Co jakiś czas w różny sposób doganiają mnie pytania – o bloga, pisanie i o mnie. Nie spieszyłam się z wychodzeniem ze swojej bezpiecznej przestrzeni życiowej. Dużo łatwiej jest pisać anonimowo. Przychodzi jednak czas (a może właśnie przyszedł) gdy warto powiedzieć o sobie nieco więcej. Uprzedzam więc, że dziś może być przydługo i nudnawo, bo chcę napisać Wam kilka zdań o sobie.

  1. Dlaczego blog?

Jakiś czas temu stwierdziłam, że w internecie, a przynajmniej w jego katolickiej części, mało jest miejsc, w których odnaleźć mogłyby się osoby takie jak ja – mamy. Pojawiło się we mnie pragnienie, by stworzyć dla nas taką przestrzeń, w której będziemy dzielić się swoimi doświadczeniami, radościami i zmaganiami. W niewyjaśniony dla mnie sposób, po jakimś czasie ja sama zaczęłam być nazwana „Chrześcijańską Mamą” i chyba nie uda się już od tego uciec.

To dla mnie zarówno radość, jak i pewnego rodzaju brzemię. Owszem, jestem mamą. Owszem, wierzę w Jezusa Chrystusa. Ale jestem też bałaganiarską choleryczką, której naprawdę daleko do ideału. Zdarza mi się tu zarówno dzielić własnym doświadczeniem wiary jak i „dawać dobre rady”. Tego drugiego jednak zawsze się boję.

 

2. Katoliczka

Jestem wierzącą i praktykują katoliczką – i jest to świadomy wybór, bo był w moim życiu czas buntu i uczciwych poszukiwań Prawdy. Tych, którzy piszą czasem o mojej „silnej wierze” odsyłam do tekstu, w którym wyjaśniam, dlaczego nie zgadzam się z tym sformułowaniem – nie mam silnej wiary. Mój mąż jest niewierzący, podobnie jak moja najbliższa rodzina. Można więc powiedzieć, że jestem taką rodzinną czarną owcą lub białą owcą, lub hmmm chyba najlepiej ujęła to w słowa Dayenu ;)

3. Nie tylko mama

Od 12 lat jestm przeszczęśliwą mężatką. Mój mąż, choć nie wierzy w Jezusa, z dużym szacunkiem i zrozumieniem podchodzi do mojego zaangażowania w sprawy wiary. A że na wiele spraw związanych z moralnością i podejściem do życia patrzymy podobnie, udaje nam się wspólnie iść przez życie i bez konfliktu wychowywać dzieci.

4. Podwójnie wyedukowana ;)

Skończyłam studia psychologiczne, a w czasie ich trwania rozpoczęłam również naukę na gdańskiej Akademii Medycznej. Studia były czasem intensywnej nauki, ale także okazją do poznania fanastycznych ludzi. Było fajnie! Na dowód – migawka z biochemii:

5. Mama pracująca

Na co dzień pracuję jako stomatolog. To praca, która angażuje mnie zarówno fizycznie, psychicznie, jak i czasowo, bo prowadzę swoją firmę. Przez bardzo krótki czas wydawało mi się, że to zawód lekki i przyjemny. Pierwsze nacięcie ropnia, godzinne dłutowanie złamanego korzenia zęba czy seria pogryzień przez walczące na fotelu trzylatki wyprowadziły mnie z błędu ;) To zawód, w którym spotykam się z ludźmi i ich emocjami oraz oczekiwaniami. Bywa fantastyczny, gdy udaje się komuś pomóc, bywa również niewdzięczny. Angażuję się w niego całą sobą, często po całym dniu jestem więc zmęczona. A gdy ktoś od progu gabinetu pyta mnie, czy powinien się pomodlić, żeby znieczulenie lepiej działało, zastanawiam się, czy czyta mojego bloga i szczerze mówiąc – poziom mojego stresu rośnie, jak zawsze gdy nie mogę schować się w bezpiecznej przestrzeni anonimowości… :)

6. Skąd pochodzę?

Trudno powiedzieć, bo za mną sporo przeprowadzek – chodziłam do trzech różnych podstawówek, a miejsce, w którym obecnie mieszkam, jest siódme na liście z adresami zameldowania. Najwięcej sentymentu mam jednak do Gdańska, miasta w którym studiowałam, poznałam mojego męża i urodziłam dwójkę dzieci. Do tej pory toczy się tam duża część mojego życia, a kto chciałby umówić się na kawę, tego zapraszam do Wrzeszcza :)

 

7. Lubię tańczyć

I lubię dobrze się bawić. Zderzam się czasem z dziwnymi pytaniami z cyklu: „Czy katolik może…”. Niewierzący pytają o to, czy katolik może się całować. Wierzący – o to, czy można oglądać Bridget Jones (oba przykady autentyczne). A dla mnie życie wiarą w małym stopniu związane jest z takimi pytanimi. Dużo bardziej lubię pytać po prostu WWJD – czyli „co zrobiłby Jezus”? Gdy najpierw patrzę na Niego, na Jego sposób zachowania i Jego wybory, łatwiej mi podejmować decyzje dotyczące swojego życia. Na co dzień staram się też dostrzegać piękno małych rzeczy (ojoj, zabrzmiało tandetnie, wiem) :)  Fajnie jest rano chociaż przez minutę pogapić się na świat za oknem i podziękować za to, co piękne albo ucieszyć się smakiem ulubionej kawy. Wierzę, że te nasze małe radości i małe dziękczynienia są bardzo naturalną i miłą Panu Bogu modlitwą :)

8. Uwielbiam góry.

Staram się tą pasją zarażać również moje dzieci. Co roku staramy się choć parę dni spędzić na szlaku, najlepiej tatrzańskim. A choć niektórzy patrza na mnie jak na UFO i zarzucają, że męczę dzieci ;) wiem, że chodzenie po górach daje nam wszystkim coś więcej, niż tylko możliwość odbycia krajoznawczej wycieczki. Moja córka zaskoczyła mnie kiedyś stwierdzeniem, że skoro dała sobie radę w górach i weszła na szczyt, to w odrabianiu trudnego zadania domowego też da radę. I o to chodzi, prawda? ;)

9. Nie oglądam telewizji, ale oglądam TVN

Jestem głęboko przekonana, że oglądając program w telewizji Al Jazeera, nie stanę się automatycznie muzułmanką. Daleka jestem więc od segregowania ludzi na tych, którzy czytają Wyborczą, słuchają Radia Maryja albo oglądają TVN. W  TVNie zresztą miałam okazję dwa razy wypowiadać się na wizji. Gdy czytałam później komentarze o tym, jaka to straszna stacja telewizyjna i jak bardzo próbuję się lansować, byłam naprawdę zdziwiona. Udział w programie był dla mnie ogromnym stresem, nie przespalam wtedy połowy nocy, a wypowiadanie się „na żywo” na tematy związane z wiarą oraz dyskusja z ludźmi o innych poglądach to nie był lans. To było duże wyzwanie… :)

Tak naprawdę jednak prawie nie oglądam telewizji – najzwyczajniej w świecie nie mam na to czasu. Lubię niekiedy zerknąć na jakiś program kulinarny albo pośmiać się z włoskich przebojów na RTL 102,5 :) Pocieszam się wtedy, że szlifuję swój włoski – tak naprawdę jednak trzy razy rozpoczynałam naukę tego języka, za każdym razem przerywając ją w chwili, gdy okazywało się, że to wcale nie jest taki prosty język (ech, pronomi!).

10. Bliżej mi do Odnowy niż Tradsów

A najbliżej do Ignacego z Loyoli, którego poznałam kilkanaście lat temu w czasie rekolekcji ignacjańskich. Osiem dni milczenia i wsłuchiwania się w Słowo Boże – to była prawdziwa petarda! Ignacy zachęca do „szukania i znajdowania Boga we wszystkim”, staram się więc na co dzień pamiętać o tym, że mogę modlić się nie tylko w kościele, ale również moją pracą i obowiązkami. Wierzę, że przestrzenią, w jakiej możemy spotkać Boga, jest nasza codzienność – że Bóg jest obecny, jest blisko, w sposób nadzwyczajny (bo w końcu to BÓG), a jednocześnie bardzo zwyczajny (bo „w Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy”). Jak już wspominałam, daleko mi do ideału. Jestem jednak zafascynowana – nie religią, systemem wierzeń, historią cudów i znaków. Jestem zafascynowana osobą Jezusa. I wierzę, że przygoda życia z Nim to coś więcej niż tylko zapracowanie sobie na etykietkę „rodzinnego świara religijnego”. To stąpanie twardo po ziemi – bo gdy ktoś wychowuje dzieci, prowadzi firmę, płaci co miesiąc ZUS-y, robi zakupy i ogarnia dom, musi stąpać twardo po ziemi. Ale to jednocześnie życie nie tyle z głową w chmurach, co z sercem w Niebie. Szansa na to, by mieć w sobie pokój nie z tej ziemi, albo chociaż trochę tego pokoju – nawet jeśli nie wszystko nam na co dzień wychodzi, nawet gdy do ideału jest bardzo daleko.