Nie chodzi mi o dynię. Dynia jest fajna. Nie lubię jej smaku, ale uwielbiam jej niesamowity kolor, który idealnie współgra z barwą liści za oknem i rozgrzewa, gdy tylko się na niego spojrzy. Nie chodzi mi też o świętowanie Haloween. To temat budzący w katoświecie ogromne emocje, a ja również niekiedy jestem adresatką pytań z nim związanych. Na szczęście nie jestem ekspertem od zagrożeń duchowych, mogę więc pozwolić sobie na komfort odsyłania zainteresowanych do osób z magicznym mgr z teologii przed nazwiskiem. Ja z kolei słucham swojej intuicji. A ona podpowiada mi, że mamy szczęście, bo nie mamy upiornych przebrań, za to w szkole odbywa się bal jesienny. I jest tam wszystko, co potrzebne, by na dziecięcych buziach pojawił się uśmiech – są kolorowe, inspirowane jesienią stroje, są słodycze i dynia. Piękna i pomarańczowa.

Nie, nie chodzi mi o dynię. Nie uważam jej za zagrożenie. Nie jestem jednak naiwna. Nie mogę nie zauważyć tego, że coś dziwnego dzieje się ze światem, który dorośli chcą przedstawiać dzieciom. I to właśnie ten przekaz, a nie rekwizyty używane niekiedy do jego podreślenia, uważam za niebezpieczny lub po prostu smutny.

Tydzień temu byliśmy w kinie. Świętując urodziny mojego dziecka, obejrzeliśmy w większym gronie jedną z bajkowych nowości – strasznie płytką zresztą w mojej ocenie, lecz budzącą entuzjazm u dzieciaków. Sam film nie wzbudził  u mnie większych emocji, poruszyły mnie jednak kinowe zapowiedzi skierowane do najmłodszych. Najpierw, po 20 minutach reklam (przestaję lubić kino!) pokazano nam zwiastun „Potwornej rodzinki”, czyli dalekiego kuzyna rodziny Adamsów, oczywiście w wersji animowanej. Kolejną propozycją dla kilkulatów było „Między nami wampirami”, a później przeszliśmy do oglądania zapowiedzi „Coco”, czyli bajkowej opowieści o meksykańskim chłopcu wyruszającym do krainy umarłych. Projekcję naszego filmu poprzedziła też krótkometrażowa animacja o jednej z przygód wspomnianej wcześniej „Potwornej rodzinki”, czyli na kilka minut przenieśliśmy się znowu w świat wampirów i potworów. Oczywiście każda z tych propozycji filmowych proponowała również historię z morałem i nieco humoru, jednak po obejrzeniu mieszanki: potwory – wampiry – kraina umarłych – znowu potwory, długo nie mogłam dość do siebie.

Zostało we mnie pytanie o to, czego chcemy uczyć naszych dzieci. Nie jestem przeciwniczką bajek. Sama zaczytywałam się w opasłym tomisku „Klechd domowych”, pełnych zaczarowanych źródełek, leśnych wróżek czy sprytnych bohaterów oszukujących diabła, z Panem Twardowskim na czele.

To było jednak coś zupełnie innego. Sięgając po te opowieści, wiedziałam że przenoszę się w świat baśni i legend. Czy nasze dzieci mają taką świadomość, gdy porywa ich kolejna opowieść o sympatycznych w sumie potworach z bardzo ludzką twarzą?…  To, co serwuje naszym dzieciom kultura masowa jest naprawdę szkodliwe. I nie mówię tu wcale o zagrożeniach duchowych takich jak opętanie, choć wiem, że to słowo często pojawia się w kontekcie Halloween. Chodzi o spojrzenie na świat, życie i śmierć.

I chyba właśnie o śmierć chodzi tu najbardziej. Łatwiej oswoić ją, gdy stworzymy postać sympatycznego chłopca-wampira czy uśmiechającą się nieustannie potworną rodzinkę. Można wtedy do tego, co nas przeraża (czyli końca życia) dokleić jakiś „element duchowy”, choćby najbardziej tandetny i zabijający w dziecku wrażliwość. Dużo trudniej jest powiedzieć wprost o tym, że życie każdego z nas ma swój kres. A tym, co aboslutnie nie ma siły przebicia w świecie proponującym wiarę w wampiry i potwory jest fakt istnienia Kogoś, kto naprawdę pokonał śmierć . Bóg jest wielkim nieobecnym w kinie, a przynajmniej w filmowych propozycjach skierownych do dzieci. Bóg jest zresztą wielkim nieobecnym nie tylko tam. Czy to nie zastanawiające? I czy nie jest to większym, bardziej realnym zagrożeniem niż plastikowe maski i kostiumy, którymi niedługo, na krótką chwilę na szczęście, zapełnią się sklepy?…