Plecy miała wyprostowane, piąstki zaciśnięte, oczy przymknięte. Wyglądała nie jak dziewczynka, lecz jak porcelanowa laleczka posadzona na sklepowej wystawie, z tą różnicą, że znajdowaliśmy się nie w sklepie, lecz na basenie. Dziewczynka, którą obserwowałam, zjeżdżała z niewielkiej ślizgawki, zachęcana przez rodziców słowami zagrzewającymi do walki z lękiem. Nie wiem, co było głośniejsze – donośne “plum”, gdy wpadła do wody, czy oklaski taty, dumnego z tego, że dziecko tak dobrze się bawi.

Kłopot w tym, że dziecko albo nie bawiło się wcale, albo było mistrzem w ukrywaniu emocji. Tych pozytywnych. Bo napięcie i lęk były widoczne na pierwszy rzut oka.

“Dasz radę! Nie ma się czego bać!” – mi też zdarza się w podobny sposób przekonywać moje dzieci, że jakieś wyzwanie jest w zasięgu ich możliwości. Wielką sztuką jest jednak dostrzeżenie granicy, jaką stanowią faktyczne możliwości i preferencje dziecka. Dużo łatwiej jest zobaczyć tę wyznaczaną przez nasze oczekiwania. A one mogą być różne – od tego, by dziecko będąc na basenie, korzystało z radością z zaoferowanych atrakcji do wyboru odpowiedniego dla naszej pociechy kierunku studiów.

Słowa, jakie docierają do nas od najwcześniejszego dzieciństwa, odbijają się w nas głośniejszym echem, niż myślą ci, którzy je wypowiadają. Zostają w nas długo, wyznaczając szlaki, którymi podążamy niekiedy bezwiednie, myśląc że tak musi być. Powtarzane często przez osoby dla nas najważniejsze, wracają do nas, dyktując, co mamy robić.

Ale zaraz – czy na pewno? Skoro wyrastamy ze słodkich dziewczęcych sandałków i plisowanych spódniczek, może istnieje szansa na to, by wyrosnąć również z życia według scenariusza pisanego przez echo słów z dzieciństwa? Może można z tego wyrosnąć? I dorosnąć – po swojemu?

“Dasz radę!”

Powtarzam to sobie w myślach, gdy zarywam kolejną noc, wymachuję nogami w czasie ćwiczeń z Chodakowską albo staję przed zadaniem, które mnie przeraża. Prawda jest jednak taka, że tak naprawdę bardzo często się boję. Boję się burzy, przeraża mnie latanie samolotem, mimo że często muszę ten lęk przełamywać. Boję się czasem podejść do konfesjonału, boję się o męża wyjeżdżającego do pracy, boję się głośno mówić o tym, co mi się nie podoba. Boję się szczerego pisania, jak teraz. I boję się wystąpień publicznych, choć muszę się dobrze maskować, skoro zdarza mi się słyszeć, że wyglądam jakbym była do tego stworzona.

Maskować się… Chyba właśnie tego uczę się od dzieciństwa. Nie tylko “dawania rady”, ale zakładania masek. Od wczesnych lat wyrabiam sobie nawyk: skoro się boisz, to działaj. A czasem trzeba po prostu pozwolić sobie na ten lęk, przeżyć go, poczuć do koniuszków palców ręki drżącej z emocji. I dopiero wtedy zdecydować, że dam radę albo że nie chcę, nie muszę, nie będę z tym walczyć. Bo ten lęk też jest mój i wcale nie jest moim wrogiem. Wolę go oswajać niż z nim walczyć. Zamiast go w sobie zabijać, wolę go akceptować, a dopiero potem mówić: “wiesz, ale jednak utrudniasz mi życie, więc sorry, musimy się rozstać”.

“Daj, ja to zrobię”

To druga strona tego samego medalu. Na awersie: “dasz radę. za wszelką cenę dasz radę!”. Na rewersie: “uważaj!”. Albo: “nie potrafisz”. Efekt? Bierność i lęk albo bierność i wygoda, w zależności od tego, w jaką stronę podryfujemy w życiu. Podryfujemy – bo gdy to inni podejmują decyzje i działanie za nas, nie ma czegoś takiego jak wolny, świadomy wybór. Nie ma mierzenia się z przykrymi konsekwencjami. Nie ma takiej sytuacji,w  której musielibyśmy “wypić piwo które sami naważyliśmy”. Problem w tym, że unikając porażek, unikamy też małych zwycięstw i dodających skrzydeł sukcesów. Życie jest jakieś takie – bez smaku, a my, patrząc w lustro, widzimy kogoś, kto chodzi, oddycha i marzy w rytmie wyznaczonym nie przez siebie, lecz przez innych.

Lekarstwo jest jedno – pozwolić sobie na porażkę. Spróbować chociaż raz zrobić coś, na czym nam zależy, ale po swojemu i o własnych siłach. Popełniać błędy, wyciągać z nich wnioski, próbować po raz kolejny. I podnosić się z porażek nie tylko z coraz większą siłą, lecz również z poczuciem odpowiedzialności za siebie.

„Tak naprawdę w moim życiu nic mi się nie należy, ale moje życie zależy od działań, które podejmę”. To nieudolna próba przetłumaczenia tekstu, który kiedyś zrobić na mnie duże wrażenie. To prawda – nikt nie będzie mnie w nieskończoność wyręczał w zmierzeniu się z przeciwnościami. I tak naprawdę – nic mi się od innych nie należy. Jeśli czegoś pragnę, muszę zakasać rękawy i postarać się zainwestować w to swój czas i siły. A potem smakować zarówno tego wysiłku, jak i porażek i sukcesów, będących nieodłącznymi elementami życia.

“Skąd ty masz takie pomysły?!”…

…pomysły żeby samodzielnie zrobić klej z kasztanów albo wspinać się na kilkumetrowe drzewa. I śmiałość, by marzyć o egzotycznych podróżach albo dziwnym kierunku studiów. Słyszymy to w życiu tak często, że z biegiem czasu przykładamy do naszych marzeń sztywny szablon rzeczywistości i przycinamy je pod wymiar. Do rozmiaru, jaki mieści się nam w głowie – bo przecież to, co się w głowie nie mieści, nie ma prawa zaistnieć. Tniemy więc bezlitośnie, znieczuleni szarzyzną codzienności.

Tymczasem jedyny zły pomysł to taki, w którego realizacji brakuje chwili zastanowienia. Dotyczy to zarówno sytuacji, w której naszym marzeniom mówimy bezwarunkowe “tak”, jak również momentów, w których nawet nie próbujemy się nad nimi zastanowić i torpedujemy je bezlitosnym stwierdzeniem: “to się i tak nie uda”. Każdy rodzący się w naszej głowie pomysł to jakaś informacja o tym, co dla nas ważne. Skoro tak, warto przynajmniej dać sobie chwilę na to, by siebie wysłuchać i odkryć, co jest naszym prawdziwym pragnieniem.

Moje pomysły bywają dziwne. Choć od dawna nie mam nic wspólnego z tańcem (a i w czasach, gdy go trenowałam, była to działalność bardzo amatorska), w wolnych chwilach przestrzeń między przedpokojem a kuchnią pokonuję kręcąc obroty pique. Albo przynajmniej swoją wariację na ich temat.  Z roku na rok potrafię zrobić ich coraz więcej na raz, choć jestem przekonana, że to umiejętność z gatunku raczej bezużytecznych.  Mnie jednak cieszy :)

Dzisiaj przeglądałam strony związane z turystyką wysokogórską i wejściem na Mount Blanc. Od jakiegoś czasu też wraca do mnie myśl, żeby zacząć kolejne studia. Biorąc pod uwagę, że skończyłam dwa kierunki i mam dzieci w wieku szkolnym, którym poświęcam sporo uwagi, pomysł wydaje się absurdalny. Choć kusi mnie, by usłyszeć kiedyś jeszcze rozbrzmiewające na sali wykładowej “Gaudeamus Igitur”, wiem, że to nierealne. Wiem jednak też coś więcej. Te wszystkie pomysły nie biorą się znikąd! Jest we mnie pragnienie poznawania świata, przyswajania wiedzy, zgłębiania konkretnych problemów. Lubię czytać do poduszki nie tylko lekkie powieści, ale i opasłe historyczne tomiska. Uwielbiam góry, kocham taniec – to wszystko część mnie. Skoro tak, muszę znaleźć sposób, by zaspokoić ten głód – niekoniecznie wchodząc na alpejskie szczyty czy idąc na studia, lecz angażując się w inne zajęcia, które dadzą mi możliwość rozwoju.

“Absurdalne i głupie pomysłe” jakie pojawiają się w mojej głowie są siłą napędową do tego, by robić to, co kocham. Otoczenie zazwyczaj na początku podchodzi do takich prób z rezerwą, ale.. to nie otoczenie jest ważne. Ważny jest smak, jaki nadaje życiu spełnianie swoich małych marzeń. Pierwszym krokiem do tego jest wysłuchanie siebie – nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że nasze pomysły są irracjonalne i nierealne. Możliwość działania pojawia się wtedy, gdy mamy odwagę słuchać swojej wyobraźni.

To tylko echo

Jakie słowa najczęściej rozbrzmiewają w Twojej głowie? Co jest Twoją pierwszą myślą, gdy osiągasz mały sukces albo doświadczasz porażki? I czy te słowa są jedynie Twoimi towarzyszami, czy może jesteś ich…niewolnikiem?

Niezależnie od Twojej odpowiedzi – to tylko echo słów, które już wybrzmiały. To od Ciebie zależy, jakie myśli i przekonania będą kształtować Twoją przyszłość. Niezależnie od daty urodzenia, jaka widnieje w Twoim dowodzie osobistym, możesz wyrastać z tego, co Cię ogranicza i dorastać od piękna Twoich pragnień. Po swojemu. Zgodnie z tym, co nosisz w sercu.