„Kto ty jesteś? Polak mały!” – gdy uczyłam się tych słów, Rzeczpospolita Polska była jeszcze Ludowa, a na muzyce śpiewaliśmy:  „Na barykady ludu roboczy”. Od tego czasu zmieniło się sporo. Nie ma już pochodów pierwszomajowych, choć zdarzają się te listopadowe – dużo mniej sympatyczne. I bez gołąbka pokoju.

„Tu jest Polska” – krzyczy ze zdjęcia jeden z transparentów z 11 listopada poprzedniego roku. Tu – czyli gdzie? Zastanawiam się nad tym, po raz kolejny dziwiąc się, jak bardzo jesteśmy podzieleni. Daliśmy sobie wmówić, że są wśród nas patrioci pierwszej i drugiej kategorii – i że kryterium oceny stanowi sympatia do określonych mediów, przynależność partyjna albo stopień fascynacji Żołnierzami Wyklętymi…

Żołnierze Wyklęci

W klasie maturalnej zdarzały się noce, w których budziłam się zlana potem. „Medaliony”, wiersze Baczyńskiego, Powstanie, piekło obozów koncentracyjnych i mydło wyrabiane z ludzkiego tłuszczu – o tym czytałam. A w nocy przeżywałam to wszystko raz jeszcze i dosłownie umierałam – wielokrotnie i w ramach przeróżnych, pisanych przez moją wrażliwość i bujną wyobraźnię scenariuszy. Mimo pilnej nauki do matury (historia – na 5), nie zgłębiłam historii na tyle, by móc oceniać życie w tamtych realiach. Jednocześnie poznałam ją dość mocno, by wiedzieć, że mało jest ludzi, których losy można opisać jedynie w tych dwóch barwach: czarnej i białej. Nie oznacza to jednak, że nie można ich zapisać w bieli i czerwieni.

Nie, nigdy nie przyłączyłam się do entuzjastycznych czcicieli pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jedynym pochodem, w którym wzięłam udział, jest ten pierwszomajowy – w dzieciństwie. I procesje Bożego Ciała, o ile można je w to wliczyć – a i to nieczęsto, bo nie lubię tłumów. Nie mam żadnej koszulki w barwach narodowych, choć pamiętam o tym, by 11 listopada przed naszym domem wywiesić flagę. Nie zgadzam się na stereotyp „Polaka-katolika”, choć całym sercem kocham Kościół. Nie widzę zagrożenia w podejmowaniu dialogu z ludźmi myślącymi i wierzącymi inaczej, nie widzę go też w uciekających przed wojną dzieciach z Syrii…

Nie wykrzykuję haseł dotyczących patriotyzmu. Nie lubię ich nawet. Dlatego w dni takie jak ten, tuż przed świętowaniem kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości, zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem patriotką – ale inaczej. Po swojemu.

Patriotyzm Domowy

Słowa znanego wierszyka o „Polaku małym” powtarzają moje dzieci. Niekiedy miłość do Ojczyzny wiedzie też dosłownie przez żołądek – to zdjęcie z naszego domowego archiwum sprzed dokładnie 2 lat: 

Najważniejsze są jednak opowieści – a te można snuć nie tylko przy czekoladowych babeczkach. Można opowiadać je w czasie wakacyjnych wycieczek, gdy Śpiący Rycerz w Tatrach aż prosi o to, by o nim wspomnieć. Można też mieć oczy i uszy szeroko otwarte, wykorzystując zwyczajne okazje do tego, by przybliżyć dzieciom historię, która nie jest abstrakcyjna, ale konkretna, bo nasza. Ostatnio udało nam się to pierwszego listopada, gdy dzieci mogły m.in. zapalić znicze na grobie osób zamordowanych w hitlerowskim obozie Stutthof. A to jest historia szczególna i osobista – taka, którą trzeba dawkować mądrze, w odpowiednich proporcjach i stosownie do wieku. 

Historia najbliższa

Przedmioty bywają niemymi świadkami ludzkich losów. Gdyby nasza komoda potrafiła mówić, ujawniłaby historie, o których pewnie nam się nie śniło. Jest jednak inaczej, a jedynym znakiem dawnych przeżyć są wyłamane i niezbyt wprawnie naprawione zamki w jej drzwiach.

Kilkadziesiąt lat temu zniszczyło je Gestapo, zabierając potem pradziadka w nieznane i próbując rozpracować całą siatkę osób działających w Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. To, co nastąpiło później, z dzisiejszej perspektywy nadaje się na dobrą książkę: moja prababcia szukająca męża, przebywająca na piechotę setki kilometrów, by tylko zdobyć informację o nim. Wojenne życie, w którym na prześcieradłach haftowało się obrusy, sprzedając je na wsi za jedzenie. Ucieczka z obozu – na rowerze, pomimo ciężkiej choroby (jaką był wszechobecny tyfus), po upiciu strażników spirytusem, który pradziadek jako mistrz ślusarski otrzymał do czyszczenia części samolotowych. Z perspektywy czasu – historia, jakiej nie powstydziłby się Indiana Jones. Wtedy jednak to była prawdziwa walka o Polskę. Walka na życie i śmierć. To był patriotyzm daleki od pisania internetowych komentarzy z perspektywy ciepłych kapci i miękkiego fotela, daleki od pseudozaangażowania, jakim jest wywijanie czerwono-białymi szalikami, zwłaszcza po to, by być przeciwko (komukolwiek). To są wzorce, jakich potrzebują nie tylko moje dzieci, ale i ja sama – zwłaszcza wtedy, gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego zamiast odmienianego przez wszystkie pełne kłótni przypadki słowa „Ojczyzna” wolę po prostu „Polska”…

Tu jest Polska

W domu. W kuchni, w której jest włoskie spaghetti, grecka chałwa i amerykański popcorn, ale też swojski, domowy chleb i ciasto na piernik staropolski, które już ponoć dojrzewa u Babci :) W pamięci pielęgnowanej na co dzień, w rodzinnej historii i w możliwości zapisywania kolejnych jej kart. Polska jest tu, gdzie mamy świadomość naszych korzeni i potencjału, jakie nam one dają. Polska jest tu. Nie trzeba o tym krzyczeć, żeby tego doświadczyć. Nie trzeba z tym hasłem wychodzić na ulicę ani nawet w internety. Trzeba je po prostu poczuć i uczynić ważnym – po domowemu albo inaczej. Po prostu – po swojemu.