O tym, że to właśnie dzisiaj jest Czarny Wtorek i ogólnopolski strajk kobiet dowiedziałam się przypadkiem. Paradoksalnie – informacja ta dotarła do mnie tylko dlatego, że ktoś ze znajomych postanowił wziąć udział w facebookowym wydarzeniu będącym odpowiedzią na tę akcję, czyli w „anty-strajku”.

Kilkanaście dni temu, w samym sercu mojej ulubionej gdańskiej dzielnicy usłyszałam głośne: „Ratujmy kobiety!”. Uśmiechnęłam się, gdy zauważyłam że głos nawołujący do zbierania podpisów pod nową ustawą należy do dawnej znajomej, w dodatku również mojej imienniczki. Przez kilka sekund chciałam nawet do niej podejść i zagadać – bez oburzenia czy chęci dyskusji. Więcej było we mnie chyba zdziwienia.

Nie czuję, żeby ktoś musiał mnie ratować. I wiem, wypowiadam się tylko za siebie, ale skoro chodzi o mój osobisty podpis pod ustawą, o moją wypowiedź, o moje stanowisko, to myślę, że mogę zapytać szczerze: przed czym mam zostać uratowana?

Jestem jedną z wielu. Dzielę dobę na czas dla rodziny, pracę zawodową, sprzątanie i gotowanie, znadując w międzyczasie również kilka chwil dla siebie. Bywam tym wszystkim zmęczona, wkurzona, bywam czasem sfrustrowana. Bywam też nieziemsko szczęśliwa i wystarczy do tego czasem, jak dzisiaj rano, spojrzenie na moje dziecko, które spokojnie je śniadanie i śpiewa pod nosem piosenkę. Wtedy nie myślę już o tym, że musiałam wstać skoro świt by przygotować te tosty i ulubioną herbatę. Nie myślę o brzydkiej bliźnie po dwóch cesarkach, nie zastanawiam się też co stanie się, gdyby trzeba było wykonać trzecią. Ufam Bogu, ufam życiu, ufam Życiu. Pewnie jestem dziwna, może nieco zacofana, a może naiwna. Wiem, nie wszystkie kobiety mają tyle szczęścia, co ja – nie każda ma kochającego męża, zdrowe dzieci i pracę, która zapewnia godziwy byt. Nie wiem tylko, czy faktycznie aborcja na życzenie rozwiązuje właśnie te problemy. A jeśli nie, to kogo ratuje – i przed czym?

Nie, nie czuję żebym musiała zostać uratowana. Jestem zwolenniczką zarówno badań prentalanych jak i mądrej (co podkreślam!) edukacji seksualnej. Ale gdy słyszę na ulicy hasło: „Ratujmy kobiety”, czuję się dziwnie. Nie protestuję jednak przeciw protestowi. Nie walczę krzykiem przeciwko krzykowi. I być może w tym też jestem dziwna, zacofana i naiwna. Jestem jednak przekonana, że żyjemy w demokratycznym kraju, w którym każdy może chwycić za megafon, by wypowiedzieć to, co jest dla niego ważne. Wydaje mi się też, że nawet w bardzo burzliwych dyskusjach, jedna ze stron może wygrać – albo na argumenty, albo na pięści. Tylko czy taka wygrana naprawdę coś znaczy? I czy moim zadaniem jest mieć rację? Czy mój czas i energię mam wykorzystywać po to, by w tłumie przekrzykiwać inny tłum? Czy może lepiej zainwestować w konkretne dobro – tu, gdzie jestem? Okazać komuś życzliwość, porozmawiać i podzielić się sobą. Być świadkiem Jezusa, ale bez wielkich słów, lecz po prostu dzieląc się siłą i radością, które On daje – tak by „świeciło nasze światło…” (Mt 5,16)

Dzisiaj, trzeciego października 2017 roku nie wyjdę na ulice – ani na strajk, ani na anty-strajk. Na razie siedzę w domu z moim pożerającym naleśniki pięciolatkiem, potem czeka mnie krótka wizyta w szkole i kilka godzin pracy, a w ciągu nich spotkania z konkretnymi ludźmi, równie konkretne wyzwania i okazje do tego, by zrobić coś dobrego.

Jak każdego dnia, rano zajrzałam do dzisiejszych czytań. I choć ten fragment nie należy do moich ulubionych, dzisiaj wydaje się pasować idealnie. Nie będę go zagłuszać swoimi refleksjami – dodam od siebie tylko jedno: „ogień z nieba” i zniszczenie to często nasze scenariusze, a Jego zaproszenie bywa dużo prostsze: głosić.

(Łk 9,51-56)
Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka.