Kiedy jako szesnastolatka po raz pierwszy w życiu pojechałam w Tatry, nie wiedziałam, że dwa tygodnie pięknej, słonecznej pogody to jak wygrana w totolotka. Nigdy później nie miałam aż takk dobrych warunków do wędrówki i podziwiania tatrzańskich widoków. A w czasie tamtego wyjazdu wygrałam nie tylko pogodę, ale i dożywotnią miłość do gór.

Pamiętam, jak wspaniale smakowała wtedy woda z górskiego potoku, cudownie zimna i gasząca pragnienie. W plecaku, obok wiekowego Zenita i zapasu kremu przeciwsłonecznego, niosłam oczywiście obowiązkowo dwie butle wody mineralnej. A jednak po kilku godzinach w nagrzanym plecaku, jedyną jej zaletą było to, że była…mokra ;) Nie sięgałam więc po nią, skoro na wyciągnięcie ręki miałam czystą (bo czerpaną wysoko w górach i wartko płynącą) i cudownie chłodną wodę. I chyba nigdy w życiu woda nie smakowała mi tak dobrze – właśnie wtedy, gdy paliło mnie słońce a wędrówka pod górę wydawała się ponad siły.

Izraelici w swojej wędrówce przez pustynię mogli niekiedy czuć się podobnie. Droga zdawała się nie mieć końca i była wielką niewiadomą, a oprócz upału i wysiłku dokuczała w niej monotonia. Rano, w południe i wieczorem – wciąż to samo. Ciasto z manny z nadzienniem mannowym. Mannowe placki z mannowym sosem. Manna z manną. Non stop.

Zastanawiałam się kiedyś, jak wyglądałabym pośród nich. Znając siebie, dźwigałabym na plecach bukłaki pełne wody – tak na wszelki wypadek. Nietrudno się domyślić, że pustynne słońce ogrzałoby ją do wysokiej temperatury. Zapewne po jakimś czasie miałaby też niezbyt ciekawy zapach, a jednak byłaby moja. Byłaby moim zapasem i zabezpieczeniem. Pozwalałaby myśleć, że panuję nad sytuacją, że mam kontrolę nad tym, co się dzieje  i że jeśli nie spodoba mi się kierunek, w jakim prowadzi Pan, będę mogła wytyczyć swoją własną trasę.

Błąkam się tak czasem na pustyni, przekonana, że naprawdę muszę dźwigać na swoich plecach ten ciężar – ciężar zabezpieczenia swojego losu i kontroli nad rzeczywistością. A kiedy jestem już u kresu sił, gdy mam ochotę rzucić to wszystko, żeby tak bardzo się nie męczyć, wtedy On niespodziewanie wyprowadza dla mnie wodę ze skały. Tam, gdzie ja chcę opierać się na swoich możliwościach i skromnych zapasach, On pokazuje, że może dać mi dużo więcej. I choć wychodzenie na pustynię bez zapasu wody wydaje się szaleństwem, On chyba właśnie do tego zaprasza. Do Zaufania przez „Z” większe od moich lęków. Choć oczywiście mogę się uprzeć przy swoich rozwiązaniach i dalej dźwigać wszystko na swoich ramionach.

Bo podwójne zło popełnił mój naród:
opuścili Mnie, źródło żywej wody,
żeby wykopać sobie cysterny,
cysterny popękane,
które nie utrzymują wody. (Jr 2,13)

On zamienia moją pustynię w pojezierze (Iz 41,18). Ja z kolei sama, przez własne wybory, zamieniam zwyczajną wędrówkę z Nim w swoją własną pustynię – gdy zaczynam kombinować po swojemu. Ten scenariusz powtarza się równie często jak… spadająca z nieba manna. A ja nieustannie przerabiam tę samą lekcję geografii: że pustynia jest tam, gdzie od Niego uciekam. Że tam, gdzie jest On, Źródło wody żywej, tak naprawdę nigdy nie jestem na prawdziwej pustyni. I że On jest Bogiem, który lubi niespodzianki – bo źródło wody pojawia się zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję, a sama pustynia kończy się nagle i od razu przestaje być taka straszna, jak wydawała się jeszcze minutę wcześniej. Nawet jeśli minutę wcześniej wydawało się, że już nigdy się nie skończy.