Wydaje mi się czasem, że najważniejszą sprawą w tej historii o odwiedzinach Jezusa jest to, co robi Maria i Marta. To jednak nieprawda, chociaż często tego nie zauważam i uwijam się wokół rozmaitych posług, jak Marta, albo staram się w skupieniu trwać na modlitwie i słuchać Słowa. Zdarza się, że obie te rzeczy robię z wewnętrznym przekonaniem, że to moje zadanie do wykonania. Staram się więc wykonać je jak najlepiej. Gdy wszystko dobrze się układa – nie ma problemu. Gorzej gdy w roli Marty lub Marii potykam się i popełniam błędy. Wtedy spędzam długie godziny na analizowaniu, co poszło nie tak i dlaczego zawaliłam. Patrząc w przyszłość z kolei, zamartwiam się z lęku, że jutro znowu coś mi nie wyjdzie.

Z takimi zmartwieniami czasem próbuję radzić sobie sama. Poczucie bezpieczeństwa daje mi wtedy kontrola, którą staram się sprawować nad wszystkim, co dzieje się wokół mnie i we mnie samej. Niestety, żeby kontrolować wszystko i wszystkich, trzeba się naprawdę napracować. Przecież nikt lepiej ode mnie nie wykona konkretnych zadań w pracy, nie ogarnie działania kościelnej wspólnoty, nie zrobi zakupów i nie ugotuje obiadu. To ja, superbohaterka codzienności, niewyspana i urobiona po łokcie, muszę wszystkiego dopilnować.

Niekiedy zachowuję się inaczej. Widząc wyzwanie – uciekam, choć nie nazywam tej ucieczki po imieniu. Odkładam kolejne zadania na później, coraz bardziej stresując się tym, że to “później” nieuchronnie się zbliża. Bujam z głową w chmurach, myśląc o tym, jak wielkich rzeczy dokonam gdy już wezmę się do pracy, a zamiast tego spędzam kolejne minuty scrolując Facebooka…

Nadmierna aktywność albo nieprowadząca do niczego bierność – to moje pomysły na zmartwienia przerastające moje siły. Relacja z Jezusem daje jednak jeszcze jedno wyjście. Jest nim otwarcie drzwi. Czasem nieco górnolotnie mówimy o tym, żeby “otworzyć drzwi swojego serca”. Ja, w nawiązaniu do słów Ewangelii, chciałabym napisać jednak po prostu o otwarciu domu dla Jezusa. Nie dokończyłam bowiem jeszcze myśli, którą chciałam się z Wami podzielić już w pierwszym zdaniu. Dla mnie najważniejszą częścią tej historii są te proste słowa: “przyjęła Go do swego domu”. To dużo ważniejsze niż najlepszy obiad, jaki mogła ugotować Marta. To element, bez którego Maria nie mogłaby spędzić czasu u stóp Nauczyciela. Otwarcie drzwi, przyjęcie Go do swojego domu – nie tylko jako gościa, ale po prostu jako domownika. Wtedy jest szansa na to, że zamiast skupiać się na walce z problemami, choć przez chwilę przeniesiemy swoją uwagę poza to, co nas przytłacza.

Gdy dźwiga się wielki ciężar, gdy plecy się pod nim uginają, ciężko patrzeć w inny sposób, niż w dół, pod nogi. Zaproszenie Jezusa do swojego domu, czyli do wszystkiego, co składa się na naszą codzienność, daje szansę na podniesienie wzroku i spojrzenie nie tylko na swój ciężar, lecz w Jego oczy. Wtedy można doświadczyć, że On jest “źródłem wszelkiej pociechy” – dlatego, że JEST BLISKO.

ZADANIE:

Otwórz dzisiaj drzwi Jezusowi. Jak? Jeśli to możliwe, w miejscu w którym spędzisz dziś najwięcej czasu, otwórz Pismo Święte. Niech Jego widok przypomina Ci o żywej obecności Słowa, które stało się Ciałem i zamieszkało (dosłownie)  między nami.