Przez długi czas miałam kompleksy. Walcząc z przeróżnymi stereotypami dotyczącymi wiernych Kościoła Katolickiego, przejmowałam trochę spojrzenie osób, które ja wobec mnie reprezentowały. Z tego powodu wraz z upływem czasu Toruń coraz mniej kojarzył się z piernikami, a bardziej – z pewną stacją radiową, a średniowiecze zamiast  z chorałem gregoriańskim – z płonącymi stosami. Nie pamiętam kiedy sobie to uświadomiłam, ale zdarzało mi się mówić o sobie raczej: „chrześcijanka” niż „katoliczka”. To pierwsze wyrażenie powodowało dużo mniej okazji do dyskusji, drugie natomiast bywało wstępem do rozmów, których chciałam unikać.

Jestem świadoma tego, że nie wszyscy mają podobne problemy. Dlatego ten tekst na pewno nie jest dla osób, które z dumą wykrzykują hasła o Polsce katolickiej i prześcigają się w stawianiu pomników wyższych niż te w Świebodzinie. Ten tekst jest dla osób takich ja, dla katolików z pogranicza, żyjących nie w ultrakatolickim światku, lecz po prostu wśród ludzi. Dla tych, którzy musieli tłumaczyć się z działań o. Rydzyka, z awantur o dynie w Haloween, a na rewelację o kolejnym księdzu- pedofilu, z braku argumentów reagowali nabraniem wody w usta. Albo piwa, jeśli rozmowa toczyła się w knajpce ;)

Specjalnie dla Was i dla mnie też – pięć stereotypów, których obalenie pomogło mi w wyjściu z kompleksów.

katol

1. Katolicyzm, czyli straszna inkwizycja

Nie będę zaprzeczać – Kościół nie jest i nie był idealny. Ludzie, którzy tworzyli go na przestrzeni wieków, popełniali błędy. Byli tacy, którzy Ewangelię wykorzystywali tylko po to, aby wyzyskiwać, zdobywać władzę i bogactwa. Ludzie Kościoła dopuszczali się strasznych rzeczy…

ale!

warto zagłębić się trochę w historię, by nie dać się zwariować. Bardzo łatwo jest bowiem do słusznie przytoczonych faktów historycznych (zwłaszcza tych budzących grozę) dokleić kilka kłamstw i półprawd. Łatwo zmanipulować i wymalować przed naszymi oczami obraz, który z historią Kościoła nie będzie miał wiele wspólnego.  Uświadomił mi to komentarz zasłyszany tuż po wyborze papieża Franciszka:

– No i wracamy do średniowiecza: jezuita! inkwizycja!

Trafiła kosa na kamień, bo tak się składa, że o jezuitach i ich założycielu wiem trochę więcej niż przeciętny Kowalski. Data 1534 (założenie zakonu) nijak ma się do średniowiecza, z inkwizycją związani byli raczej dominikanie, a hasłem które można kojarzyć z Ignacym z Loyoli będzie raczej kontrreformacja – ona jednak katolików żyjących w XXI wieku niepokoić nie powinna…

Wniosek: zanim z powodu grzesznej przeszłości Kościoła udasz się do proboszcza w celu podpisania aktu apostazji, sprawdź fakty. W bibliotece i opasłych tomiszczach książek, nie przy pomocy wujka googla ;)

2. Katolicyzm, czyli ktoś myśli za ciebie

A Ty jesteś naiwna. Ulegasz manipulcji. Nie potrafisz myśleć samodzielnie i dajesz się wykorzystywać po to, aby grupa kościelnych hierarchów miała za co kupować dobre samochody.

Tak mówią mi czasem ludzie, którzy chwilę później są w stanie przyjąć moją profesjonalną poradę, zakładając że jednak skończone studia i doświadczenie zawodowe są podstawą do tego, aby mi zaufać. Jednym słowem – jestem wartościowym, trzeźwo myślącym, znającym się na pewnych rzeczach człowiekiem, tylko przekraczając próg kościoła, doznaję nagłego uszczerbku na zdrowiu w postaci upośledzenia zdolności krytycznego myślenia.

Zawsze zastanawiam się w takich sytuacjach, czy powinnam się obrazić ;)  czy jednak tłumaczyć z uporem maniaka, że bycie katoliczką to mój świadomy i rozsądny wybór. Tak samo świadomy i rozsądny jak to, że wybrałam określony zawód, związałam się z określonym człowiekiem, zamieszkałam w takim, a nie innym miejscu.  Mój wybór jest świadomy i rozsądny – Kościół tworzą ludzie nieidealni tak samo jak. Będąc jego częścią, zgadzam się na zasady, jakie w nim panują (znowu – tak samo jak chociażby w pracy czy w związku z drugą osobą). Nikt mi ich nie narzuca – wybieram je świadomie i rozsądnie.

A czy ktoś czasem myśli za mnie? Oj tak! I jestem za to ogromnie wdzięczna. Czasem myśli za mnie mój mąż- zabierając na górską wycieczkę tabliczkę czekolady, kiedy ja na to nie wpadnę albo załatwiając przegląd techniczny samochodu, bo o tym nie pamiętam. I podobnie jest w Kościele. Tam zdarza się, że myśli za mnie ktoś, kto potrafi przewidzieć więcej niż ja lub pamiętać o tym, o czym mi zdarza się zapomnieć.

Troska tego myślenia za mnie (i o mnie) smakuje tak samo, jak czekolada w zmęczeniu na tatrzańskim szczycie…

3. Katolicyzm, czyli spowiedź zamiast prozacu

Katolicyzm jest dla słabych. Dla tych, którzy muszą stłumić w sobie lęk przed śmiercią. Dla tych, którzy czują taką potrzebę, żeby ktoś im naopowiadał bajek, dzięki którym poczują się lepiej. Albo żeby mogli w łatwy sposób zrzucić z siebie poczucie winy, gdy przyjdą do spowiedzi po kolejną iluzję, po duchowy odpowiednik Prozacu (bo ksiądz to przecież jak psycholog).

katoliczka

Katolicyzm jest dla słabych. A jednak trzeba mieć w sobie trochę siły, żeby przed drugim człowiekiem, bez owijania w bawełnę powiedzieć na głos: „Zgrzeszyłam. Popełniłam świństwo i nie szukam usprawiedliwienia, ale stwierdzam fakt.” Niektórym przecież nie starcza odwagi żeby powiedzieć to chociażby przed lustrem. Słaby katolik – jeśli autentycznie i szczerze przeżywa sakrament pokuty i pojednania – mierzy się z takim wyzwaniem dość często. A w konfesjonale nie można schować się za plecy osoby siedzącej z przodu czy uciec w bezpieczny cień rzucany przy filar tuż przy drzwiach wejściowych. Tam jesteś sam na sam z Bogiem, słuchającym ciebie człowiekiem i sercem, które naprawdę trochę szybciej bije, gdy wypowiadasz na głos nie to, czym mógłbyś się pochwalić,  ale to,  o czym wolałbyś nie mówić. Prozac? W życiu! Raczej zastrzyk adrenaliny. Raczej jodyna, bandaż i plaster. I czasem bardziej boli niż uspokaja – ale naprawdę leczy rany i przywraca do życia.

4. Katolicyzm, czyli chodzenie w worku pokutnym.

Sukienka za kolano, najlepiej rozmiar za duża, żeby niczego nie opinała. Do tego zero makijażu. Ten stereotyp naprawdę żyje (i niestety ma swoje podstawy…).  Tymczasem ja, chociaż jako mama z wygody czasem wybieram dres i sportowe buty, naprawdę  lubię się fajnie ubrać!  Mam swoją ulubioną szminkę, która razem z lakierem do paznokci pasuje do mojego ulubionego fartucha w pracy. Oczywiście różowego. I nie uważam tego za próżność czy jakikolwiek inny grzech. Uważam to za część doceniania życia i cieszenia się nim.

Gdy zostanę zaproszona na grilla w piątek, zjem raczej grillowanego bakłażana niż żeberka, ale to nie oznacza, że nie potrafię się bawić. Zdarzało mi się tańczyć na imprezie tak, że musiałam wracać z niej boso. Jeśli zapytasz o moje ulubione wino, to też nie odpowiem, że pijam jedynie wodę i soki.

Worek pokutny i szlaban na zabawę oraz cieszenie się życiem? Kiedyś się oburzałam. A dzisiaj jeśli ktoś próbuje wybić mnie z rytmu takim argumentem, po prostu zapraszam go na piwo albo na latte do ulubionej kawiarni :)

5. Katolicyzm, czyli uważacie się za ludzi lepszej kategorii

Zostawiłam to na koniec, bo nie jestem zupełnie pewna, czy to naprawdę krzywdzący stereotyp. Czy nie zdarza nam się wiedzieć lepiej niż inni? Patrzeć z góry na tych, którzy „nie chodzą do kościoła”? Nie zdarza się nam, matkom, patrzeć z poczuciem wyższości na tą, która jest po trzecim rozwodzie, która przyznała się do aborcji albo która nie kryje się z tym, że nie chce mieć dzieci z własnego wyboru?

Jestem katoliczką, a to powinno oznaczać gotowość nie do osądzania, ale do służby. Do bycia dla innych i dawania z siebie MIŁOŚCI. To powinien być mój znak rozpoznawczy, widoczny bardziej wyraźnie niż noszony przeze mnie szyi srebrny krzyżyk.

Powinnam służyć.  I pewnie nikt lepiej niż moi najbliżsi i przyjaciele, (również ci niewierzący) nie  wie, że nie zawsze mi to wychodzi. Wiecznie pędzę, brakuje mi czasu, brakuje uwagi dla osób, które są obok. Widzę swoje błędy i są chwile, kiedy naprawdę bardzo mnie to boli… Gdybym nie była katoliczką, pewnie musiałabym w tej sytuacji sięgnąć po Prozac, ale ja wybieram inne wyjście. Patrz punkt trzeci ;) I wciąż mam nadzieję, że uda mi się to zmienić.