczucie własnej wartości musi mieć żona, by prosić męża o to, by ją poprawiał? Jaką musi mieć pewność siebie? Jak bardzo musi być przekonana, że została przez Boga stworzona z miłości i żadne ludzkie słowo tego nie zmieni? I że wypowiedziane z troską napomnienie może nie być przyczyną kłótni a czymś, co jej pomoże w stawaniu się lepszą kobietą?

Ile razy ja obrażałam się na męża nawet, gdy słusznie zwracał mi uwagę? Chciałabym tak silna jak Joanna – silna na tyle, by w naturalny sposób być pokorną i skierowaną na drugiego człowieka.

Leżę i pachnę

To kolejny typ, o którym chciałabym opowiedzieć. W pewnym sensie to przeciwieństwo JI Jane. Mąż jest po to, by życie było lżejsze, ona jest trochę jak sierotka Marysia, ale Marysia zawsze jest zadbana i podąża za najnowszymi trendami w modzie. W taki sposób pojmuje kobiecość. W związku priorytetem jest nie tyle bliskość, co wygoda. A pod tym wszystkim kryje się lęk przed podejmowaniem decyzji i utratą stabilizacji, lęk przed byciem odrzuconym. Taka kobieta rzadko brała wcześniej życie we własne ręce i gdy tylko może, oddaje tę odpowiedzialność komuś innemu.

Kto może przyjść nam z pomocą, by spojrzeć na to nieco inaczej?

Anna Maria Taigi. Znowu Włoszka, która rzyszła na świat w 1769r w Sienie, w dość zamożnej rodzinie, która jednak w związku z kryzysem ekonomicznym znalazła się na skraju bankructwa. Anna od młodych lat musiała więc pracować, szybko zyskała zresztą względy rodziny, u której była pomocą domową. Uśmiechnięta, pogodna i ubrana zawsze gustownie, elegancko, zgodnie ze zmieniającą się modą, choć też skromnie. Niestety Anna nie wychodzi szczęśliwie za mąż – jej mąż okaże się gwałtownikiem o trudnym charakterze, a nawróci się dopiero po jej śmierci. Anna dba jednak zarówno o niego, jak i o swoje dzieci, a w związku z trudną sytuacją materialną całymi nocami zajmuje się szyciem na zamówienie. W pamięci ludzi zapisuje się jako osoba przedsiębiorcza, pełna pokoju mimo przeciwności, a jednocześnie również zawsze elegancka i ubrana stosownie do okazji.

U Anny, rozmodlonej i oddanej Bogu poruszyło mnie jeszcze jedno. Kiedy któreś z dzieci zachorowało i nie mogła przez to uczestniczyć we Mszy św., czuwała przy jego łóżku i mawiała: „w takim przypadku zostawiam Boga dla Boga”.

To pokazuje mi również, w jaki sposób traktować obowiązki wynikające z bycia mamą.

A właśnie “mama na 1200%” jest moją kolejną propozycją do refleksji.

Mama na 1200% procent. Albo nawet na milion. Kobieta, dla której po urodzeniu się dziecka mąż przestaje istnieć. Liczy się tylko dziecko, czas spędzany z nim we dnie i w nocy, a potrzeby małżonka schodzą nawet nie drugi plan, ale na dziesiąty. Bo jak dziecko jest na pierwszym, to dobry pediatra na drugim, a na trzecim koleżanki z forum dla świeżo upieczonych mam. Jak chrześcijańska mama ;) absolutnie nie mówię, że mama nie ma być “mamina”. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć jednak, że rolę mamy i żony można połączyć – oczywiście wszystko ulega modyfikacji. A mama, która przekreśla wszystkie inne relacji wraz z momentem pojawienia się dziecka, z dużym prawdopodobieństwem nie będzie w stanie dać mu wolności w późniejszym życiu, w momencie gdy nieuchronnie będzie musiało wyfrunąć z rodzinnego gniazda. A gniazdo zostanie puste, tak jak i serce…

Jak przeżyć to dobrze? Podpowiedzią może być życie Marii Zelie Martin, mamy świętej Tereski od Dzieciątka Jezus. Państwo Martin mieli dwóch synów i siedem córek. Realia tamtych czasów, epoki bez szczepień czy antybiotyków, były brutalne – wiek dorosły osiągnęła jedynie piątka ich dzieci. W pogodzeniu się z tą stratą pomogła jej wiara – pisała w jednym z listów: “wielkim dobrem jest posiadanie małych aniołków w Niebie, jednak ich utrata nie staje się przez to mniej bolesna, oto wielkie cierpienia naszego życia”. Wszystkie córki państwa Martin wybrały życie zakonne. A wolność wewnętrzna rodziców, zapewne niepozbawiona zmagań przecież, wywarła wrażenie również na przyszłej świętej, małej Teresce, która tak napisała o rodzicach:

“Czyż Pan nie obiecał stokrotnej zapłaty w tym życiu temu, kto zostawi dla Niego ojca, i matkę, i siostry?… Wiem, że zazwyczaj te słowa stosuje się do dusz zakonnych, czuję jednakowoż w głębi duszy, iż zostały one wypowiedziane do rodziców, którzy w swojej hojności poświęcają dzieci droższe ich sercu, niż oni sami.”

Pułapek, w które możemy wpaść w małżeństwie jest dużo więcej. Znam na przykład pary, które mogę określić jako

Super Glue, czyli wszystko razem z moim misiaczkiem. Czasem mam wrażenie, że w takim związku można się udusić z miłości, a w tym wszystkim ukryta jest pewnie głęboko zazdrość.

Zdarza mi się też widywać żony modne, czyli takie, które zawsze trzymają fason, nawet na Świnicę pójdą w szpilkach i nastawiają budzik pół godziny przed mężem żeby zrobić makijaż.

Nie będę jednak kontynuować naszej przebieżki przez żywoty świętych, bo myślę, że każda z nas może poszukać dla siebie takiej inspiracji. Każda z nas jest JAKAŚ. Nawet jeśli w okresie narzeczeństwa piłujemy nasze różki i pokazujemy się z jak najlepszej strony, prawda o tym, kim jesteśmy, jaki mamy charakter, wejdzie razem z nami do naszego związku, jak zawartość skrzyni posagowej. To, co nas określa – nasz temperament, charakter, sposób bycia – to jednocześnie źródło siły, potencjału, życiowej energii, jak i zagrożenia. Nie powinnyśmy od tego uciekać. Musimy być świadome tego, jakie jesteśmy, co w życiu cenimy – po to, by to dobrze wykorzystać, by nie wpaść w czekające na nas pułapki. Fajne, święte żony i matki mogą nam w tym podpowiadać.

A przy okazji świętości chciałam jeszcze powiedzieć, że każda z nas, z tym zestawem cech, z którym Pan Bóg nas stworzył, ma swoją małą misję. Nasza kobiecość może być odpowiedzią na jakiś głód w świecie – w tym małym świecie, do którego Bóg nas posyła. Każda z nas może być kimś, kto wnosi radość i sens w życie męża, dzieci, sąsiadki, osób spotykanych w pracy. Żeby tak się działo, nie możemy jednak całym bogactwem swojego charakteru wcisnąć się do szablonu “katolicka żona idealna”.

Żyjemy w czasach, w których wymaga się od nas bycia idealnymi – mamy sobie radzić w pracy, dobrze wychowywać dzieci, orientować się w nowościach muzycznych i kinowych i jeszcze nie oddalać się za bardzo od ideału 90-60-90. 

Katoliczki mają podwójnie pod górkę, bo oprócz tego słyszą często, że mają być ułożone, miłe, zaangażowane w Kościół, ale z klasą i bez ekscesów, mają mieć dużo dzieci i doskonale odnajdować się w roli mamy. Wydaje mi się, że to ciężar, który same sobie wkładamy na plecy. I ja sama mam czasem wyrzuty sumienia, słysząc “a kiedy to to robisz” (“to”, czyli wszystko co wiąże się z ewangelizacją). Robię wtedy szybki rachunek sumienia: ile siedziałam z dziećmi nad matmą, ile koszulek wyprasowałam i co wkładałam do śniadaniówek. Sprawdzam, czy mieszczę się w szabloniku… Tymczasem nigdzie w Biblii nie jest napisane, że mamy być idealnymi żonami.

Ideał kojarzy mi się z pewnego rodzaju szablonem. Szablon przykładamy do jakiejś powierzchni, odrysowujemy i tniemy – wycinamy, odcinamy, odrzucamy i przy okazji się ranimy. Ideał to coś, do czego musimy przyciąć nasze życie. A Bóg mówi: “świętymi bądźcie”. Świętość jest skrojona na naszą miarę. Droga do świętości dla każdego z nas jest inna, bo wykorzystuje nasz potencjał, nasze unikalne cechy, Boże dary.  Świętość jest skrojona na miarę nas i naszej codzienności – nie trzeba szukać umartwień, bo tak naprawdę je dostajemy często w pakiecie razem z obowiązkami, nie trzeba wzdychać z tęsknotą za wyjazdami na misje (choć pewnie to również droga dla niektórych), bo nasze małe codzienne misje czekają na nas w domu i pracy. I uczą nas miłości, a to najważniejsze.

W liście do Tytusa jest takie zdanie, w którym święty Paweł pisze, że starsze kobiety mają “uczyć innych dobrego”. W dosłownym tłumaczeniu z greki czytamy, że mają nauczać piękna. To piękno bierze się z naszego serca, z tego kim jesteśmy – tak konkretnie. Trzeba wykorzystywać te nasze mocne cechy, rozwijać je mądrze.

Droga do tego, by  taką kobietą, jaką Bóg chciałby bym była, nie prowadzi przez dopasowanie siebie do wzoru “idealnej żony”. Ta droga wiąże się z poznawaniem siebie, dostrzeganiem unikalnych darów, jakie od Niego otrzymałam i rozwijaniem ich, by być w pełni sobą. Być kobietą nieidealną, ale taką, która widząc zarówno swoje zalety, jak i wady, potrafi powiedzieć z wdzięcznością: “Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie”

(konferencja wygłoszona 8.03.2018 w Gdańsku-Wrzeszczu na zaproszenie DA Winnica)

Spotkanie.

Gdyby dla Jezusa liczyła się skuteczność definiowana według naszego spojrzenia na świat, po zmartwychwstaniu powinien objawić się tłumom. Mógłby zacząć od świątyni jerozolimskiej albo od Golgoty, co byłoby w sumie wymownym symbolem. Na kolana padłby wtedy Piłat i arcykapłani, a ci którzy jeszcze dwa dni temu krzyczeli „ukrzyżuj, ukrzyżuj!” znaleźliby się w stanie przedzawałowym.

Nic takiego jednak się nie stało. Czytania prowadzą nas co roku podobną drogą – przyzwyczaiłyśmy się do tego. A gdyby dzisiaj spojrzeć na to świeżym okiem? Gdyby zachwycić się tym, że w zmartwychwstaniu nie chodzi o takie ludzkie zwycięstwo, które często jest naszym spełnieniem marzeń? Bo my chcemy mieć rację, chcemy przeciwników rozłożyć na łopatki (a może i powalić na kolana) celną puentą i ciętą ripostą, chcemy zatriumfować…

W Jego zmartwychwstaniu tego nie znajdziemy. Jego zmartwychwstanie nie prowadzi do wyrównania ludzkich rachunków. Ono prowadzi do spotkania –  twarzą w twarz z konkretnym człowiekiem. „Mario” – powie Jezus do zapłakanej kobiety, dla której był całym Życiem. Powie to w taki sposób, że również w niej coś zmartwychwstanie.

W taki sam sposób chce dziś mówić do Ciebie i do mnie. Po imieniu, konkretnie, ze spokojem i w atmosferze bliskości. Nie interesuje Go tłum – On pragnie prawdziwego spotkania z człowiekiem, z tym co w nas najbardziej nasze, co może chowamy przed innymi. Albo przed sobą chowamy – w grobie podobnym do tego, który rozświetliła jasność wielkanocnego poranka.

Jezus nie szuka tłumu. Szuka konkretnego człowieka. Szuka ludzi, którzy wezwani po imieniu, zaproszeni z miłości i z miłością, stworzą wspólnotę. Aby tak się stało, trzeba spotkać Zmartwychwstałego twarzą w twarz i usłyszeć swoje imię, wypowiedziane z czułością i troską. Tego dzisiaj życzę – Tobie, sobie i każdemu, kto tworzy wspólnotę Kościoła. Życzę doświadczenia Jego obecności w tym, co w Tobie najbardziej Twoje. I w tym, co pogrzebałaś w rozpaczy i beznadziei. Życzę Ci spotkania, które daje Życie. Życzę Ci tego spotkania teraz, dzisiaj, tu.

Pomysł.

A Maria Magdalena i Maria, matka Józefa, przyglądały się, gdzie Go złożono. (Mk 15,47)

Potrafię sobie wyobrazić tę scenę. Potrafię wejść w nią całą sobą, bo moje serce na co dzień godzi w sobie skrajności: mogę być być pogrążona w rozpaczy by po chwili szaleć z radości.  Mogę być krańcowo zmęczona a jednak wykrzesać z siebie siłę, by zrobić coś dla tych, których kocham. Nie wiem, jak czuły się kobiety, obserwujące złożenie ciała Jezusa do grobu. Domyślam się jednak, że też mogły nosić w sobie to, co skrajne – obezwładniający, zabierający siły smutek a jednocześnie chęć działania, pomocy, podjęcia konkretnej aktywności, która będzie w stanie zmienić coś. Cokolwiek. Chociażby było to tylko przygotowanie wonności i olejków dla Tego, który odszedł.

Były przy tym niewiasty, które z Nim przyszły z Galilei. Obejrzały grób i w jaki sposób zostało złożone ciało Jezusa. Po powrocie przygotowały wonności i olejki; lecz zgodnie z przykazaniem zachowały spoczynek szabatu. (Łk 23,55-56)

To był dobry plan działania. To był punkt zaczepienia, coś, o czym można było myśleć w chwilach, gdy beznadzieja i smutek przypominały o Golgocie. Kobieca zaradność,  skłonność do planowania i podejmowania prób naprawiania rzeczywistości – to właśnie widzę w tej scenie. Może dlatego, że widzę w niej w jakimś stopniu samą siebie. Ja często też mam pomysł na to, w jaki sposób posklejać to, co rozsypało się w drobny mak. Biegnę z bandażem by opatrywać rany, potrafię wyczarować obiad na zasadzie „coś z niczego”, byle tylko nakarmić głodnych. Nie umiem wskrzeszać umarłych, ale mogę przynajmniej przygotować wonności i olejki, by po raz ostatni wyrazić swoją miłość i zaangażowanie. Choć w taki sposób mogę przez swoje działania zrobić coś dobrego. Bo ja muszę działać. Muszę naprawiać, sklejać i ulepszać. Po swojemu.

Mam pomysł na świat, siebie i Boga. Taki pomysł miała również Maria Magdalena i niewiasty, „które z Nim przyszły z Galilei”. Nie wzięły pod uwagę tego, że tym razem naprawianie świata to niech ich rola. W dzień szabatu nie wiedziały jeszcze, że czeka je niespodzianka. Nie wiedziały, że następnego dnia te starannie przygotowane naczynia z wonnościami i olejami wypadną im z drżących rąk i rozbiją się o ziemię, w reakcji na zadziwiającą wieść. Wszystko będzie inaczej. Nic nie wydarzy się zgodnie z planem. I to właśnie będzie najlepsza nowina i dla nich, i dla całego świata.

Dzisiaj zapewne spędzasz czas na przygotowaniach. Może pochłaniają Cię zmaganie kulinarne, może sprzątasz, a może trwasz w ciszy i modlitwie przy Panu. Może jesteś w tym podobna do kobiet, które w pewną sobotę dwa tysiące lat temu też miały głowę pełną pomysłów i planów na dzień kolejny. Cokolwiek jednak chcesz naprawiać w sobie czy w innych, w jakiejkolwiek aktywności chcesz się spalać dla większego dobra, zapytaj dziś Jego, jakie są Jego plany i oczekiwania. Możesz mieć pomysł – na świat, siebie i Boga. Ale może Jego pomysł jest lepszy?

Ja się na to narodziłem.

Niektórzy stali tuż obok krzyża, jak Maryja, Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena w relacji Jana. Marek pisze inaczej: „Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome.” Daleko był też Piotr i reszta uczniów. Blisko z kolei – ciekawscy mieszkańcy Jerozolimy i arcykapłani.

Daleko – blisko. Pojęcia względne. Można być przecież w czasie drogi krzyżowej blisko Jezusa tak, jak Weronika. Można być również tak blisko, jak płaczące niewiasty, pogrążone we łzach, lecz skupione na sobie, a nie na Jezusie. Można być blisko, będąc jednocześnie daleko. Można też patrzeć na krzyż z dystansu, a jednocześnie umierać z tęsknoty za bliskością i w tym bólu być bliżej Bożego serca niż wydaje się całemu światu.

Bądź dzisiaj na drodze krzyżowej. Nie mów jednak z pobożności i powinności (albo z przyzwyczajenia) że chcesz być blisko, jeśli czujesz, że tak naprawdę masz ochotę uciekać. Nie mów też, że powinnaś być daleko, bo według ludzkich (i swoich) standardów „nie jesteś godna”. Podejrzewam, że nikt nie jest.

„Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – mówi Jezus w rozmowie z Piłatem (J 18,37). On się na to narodził, by wydarzył się Wielki Piątek, cisza Wielkiej Soboty i radość Niedzieli, która nie ma końca. Narodził się po to, by wziąć na siebie cierpienie, którego wielkość trudno sobie wyobrazić (zainteresowanych odsyłam do artykułu o medycznych aspektach męki Jezusa). Narodził się po to, by każdy, kto doświadcza bólu ponad swoje siły mógł powiedzieć, że nie jest sam – że Ktoś już przez to przeszedł i chce podać Mu rękę, przeprowadzić przez piekło na ziemi, wprost do Nieba.

On na to się narodził i na to przyszedł na świat, by Cię ocalić i być dla Ciebie szansą na powstanie z każdej beznadziei. Ten dzień to jak dłoń wyciągnięta w Twoją stronę – dłoń, która może wydobyć Cię z dołu zagłady i umocnić Twoje kroki (Ps 40).

Przyjmiesz ją?

Jak Ja wam uczyniłem.

Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,15)

Kiedy kilka dni temu po pracy położyłam się na kanapie – tylko na minutkę – i zapadłam w sen (oczywiście na więcej niż minutkę) mój sześcioletni syn, bawiący się klockami w tym samym pokoju, po chwili podszedł do mnie i przykrył mnie kocem. Wcześniej musiał go wziąć z innej części pokoju i rozłożyć. Rozczulił mnie ten mały wielki gest. Rozczulił podwójnie – bo wyrażał jego troskę o mnie i dlatego, że był odbiciem mojej troski o niego. Nikt nie podpowiedział mu, by tak zareagował na widok śpiącej mamy – mój syn po prostu naśladował nasze zachowanie…

O miłości bliźniego napisano tyle, że książki wielu bibliotek uginają się pod ciężarem mądrze dobranych słów. Czasami próbuję szukać w nich inspiracji. Próbuję przejść od teorii do działania, buduję z moich planów wieżę hen, do nieba, układając cegiełka po cegiełce dobre postanowienia. A potem szybko dopada mnie zmęczenie i tempo pracy (nad sobą) znacząco spada. Albo burzę to wszystko, co zbudowałam, przez kilka głupich decyzji. I wtedy okazuje się, że to nie do końca dobry sposób. Mogę być wytrawnym znawcą najpobożniejszych teorii o miłości i nie móc ich zastosować w życiu, mimo najszczerszych chęci.

„Dałem wam bowiem przykład…” Żeby kochać, muszę najpierw dać się pokochać. Żeby troszczyć się o innych, muszę najpierw tej troski doświadczyć. Muszę odłożyć na chwile ambitne plany prowadzące mnie do perfekcji. Muszę też zgodzić się na to, że nie wszystko mi wychodzi, że nie wszystko umiem zrobić, że czegoś mi brakuje. Muszę te moje zawstydzające braki i zniechęcające porażki pokazać Komuś, kto nauczy mnie, co z nimi z robić. A On nieustannie zaskakuje…

Gdy odkryję, że Jezus widząc moją słabość, nie patrzy na mnie z góry, lecz z perspektywy kogoś, kto przede mną klęka (!!!) by mi umyć nogi, w jaki sposób spojrzę na drugiego człowieka?

Trzydzieści srebrników.

„Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam?” A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników.  (Mt 26,14-15)

Każdemu z nas zdarza się czasem rozmieniać się na drobne. Judaszowi przytrafiło się to samo – rozmienił się dokładnie na trzydzieści srebrników. To miejsce w sercu, w którym wcześniej był wielki cel i – jak sądzę – wielka miłość do Mistrza, zajęło kilkadziesiąt drobnych monet. I już to, samo w sobie, byłoby smutnym końcem trwającej przez trzy lata zażyłości z Jezusem. Jednak gdyby Judasz wybrał pieniądze zamiast młodzieńczych ideałów – to byłby smutny, lecz powszechnie znany scenariusz. W tym przypadku konsekwencje były przerażające. Kto wie, może on sam na początku chciał wybrać jedynie półśrodek, drogę na skróty czy sposób na bezpieczne wycofanie się z sytuacji, która przestała Mu pasować. Może zdrada i śmierć Jezusa były tylko tragicznym finałem wielu drobnych kompromisów, wielu decyzji, w których zamiast inwestować całego siebie, Judasz rozmieniał się na drobne?

„Posłuszeństwo” to takie trudne słowo. Po pierwsze – niemodne. W najlepszym razie kojarzy się z pensją dla dobrze urodzonych panien i szkolnymi regułkami, a najgorszym budzi skojarzenia z systemem totalitarnym. Nie pasuje nam to słowo w dwudziestym pierwszym wieku, epoce indywidualistów, spalających się, by osiągnąć sukces, wybić się, zabłysnąć. Posłuszeństwo to jednak również słuchanie tego, co dobre w moim sercu. Słuchanie tego, co prowadzi mnie do celu ważniejszego niż chwilowe zachcianki czy zmiany nastroju.

Zaraz, za chwilę, potem – w ten sposób czasem odpowiadam na Boże zaproszenia, które słyszę w sercu. Czasem dodaję, że to za trudne albo że nie mam ochoty. Częściej – że zrobię to po swojemu i w swoim czasie. Jedna taka sytuacja może nie przynieść żadnych złych skutków. Kilka wybranych dróg na skróty może już sprawić, że zamiast iść w dobrym kierunku, będę szła w kierunku przeciwnym.

Ile razy trzeba powiedzieć Bogu „nie” – albo „nie teraz” lub „nie w ten sposób” – by w odpowiedzi usłyszeć dźwięk trzydziestu srebrników w trzosie, a wśród uliczek Jerozolimy wypatrzeć ubiczowanego, idącego resztką sił Skazańca?…

Do pobrania w pdf: dzien4

W czasie wieczerzy

W czasie wieczerzy z uczniami Jezus wzruszył się do głębi i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie wyda”. (J 13,21)

W czasie wieczerzy dzieje się sporo. Jezus „wzrusza się do głębi” (potrafisz to sobie wyobrazić?), mówiąc o zdradzie ze strony przyjaciela. Rozmawia z Janem o Judaszu i z Piotrem o tym, że się Go wyprze. „Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami” – mówi, wiedząc dużo lepiej od nich, co tak naprawdę oznaczają te słowa.

W czasie wieczerzy dzieje się sporo, ale żeby to zauważyć, trzeba mieć czas, by zasiąść do stołu. Nie wiem, jak wygląda to u Ciebie, ale ja często w czasie uroczystego posiłku zachowuję się jak podfruwający to tu, to tam wróbelek. Biegnę do kuchni, by przynieść kolejne potrawy, wycieram napoje, porozlewane przez wszędobylskie dziecięce łokcie, dopytuję, dla kogo dokładka. Pytam, czy smakuje, komu kawę z mlekiem, a komu czarną, biegam z ciastem i deserami. Tak będzie w jakimś stopniu również w czasie tych świąt. I nie zamierzam nawoływać do tego, by nagle rzucić wszystko i przestać wykonywać swoje obowiązki (choć jak najbardziej jestem za tym, by dzielić je z domownikami! :) )

Problemem nie zawsze jest to zewnętrzne zabieganie. Jego nie da się uniknąć, przynajmniej nie do końca. Problemem są chwile, w których to zabieganie staje się całym moim życiem. Wtedy nawet spotkanie z Jezusem planuję i przeprowadzam według własnego pomysłu, uwijając się to tu, to tam, byle tylko coś zrobić, byle pokazać, że umiem, byle nie siedzieć bezczynnie, bezradnie czy bezproduktywnie. Solidna porcja postu, zaprawiona esencją z kilku nowenn i litanii, do tego szczypta podniosłych cytatów ulubionych świętych i koniecznie pobożna mina. Smakuje Ci, Panie Jezu? Bo ja już myślę o deserze…

Można spotykać się z Jezusem w taki sposób, że się z Nim nie spotkamy. Można biegać wokół siebie i własnych pomysłów, można aranżować, układać, spalać się w aktywnościach. Tyle że wtedy, nie usłyszy się tego, co najważniejsze. Nie zobaczy się Jezusa, który wzrusza się do głębi. To ten, który „spoczywa na Jego piersi”, czyli jest najbliżej, wsłuchany i wpatrzony w Mistrza, staje się adresatem najważniejszych wyznań. Nie dlatego, że Jezus nie chce mówić do innych. Dlatego że inni nie są w stanie Go usłyszeć i może nawet na Niego nie patrzą…

Co chciałby powiedzieć Tobie? Jakimi słowami, które wzruszają Go do głębi, chce się podzielić, patrząc Ci w oczy? Zapytasz Go o to dzisiaj?

Do pobrania w pdf: dzien3

Woń olejku.

Maria zaś wzięła funt szlachetnego, drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi stopy, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. (J 12,3)

18 360zł – tyle wynosi roczne wynagrodzenie osoby, otrzymującej pensję minimalną w naszym kraju. Mniej więcej tyle trzeba by zapłacić w naszych czasach za funt olejku nardowego, gdybyśmy przyjęli obowiązujący wtedy przelicznik jego wartości (rok pracy robotnika). Zawahałabyś się? Czy zadrżałaby Ci ręka, zanim rozlałabyś drogocenną miksturę? Ile egzemplarzy Biblii można by za to kupić! Ilu bezdomnych nakarmić, ile dzieci z biednych rodzin wysłać na kursy językowe czy letnie kolonie… Czy miłość nie powinna się mimo wszystko trochę hamować? Bardziej kierować rozsądkiem?

Co jest Twoim drogocennym olejkiem a co głosem rozsądku, który podpowiada: „Nie ośmieszaj się, co ludzie powiedzą…”? Albo: „nie przesadzaj, nie bądź taka pobożna, jakbyś chciała świętą zostać”. Głos rozsądku lubi liczyć czas, który „marnujemy” na pomoc drugiemu albo na modlitwę zamiast zrobić coś konkretnego, coś co wiąże się ze zyskiem. Lubi też liczyć średnią z zachowań, które mieszczą się w tych ogólnie przyjętych i nie budzących zdziwienia. Rozsądek lubi liczyć.

Miłość przegrywa z liczbami. Miłość ma tylko woń olejku. Miłość ma puste ręce, bo marnuje to, co dla świata jest cenne. Ale te puste ręce dotykają Jezusa. Te puste ręce nie chcą niczego więcej – tylko relacji.

Chłodne (choć rozsądne) kalkulacje czy woń olejku? Co wybierzesz?

 

Do pobrania pdf: dzien 2

Przejdź do paska narzędzi