Pamiętam pierwszy września zeszłego roku. Biegałam wtedy między dwiema szkołami, zahaczając jednocześnie o szpital, w którym mieliśmy skonsultować wyniki jakichś badań. Było gorąco, a oczekiwanie na lekarza dłużyło się w nieskończoność, przeglądałam więc wiadomości na Facebooku. W jednej z grup zrzeszających Bardzo Zaangażowanych Rodziców, oburzenie wywołało zdjęcie, które dla mnie było autentycznie zabawne:

A że tak naprawdę najbardziej oburza mnie brak dystansu do siebie, opuściłam tę grupę jak najszybciej. Pozostało jednak pytanie o to, w jak różny sposób odbieramy rzeczywistość i czy na pewno najbardziej skutecznym sposobem komunikacji jest święty oburz ;)

Od tego czasu minął prawie rok. Jutro po raz kolejny uśmiechnę się na widok zdjęć takich jak to:

bo wciąż wydają mi się śmieszne. Tłumaczę jednak od razu, że dni mijające do końca wakacji liczę raczej z niepokojem niż radosnym oczekiwaniem. Jak co roku, również i teraz czekają na nas nowe wyzwania. I może jestem dziwna, ale zazwyczaj nie dokonuję bilansów rocznych zysków i strat w dniu 31 grudnia. To raczej początek roku szkolnego w naturalny sposób prowadzi mnie do podsumowania minionych dwunastu miesięcy.

To podsumowanie będzie subiektywne, osobiste i napisane od serca. To będzie lista o mnie i moich małych odkryciach. Lista lekcji odrobionych, a jednocześnie zadanych na kolejne dwanaście miesięcy.

  1. Lepsza organizacja.

Jakiś czas temu autorzy strony Gaudium et Mems zaproponowali taką wersję słów Jezusa: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego: lepszej organizacji”. Zaśmiewałam się do łez czytając to zdanie – po części dlatego, że Marta, która we mnie mieszka, naprawdę stara się zorganizować wszystko i wszystkich.

Jestem szoferem, wożącym dzieci do szkoły i na zajęcia dodatkowe. Jestem kucharzem i dietetykiem, krawcową i stylistą, pielęgniarką, terapeutą i animatorem czasu wolnego. Posiadam też umiejętność lokalizowania zagubionych klocków lego i budowania z nich pojazdów maści wszelakiej. Nie skarżę się z powodu nadmiaru zajęć, nie obnoszę się z też z umiejętnością rozciągania doby, bo potrafi to zrobić każda mama. Po prostu – staram się dawać radę. Zazwyczaj. Bo są też takie chwile, w których czuję, jak mocno sprawdza się zdanie, który kiedyś usłyszałam: „trzeba się spalać, żeby świecić”. A kto się spala, łatwo może się wypalić…

Lekcja którą odrabiałam przez ostatnie 12 miesięcy: pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, czyli bycia nie tylko rodzicem, ale też dzieckiem. Bożym dzieckiem, które może się poskarżyć, wypłakać i przyznać do słabości. Bez tego też można być mistrzem organizacji, ale tylko do czasu. Codziennie muszę to sobie przypominać: żeby być w stanie kochać, muszę czerpać miłość ze Źródła. Bo mogę wszystko, owszem – ale tylko w Tym, który mnie umacnia. (Flp 4,13)

2. Chwila dla siebie

Znacie takie sytuacje? Idziecie wziąć prysznic i nagle wszyscy zaczynają pukać do drzwi łazienki? Chcecie nie więcej niż 15 minut tylko dla siebie, ale dokładnie wtedy dziecięce głosiki przedstawiają Wam tysiąc spraw, które nie mogą poczekać ani sekundy dłużej. Jakby dzieciaki miały jakiś detektor, kurka wodna! ;) Nauczyłam się w tym roku mówić w takich chwilach: „Będę cała dla Was, ale za kwadrans. Na razie muszę odpocząć”. Pomijam tu oczywiście sytuacje, w których następuje pożar, tornado albo ryzyko ciężkiego uszczerbku na zdrowiu dziatwy. I to działa.

Kolejna lekcja: mam prawo do wypoczynku, do zadbania o siebie przez dobrą dietę i wysiłek fizyczny (a na to też trzeba czasu), do odpowiedniej ilości snu. Dobitnie przypominało mi o tym w ostatnim roku pogarszające się samopoczucie fizyczne. Pielgrzymowałam od lekarza do lekarza i przede mną pewnie jeszcze sporo wypraw po witaminy i dobrą radę. Z każdą taką rozmową docierało do mnie jednak co raz wyraźniej, że zdrowie to coś więcej niż łykanie tabletek, że nic nie zastąpi racjonalnego trybu życia (nie od święta, ale na co dzień). Powoli uczyłam się  tego, że jedna z najważniejszych osób, o które muszę zadbać, spogląda na mnie codziennie z lustra. Jeśli ona nie będzie miała sił, nie zadba o nikogo wokół siebie.

 

3. Niespodzianki są niespodziewane, czyli kreatywność.

Ostatnie dwanaście miesięcy przyniosło mi coś, czego nigdy się nie spodziewałam. Blog rozwinął się na tyle, że mam szczęście współpracować regularnie z deon.pl i poznawać pracujących tam fantastycznych ludzi. Miałam okazję wystąpić w telewizji, wziąć udział w spotkaniach z kobietami w różnych miastach i podzielić się swoimi refleksami w czasie konferencji „Być kobietą urzekającą”. Minione 12 miesięcy to wiele ważnych rozmów i wiele nowych, bardzo inspirujących znajomości. I jeszcze rok temu byłabym bardzo zdziwiona, patrząc na to, co się wydarzyło. Dziś wiem, że to nie wszystko, bo na horyzoncie czekają nowe wyzwania, nowe pragnienia i fajne projekty. Obiecuję Wam w odpowiednim czasie podzielić się tymi małymi radościami.

To wszystko nie bierze się znikąd – zabrzmi to banalnie, ale z roku na rok uczę się coraz bardziej słuchać siebie i iść za małymi i większymi marzeniami. Coraz wyraźniej widzę też, że to ja – nie nikt inny – jestem osobą, która powinna uczyć tego samego moje dzieci. Moim zadaniem jest wychowanie rozumiane jako towarzyszenie, a nie narzucanie własnych wizji rozwoju. Trzymam dłoń moich dzieci nie po to, by ciągnąć je w określonym przeze mnie kierunku, lecz by poznać ich tempo podróżowania przez życie. Mam obserwować, rozwijać ich mocne strony, wspierać to, co w nich dobre. Wtedy wykorzystam ich potencjał, naturalną siłę napędową – coś, co już w nich jest, a co razem możemy odkryć. I choć na co dzień bywa to trudne, wiem że bardzo, bardzo chcę zaliczyć tę lekcję na piątkę z plusem.