Cisza przerwana dyskretnym szeleszczeniem papierka. Moja córka, przysunięte do szafki krzesło, szczęśliwa buzia pełna czekolady. I mój pobłażliwy uśmiech, mimo że to przed obiadem – że dziecko takie zaradne… ;)

Często wydaje mi się, że jestem farciarą, kiedy uda mi się coś na Panu Bogu wymusić. Albo po cichu uszczknąć kostkę czekolady bez pytania Go o zdanie. W końcu co mi się uda zwinąć i skonsumować, to moje, prawda? I może On też czasem pobłażliwie się uśmiecha…

Coraz częściej odkrywam jednak, że dużo więcej radości jest w powiedzeniu: ” A jak Ty chciałbyś, żeby to wszystko wyglądało?” zamiast „zrób to i tamto, proszę, proszę, PROSZĘ… no proszę!”. Dużo więcej szczęścia daje niewymuszanie. Paradoksalnie – dają je też puste ręce, a nie chowana po kieszeniach czekolada.

Te puste ręce rzadko zresztą zostają puste. Bo On je wypełnia – ale nie tak jak świat, który daje i jednocześnie wiąże. On daje w taki sposób, że nic w tym dawaniu nie przygniata, nie przytłacza, a jednocześnie nasyca przy tym każdy mój głód.

I to chyba właśnie jest wolność.