12.223. Dokładnie tyle zachodów słońca widział świat od momentu, kiedy powiększyłam grono tych, którzy po nim stąpają. 12.223 zachody słońca za mną. Ile przede mną? Czy tylko jeden? Czy kolejne 12.000? I czy – z moim apetytem na życie – nie będzie trochę tak, że ile by ich nie było, będzie mi wciąż za mało?…

Jestem zapracowaną mamą. Staram się jak mogę godzić pracę zawodową z aktywnym uczestniczeniem w życiu moich dzieci i domowymi obowiązkami. Wplatam w to zaangażowanie w sprawy Kościoła i ewangelizację. Czasu dla siebie – takiego prawdziwego, ze słodkim lenistwem czy odpoczynkiem – jest naprawdę niewiele. Nawet na porządny sen zazwyczaj go brakuje. Mam przez to wrażenie, że życie straszliwie pędzi, że oto kolejny weekend, który minie zbyt szybko, kolejny tydzień, w który wkroczę w biegu, kolejne dni, tygodnie, miesiące. Może właśnie dlatego pewnego wieczoru, kładąc do snu mojego synka i wyglądając przez okno, poczułam w sercu bolesne ukłucie. Zachód słońca – piękny. Zielone pola, które widzę przez okno, aż po horyzont, na którym rysuje się wieża kościoła i kilka rozrzuconych jak dziecięce klocki domów. Wszystko to skąpane w łagodnym, ciepłym świetle i dopełnione harmonijnym śpiewem ptaków. Piękno na wyciągnięcie ręki, piękno, które aż prosi, by stać się jego częścią – wsłuchać się w dźwięki wieczoru, przystanąć na chwilę, odetchnąć. Tak wiele razy mi to umknęło. Tak wiele straciłam, pędząc wciąż do swoich spraw…

„Pani Boże” – powiedziałam wtedy – „dlaczego tak musi być? Dlaczego tak pędzę? Dlaczego brakuje takich chwil, kiedy mogłaby po prostu ucieszyć się pięknem, które mnie otacza?…”

Możecie się śmiać, ale usłyszałam wtedy w sercu obietnicę, że to się zmieni. I chociaż w moim rytmie dnia zmieniło się niewiele, mam wrażenie jakby mój Anioł Stróż – lepiej niż niezawodny budzik w moim telefonie – zaczął mi przypominać o tym, by czasem zamiast pod nogi, które pędzą, czy w wypełniony zadaniami terminarz, spojrzeć również w niebo.

Możecie się śmiać, ale ja naprawdę od tej pory zaczęłam zauważać zachody słońca. Zaczęłam je kolekcjonować. Nauczyłam się nimi zachwycać i za nie dziękować. Zaczęłam zauważać piękno, a wraz z nim – cieszyć się drobiazgami. Okazało się, że plan dnia nie zawali się, gdy w jego trakcie wygospodaruję dziesięć minut na to, by usiąść na świezym powietrzu, pogapić się w niebo i spokojnie wypić kawę. I podziękować! Okazało się, że spora lista obowiązków i zadań do wykonania wydaje się mniej straszna, gdy zadbam o to, aby nie traktować życia jedynie jak arkusz w Excelu, w którym muszę odhaczyć to, co udało mi się zrobić. Gdy znajdę też czas, by się nim – życiem, moim niepowtarzalnym życiem! – ucieszyć.

Dzisiaj czeka mnie 12.224 zachód słońca w moim życiu. Nie wiem, ile ich jeszcze przede mną. I choć wierzę mocno, że kiedyś będę je oglądać z innej, bo niebiańskiej perspektywy, tym dzisiejszym zamierzam się ucieszyć tak, jakby był jedynym i niepowtarzalnym, bo w sumie – naprawdę taki jest. Zamierzam smakować go i delektować się nim bez pośpiechu – nawet jeśli zastanie mnie w pracy, w czasie jazdy samochodem czy przy składaniu prania. Bo tylko ode mnie zależy, czy dam się przytłoczyć obowiązkom, których zawsze jest i będzie za dużo, czy też nauczę się cieszyć drobiazgami pomimo tego, że życie nie wygląda idealnie.

MAMA sukienka

Bo na życie – nawet nieidealne – mam ogromny apetyt. I uśmiecham się do myśli takich, jak ta wyczytana ostatnio: Życie jest krótkie. Kup tę sukienkę. I chociaż nie można na takim myśleniu zbudować całego swojego podejścia do rzeczywistości, warto nauczyć się myśleć podobnie. Pozwalać sobie czasem na odrobinę luzu i szaleństwa. Patrzeć i dostrzegać piękno. Doceniać i dziękować, przy każdej okazji próbując ćwiczyć się w radości i wdzięczności.

I cieszyć się – po prostu.