przedporodowe „must have”, czyli jak nie dać się zwariować.

Przyznam szczerze, że jestem jedną z tych mam, które w czasie ciąży bardzo intensywnie przeżywały syndrom „wicia gniazda”. Od szóstego miesiąca ciąży ubranka dla niemowlaków leżały w szafie wyprane, wyprasowane i posortowane kolorystycznie, a tuż obok w równym rządku stały spakowane torby: na ewentualny wcześniejszy wyjazd do szpitala, na poród, na dzień po porodzie. Gdy teraz o tym myślę, uśmiecham się do siebie samej sprzed kilku lat, ale taka właśnie jestem i to był chyba mój sposób na poradzenie sobie z niepokojem i wyrażenie swojej radości.

Po tym, jak straciłam swoją pierwszą ciążę, w kolejnych byłam przeczulona na puncie stanu zdrowia malucha. Stawiałam się na badania kontrolne, łykałam posłusznie wszystkie przepisane preparaty, liczyłam ruchy płodu, ba! myślałam nawet o zakupie detektora tętna. Okres końcówki ciąży sprzyja zresztą różnym pomysłom tego typu i nie do końca przemyślanym inwestycjom. Gdy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, widzę, co było konieczne, co jedynie przydatne, a co zbędne.

Oto moja subiektywna lista:

Niebieskie dla chłopczyka, różowe dla dziewczynki? 

Niekoniecznie, a przynajmniej na początku. Jakie znaczenie ma kolor śpioszków, na które maluch uleje mleko? A gdy zdarzą się jakieś rewolucje żołądkowo-jelitowe i w czasie piętnastominutowego spaceru z przychodni trzeba będzie przewijać i przebierać dziecko trzy razy na trawnikach po kolejnymi blokami (autentyk niestety :) ), kolor spodenek będzie najmniejszym problemem. Na pewno fajnie jest dać upust swojej radości, kupując kilka ubranek na szczególne okazje, warto jednak pamiętać, że dzieci rosną baaardzo szybko. Moje pociechy dorastały korzystając w dużej mierze z ubrań, jakie dostawaliśmy od znajomych. Przekazywaliśmy je potem dalej, by mogły z nich korzystać inne maluchy. To nie tylko po prostu dobre :) i praktyczne – to również ekologiczne.

Sesja z brzuszkiem

Dla niektórych fanaberia, dla innych najważniejsze wydarzenie przełomu drugiego i trzeciego trymestru. Mój mąż trochę kręcił na to nosem, ale ja byłam nieustępliwa – właśnie taki prezent urodzinowy wymarzyłam sobie w czasie ciąży z naszym synem. Do dzisiaj na zdjęcia patrzę z ogromnym wzruszeniem – nie tylko dlatego, że jestem tam o kilka kilogramów lżejsza niż dzisiaj ;) Fotografowi udało się uchwycić naszą zwariowaną, nieco chaotyczną codzienność i autentyczną radość.

Zdjęcia dokumentujące przebieg ciąży to wspaniała pamiątka. Niekoniecznie trzeba w tym celu inwestować w zawrotnie drogą sesję fotograficzną – wystarczy zainspirować się różnymi ujęciami mam z brzuszkiem, jakie możecie znaleźć w internecie i poprosić o pomoc kogoś z rodziny lub grona przyjaciół.

Monitor oddechu

To chyba najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu. Wiem -to co piszę jest bardzo subiektywne i wynika z tego, o czym wspominałam na początku: od chwili, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, drżałam o moje maluchy. W obu przypadkach moje dzieci przyszły na świat miesiąc przed terminem, z niską masą urodzeniową. Ubranka w rozmiarze 56 zakładaliśmy dopiero 3 miesiące po narodzinach. Gdy teraz patrze na te mikroskopijne bodziaki, ciężko mi uwierzyć, że moje dzieci (dziś wysokie niemalże ponad normę) były takie malutkie. „Ohoho, kurczak w sklepie waży więcej” – skomentowała z uśmiechem jedna z położnych w czasie obchodu, kilka dni po narodzinach mojego synka. „Pierwsze dziecko tez było hipotrofikiem?” – dodała pediatra. A ja czułam, że ich słowa absolutnie mnie nie uspokajają!…

Dlatego gdy znalazłam się w domu, z dużą ulgą patrzyłam na monitor oddechu. Odkładając dziecko do łóżeczka, czułam się spokojna. Gdy kilka razy włączył się alarm (a tak się zdarzyło), biegłam do dzieci szybciej, niż jakikolwiek strażak do gaszenia pożaru! Do tej pory nie ma dla mnie bardziej przerażającego dźwięku niż to przejmujące „tiiii tiiii tiii”…

Drogie kosmetyki

Proszę Państwa, przed Wami być może nie jedyna osoba na świecie, która z powodu „aksamitnej konsystencji” i „neutralnego zapachu” pomyliła dwa podobne do siebie opakowania i nasmarowała dziecko nie balsamem, ale mydłem w płynie, po czym położyła je do łóżeczka… ;) Czy coś się stało? Nie. Zorientowałam się następnego dnia, że chyba poprzednio zaszła jakaś pomyłka. A choć „aksamitna konsystencja” była faktycznie aksamitna, nie widzę zbyt wielkiej przewagi kosmetyków z górnej półki nad tymi, które produkują nasze rodzime firmy. Powiem więcej, jako mama alergika – emolienty działają dobrze jedynie wtedy, gdy dziecko nie ma problemów ze skórą, w przeciwnym wypadku naprawdę niewiele dają, a jakąś (niekiedy również niewielką) skuteczność mają jedynie maści apteczne. Prawdą jest też, że część kosmetyków trzeba wypróbować naprawdę na własnej skórze. Dla mnie jednak tradycyjny Penaten (pamiętam go jeszcze z czasów komunizmu!) jest równie dobry, o ile nie lepszy od francuskich kosmetyków, których nazwy mówią mi tak niewiele, że potrafię pomylić…mydło i krem ;) Kurtyna, oklaski, tak – wiem, to kompromitujące… ;)

Święty Ignacy i Matka Boska Brzemienna

Każda ciąża była dla mnie czasem doświadczania duchowego kryzysu. Być może działo się tak dlatego, że nosiłam w sobie nie tylko nowe życie, lecz swój własny, dobrze we mnie zadomowiony lęk – i to właśnie on czasem brał górę nie tylko nad rozsądkiem, ale też wiarą. Rosnący brzuch i ciążowe dolegliwości bywały dobrą wymówką, by zrezygnować z modlitwy czy nie pojechać do kościoła. To był więc czas dość specyficznej i zaciętej walki duchowej. Zdarzały się w jej czasie chwile, gdy byłam naprawdę daleko od Boga. Jednak nawet wtedy nie przestawałam się modlić za dziecko, które noszę pod sercem. To było silniejsze od mojego lęku, od zwątpień i czarnych myśli…

Od wielu, wielu lat w moim życiu pojawiał się jeden szczególny wizerunek Matki Bożej. W gdańskim Matemblewie znajduje się sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej – i to właśnie Jej powierzałam swoje obawy, rozterki i zdrowie moich dzieci. Kto mógł mnie zrozumieć lepiej, niż Ona?

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że patronem matek spodziewających się dziecka jest również mój ulubiony Ignacy z Loyoli. Spowodowane jest to następującą historią: „Dnia 27 sierpnia 1545 roku ojciec Ignacy został wezwany do Palazzo Madama i spędził prawie cały dzień w tym pałacu. Wyspowiadał Małgorzatę, która uczestniczyła we Mszy św. i z wielką pobożnością przyjęła Komunię św. Pozostał na modlitwie w prywatnej pałacowej kaplicy aż do zakończenia jej porodu. Urodziło się dwoje bliźniaków, z których pierwszego ochrzciła zaraz sama położna, nadając mu imię Jan Karol (zmarł on po kilku miesiącach). Wyczuwając niebezpieczeństwo dla życia drugiego bliźniaka, święty Ignacy Loyola ochrzcił go w formie prywatnej, nadając mu imię Jan Paweł. ” (cytat ze strony jezuici.pl)

W tym roku, 31. lipca,  po raz kolejny mogłam się wsłuchać w słowa, towarzyszące błogosławieństwu wody św. Ignacego. Tekst jest przejmujący! A ja mocno wierzę, że wstawiennictwo świętych i moc modlitwy Kościoła obejmuje w ten sposób wszystkie mamy, nie tylko te związane z jezuitami ;) i również te, które doświadczają duchowych trudności:

Panie święty, Ojcze wszechmogący i wieczny Boże, który, zlewając na słabe ciała łaskę swego błogosławieństwa, miłosiernie ochraniasz dzieło rąk Twoich, racz łaskawie przyjąć wezwanie Twego Imienia i przez wstawiennictwo świętego Ignacego – Twego wyznawcy, uwolnij od choroby Twoje sługi i obdarz zdrowiem, podźwignij swoją prawicą, umocnij siłą,strzeż ich swoją potęgą i we wszelkiej pomyślności przywróć ich Twojemu Kościołowi świętemu….”

Piękne, prawda? Warto korzystać z tej pomocy Kościoła :) A wszystkim Mamom, które oczekują na narodziny rosnącego pod ich sercem skarbu, życzę umocnienia wiary, prawdziwego pokoju i mądrych, przemyślanych decyzji – nie tylko tych, dotyczących zakupów.

 

Dorośnij po swojemu.

Plecy miała wyprostowane, piąstki zaciśnięte, oczy przymknięte. Wyglądała nie jak dziewczynka, lecz jak porcelanowa laleczka posadzona na sklepowej wystawie, z tą różnicą, że znajdowaliśmy się nie w sklepie, lecz na basenie. Dziewczynka, którą obserwowałam, zjeżdżała z niewielkiej ślizgawki, zachęcana przez rodziców słowami zagrzewającymi do walki z lękiem. Nie wiem, co było głośniejsze – donośne “plum”, gdy wpadła do wody, czy oklaski taty, dumnego z tego, że dziecko tak dobrze się bawi.

Kłopot w tym, że dziecko albo nie bawiło się wcale, albo było mistrzem w ukrywaniu emocji. Tych pozytywnych. Bo napięcie i lęk były widoczne na pierwszy rzut oka.

“Dasz radę! Nie ma się czego bać!” – mi też zdarza się w podobny sposób przekonywać moje dzieci, że jakieś wyzwanie jest w zasięgu ich możliwości. Wielką sztuką jest jednak dostrzeżenie granicy, jaką stanowią faktyczne możliwości i preferencje dziecka. Dużo łatwiej jest zobaczyć tę wyznaczaną przez nasze oczekiwania. A one mogą być różne – od tego, by dziecko będąc na basenie, korzystało z radością z zaoferowanych atrakcji do wyboru odpowiedniego dla naszej pociechy kierunku studiów.

Słowa, jakie docierają do nas od najwcześniejszego dzieciństwa, odbijają się w nas głośniejszym echem, niż myślą ci, którzy je wypowiadają. Zostają w nas długo, wyznaczając szlaki, którymi podążamy niekiedy bezwiednie, myśląc że tak musi być. Powtarzane często przez osoby dla nas najważniejsze, wracają do nas, dyktując, co mamy robić.

Ale zaraz – czy na pewno? Skoro wyrastamy ze słodkich dziewczęcych sandałków i plisowanych spódniczek, może istnieje szansa na to, by wyrosnąć również z życia według scenariusza pisanego przez echo słów z dzieciństwa? Może można z tego wyrosnąć? I dorosnąć – po swojemu?

“Dasz radę!”

Powtarzam to sobie w myślach, gdy zarywam kolejną noc, wymachuję nogami w czasie ćwiczeń z Chodakowską albo staję przed zadaniem, które mnie przeraża. Prawda jest jednak taka, że tak naprawdę bardzo często się boję. Boję się burzy, przeraża mnie latanie samolotem, mimo że często muszę ten lęk przełamywać. Boję się czasem podejść do konfesjonału, boję się o męża wyjeżdżającego do pracy, boję się głośno mówić o tym, co mi się nie podoba. Boję się szczerego pisania, jak teraz. I boję się wystąpień publicznych, choć muszę się dobrze maskować, skoro zdarza mi się słyszeć, że wyglądam jakbym była do tego stworzona.

Maskować się… Chyba właśnie tego uczę się od dzieciństwa. Nie tylko “dawania rady”, ale zakładania masek. Od wczesnych lat wyrabiam sobie nawyk: skoro się boisz, to działaj. A czasem trzeba po prostu pozwolić sobie na ten lęk, przeżyć go, poczuć do koniuszków palców ręki drżącej z emocji. I dopiero wtedy zdecydować, że dam radę albo że nie chcę, nie muszę, nie będę z tym walczyć. Bo ten lęk też jest mój i wcale nie jest moim wrogiem. Wolę go oswajać niż z nim walczyć. Zamiast go w sobie zabijać, wolę go akceptować, a dopiero potem mówić: “wiesz, ale jednak utrudniasz mi życie, więc sorry, musimy się rozstać”.

“Daj, ja to zrobię”

To druga strona tego samego medalu. Na awersie: “dasz radę. za wszelką cenę dasz radę!”. Na rewersie: “uważaj!”. Albo: “nie potrafisz”. Efekt? Bierność i lęk albo bierność i wygoda, w zależności od tego, w jaką stronę podryfujemy w życiu. Podryfujemy – bo gdy to inni podejmują decyzje i działanie za nas, nie ma czegoś takiego jak wolny, świadomy wybór. Nie ma mierzenia się z przykrymi konsekwencjami. Nie ma takiej sytuacji,w  której musielibyśmy “wypić piwo które sami naważyliśmy”. Problem w tym, że unikając porażek, unikamy też małych zwycięstw i dodających skrzydeł sukcesów. Życie jest jakieś takie – bez smaku, a my, patrząc w lustro, widzimy kogoś, kto chodzi, oddycha i marzy w rytmie wyznaczonym nie przez siebie, lecz przez innych.

Lekarstwo jest jedno – pozwolić sobie na porażkę. Spróbować chociaż raz zrobić coś, na czym nam zależy, ale po swojemu i o własnych siłach. Popełniać błędy, wyciągać z nich wnioski, próbować po raz kolejny. I podnosić się z porażek nie tylko z coraz większą siłą, lecz również z poczuciem odpowiedzialności za siebie.

„Tak naprawdę w moim życiu nic mi się nie należy, ale moje życie zależy od działań, które podejmę”. To nieudolna próba przetłumaczenia tekstu, który kiedyś zrobić na mnie duże wrażenie. To prawda – nikt nie będzie mnie w nieskończoność wyręczał w zmierzeniu się z przeciwnościami. I tak naprawdę – nic mi się od innych nie należy. Jeśli czegoś pragnę, muszę zakasać rękawy i postarać się zainwestować w to swój czas i siły. A potem smakować zarówno tego wysiłku, jak i porażek i sukcesów, będących nieodłącznymi elementami życia.

“Skąd ty masz takie pomysły?!”…

…pomysły żeby samodzielnie zrobić klej z kasztanów albo wspinać się na kilkumetrowe drzewa. I śmiałość, by marzyć o egzotycznych podróżach albo dziwnym kierunku studiów. Słyszymy to w życiu tak często, że z biegiem czasu przykładamy do naszych marzeń sztywny szablon rzeczywistości i przycinamy je pod wymiar. Do rozmiaru, jaki mieści się nam w głowie – bo przecież to, co się w głowie nie mieści, nie ma prawa zaistnieć. Tniemy więc bezlitośnie, znieczuleni szarzyzną codzienności.

Tymczasem jedyny zły pomysł to taki, w którego realizacji brakuje chwili zastanowienia. Dotyczy to zarówno sytuacji, w której naszym marzeniom mówimy bezwarunkowe “tak”, jak również momentów, w których nawet nie próbujemy się nad nimi zastanowić i torpedujemy je bezlitosnym stwierdzeniem: “to się i tak nie uda”. Każdy rodzący się w naszej głowie pomysł to jakaś informacja o tym, co dla nas ważne. Skoro tak, warto przynajmniej dać sobie chwilę na to, by siebie wysłuchać i odkryć, co jest naszym prawdziwym pragnieniem.

Moje pomysły bywają dziwne. Choć od dawna nie mam nic wspólnego z tańcem (a i w czasach, gdy go trenowałam, była to działalność bardzo amatorska), w wolnych chwilach przestrzeń między przedpokojem a kuchnią pokonuję kręcąc obroty pique. Albo przynajmniej swoją wariację na ich temat.  Z roku na rok potrafię zrobić ich coraz więcej na raz, choć jestem przekonana, że to umiejętność z gatunku raczej bezużytecznych.  Mnie jednak cieszy :)

Dzisiaj przeglądałam strony związane z turystyką wysokogórską i wejściem na Mount Blanc. Od jakiegoś czasu też wraca do mnie myśl, żeby zacząć kolejne studia. Biorąc pod uwagę, że skończyłam dwa kierunki i mam dzieci w wieku szkolnym, którym poświęcam sporo uwagi, pomysł wydaje się absurdalny. Choć kusi mnie, by usłyszeć kiedyś jeszcze rozbrzmiewające na sali wykładowej “Gaudeamus Igitur”, wiem, że to nierealne. Wiem jednak też coś więcej. Te wszystkie pomysły nie biorą się znikąd! Jest we mnie pragnienie poznawania świata, przyswajania wiedzy, zgłębiania konkretnych problemów. Lubię czytać do poduszki nie tylko lekkie powieści, ale i opasłe historyczne tomiska. Uwielbiam góry, kocham taniec – to wszystko część mnie. Skoro tak, muszę znaleźć sposób, by zaspokoić ten głód – niekoniecznie wchodząc na alpejskie szczyty czy idąc na studia, lecz angażując się w inne zajęcia, które dadzą mi możliwość rozwoju.

“Absurdalne i głupie pomysłe” jakie pojawiają się w mojej głowie są siłą napędową do tego, by robić to, co kocham. Otoczenie zazwyczaj na początku podchodzi do takich prób z rezerwą, ale.. to nie otoczenie jest ważne. Ważny jest smak, jaki nadaje życiu spełnianie swoich małych marzeń. Pierwszym krokiem do tego jest wysłuchanie siebie – nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że nasze pomysły są irracjonalne i nierealne. Możliwość działania pojawia się wtedy, gdy mamy odwagę słuchać swojej wyobraźni.

To tylko echo

Jakie słowa najczęściej rozbrzmiewają w Twojej głowie? Co jest Twoją pierwszą myślą, gdy osiągasz mały sukces albo doświadczasz porażki? I czy te słowa są jedynie Twoimi towarzyszami, czy może jesteś ich…niewolnikiem?

Niezależnie od Twojej odpowiedzi – to tylko echo słów, które już wybrzmiały. To od Ciebie zależy, jakie myśli i przekonania będą kształtować Twoją przyszłość. Niezależnie od daty urodzenia, jaka widnieje w Twoim dowodzie osobistym, możesz wyrastać z tego, co Cię ogranicza i dorastać od piękna Twoich pragnień. Po swojemu. Zgodnie z tym, co nosisz w sercu.

Zbawienie ufających Tobie

Choć święty Ignacy pisze o “ćwiczeniach duchowych”, rekolekcje to nie do końca czas duchowej siłowni. Nie chodzi o to, by wykonywać określone zadanie tylko po to, by potem stanąć przed lustrem, prężyć “duchowe muskuły” i podziwiać siebie, za to, jacy jesteśmy pracowici i wspaniali. Czasami owoców naszych działań i modlitwy nie widać od razu. Czasem wydają się być mniejsze, niż byśmy chcieli. Czy jednak naprawdę to właśnie to jest najważniejsze?

“Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie”. To Jezus jest jedynym Zbawicielem. Święty Ignacy pisze, że mamy działać tak, jakby wszystko zależało od nas, ale ufać Bogu tak, jakby całe powodzenie spraw zależało wyłącznie od Niego. Nasze wysiłki są więc ważne. To jednak Bóg jest tym, który jest “sprawcą i, chcenia i działania zgodnie z Jego wolą”  (Flp 2,13). To On jest źródłem życia i świętości, On jest Zbawicielem.

Mówi o tym również Imię Jezusa. “Jeszua” to krótsza forma imienia “Jehoszua”, które oznacza dosłownie  “JHWH zbawia”. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy, że imię Jezus znajduje się w centrum modlitwy chrześcijańskiej. (KKK 435) Już samo powtarzanie tego imienia jest modlitwą i pomaga w uświadomieniu tego, że Bóg jest obecny – że jest blisko.

Policzyłam kiedyś z ciekawości, jak często moje dzieci wołają do mnie: “Mamo”. Wynik był spektakularny: 42 razy w ciągu piętnastu minut! Powody były różne – dzieci miały pytania, chciały coś do jedzenia, kłóciły się między sobą albo upewniały się, że jestem w pobliżu. Ich pierwszym odruchem było wtedy wołanie: “Mamusiu, zrób coś!”. Na taki okrzyk zdobędzie się jednak tylko ktoś, kto wierzy, że adresat takiej prośby troszczy się o niego i chce oraz może mu pomóc. Dla małych dzieci jest to naturalne – w ich mniemaniu rodzice wszystko potrafią i niczego się nie boją. A jak jest z  Tobą?

Co pochłania Twoją uwagę w czasie życiowych zawirowań – widok wzburzonych fal czy głos Jezusa mówiący: “Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się”? Jak często w trudnościach, przeżywaniu radości czy podejmowaniu decyzji wołasz do Niego? A może czasem masz wrażenie, że nie masz sił na modlitwę, bo przerastają Cię trudności czy zmęczenie? Wtedy możesz próbować po prostu wypowiadać Jego Imię, z wiarą w to, że On jest Zbawicielem, więc nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych.

Święty Piotr przekonał się o tym krocząc po wodzie i doświadczając tego, że w momencie totalnego kryzysu, gdy zaczął tonąć, chwyciła go silna dłoń Jezusa. Zastanawiam się czasem, które z tych dwóch doświadczeń były dla niego ważniejsze: sam fakt pokonania praw natury czy bycie uratowanym w momencie, gdy – dosłownie – stracił grunt pod nogami…

Z wielu trudnych sytuacji potrafimy wydostać się o własnych siłach. O to przecież chodzi w dorosłym życiu – o samodzielność, pokonywanie przeciwności i zdobywanie dzięki temu nowych doświadczeń. Są jednak również takie kryzysy, z których wyjść możemy tylko dzięki Jego miłości, miłości na tyle silnej, że potrafi wyciągnąć nas z głębokości naszych smutków i jednocześnie delikatnej jak “szmer łagodnego powiewu” (1 Krl 19). Jak często pozwalasz, by On był przy Tobie w takich trudnych chwilach? Jak często pozwalasz Mu być Zbawicielem?

ZADANIE: Spróbuj przez jakiś czas powtarzać w myślach powoli imię Jezus. Jeśli chcesz, spróbuj modlić się w ten sposób w czasie wykonywania dzisiejszych obowiązków.

 

Cierpliwe Miłosierdzie

Gdy byłam małą dziewczynką, podtrzymywałam znajomości z przyjaciółmi poznanymi w czasie wakacji dzięki pisaniu listów. Zazwyczaj wymienialiśmy wiadomości dość regularnie, co sprawiało, że z niecierpliwością wypatrywałam listonosza – bo może to właśnie dziś dostanę odpowiedź na list wysłany kilka czy kilkanaście dni wcześniej? Wraz z nadejściem ery internetu, oczekiwanie towarzyszące wielu codziennym sytuacjom, zaczęło się coraz bardziej skracać. Wysłanie e-maila zajmuje sekundy, zdarza mi się więc co kilka minut odświeżać stronę z mailową skrzynką pocztową, bo nie mogę doczekać się jakiejś wiadomości. Irytuje mnie wolno ładująca się strona internetowa, bo przyzwyczaiłam się, że wiele informacji pojawia się natychmiast. To przyzwyczajenie jest tak silne, że irytacja pojawia się również w sytuacjach dnia codziennego, gdy spóźnia się pociąg lub kolejka w hipermarkecie przesuwa się z prędkością żółwia. Coraz trudniej jest mi czekać. Coraz częściej uważam, że mam prawo wymagać – od innych, od świata, a nawet od Pana Boga – by odpowiedzi na moje pytania czy prośby pojawiały się natychmiast.

Technologia rządzi się swoimi prawami, a sprzęt, którego używamy, jest coraz doskonalszy, czyli mniejszy, lżejszy i szybszy. Są jednak rzeczy, których nie da się przyspieszyć – i nie oznacza to wcale, że daleko im do doskonałości. Ziarenko, które wpada w ziemię, kiełkuje w swoim tempie. Choćbym stawała na głowie, wyda owoce w swoim czasie. Nie przyspieszy tego ani moja złość, ani próba wykonania części pracy za rozwijającą się roślinę. Owszem, mogę stwarzać jej jak najlepsze warunki rozwoju, podlewać i nawozić, ale na wzrost, czas kwitnienia, owocowania i zbiorów, muszę cierpliwie poczekać.

Cierpliwość jest dla mnie bardzo silnie związana z nadzieją. Gdybym nie miała nadziei na zebranie owoców z zasianych wcześniej ziaren, darowałabym sobie wszelkie wysiłki, bo nie miałyby sensu. Gdy jednak skupiam się na tym, że za jakiś czas skosztuję dobrych owoców, łatwiej mi czekać. Może więc tam, gdzie brakuje mi cierpliwości, powinnam prosić też o nadzieję? Może to nie brak cierpliwości jest moim prawdziwym problemem, ale brak wiary w to, że coś naprawdę może się zmienić w życiu moim lub innych osób?

Jezus, dobry Ogrodnik, zaprasza Cię do tego, żebyś Go naśladowała. Być może jest coś, co chciałabyś w sobie zmienić. Być może, jako osoba odpowiedzialna za innych (rodzic lub wychowawca), czekasz na taką zmianę w drugiej osobie. Pomyśl, ile razy próbowałaś forsować taką zmianę. Jak często działałaś na siłę albo wymagałaś od siebie lub innych szybkich efektów? Co stałoby się, gdybyś zamieniła słowo “muszę!” na słowo “dam sobie czas”? Gdybyś zamiast siły wybrała łagodność?

ZADANIE:

Zastanów się, które z Twoich zadań lub obowiązków Cię irytuje – co zazwyczaj chcesz zrobić jak najszybciej albo czego uniknąć? Dzisiaj postaraj się to zrobić wolniej, spokojniej, cierpliwiej. Nie chodzi jednak o to, żeby się umartwiać czy dokładać sobie ciężarów – spróbuj po prostu świadomie wybrać taki sposób postępowania. Jak się z tym czujesz?

Źródło wszelkiej pociechy

Wydaje mi się czasem, że najważniejszą sprawą w tej historii o odwiedzinach Jezusa jest to, co robi Maria i Marta. To jednak nieprawda, chociaż często tego nie zauważam i uwijam się wokół rozmaitych posług, jak Marta, albo staram się w skupieniu trwać na modlitwie i słuchać Słowa. Zdarza się, że obie te rzeczy robię z wewnętrznym przekonaniem, że to moje zadanie do wykonania. Staram się więc wykonać je jak najlepiej. Gdy wszystko dobrze się układa – nie ma problemu. Gorzej gdy w roli Marty lub Marii potykam się i popełniam błędy. Wtedy spędzam długie godziny na analizowaniu, co poszło nie tak i dlaczego zawaliłam. Patrząc w przyszłość z kolei, zamartwiam się z lęku, że jutro znowu coś mi nie wyjdzie.

Z takimi zmartwieniami czasem próbuję radzić sobie sama. Poczucie bezpieczeństwa daje mi wtedy kontrola, którą staram się sprawować nad wszystkim, co dzieje się wokół mnie i we mnie samej. Niestety, żeby kontrolować wszystko i wszystkich, trzeba się naprawdę napracować. Przecież nikt lepiej ode mnie nie wykona konkretnych zadań w pracy, nie ogarnie działania kościelnej wspólnoty, nie zrobi zakupów i nie ugotuje obiadu. To ja, superbohaterka codzienności, niewyspana i urobiona po łokcie, muszę wszystkiego dopilnować.

Niekiedy zachowuję się inaczej. Widząc wyzwanie – uciekam, choć nie nazywam tej ucieczki po imieniu. Odkładam kolejne zadania na później, coraz bardziej stresując się tym, że to “później” nieuchronnie się zbliża. Bujam z głową w chmurach, myśląc o tym, jak wielkich rzeczy dokonam gdy już wezmę się do pracy, a zamiast tego spędzam kolejne minuty scrolując Facebooka…

Nadmierna aktywność albo nieprowadząca do niczego bierność – to moje pomysły na zmartwienia przerastające moje siły. Relacja z Jezusem daje jednak jeszcze jedno wyjście. Jest nim otwarcie drzwi. Czasem nieco górnolotnie mówimy o tym, żeby “otworzyć drzwi swojego serca”. Ja, w nawiązaniu do słów Ewangelii, chciałabym napisać jednak po prostu o otwarciu domu dla Jezusa. Nie dokończyłam bowiem jeszcze myśli, którą chciałam się z Wami podzielić już w pierwszym zdaniu. Dla mnie najważniejszą częścią tej historii są te proste słowa: “przyjęła Go do swego domu”. To dużo ważniejsze niż najlepszy obiad, jaki mogła ugotować Marta. To element, bez którego Maria nie mogłaby spędzić czasu u stóp Nauczyciela. Otwarcie drzwi, przyjęcie Go do swojego domu – nie tylko jako gościa, ale po prostu jako domownika. Wtedy jest szansa na to, że zamiast skupiać się na walce z problemami, choć przez chwilę przeniesiemy swoją uwagę poza to, co nas przytłacza.

Gdy dźwiga się wielki ciężar, gdy plecy się pod nim uginają, ciężko patrzeć w inny sposób, niż w dół, pod nogi. Zaproszenie Jezusa do swojego domu, czyli do wszystkiego, co składa się na naszą codzienność, daje szansę na podniesienie wzroku i spojrzenie nie tylko na swój ciężar, lecz w Jego oczy. Wtedy można doświadczyć, że On jest “źródłem wszelkiej pociechy” – dlatego, że JEST BLISKO.

ZADANIE:

Otwórz dzisiaj drzwi Jezusowi. Jak? Jeśli to możliwe, w miejscu w którym spędzisz dziś najwięcej czasu, otwórz Pismo Święte. Niech Jego widok przypomina Ci o żywej obecności Słowa, które stało się Ciałem i zamieszkało (dosłownie)  między nami.

Źródło życia i świętości.

Gdy mały Zacheusz był jeszcze mały, nie stanowiło to wielkiego problemu. Jednak mijał czas, a on z jakiegoś powodu również w wieku dorosłym nadal był niskiego wzrostu. Pewnie niejeden raz, gdy chciał spojrzeć komuś w oczy, musiał zadzierać głowę i wspinać się na palcach. Gdy próbował czegoś dosięgnąć, okazywało się to poza jego zasięgiem. A gdy miał czasem ochotę, by spojrzeć na kogoś z góry – zazwyczaj nie mógł tego zrobić. Próbował więc w inny sposób dać innym do zrozumienia, że jest ważny i godny szacunku. Z czasem, gdy dorobił się majątku, stało się to prostsze. Niski wzrost nie był już tak wielką przeszkodą, wystarczyły odpowiednie dobrane, bogate szaty i ćwiczona niekiedy przed lustrem mina – pełna rezerwy i zadowolenia z siebie.

A jednak nadszedł dzień, w którym Zacheusz na chwilę zapomniał o wszystkich maskach, które ubierał na co dzień. Gdy wdrapał się na sykomorę, by pomimo niewielkiego wzrostu zobaczyć na własne oczy Nauczyciela z Nazaretu, stało się cud. Spotkał Kogoś niezwykłego i wielkiego, a jednak ten Ktoś nie patrzył na Niego z góry. By spojrzeć Mu w oczy, Zacheusz nie musiał zadzierać głowy. Wręcz przeciwnie – to Jezus unosił ku niemu wzrok i wyciągał rękę.

Niezależnie od tego, jak czujemy się mali i słabi, Bóg nie patrzy na nas z góry. Przychodzi nie po to, żeby wyliczyć nasze słabości i potknięcia. Przychodzi, bo chce się z nami SPOTKAĆ.

Wiele z nas zna listy swoich słabości, wad i kompleksów na pamięć. Uwierają nas tak samo, jak niski wzrost przeszkadzał Zacheuszowi. Może nam się czasem wydawać, że rozwiązaniem problemów jest walka o doskonałość, bo jeśli naszą “czarną listę” uda się skrócić, będziemy szczęśliwsze. Moje doświadczenie pokazuje jednak, że wraz z zaciśnięciem zębów i dążeniem do perfekcji, rośnie niezadowolenie z życia, a poziom frustracji. Bo życie pełnią życia i dążenie do świętości nie jest równoznaczne z bezgrzesznością. Źródłem świętości, ale też sił do zmiany, jest relacja z żywym Bogiem. On przychodzi do nas, by to co małe i słabe pokazać w innym świetle i dokonać cudu przemiany. Nie szuka spotkania z duchowymi herosami, z ultrapoprawnymi bezgrzesznymi ideałami, ale z tymi, którzy źle się mają.

Najlepszym dowodem na to jest fakt, że każdego dnia możemy przychodzić do Jezusa i jednoczyć się z Nim w Komunii Świętej. W czasie każdej Mszy świętej możemy oddawać Bogu to, co w nas jest “bez życia”, co sprawia że nie ma w nas radości i sensu, i doświadczać tego, że On napełnia nas życiem i daje nowe siły. W domowej rzeczywistości nie zawsze możemy pozwolić sobie na to, by w ciągu tygodnia wygospodarować czas na udział w Eucharystii. Wielu świętych praktykowało jednak duchową Komunię świętą, czyli duchowe zjednoczenie z Jezusem, wypływające z pragnienia Eucharystii. W encyklice “Mediator Dei et hominum” czytamy: “Kościół (…) życzy sobie w szczególności, aby chrześcijanie, zwłaszcza gdy trudno im przyjąć eucharystyczny pokarm w rzeczy samej, przyjmowali go przynajmniej pragnieniem; mianowicie w ten sposób, by wzbudziwszy żywą wiarę, i sercem w czci pokornym oraz całkowicie ufnym wobec woli Boskiego Odkupiciela, zjednoczyli się z nim najpłomienniejszym jak tylko mogą uczuciem miłości.”

ZADANIE: pomyśl o tym, że dzisiaj masz szansę na autentyczne spotkanie z Jezusem, niezależnie od tego, jak wysoko wdrapałaś się na swoją “sykomorę”. On nie patrzy na Ciebie z góry, lecz z miłością wyciąga do Ciebie rękę. Jeśli masz taką możliwość, spróbuj dzisiaj wziąć udział w Eucharystii albo spędzić choć kilka minut w kościele, adorując Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. Jeśli nie masz takiej możliwości, a czujesz takie pragnienie, przyjmij Go do serca w duchowej Komunii świętej.

Dobroci i miłości pełne.

“Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne” – mówi jedno z wezwań litanii. A moje – pomyślałam kiedyś – jest często dobroci i miłości puste. Odczuwam dotkliwy brak, a co gorsza, doświadczają go również moi najbliżsi, gdy nie potrafię dawać im dobra i miłości, bo w moim sercu panuje pustka.

Zdarzało mi się słyszeć w takich sytuacjach słowa: “Nie możesz się tak zachowywać. Musisz coś w sobie zmienić”. Mówiłam tak do samej siebie, próbując w złości liczyć do dziesięciu, by nie wybuchnąć czy siląc się na sztuczny uśmiech, nawet gdy nie miałam na to ochoty. I chociaż nie neguję wartości pracy nad sobą i swoim charakterem, wiem że popełniałam wtedy błąd. Bo skoro moje serce jest puste, to w jaki sposób mogę dawać innym dobroć i miłość? Mogę próbować coś z siebie wykrzesać, lecz najczęściej ostatecznie kończy się to poczuciem frustracji i porażki.

Gdy moje serce jest puste, mam tylko jedno wyjście – przyznać, że tak właśnie jest. Najlepsze, co mogę zrobić, to zobaczyć, czego mi brakuje i nazwać to, co jest moją pustką – nie po to, żeby się dołować, ale po to, by stworzyć przestrzeń dla Jezusa.

 

Wyobraź sobie dwie puste szklanki i dzbanek wody. Do jednej wodę nalewa się bez problemu, na drugą z kolei ktoś wylewa kolejne litry, a szklanka nadal jest pusta. Osoba próbując napełnić szklankę naprawdę bardzo się stara i nie szczędzi wody. Ale choćby podejmowała kolejne próby, nie ma szans na napełnienie drugiej szklanki. Dlaczego?

Bo jest ona jest postawiona na stole do góry dnem…

Bóg może wylewać na nas swoje dary. Może to robić w ogromnej hojności, nieustannie próbując nas napełnić dobrem i miłością. Jeśli jednak nie ma w nas otwartości, wszystko pozostanie tak jak dawniej. Jeśli nie przyznamy, że jest w nas pustka i nie wyciągniemy ku Niemu rąk, by On mógł je napełnić – nic się nie zmieni. Bóg pragnie wlewać w nasze serce miłość, ale tu potrzeba też działania z naszej strony, a przynajmniej wykonania tego pierwszego kroku: przyznania, że potrzebuje się Jego pomocy.

“O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody…” (Iz 55,1). Ktoś, komu w upale i wysiłku bardzo chce się pić, jest w stanie pobiec do źródła. A Ty? Czy czujesz się spragniona? Co jest Twoją pustką? Czego Ci brakuje? Nazwij to dzisiaj bardzo konkretnie i proś o doświadczenie sercem tego, że Bóg pragnie Cię napełniać.

ZADANIE:

Wróć myślami do pierwszego dnia rekolekcji. Stań przed Bogiem jak dziecko, szczerze, mówiąc Mu o swojej pustce i braku. Wypisz to, czego najbardziej Ci brakuje, o co chciałabyś Go prosić.

Gorejące ognisko miłości.

Jako mała dziewczynka byłam przekonana, że skoro urodzinową świeczkę można zdmuchnąć bez większego wysiłku, w podobny sposób – strumieniem powietrza – można zgasić również większy ogień. Dopiero potem przekonałam się, że jest inaczej i z fascynacją patrzyłam, jak pod wpływem podmuchu rozżarzone szczapy drewna rozpalają się żywym ogniem. Wiatr i ogień – oba nieuchwytne, obu nie da się dotknąć, a jednak w tak dobitny sposób dostrzegamy efekty ich działania…

Czy usłyszałaś kiedyś, że aż promieniejesz? W jakiej było to sytuacji? W każdej z nas jest taka wewnętrzna iskierka, coś co nas “rozpala” od wewnątrz. Gdy jesteśmy autentycznie szczęśliwe, gdy jest w nas radość i entuzjazm, nasze otoczenie zazwyczaj to dostrzega. Niekiedy nasz nastrój udziela się innym, bo radość lubi się rozprzestrzeniać. W codziennym zabieganiu bywa jednak różnie. Niekiedy to, co jest naszym obdarowaniem, naszym skarbem i wewnętrzną iskierką, ledwie się tli. Czasem same zapominamy o tym, że Bóg złożył w naszym sercu wielkie skarby. On jednak nigdy się nie zniechęca.

“Nie zagasi knotka o nikłym płomyku” (Iz 42,3) – czytamy w księdze Izajasza. Gdy coś zaczyna w nas przygasać, gdy troski, zabieganie i nasze słabości przygniatają nas tak bardzo, że jesteśmy jak “knotek o nikłym płomyku”, Bóg nie podchodzi do nas i nie mówi z gniewem: “wiedziałem, że nic z Ciebie nie będzie”. On posyła swojego Ducha, by rozpalał nas na nowo. I tylko On, Duch Miłości, jest w stanie rozpalić nasze serce, po to by zapłonęło. Serce Jezusa to “gorejące ognisko miłości”. Pokazuje to całe Jego życie. Gdziekolwiek się pojawiał, działo się dobro – następowały uzdrowienia i nawrócenia, a ludzie odkrywali nowy sens życia i wielbili Boga (Łk 17,43; Łk 5,25). Jezus naprawdę zapalał ich swoją miłością i chce, żebyśmy my na co dzień doświadczali tego samego.

Ogień daje światło i ciepło. Pewnie sama tego nie raz doświadczałaś, na przykład gdy rozgrzewałaś zmarznięte dłonie przy ognisku. Może są takie okresy w Twoim życiu, gdy wydaje Ci się, że masz same wady i słabości. To jednak nie jest cała prawda o Tobie.Jest w Tobie coś unikalnego, coś co masz tylko Ty. Bóg nie pomylił się, obdarowując Cię w ten sposób. Jest w Tobie coś, co innym daje radość i pomaga. Jak nazwałabyś ten dar, który otrzymałaś od Pana? Spróbuj dziś spytać kogoś bliskiego o to, co jest Twoją największą zaletą, co jest Twoim unikalnym darem i bogactwem, jakie posiadasz. Popatrz na sytuacje, w których dzięki Twojej obecności, Twoim wysiłkom i działaniom, dzieje się jakieś dobro, nawet jeśli wydaje Ci się ono małe i niewiele znaczące.

 

ZADANIE: Zapytaj bliską Ci osobę, co jest Twoją największą zaletą. Jeśli chcesz, zadaj to pytanie kilku osobom, Porównaj to z tym, co sama o sobie myślisz.

 

Świątynia Boga

Jakie są Twoje pierwsze skojarzenia ze słowem “świątynia”? Bardzo możliwe, że świątynia kojarzy Ci się z miejscem pełnym powagi i ciszy, gdzie nie można zachowywać się zbyt swobodnie, lecz trzeba dostosowywać się do panujących reguł. Do świątyni nie wejdziesz w szortach, nie zapukasz do jej drzwi o drugiej nad ranem, zapłakana i rozmazanym makijażem, nie będziesz w niej też głośno wykrzykiwać swojego bólu, gdy doświadczysz straty i niezrozumienia. Świątynia, czyli miejsce spotkania z Bogiem, często tak właśnie się nam kojarzy.

Mojżesz nie bez powodu zdejmuje buty w chwili spotkania z Panem. Słyszy od Niego, że ziemia, na której się znajduje, jest ziemią świętą. Nie dzieje się tak jednak z racji jakiejś szczególnej lokalizacji tego miejsca. To nie długość i szerokość geograficzna czy ukształtowanie terenu sprawiają, że to jest “miejsce święte”, lecz Obecność.

Gdy ten sam Bóg narodził się w betlejemskiej grocie, gdy wszedł w ludzką codzienność z wszystkimi jej aspektami, gdy w momencie Jego śmierci rozerwała się zasłona przybytku, odsłaniając “miejsce najświętsze”, cała ziemia stała się miejscem doświadczania tej Obecności. Bóg zamieszkał między nami, a to oznacza, że “ziemią świętą” może stać się ta przestrzeń, w której teraz się znajdujesz. Jeśli chcesz, możesz teraz spojrzeć pod nogi. Tu gdzie jesteś, dzisiaj, teraz, w domu, na spacerze, w pracy – tu jest “miejsce święte”, bo tu możesz doświadczać spotkania z żywym Bogiem.

Modlitwa to nie tylko chwile spędzone w kościele w milczeniu na klęczkach czy na recytowaniu znanych słów. Modlić można się też codziennymi obowiązkami. Wtedy trudno powiedzieć, że nie ma się czasu na modlitwę  Bóg chce po prostu być z nami w tym, co robimy i to nie od ilości czasu, ale od naszego nastawienia i pewnie od naszej tęsknoty za Nim zależy, czy Go zaprosimy do codzienności. Czy poprosisz Go, by był nie gościem, przed którym staje się na baczność i próbuje zamaskować bałagan, ale Domownikiem, czyli kimś kto u nas jest “u siebie”?

Święty Ignacy zachęca do tego, by “szukać i znajdować Boga we wszystkim”. Dobrze wykonywane obowiązku, spotkania z ludźmi, doświadczenie drobnych codziennych przeciwności – to wszystko może stać się przestrzenią spotkania z Nim. Żeby było to łatwiejsze, warto znaleźć słowa, które w tym pomogą – swój własny akt strzelisty. Ja często mówię: “Strzeż mnie jak źrenicy oka, w cieniu Twych skrzydeł mnie ukryj” (Ps 17,8). Ktoś inny być może powtarza po prostu “Jezu, ufam Tobie” lub zwraca się do Boga innymi słowami. Spróbuj dzisiaj zobaczyć, jakie słowa w naturalny sposób rodzą się w Twoim sercu. A może pomocą będzie lektura Pisma Świętego i znalezienie tam odpowiedniego cytatu, który pomoże Ci w ciągu dnia zwrócić myśli ku Bogu?  

ZADANIE: Znajdź i zapisz swój własny akt strzelisty (grafika do wydruku). Staraj się dzisiaj w różnych sytuacjach wracać do tych słów i uświadamiać sobie, że niezależnie od tego, co robisz, Bóg jest blisko Ciebie.

Upodobanie Ojca.

Regina Brett, autorka popularnej serii książek, napisała kiedyś, że wydawało się jej, że Bóg przegapił moment jej narodzin – że wtedy właśnie mrugnął i nie zauważył, jak ona pojawiła się na świecie. Wiele lat zajęło jej odkrywanie tego, że jest dla Niego naprawdę ważna i że, zgodnie z tytułem jej bestsellera – “Bóg nigdy nie mruga”.

Bóg w różny sposób próbuje nas przekonać, że każda z nas jest Jego “umiłowaną córką, w której ma upodobanie”. Nie zliczę, ile razy słyszałam kazania czy nauki rekolekcyjne na ten temat. Pewnego dnia jednak stanęłam przed lustrem, niezdolna do wydobycia z siebie głosu. Rozbroiły mnie proste słowa z psalmu 139, słowa czytane wielokrotnie bez większej refleksji. Gdy miałam wypowiedzieć je głośno, patrząc sobie samej w oczy, okazało się że zadanie mnie przerasta. Podejrzewam, że nie miałabym problemu pomodlić się głośno słowami psalmu 51- “Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości…”. Bez trudności mogłabym znaleźć w sobie słowa modlitwy uwielbienia. Pokonało mnie jednak tych kilka wyrazów: “Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie.” (Ps 139,14). Nie byłam w stanie wypowiedzieć tego na głos, z głębi serca, z prawdziwą wdzięcznością. Okazało się, że w moim sercu jest czarna dziura, działająca dokładnie tak samo, jak czarne dziury w kosmosie, które powiększając się, pochłaniają otaczającą je materię. Moja “czarna dziura” też potrafiła pochłaniać radość, poczucie sensu i siły do działania. Nie wiadomo skąd, pojawiał się smutek, poczucie że do niczego się nie nadaję i że nie ma nadziei na zmianę.

“To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” – słyszymy dzisiaj. Bóg mówi tak o każdym z nas, choć niekoniecznie za pomocą głosu dochodzącego z Nieba. Do każdego z nas stara się dotrzeć w sposób unikalny, przez życiowe wydarzenia, innych ludzi i swoje Słowo. Co tak naprawdę może znaczyć to, że On ma w Tobie upodobanie? Jak Ty przetłumaczyłabyś to na język codzienny? Ja powiedziałabym, że On do każdej z nas mówi: jesteś piękna i jesteś moim arcydziełem. Wiążę z Tobą duże nadzieje, bo masz ogromny potencjał – nie tylko działania, ale przede wszystkim kochania.

Nie każda z nas jest matką w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jestem jednak przekonana, że każda kobieta jest powołana do macierzyństwa, choć spełnia się ono w różny sposób. Siostra zakonna doświadcza duchowego macierzyństwa, osoby zaangażowane w jakieś dzieła niekiedy dosłownie im “matkują”, a ja i wiele innych kobiet, wychowujemy swoje dzieci. To zadanie, które angażuje nas w pełni – nasze siły fizyczne, naszą psychikę i ducha.

Żeby być matką, trzeba umieć być córką. Zdarza się, że emocjonalnie, psychicznie i duchowo “przeskakujemy” ten etap, bo z jakiegoś powodu nie umiemy poczuć się bezwarunkowo kochanym dzieckiem. Deklarujemy, że jest inaczej, doskonale znamy teorię dotyczącą tego tematu i wydaje nam się, że wszystko jest w porządku, aż w pewnym momencie okazuje się, że na przykład, jak ja kiedyś, nie jesteśmy w stanie powiedzieć o sobie: “stworzyłeś mnie cudownie”…

Jeśli nie będę umiała być córką, nie będę umiała być też matką i dzielić się z innymi tym, czym mnie obdarował Bóg. Jeśli nie pozwolę, by On przez swoją miłość zaspokoił najgłębsze potrzeby mojego serca, będę o takie zaspokojenie żebrać u ludzi. I celowo używam tego właśnie słowa! Jeśli nie doświadczę, że On mnie przyjmuje bezwarunkowo, będę nieustannie szukać akceptacji u innych. Nieustannie i w przeróżny sposób, często niekoniecznie wprost. Jeśli nie pozwolę sobie na doświadczenie Jego miłości, będę wiecznie głodna i szukać jej namiastek.

Być może masz takie chwile, w których wyrzucasz sobie, że nie dorastasz do powierzonych Ci zadań: nie sprawdzasz się w obowiązkach, które powinnaś spełniać albo “jesteś złą matką”. Być może nie dzieje się tak dlatego, że faktycznie nie nadajesz się do roli, którą pełniasz albo że źle wybrałaś swoje powołanie. Może jest tak dlatego, że próbujesz karmić innych, sama będąc bardzo głodna? I może czas dać się nakarmić, zanim wyjdziesz do innych?

ZADANIE:

Wpisz swoje imię w zdanie: “Serce …. , w którym sobie Ojciec bardzo upodobał” (do pobrania i wydruku grafika). Jeśli chcesz, połóż tę kartkę w widocznym miejscu i patrz często dzisiaj na te słowa.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi