Naprawdę nie byłam w stanie tego zrozumieć – jak można jeść fasolkę? Jak to możliwe, że ktoś rano ma apetyt na bekon, grilowane pomidory i owsiankę? Nie dziwiło minie to specjalnie w czasie mojego krótkiego pobytu w Londynie. A jednak w wakacyjnym kurorcie, przy temperaturze ponad 30 stopni, nie mogłam wyjśc ze zdziwienia, że ktoś o zdrowych zmysłach pochłania rano  fasolkę w sosie pomidorowym.

Mówią, że droga do serca wiedzie przez żołądek. Dyskretne zerkanie w talerze turystów przekonało mnie jednak, że droga przez żołądek może wieść również do rozumu. Jednym słowem – była to okazja do refleksji nie tylko nad zwyczajami kulinarnymi. Moje ulubione śniadanie to swojskie i tradycyjne kanapeczki, które niekiedy zimą ustępują miejsca pożywnej owsiance. W czasie pobytu we Włoszech przed Światowymi Dniami Młodzieży w 2000 roku zdziwiło mnie to, że rolę śniadania (a raczej „śniadanka”) miał pełnić jedynie niewielki rogalik i filiżanka cappuccino. A są przecież kraje, w których jada się zupełnie inne dania! W Meksyku śniadanie będzie pikantne, w Chinach możemy spodziewać się ryżu i smażonego kurczaka a w Stanach naleśników (pancakes), które wyglądają zupełnie inaczej niż nasze.

Nie odważyłabym się podejść do osoby pochodzącej z innego kraju i przekonywać, że nie ma to jak nasz swojski chleb z chrupiącą skórką, prawdziwe masło i wiejska szyneczka. Plus pomidorek i kiszony ogórek. Wiem, że to najlepszy zestaw, który wygrywa z naleśnikami czy angielską fasolką. Nie zmuszam jednak nikogo do zmiany kulinarnych preferencji i jest to chyba zrozumiałe.

Ten długi wstęp sprawił, że zgłodniałam – a jednak niezupełnie o to mi chodziło. Moje rozważania kulinarne zostały sprowokowane dzisiaj przez … różniec. Różaniec do granic. Akcja, w której nie wzięłam udziału, choć podziwiam wszystkich pielgrzymujących i modlących się. Akcja, która znowu nas podzieliła. Czytając dzisiaj na zmianę wpisy i kometarze zwolenników i przeciwników tego wydarzenia. Było wśród nich sporo złośliwości, wytykania błędów, czepiania się Cezarego Pazury (wstyd mi za tych, którzy ośmielają się komentować czyjeś świadectwo…wstyd) i przekonywania, że „moje jest najlepsze”. Zrobiło mi się smutno, tak po prostu.

Nie pojechałam dzisiaj do granic. Różaniec wydaje mi się zupełnie nielogiczny – nie rozumiem go. Nie rozumiem tego fenomenu. Monotonia powtarzanych słów i przesuwanych paciorków. To powinno znudzić się kilka wieków temu. A jednak jest inaczej. Gdy wkładam rękę do kieszeni płaszcza, czuję się, jakbym wkładała dłoń w rękę Maryi. A proste słowa prowadzą mnie tam, gdzie sama nie mam siły albo odwagi iść. To modlitwa sama się modli i w niewytłumaczalny dla mnie sposób przynosi pokój serca.

Mimo tego – nie pojechałam do granic. Może dlatego, że nie lubię tłumów? Może dlatego, że rzadko pociągają mnie wielkie imprezy, głośno reklamowane eventy i nadzywczajne wydarzenia? A może dlatego, że to zupełnie nie mój kilmat, nie moja bajka. Cieszę się jednak z dobrych owoców, jakimi mogły cieszyć się biorące udział w tej akcji osoby. Cieszę się ze wspólnej modlitwy i z ożywienia, jakie ona niesie. I cieszę się z różnorodności, jaką daje nam Kościół – to wspólnota, w której każdy znajdzie coś dla siebie. W wolności.

Marzę też o dniu, w którym nauczymy się, że nie warto zaglądać sobie w talerze – dosłownie i w przenośni. Marzę o chwili, w której wszyscy będziemy się karmić obecnością Boga wśród nas i to ON, TO ON będzie najważniejszy, a nie sposób, w jaki się do Niego zwracamy. Marzę, by kiedyś reakcją na to, że ktoś modli się czy działa inaczej niż my było nie oburzenia czy próba nawracania na nasz sposób myślenia, ale reakcja: „Wow! Jak cudownie, że w ten sposób też można spotkać się z Bogiem!”. Marzę, by różnorodność nie dzieliła, a była bogactwem i dawała radość. Wierzę, że kiedyś tak właśnie będzie. Że wymodlimy to razem – do granic, bez granic, wspólnie, choć nie zawsze tak samo.