Nigdy nie przepadałam za wodą. Dużą niespodzianką była więc dla mnie największa miłość tego lata – zakochałam się w żaglach. Dosłownie!… :) A dlaczego? Spójrzcie sami:

Do tej pory pływałam raczej stylem rozpaczliwym, niejednokrotnie walcząc z paniką. Chcąc kontynuować moją żeglarską przygodę, musiałam więc nauczyć się pływać i przyznam szczerze, że początkowo traktowałam to jak przykrą konieczność. Pływanie byłoby ok gdyby nie… woda ;). Woda wlewająca się do uszu, do nosa, zakrywająca twarz i sprawiająca, że trzeba spędzić potem pół godziny susząc włosy. Nie, to nie dla mnie – myślałam przez długi czas. Jaki jednak miałam wybór? :)

Zajęcia okazały się dużo przyjemniejsze niż początkowo myślałam. W pewnym momencie poczułam jednak znużenie. Ile razy można pływać z deską, ćwicząc jedynie pracę nóg? Przecież nie jestem dzieciakiem, chyba się nie utopię bez tej deski, nie? I po co powtarzać te same elementy tyle razy, skoro mam wrażenie, że wychodzi mi to całkiem dobrze?…

Dzisiejszy dzień wyjaśnił mi to wszystko bez słów. To właśnie dzisiaj złożyłam z tych małych puzzelków większą całość. I nagle okazało się, że mozolne i nudne ćwiczenia miały sens, bo każdy wyćwiczony wcześniej element splata się z innymi w całość. W płynną całość! Taką, która sama…płynie :) i to z jaką radością!

„Wypłyń” – ale czy dzisiaj?

„Wypłyń na głębię!”. Moje pierwsze skojarzenie: Lednica :) A Wasze? Każdy z nas usłyszał pewnie kiedyś w sercu takie słowa. Czasem były zachętą do tego, by zaufać nie swojemu lękowi, lecz Bożemu zaproszeniu i – dosłownie – rzucić się na głęboką wodę. Niekiedy w życiu bywa jednak inaczej. Początkowy zapał znika, pozostawiając tylko wspomnienie doświadczenia Bożej bliskości – doświadczenie które z upływem czasu coraz częściej poddajemy w wątpliwość. Bo może nam się wydawało? Bo może Bóg wcale nie zapraszał do wielkich rzeczy, do bliskiej i żywej relacji, do doświadczania Jego miłości na co dzień? Może tak się nie da? Może to dla innych, nie dla mnie?

Bo przecież nie dzieje się nic nadzwyczajnego – wciąż to samo, powtarzalność i przewidywalność kolejnych elementów. Codzienność, w której jeden dzień podobny jest do drugiego. Te same słabości ciągnące się za nami jak kula u nogi. Kolejne spowiedzi, postanowienia poprawy, upadki, porażki, łzy i złość. Płytka kałuża zamiast głębi, która budziła w sercu jedyną w swoim rodzaju tęsknotę…?

Nie! „Wypłyń na głębię” to słowa aktualne każdego dnia. Nie zawsze jednak oznaczają skok na głęboką wodę dokładnie w chwili odczytania Bożego zaproszenia do działania. Czasem trzeba „stracić czas” na mozolne ćwiczenia, które w naszym odczuciu mogą nie mieć większego sensu, ale które sprawiają, że kiedyś wypłyniemy lub wręcz pofruniemy niesieni jak na skrzydłach i zdziwieni tym, że nagle rozumiemy więcej, widzimy inaczej, działamy mądrzej. Niektóre cuda dzieją się nie w ułamku sekundy, lecz są efektem długiej i mozolnej współpracy z Bogiem, który zachęca: „Spróbuj jeszcze raz. I jeszcze raz. I po raz kolejny.”

Zgoda na to, by „wypłynąć na głębię” wymaga nie tylko odwagi i serca pełnego zapału. Trzeba też cierpliwości i wytrwałości, by nie zniechęcać się, gdy będzie nudno, szaro i pozornie bez sensu. To też jest odwaga, tyle że taka, która mniej rzuca się w oczy i której sami niekiedy nie doceniamy. I kto wie, może właśnie na tym polega prawdziwe zaufanie.

Moja wielka wina?

Nauka wypływania na coraz głębszą wodę uczy mnie jeszcze jednej rzeczy. W życiu duchowym, widząc to, co złe, przechodzę często w naturalny sposób do mea maxima culpa, a potem niekiedy wzdycham ciężko, bo widzę jak wiele we mnie słabości. Czasem prowadzi mnie to do Boga, a czasem w zupełnie przeciwnym kierunku, bo patrzę tylko na siebie, na to co mi nie wyszło i na to, czego mi brakuje.

Jak to możliwe, że w czasie nauki pływania myślę w zupełnie inny sposób? Przecież w tej dyscyplinie czuję się bardzo niepewnie. A jednak dopytuję wprost i nie czując żadnego wstydu: „Co robię źle?”. Nie zadaję jednak tego pytania po to, by się dołować. Pytanie o to, co robię źle jest najprostszym sposobem, by… robić coś dobrze. Pytam, patrzę, uczę sie, próbuję. Naśladuję kogoś, kto ma wiedzę i doświadczenie większe od mojego. A gdy coś w końcu mi wychodzi – po prostu się cieszę. I idę dalej. O pardon! – płynę.

„Co robię źle? Pokaż mi, jak zrobić to dobrze”. Może to właśnie o to chodzi w rachunku sumienia? Może zamiast „rachować” grzechy lepiej spytać Boga, co można zrobić inaczej? Zamiast spuszczać wzrok ze wstydem, spojrzeć na Niego i zapytać, w jaki sposób On poradziłby sobie z naszym problemem? A potem – patrzeć na Niego, uczyć się, próbować i naśladować. To czasem mozolna i powtarzalna, ale chyba najprostsza droga do Miłości.