Gdy mały Zacheusz był jeszcze mały, nie stanowiło to wielkiego problemu. Jednak mijał czas, a on z jakiegoś powodu również w wieku dorosłym nadal był niskiego wzrostu. Pewnie niejeden raz, gdy chciał spojrzeć komuś w oczy, musiał zadzierać głowę i wspinać się na palcach. Gdy próbował czegoś dosięgnąć, okazywało się to poza jego zasięgiem. A gdy miał czasem ochotę, by spojrzeć na kogoś z góry – zazwyczaj nie mógł tego zrobić. Próbował więc w inny sposób dać innym do zrozumienia, że jest ważny i godny szacunku. Z czasem, gdy dorobił się majątku, stało się to prostsze. Niski wzrost nie był już tak wielką przeszkodą, wystarczyły odpowiednie dobrane, bogate szaty i ćwiczona niekiedy przed lustrem mina – pełna rezerwy i zadowolenia z siebie.

A jednak nadszedł dzień, w którym Zacheusz na chwilę zapomniał o wszystkich maskach, które ubierał na co dzień. Gdy wdrapał się na sykomorę, by pomimo niewielkiego wzrostu zobaczyć na własne oczy Nauczyciela z Nazaretu, stało się cud. Spotkał Kogoś niezwykłego i wielkiego, a jednak ten Ktoś nie patrzył na Niego z góry. By spojrzeć Mu w oczy, Zacheusz nie musiał zadzierać głowy. Wręcz przeciwnie – to Jezus unosił ku niemu wzrok i wyciągał rękę.

Niezależnie od tego, jak czujemy się mali i słabi, Bóg nie patrzy na nas z góry. Przychodzi nie po to, żeby wyliczyć nasze słabości i potknięcia. Przychodzi, bo chce się z nami SPOTKAĆ.

Wiele z nas zna listy swoich słabości, wad i kompleksów na pamięć. Uwierają nas tak samo, jak niski wzrost przeszkadzał Zacheuszowi. Może nam się czasem wydawać, że rozwiązaniem problemów jest walka o doskonałość, bo jeśli naszą “czarną listę” uda się skrócić, będziemy szczęśliwsze. Moje doświadczenie pokazuje jednak, że wraz z zaciśnięciem zębów i dążeniem do perfekcji, rośnie niezadowolenie z życia, a poziom frustracji. Bo życie pełnią życia i dążenie do świętości nie jest równoznaczne z bezgrzesznością. Źródłem świętości, ale też sił do zmiany, jest relacja z żywym Bogiem. On przychodzi do nas, by to co małe i słabe pokazać w innym świetle i dokonać cudu przemiany. Nie szuka spotkania z duchowymi herosami, z ultrapoprawnymi bezgrzesznymi ideałami, ale z tymi, którzy źle się mają.

Najlepszym dowodem na to jest fakt, że każdego dnia możemy przychodzić do Jezusa i jednoczyć się z Nim w Komunii Świętej. W czasie każdej Mszy świętej możemy oddawać Bogu to, co w nas jest “bez życia”, co sprawia że nie ma w nas radości i sensu, i doświadczać tego, że On napełnia nas życiem i daje nowe siły. W domowej rzeczywistości nie zawsze możemy pozwolić sobie na to, by w ciągu tygodnia wygospodarować czas na udział w Eucharystii. Wielu świętych praktykowało jednak duchową Komunię świętą, czyli duchowe zjednoczenie z Jezusem, wypływające z pragnienia Eucharystii. W encyklice “Mediator Dei et hominum” czytamy: “Kościół (…) życzy sobie w szczególności, aby chrześcijanie, zwłaszcza gdy trudno im przyjąć eucharystyczny pokarm w rzeczy samej, przyjmowali go przynajmniej pragnieniem; mianowicie w ten sposób, by wzbudziwszy żywą wiarę, i sercem w czci pokornym oraz całkowicie ufnym wobec woli Boskiego Odkupiciela, zjednoczyli się z nim najpłomienniejszym jak tylko mogą uczuciem miłości.”

ZADANIE: pomyśl o tym, że dzisiaj masz szansę na autentyczne spotkanie z Jezusem, niezależnie od tego, jak wysoko wdrapałaś się na swoją “sykomorę”. On nie patrzy na Ciebie z góry, lecz z miłością wyciąga do Ciebie rękę. Jeśli masz taką możliwość, spróbuj dzisiaj wziąć udział w Eucharystii albo spędzić choć kilka minut w kościele, adorując Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. Jeśli nie masz takiej możliwości, a czujesz takie pragnienie, przyjmij Go do serca w duchowej Komunii świętej.