Do dominikanów wpadałam czasem ze względu na piękną muzykę i mądre kazania. Jezuitów cenię za zaangażowanie, pasję głoszenia Słowa i mądrość towarzyszenia duchowego. U pallotynów zachwyciła mnie msza dla dzieci, z kolei atmosfera pobliskiego zabytkowego kościoła bardzo ułatwia mi skupienie. Mam więc swoje powody do tego, by co jakiś czas robić niedzielne wycieczki. Churching ma swoje plusy – pozwala poznawać to, co dobre. Dziś jednak przekonałam się, że czasem „cudze chwalicie”, bo swoje wydaje wam się zbyt swojskie…

Było trochę tak, jak w jednym z wierszy księdza Twardowskiego, tym o łasce Bożej w brzydkim kościele. Bo kościół był zwyczajny, wokół mnie tłumy, a na parkingu problem z parkowaniem. Gitara nieco rozstrojona, choć sama Lauryn Hill nie powstydziłaby się głosu, jakim kilkuletnia dziewczynka zaśpiewała psalm. Kazanie proste, lecz trafiające pewnie w do dziecięcych serc równie skutecznie, jak to na mszy rodzinnej u dominikanów. Oazowe hity, tak różne od moim ulubionych pieśni, lecz śpiewane z zaangażowaniem i pełnym głosem. I Boże Słowo, które wszędzie jest skuteczne i nie potrzebuje nadzwyczajnych okoliczności, by przemieniać.

„Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”- usłyszałam. Szczerze? Chwilami tak. Zwłaszcza wtedy, gdy wydaje mi się, że to ja, to własnie JA w pocie czoła pracuję, zbierając winne grona, wyrywając chwasty i podlewając. To JA, przodownik pracy, wykazuję się największą efektywnością, choć wrodzona skromność każe mi tego nie ujawniać. Dlaczego więc nie dostaję zotego medalu i tytułu pracownika miesiąca?

Przecież znam się na wszystkim najlepiej. Rucam dyskretne acz celne uwagi o tym, kto modli się za mało albo nie tak jak trzeba. Wiem, w którym kościele fałszuje organista, a ksiądz układa kazania, usypiające skuteczniej niż kołysanka. Udowodnię, że u tradsów jest zbyt poważnie, u charyzmatyków za głośno, a w kole różańcowym za nudno. Nadmucham z moich argumentów wielką bańkę, która w końcu z hukiem pęknie. I wtedy zobaczę, że winnica jest hen, hen daleko, a ja wciąż stoję bezczynnie na rynku – nie dlatego, że nikt mnie nie najął do pracy, lecz dlatego, że wolałam narzekać, zamiast zakasać rękawy i dokonać choćby niewielkiej zmiany.

„Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Nie, Panie Boże. Błogosławię Cię za to, że dajesz mi kolejne szanse! Bo często gadam dużo więcej niż robię. Często ględzę, smęcę i wytykam błędy, zamiast po prostu wziąć się do pracy. A Ty w dziwny sposób nie potrafisz powstrzymać się od tego, by mnie szukać. I wracasz wciąż w te wszystkie miejsca w których zajmuję się marnowaniem swojego czasu i sił na smutki oraz frustracje. (Mt 20, 1-16a) Codziennie, co godzinę, co chwilę zapraszasz: „No chodź, potrzebuję właśnie Ciebie.”

 

„O łasce Bożej w brzydkim kościele”

Kościółek był tak brzydki, że nie powiem który,
brzydota wprost się lała z każdej większej dziury
Dobry święty Antoni miał twarz wykrzywioną,
inny święty był lepszy, lecz przed wojną spłonął
Żostała po nim broda na pace przy murze,
wota i dwie donice na fikusy duże
Barankowi z chorągwi popruły się żebra,
a za oknem drżał deszczyk z jaskółek i srebra,
o cały cmentarz dalej, gdzie już las wysoki
kolory czarnych jagód składał na obłoki

I nagle cud się zdarzył,
że w to straszne wnętrze –
szły na mnie jakieś dłonie od winnic gorętsze –
i uniosły mą duszę nad rude anioły
pod Matki Boskiej oczu szafirowe pąki

Wtedy sercem ukląkłem. I płakałem wiele