Przyznam szczerze, że jestem jedną z tych mam, które w czasie ciąży bardzo intensywnie przeżywały syndrom „wicia gniazda”. Od szóstego miesiąca ciąży ubranka dla niemowlaków leżały w szafie wyprane, wyprasowane i posortowane kolorystycznie, a tuż obok w równym rządku stały spakowane torby: na ewentualny wcześniejszy wyjazd do szpitala, na poród, na dzień po porodzie. Gdy teraz o tym myślę, uśmiecham się do siebie samej sprzed kilku lat, ale taka właśnie jestem i to był chyba mój sposób na poradzenie sobie z niepokojem i wyrażenie swojej radości.

Po tym, jak straciłam swoją pierwszą ciążę, w kolejnych byłam przeczulona na puncie stanu zdrowia malucha. Stawiałam się na badania kontrolne, łykałam posłusznie wszystkie przepisane preparaty, liczyłam ruchy płodu, ba! myślałam nawet o zakupie detektora tętna. Okres końcówki ciąży sprzyja zresztą różnym pomysłom tego typu i nie do końca przemyślanym inwestycjom. Gdy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, widzę, co było konieczne, co jedynie przydatne, a co zbędne.

Oto moja subiektywna lista:

Niebieskie dla chłopczyka, różowe dla dziewczynki? 

Niekoniecznie, a przynajmniej na początku. Jakie znaczenie ma kolor śpioszków, na które maluch uleje mleko? A gdy zdarzą się jakieś rewolucje żołądkowo-jelitowe i w czasie piętnastominutowego spaceru z przychodni trzeba będzie przewijać i przebierać dziecko trzy razy na trawnikach po kolejnymi blokami (autentyk niestety :) ), kolor spodenek będzie najmniejszym problemem. Na pewno fajnie jest dać upust swojej radości, kupując kilka ubranek na szczególne okazje, warto jednak pamiętać, że dzieci rosną baaardzo szybko. Moje pociechy dorastały korzystając w dużej mierze z ubrań, jakie dostawaliśmy od znajomych. Przekazywaliśmy je potem dalej, by mogły z nich korzystać inne maluchy. To nie tylko po prostu dobre :) i praktyczne – to również ekologiczne.

Sesja z brzuszkiem

Dla niektórych fanaberia, dla innych najważniejsze wydarzenie przełomu drugiego i trzeciego trymestru. Mój mąż trochę kręcił na to nosem, ale ja byłam nieustępliwa – właśnie taki prezent urodzinowy wymarzyłam sobie w czasie ciąży z naszym synem. Do dzisiaj na zdjęcia patrzę z ogromnym wzruszeniem – nie tylko dlatego, że jestem tam o kilka kilogramów lżejsza niż dzisiaj ;) Fotografowi udało się uchwycić naszą zwariowaną, nieco chaotyczną codzienność i autentyczną radość.

Zdjęcia dokumentujące przebieg ciąży to wspaniała pamiątka. Niekoniecznie trzeba w tym celu inwestować w zawrotnie drogą sesję fotograficzną – wystarczy zainspirować się różnymi ujęciami mam z brzuszkiem, jakie możecie znaleźć w internecie i poprosić o pomoc kogoś z rodziny lub grona przyjaciół.

Monitor oddechu

To chyba najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu. Wiem -to co piszę jest bardzo subiektywne i wynika z tego, o czym wspominałam na początku: od chwili, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, drżałam o moje maluchy. W obu przypadkach moje dzieci przyszły na świat miesiąc przed terminem, z niską masą urodzeniową. Ubranka w rozmiarze 56 zakładaliśmy dopiero 3 miesiące po narodzinach. Gdy teraz patrze na te mikroskopijne bodziaki, ciężko mi uwierzyć, że moje dzieci (dziś wysokie niemalże ponad normę) były takie malutkie. „Ohoho, kurczak w sklepie waży więcej” – skomentowała z uśmiechem jedna z położnych w czasie obchodu, kilka dni po narodzinach mojego synka. „Pierwsze dziecko tez było hipotrofikiem?” – dodała pediatra. A ja czułam, że ich słowa absolutnie mnie nie uspokajają!…

Dlatego gdy znalazłam się w domu, z dużą ulgą patrzyłam na monitor oddechu. Odkładając dziecko do łóżeczka, czułam się spokojna. Gdy kilka razy włączył się alarm (a tak się zdarzyło), biegłam do dzieci szybciej, niż jakikolwiek strażak do gaszenia pożaru! Do tej pory nie ma dla mnie bardziej przerażającego dźwięku niż to przejmujące „tiiii tiiii tiii”…

Drogie kosmetyki

Proszę Państwa, przed Wami być może nie jedyna osoba na świecie, która z powodu „aksamitnej konsystencji” i „neutralnego zapachu” pomyliła dwa podobne do siebie opakowania i nasmarowała dziecko nie balsamem, ale mydłem w płynie, po czym położyła je do łóżeczka… ;) Czy coś się stało? Nie. Zorientowałam się następnego dnia, że chyba poprzednio zaszła jakaś pomyłka. A choć „aksamitna konsystencja” była faktycznie aksamitna, nie widzę zbyt wielkiej przewagi kosmetyków z górnej półki nad tymi, które produkują nasze rodzime firmy. Powiem więcej, jako mama alergika – emolienty działają dobrze jedynie wtedy, gdy dziecko nie ma problemów ze skórą, w przeciwnym wypadku naprawdę niewiele dają, a jakąś (niekiedy również niewielką) skuteczność mają jedynie maści apteczne. Prawdą jest też, że część kosmetyków trzeba wypróbować naprawdę na własnej skórze. Dla mnie jednak tradycyjny Penaten (pamiętam go jeszcze z czasów komunizmu!) jest równie dobry, o ile nie lepszy od francuskich kosmetyków, których nazwy mówią mi tak niewiele, że potrafię pomylić…mydło i krem ;) Kurtyna, oklaski, tak – wiem, to kompromitujące… ;)

Święty Ignacy i Matka Boska Brzemienna

Każda ciąża była dla mnie czasem doświadczania duchowego kryzysu. Być może działo się tak dlatego, że nosiłam w sobie nie tylko nowe życie, lecz swój własny, dobrze we mnie zadomowiony lęk – i to właśnie on czasem brał górę nie tylko nad rozsądkiem, ale też wiarą. Rosnący brzuch i ciążowe dolegliwości bywały dobrą wymówką, by zrezygnować z modlitwy czy nie pojechać do kościoła. To był więc czas dość specyficznej i zaciętej walki duchowej. Zdarzały się w jej czasie chwile, gdy byłam naprawdę daleko od Boga. Jednak nawet wtedy nie przestawałam się modlić za dziecko, które noszę pod sercem. To było silniejsze od mojego lęku, od zwątpień i czarnych myśli…

Od wielu, wielu lat w moim życiu pojawiał się jeden szczególny wizerunek Matki Bożej. W gdańskim Matemblewie znajduje się sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej – i to właśnie Jej powierzałam swoje obawy, rozterki i zdrowie moich dzieci. Kto mógł mnie zrozumieć lepiej, niż Ona?

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że patronem matek spodziewających się dziecka jest również mój ulubiony Ignacy z Loyoli. Spowodowane jest to następującą historią: „Dnia 27 sierpnia 1545 roku ojciec Ignacy został wezwany do Palazzo Madama i spędził prawie cały dzień w tym pałacu. Wyspowiadał Małgorzatę, która uczestniczyła we Mszy św. i z wielką pobożnością przyjęła Komunię św. Pozostał na modlitwie w prywatnej pałacowej kaplicy aż do zakończenia jej porodu. Urodziło się dwoje bliźniaków, z których pierwszego ochrzciła zaraz sama położna, nadając mu imię Jan Karol (zmarł on po kilku miesiącach). Wyczuwając niebezpieczeństwo dla życia drugiego bliźniaka, święty Ignacy Loyola ochrzcił go w formie prywatnej, nadając mu imię Jan Paweł. ” (cytat ze strony jezuici.pl)

W tym roku, 31. lipca,  po raz kolejny mogłam się wsłuchać w słowa, towarzyszące błogosławieństwu wody św. Ignacego. Tekst jest przejmujący! A ja mocno wierzę, że wstawiennictwo świętych i moc modlitwy Kościoła obejmuje w ten sposób wszystkie mamy, nie tylko te związane z jezuitami ;) i również te, które doświadczają duchowych trudności:

Panie święty, Ojcze wszechmogący i wieczny Boże, który, zlewając na słabe ciała łaskę swego błogosławieństwa, miłosiernie ochraniasz dzieło rąk Twoich, racz łaskawie przyjąć wezwanie Twego Imienia i przez wstawiennictwo świętego Ignacego – Twego wyznawcy, uwolnij od choroby Twoje sługi i obdarz zdrowiem, podźwignij swoją prawicą, umocnij siłą,strzeż ich swoją potęgą i we wszelkiej pomyślności przywróć ich Twojemu Kościołowi świętemu….”

Piękne, prawda? Warto korzystać z tej pomocy Kościoła :) A wszystkim Mamom, które oczekują na narodziny rosnącego pod ich sercem skarbu, życzę umocnienia wiary, prawdziwego pokoju i mądrych, przemyślanych decyzji – nie tylko tych, dotyczących zakupów.