Usłyszałam kiedyś, że chrześcijanin powinien świecić światłem odbitym, Jego światłem – dokładnie tak, jak księżyc, który odbija światło słońca. Wtedy ta myśl wydawała mi się niezwykle odkrywcza. Z czasem jednak stwierdziłam, że nie chcę być jak księżyc, bo blask słoneczny to dużo więc niż tylko światło. To ciepło i życie. To milion odcieni, z których każdy jest inny i każdy na swój sposób jasny i słoneczny. Świat wygląda przecież inaczej tuż przed świtem, inaczej gdy promienie słońca przebijają się przez ciemne chmury i jeszcze inaczej, gdy zapada zmrok…

 

Jego miłość również każdego z nas opromienia na swój sposób. Każdy w jej świetle wygląda inaczej. W każdym ukazuje jego skarb – jedyny i niepowtarzalny. Jeśli widziałaś kiedyś witraż – smutny i ciemny, gdy nie przegląda się w nim światło, za to rozbłyskający setką kolorów gdy tylko spotka promień słońca, łatwo zrozumiesz o co chodzi.

Miłość, która jak światło przemienia, ożywia i sprawia, że świat wygląda inaczej. Miłość, którą czasem trzeba skupiać, a czasem rozpraszać, czasem odbijać jak lustro, a równie często – pozwolić jej prześwietlać wszystko, co bez niej jest szare i smutne. Miłość, która jest za darmo i na wyciągnięcie ręki, bo przyszła na ziemię, by nikt już nie chodził w ciemnościach.

Gdy zrobi się jej choć trochę miejsca w każdym dniu – wtedy dzieje się coś niezwykłego.

Wtedy, gdy śpiewasz dziecku wieczorem kołysankę, to tak naprawdę nie śpiewasz kołysanki – śpiewasz miłość.

Gdy robisz rano śniadanie, to nie robisz jedynie posiłku – robisz dobro, i to takie, które karmi.

Gdy wstawiasz kolejną pralkę zaplamionych ubrań, gdy zasypiasz na stojąco po nieprzespanej nocy, gdy równie śpiącym okiem odmierzasz ilość syropu przeciwgorączkowego, robisz zakupy po długim dniu w pracy, próbujesz wytłumaczyć, czym różni się „b” od „d” i dlaczego pięć razy pięć to nie dwadzieścia cztery… gdy gonisz od jednego obowiązku do drugiego – to coś więcej niż codzienne zabieganie. To troska.

A gdy nie masz sił, gdy popełniasz kolejny błąd, gdy widzisz że inni jakoś sobie radzą, a Ty – znowu nie bardzo…gdy ocierasz łzę rozczarowania -sobą, innymi, czy światem – gdy budzisz się bardziej zmęczona, niż zasypiasz, ale próbujesz mimo wszystko znaleźć w tym sens, to coś więcej niż walka. To droga. To etap. To trudność rozświetlona – nie tylko miłością, ale i nadzieją.

„Niech świeci światło nasze” (Mt 5,14). Niech świeci nasze światło, które jest Jego światłem, Jego ciepłem, troską, miłością i dobrocią. Niech świeci dla innych, by mogli się przy nim ogrzać. Ale niech świeci też dla nas samych – tam, gdzie wciąż jeszcze jest ciemno i zimno. I niech żaden głos – zwłaszcza ten, którym przemawiamy same do siebie – nie próbuje nam wmówić, że powinnyśmy się przed nim schować. Bo nawet zranienie, wstyd, lęk i poczucie winy – nawet to wszystko, o czym boimy się myśleć i mówić – przeniknięte światłem, może okazać się czymś pięknym.

***

Młodość jest jak te butelki, które rozwalaliśmy o ściany. Nie można ich skleić z powrotem, ale jest jeszcze szansa dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże. (Piotr Czerwiński)