To był dzień, w którym po raz kolejny udowodniłam sobie i światu, że potrafię. Umiem schować zmęczenie do kieszeni – poskładać je dokładnie i odłożyć na później, gdy będę mogła już okazać słabość. Umiem robić pięć rzeczy na raz, ogarniać odrabianie lekcji (o matko, skąd w zeszycie pojawiły się słowa „durzy bót”?!), poszukiwanie zagubionych klocków lego (zazwyczaj odnajdują się pod moją stopą) i gotowanie kilku dań jednocześnie, jak wczoraj, gdy spodziewaliśmy się znajomych.  Nie daję się pokonać takim drobiazgom, jak rosnący bałagan i pojawiające się znikąd dziecięce marudzenia. Odkrywam nawet nowe rzeczy – na przykład to, że pieczona papryczka chilii również jest ostra i że nawet jeśli umyje się ręce, trzeba być odważnym, żeby odragniać nimi włosy, które wpadły do oka…

Jest super. Jest idealnie – do czasu. Bo w pewnej chwili, gdy pojawia się o jedno zadanie zbyt dużo, okazuje się że jednak jestem nie super mamą, nie perfekcyjną panią domu, a zwyczajnym człowiekiem. W dodatku takim, którego potrafi wyprowadzić z równowagi jeden SMS albo rzucona przez męża neutralna uwaga. Zamieniam się wtedy w równie perfekcyjnego jak wszystko, co próbuję zrobić mistrza ciętej riposty. I żałuję tego już kilka sekund później, gdy słyszę swoje słowa i dosłownie czuję, jak przez nie zagęszcza się domowa atmosfera.

Wtedy uświadamiam sobie, że bycie mistrzem ciętej riposty to żadna szuka. Przez długi czas wydawało mi się, że jest inaczej. Mieć odpowiedź na każdą zaczepkę – to wydawało mi się oznaką siły. Nie doprowadzać do sytuacji, w których ktoś mógłby mnie przegadać i mieć ostatnie zdanie. I napawać się iluzją pewności siebie, jaką się wtedy zyskuje.

To jednak żadna sztuka. Walczyć na słowa i wygrywać – to nic takiego. Przyjmować atak i rozbrajać rzucane w nas słowa, zamias okopywać się w swoich racjach i ranić- to dopiero wyzwanie. Wielką sztuką jest rozmawiać tak, żeby wynikało z tego dobro, a nie tylko mój dobrostan.

Jezus często proponuje odwrócenie porządku, jaki znamy, wprowadzając zupełnie inny: pierwsi mają być ostatnimi, a ci, którzy mają władzę, mają też służyć. Błogosławieni są nie ci, którzy w każdym sporze użyją najlepszych argumentów, lecz ci, którzy wprowadzają pokój. Również słowami.

A co z tymi, którzy dążą do perfekcji? Co z tymi, którzy przecież w dobrej wierze i bez złych zamiarów działają tak, alby wszystko układało się idealnie? Może tu też trzeba odwrócić porządek jaki znamy i do którego się przywiązaliśmy? Zamiast robić wszystko na sto procent normy, pozwolić sobie na chwilę odpoczynku? Zaakceptować to, że zamiast ciasta wychodzi czasem zakalec, że z porządku bardzo szybko robi się bałagan, że świat nie jest idealny i że nam do ideału daleko? Przyznać, że irytuje nas to, co irytować nie powinno, a wymuszony uśmiech sprawia, że nie możemy swobodnie oddychać. I że czasem nie wszystko potrafimy, że nam nie wyszło, że potrzebujemy pomocy.

Dzięki temu łatwiej będzie zobaczyć wokół siebie nie ludzi, którzy koniecznie muszą wpisać się w nasz idealny sposób patrzenia na świat, ale ludzi, którzy mają prawo do popełniania błędów. Wtedy łatwiej będzie o wyrozumiałość, a słowa pełne pokoju i zgody – na siebie i na innych – pojawią się w sposób naturalny.

I to dopiero brzmi jak prawdziwy ideał… :)