Internet zaroił się od ambitnych inicjatyw: w 2016 roku nie jem słodyczy/przeczytam to i tamto/obronię pracę magisterską albo się zakocham. Kolejne osoby z listy moich fejsbukowych znajomych dołączają do tego typu wydarzeń, a one mnożą się z prędkością wprost proporcjonalną do bogactwa ludzkiej kreatywności.

Chwilami trochę mnie to śmieszy, z drugiej strony jednak pokazuje naszą potrzebę ubierania oczekiwań na zmianę w określone ramy czasowe. Może dzięki takiemu wyraźnemu zaznaczeniu, że coś wydarzy się w określonym czasie, chcemy zwiększyć szansę na wprowadzenie naszych postanowień w życie? A może to tylko siła przyzwyczajenia każe nam dokonywać bilansów, rozliczeń, podsumowań i wynikających z nich postanowień na przyszłość?…

Sama zastanawiam się, czy na pewno chcę dodawać kolejne postanowienia do długiej listy tych już istniejących.  W nowy rok wchodzę na pewno z wieloma życzeniami i marzeniami, ale u podstaw dobrego postanowienia musi istnieć coś więcej- silne pragnie ie. Pragnienie, które daje siłę, by o nie walczyć, które samo staje się motorem zmiany. Bo jeśli odpowiedno mocno pragniesz, wtedy naprawdę okazuje się, że dla chcącego- nic trudnego (a nawet jeśli pojawiają się trudności, udaje się je pokonywać).

W tym roku nie silę się więc na kolejne postanowienia. W tym roku chcę zapytać siebie samej, czego tak naprawdę chcę? Co jest moim pragnieniem, co jest moim głodem, czego mi jeszcze brakuje? Czego PRAGNĘ? I czy (oraz w jaki sposób) w tych pragnieniach ukryty jest głos Boga?…