Nie będę wróżyć z fusów, bo nie ma takiej potrzeby – dobrze wiem, co 8 marca będzie się pojawiać w telewizji. Będą manify i prostesty, dyskusje o gender i wieszakach, a to wszystko przeplatane reklamami dyskontów, w których tylko dziś, z okazji Dnia Kobiet, bukiet eleganckich róż za osiem dziewięćdziesiąt dziewięć i pończochy w promocji. Pokuszę się o stwierdzenie, że to obrazuje przekrój przez różne szufladki, w które świat chciałby nas, kobiety, wygodnie poupychać (bo to, co poupychane, sprawia mniej kłopotów). Wojujące feministki kontra słuchaczki Radia Maryja w moherowych beretach. Nowoczesne bizneswomen po jednej stronie, zmęczone życiem matki, koniecznie w wyciągniętych dresach i bez makijażu, po drugiej. Może jednak czas w końcu wyjść poza ramy tych wszystkich stereotypów?

„Niech pani nie przesadza” – słyszałam niejednokrotnie. Słyszałam to w szpitalu, gdy lekarz bagatelizował stan zdrowia mojego dziecka, a moje rzeczowe uwagi skwitował jedynie słowem: „hormony!”… Słyszałam to czasem w chwilach, gdy próbowałam opowiedzieć o tym, jak czuję się w jakiejś sytuacji czy relacji. Słyszałam to wystarczająco często by uwierzyć, że to prawda.

Moja uprzejmość zbyt często była uznawana za oznakę słabości. Mój uśmiech odczytywany był jako przyzwolenie na przekraczanie granic i wypowiadanie raniących słów. Chęć do pomocy i wrażliwość niektórzy traktowali jak zachętę dla własnej bezczelności, zrzucając na mnie swoje zadania i odpowiedzalności. W chwilach, gdy ośmieliłam się zaprotestować, słyszałam magiczne i wygodne: „nie przesadzaj”…

Dlatego postanowiłam sobie: będę wojującą feministką! Nie oznacza to wcale popierania aborcji, myślenia non stop o seksie i wcielania się w rolę babochłopa – stereotypom mówię dzisiaj stanowcze „nie!”. Będę feministką po swojemu. Będę świadoma swojej kobiecości i wcale nie będę silić się na udowadnianie mężczyznom, że muszę im dorównać. Nie jestem gorsza. Jestem inna i ta inność jest czymś fantastycznym – jest moim atutem Jestem jej świadoma, jestem świadoma tego, że kobiecość oznacza inne role społeczne i inne zadania. Nie zamierzam jednak żyć w przekonaniu, że są to zadania gorsze, nawet jeśli są mniej spektakularne.

Dlatego wojuję. Wojuję, bo jestem świadoma mojej siły. Wojuję delikatnością i uśmiechem, za którym jednak nie kryje się bezradność. Moja wrażliwość bywa uznawana za dowód słabości, tak jednak dzieje się do pewnego czasu. Przychodzi niekiedy taki moment, gdy wyznawcy siły mierzonej w newtonach i decybelach przekonują się, że prawdziwa siła nie musi gryźć i kopać, by wyznaczyć granice. Prawdziwa siła może być delikatna, a jednak niezłomna. I wcale nie musi ranić innych. Silne ramiona to nie tylko te, które okopują się na swoich pozycjach i wytaczają przeciwko innym armaty pełne obelg i słów nieznoszących sprzeciwu. Silne ramiona to przede wszystkim te, które z takiego pola bitwy zbierają rannych. Silne ramiona to te, w których można się wypłakać i doznać ukojenia. I taka jest właśnie nasza kobieca siła. Taką siłą mamy wojować.

Może nieprzypadkowo tuż przed Dniem Kobiet Kościół przypomina nam dwie niesamowicie silne kobiety – Perpetuę i Felicytę. Kiedyś kojarzyły mi się jedynie z dziwnymi imionami ;) Kiedy jednak zaczęłam zgłębiać ich historię, nie mogłam się od niej oderwać. Dwie pozornie słabe kobiety, dwie matki, więzione w oczekiwaniu na śmierć i namawiane przez bliskich do bardzo rozsądnego w oczach świata rozwiązania problemu- wystarczyło przecież powiedzieć, że nie wierzy się w Jezusa…:

„Córko, miej litość dla mojej siwizny; ulituj się nad ojcem, jeżeli jestem godzien, byś mnie ojcem nazywała. Bo jeśli moje ręce ciebie wypiastowały i doprowadziły do kwiatu wieku w jakim się znajdujesz, jeśli ukochałem ciebie bardziej niźli braci twoich, to nie skazuj mnie na hańbę wśród ludzi. Pomyśl o swoich braciach, pomyśl o swojej matce i ciotce, pomyśl o swoim dziecku, które nie będzie mogło żyć po twojej śmierci. Porzuć swoje postanowienie, abyś nas wszystkich nie zgubiła. Bo jeżeli cokolwiek się tobie przydarzy, to nikt z nas nie ośmieli się nawet swobodnie rozmawiać”. (źródło)

Ile trzeba mieć w sobie siły, by w obliczu śmierci być wiernym temu, w co się wierzy? Ile siły musi być w słabej kobiecie, by wybrała Jezusa, mimo że cały świat mówi jej coś innego? Na przestrzeni wieków kolejne kobiety odkrywały źródło tej siły, ale najprościej i najbardziej trafnie wyraziła to kilkanaście wieków po męczeństwie Perpetuy i Felicyty pewna mało wówczas znana i przez wielu lekceważona słaba, lecz silna kobieta. Żródłem jej siły było :

Jezu, ufam Tobie.

Ja, katolicka wojująca feministka, słaba wrażliwa kobieta, uznaję to za bardzo dobrą popowiedź, nie tylko na Dzień Kobiet. To Źródło siły z której zawsze mogę czerpać. Źródło, które nigdy się nie wyczerpie…