„Wysoka gorączka trawiła teściową Szymona.” (Łk 4,38) Łatwo mogę jednak sobie wyobrazić, że rozgorączkowanie zaczęło się dużo wcześniej. Może biegała tak jak ja – od jednego obowiązku do drugiego, a przecież gdy biega się sporo, pojawia się zadyszka, rumieniec i poczucie gorąca. Może to emocje ogrzewały, gdy widziała ciepły uśmiech i rozgrzewały, gdy kilka nieopatrznych słów zaostrzało konflikt czy komplikowało jakąś sytuację. Trawiła ją nie tylko gorączka, lecz czasem również złość i zazdrość. Pochłaniał ją lęk i zatroskanie. Miała takie dni, gdy nie wiedziała, w ręce włożyć – zwłaszcza gdy to ku niej wyciągały się małe rączki. „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat” – nuciła może czasem, dokładnie tak jak ja, gdy wsłuchuję się w płyty Anny Marii Jopek.

Najpierw przestała wyraźnie widzieć. Gdy pot zalewa czoło, ciężko zachować wyostrzony wzrok i skupić uwagę na tym, co najważniejsze. Zdarzało się jej też w gorączce mówić słowa, których nie wypowiedziałaby, gdyby wszystko było dobrze. Zdarzało się wykrzykiwać swój lęk i niezgodę na rzeczywistość. Aż w końcu stało się. Zabrakło sił. Gorączka ścięła ją z nóg – dosłownie.

Przeglądam się w tej historii jak w lustrze. Dotykam swojego czoła by sprawdzić, czy nie jest gorące. Słucham przyspieszonego oddechu i próbuję zatrzymać pędzące w wiecznej gonitwie myśli.

„On stanąwszy nad nią rozkazał gorączce, i opuściła ją.” W moim zabieganiu zastanawiam się czasem, co trzeba zrobić, żeby tego doświadczyć – ile dziesiątek różańca odmówić, ile kazań wysłuchać, ile przeczytać książek. I jakich. Z kim porozmawiać i kogo spytać o radę. A to wszystko nic innego, jak dalsze symptomy gorączki…

Kiedy człowiek leży bez sił, nie jest w stanie zrobić nic. Bo gorączka go trawi – czyli pożera. Doświadczenie pokoju przynosi jednak coś innego niż nawet bardzo pobożna aktywność. Pokój to wynik równania, w którym dodaję do siebie… siebie. I Boga. Pokój rodzi się ze spotkania.

„On stanąwszy nad nią rozkazał gorączce, i opuściła ją.” Taki cud dzieje się niekiedy w czasie krótszym niż jedno „Zdrowaś Mario”. I czasem nie trzeba biec za Jezusem. Czasem wystarczy po prostu nie uciekać.