Zakazany owoc kusi najbardziej, a pisząc te słowa myślę nie tylko o znanej historii biblijnej, ale też o sobie samej. Pamiętam czas spędzony w szpitalu, w którym wylądowałam z podejrzeniem cukrzycy. Im więcej czasu trwała narzucona mi i oczywiście ograniczająca węglowodany dieta, tym większy apetyt miałam na czekoladę. I zdarzyło się ją podjadać po kryjomu… Po kilkunastu latach przyzwyczaiłam się do pewnych ograniczeń, a że swoim dzieciom staram się dawać to, co najlepsze, im również staram się serwować marchewkę zamiast chipsów i makaron razowy z domowym sosem zamiast fast foodów z mrożonek. Zdarza się jednak, że wśród wykopalisk, jakie regularnie wykonuję w ciemnych czeluściach tornistra, znajduję opakowania po chrupkach, które zapewne świecą w ciemnościach od namiaru konserwantów albo innych zdobyczy ze szkolnego sklepiku. Bo zakazany owoc kusi, a nawet jeśli jest zakazany lub zły, bywa też…smaczny.

Ocalił świat

Jezus siedzący w otoczeniu nie celników i grzeszników, lecz Supermana i Hulka – brzmi niedorzecznie? Być może, ale ja bardzo lubię tę grafikę, bo przekazuje ważną wiadomość – to Jezus ocalił świat. To Jego ofiara na krzyżu sprawiła, że mamy Życie – w obfitości. I to On jest prawdziwym Superbohaterem, takim który może obronić nas w każdej sytuacji. Nie ma takiego zagrożenia, przed którym nie moglibyśmy uciec, chroniąc się bezpiecznie w Jego ramionach. To dopiero Dobra Nowina, prawda? Tak przecież śpiewamy w popularnej piosence: „Jezus zwyciężył! To wykonało się – szatan pokonany, Jezus złamał śmierci moc. Jezus jest Panem, o Alleluja! Po wieczne czasy Królem królów jest!”. To tylko piosenka? Powtarzane z przyzwyczajenia słowa? Czy coś czym chrześcijanin ma żyć na co dzień?…

 

Zagrożenia duchowe

Zagrożenia duchowe istnieją i daleka jestem od ich bagatelizowania. Zły duch istnieje i działa – widzimy to przecież na co dzień. W jaki sposób? Co jakiś czas dostaję wiadomości dotyczące treści pojawiających się na moim profilu. Przerabiałam już wiele tematów: oczywiście Halloween, kucyki Pony (bo „przyjaźń to magia” a magia jest zła), Minionki, Świnka Peppa, oberwało się nawet Bridget Jones… W takich przypadkach zastanawiam się, w jaki sposób reagować na wiadomości, w których w dobrej wierze ktoś chce mnie „uświadomić”. Staram się być dyplomatyczna, choć nie zawsze mi to wychodzi. Tu jednak postaram się bardziej, bo naprawdę wierzę, że słowo „katolicki” mieści w sobie więcej, niż nam się wydaje. Można być katolikiem i nie lubić różańca (ja lubię! od razu uprzedzam atak :) ). Można być katolikiem i nigdy nie pójść na żadną pielgrzymkę albo chodzić co roku do Częstochowy. Można być katolikiem i czytać Harrego Pottera (naprawdę! i wiem, że za to oberwę, ale tak jest). Można być katolikiem i Harrego Pottera nie lubić, a czytać tylko książki z księgarni katolickiej (i nic w tym złego). Można być katolikiem i przeżywać swoją wiarę w bardzo różny sposób! Można też w odmienny sposób mówić o zagrożeniach duchowych. Nie czyni to z nikogo katolika drugiej kategorii, jak sądzę. Nie daje też nikomu prawa do mówienia: „Pozwól, że ja teraz to źdźbło trawy usunę z Twoich oczu, boś Ty taki nieświadomy…”. Dlatego ja dzisiaj nie będę Wam mówiła, że białe to białe, że czarne bywa w kratkę, a najbardziej to lubię różowy ;) Podzielę się z Wami po prostu tym, jak wygląda to w moim domu. Uszanujcie to, proszę – to, że to moja próba podzielenia się sobą, a nie narzucenia komukolwiek swojej racji. 

Co jest zagrożeniem duchowym, czyli spowiedź matki

Postanowiłam zadać sobie to pytanie i uczciwie na nie odpowiedzieć – bez zaglądania do wikipedii, o ile w katolickiej części internetu zawiera wyjaśnienia takich haseł. Co to jest zagrożenie duchowe? Coś, co odłącza mnie od Boga, czyli po prostu…grzech. To grzech sprawia, że odwracam się od Miłości, kierując swoje kroki ku szlakom oznaczonym jako „ja wiem lepiej” albo „Ty się, Panie Boże, nie wtrącaj”. Wśród wymienianych często (przynajmniej w internetach) zagrożeń duchowych, wiele dotyczy tego, co ma związek z magią czy wiarą w przesądy albo wróżby, czyli z tym, co dotyczy pierwszego przykazania. A gdyby tak matka, czyli ja, miała zrobić rachunek sumienia, to z czego musiałaby się spowiadać? Nie wierzę w zabobony, nie wywołuję duchów, nie czytam horoskopów. A jednak zdarza mi się łamać pierwsze przykazanie! „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – mówi Pan, a mi zdarza się stawiać na Jego miejscu  swoje (a nie Jego) plany. Zdarza mi się nie mieć czasu na modlitwę, ale z łatwością znajdować go na przesiadywanie na Facebooku. Zdarza mi się zbyt długo pracować kosztem czasu spędzonego z rodziną – czyli de facto czegoś, co wiąże się z moim powołaniem. Choć ciężko się do tego przyznać, uciekam od Niego, tworząc sobie coraz to nowe bożki, z których przywiązanie do opinii innych czy kurczowe trzymanie się swojej wizji przyszłości to pewnie najmniejsze problemy. I zastanawiam się, co jest większym zagrożeniem duchowym – komedia (jak wspomniana Bridget Jones), która jest dla mnie autentycznie śmieszna, choć na pewno nie katolicka, czy to, że moja lista priorytetów w życiu nie zawsze układa się, tak, jakby chciał tego Jezus?…

A co z bajkami?

Z bajkami… jest ciężko :) Trudno trafić na takie, które faktycznie niosą dobre wartości i są jednocześnie na tyle interesujące, by wciągnąć dzieciaki. Ale „trudne” nie znaczy „niemożliwe”, dlatego staram się podsuwać dzieciom to, co wydaje mi się dobre. Gdy widzę, że zaczynają oglądać jakieś hałaśliwe kreskówkowe śmieci (tak, potrafią obsłużyć pilota i nie zawahają się go użyć w poszukiwaniu zakazanego owocu ;) ) mówię wprost: „Ta bajka jest głupia i jeśli nie chcecie, żeby zrobiła Wam kisiel z mózgu, lepiej idźcie poczytać książkę”. Koniec cytatu. Wiem jednak, że nie ucieknę ani przed Świnką Peppą, ani przed Minionkami – bo one są dosłownie wszędzie, z opakowaniami jogurtu łącznie. Nie widzę też powodu, by w związku z tym wpadać w panikę. Mam  inny sposób niż tropienie wszystkich potencjalnych zagrożeń duchowych i mnożenie zakazów. Dlaczego? Bo zakazy działają tylko wtedy, gdy matczyne (lub ojcowskie) oko sprawuje kontrolę. W szkole, na podwórku, wśród rówieśników – nie mam wpływu na to, z czym zetknie się moje dziecko. Jestem też pewna, że przynajmniej w niektórych dziedzinach może stać się to samo, co z odwiedzinami w szkolnym sklepiku – moja pociecha stwierdzi, że nawet jeśli coś jest zakazane, może być smaczne, więc warto spróbować.

Ponownie – zakazany owoc

Pokusy lubią pustkę. Ona im sprzyja. Dlatego mam swój sposób na wychowywanie dzieci tak, by potrafiły wybierać to, co dobre (inna sprawa, czy mój sposób okaże się skuteczny – nie mam jednak innego wyboru, niż spróbować, podążając za swoim matczynym instynktem). Tym sposobem jest wypełnianie pustki. Jak? Po pierwsze – rozmawiamy ze sobą. Rozmawiamy nie tylko o wierze, ale i o codziennych wydarzeniach. I to dzięki temu – dzięki naszej obecności, zainteresowaniu i zachowaniu, które dzieci każdego dnia obserwują, uczymy je, co jest dobre, a co złe. Po drugie – kontrolujemy, ale mądrze. Czas przeznaczony na korzystanie z tableta czy telewizora jest ograniczony, zazwyczaj też dzieje się to w naszej obecności, możemy więc zareagować, gdy widzimy nieodpowiednie treści. Wtedy można nie tylko wytłumaczyć dziecku, że niektóre bajki nie nadają się do oglądania (zastanawiam się czasem, kto to wymyśla i rysuje…). Można też zaproponować coś w zamian, jak na przykład wspólną grę w jakąś fajną planszówkę. To działa.  Po trzecie i najważniejsze – bardziej niż tropieniem zła, zajmujemy się wyszukiwaniem i wzmacnianiem dobra. Nic nie zapełnia pustki w lepszy sposób! Nasze dzieci uczęszczają na zajęcia Katechezy Dobrego Pasterza, gdzie w przystępny dla nich i wzruszający dla mnie sposób zaangażowane mamy (ze wspólnoty Efraim, której dziękuję za to dzieło) opowiadają dzieciom o Bogu. Modlimy się wspólnie swoimi słowami, by pokazywać dzieciom, że Bóg to nie „Bozia”, która odhacza odmówione „paciorki”, lecz Przyjaciel i Ktoś, kto się o nich troszczy. Budujemy cegiełka po cegiełce na dobrym fundamencie po to, by za parę lat – gdy w szkole mniejszym problemem staną się bajki czy przebrania na Halloween, a pojawią się propozycje spróbowania narkotyków czy alkoholu – dzieci wiedziały, kim są i co jest dla nich ważne. To chroni przed pokusami dużo lepiej, niż nawet perfekcyjnie wyuczony na pamięć spis reguł i zakazów.

Moja prośba

Kimkolwiek jesteś, proszę Cię, byś przeczytała te słowa z życzliwością. Nie narzucam Ci mojego punktu widzenia i proszę o to samo. Nie chcę wchodzić z buciorami w Twój sposób patrzenia na rzeczywistość – dzielę się jedynie swoimi przemyśleniami. Dotyczą one mnie samej i dzieci w ilości sztuk dwóch :) Dzieci, które znam, bo są trochę po tatusiu, którego kocham i trochę po mamusi (po mnie), z którą żyję w zgodzie od 35lat. To, co napisałam, sprawdza się u nas w domu. To, w jaki sposób wychowujesz swoje dzieci – to Twoja sprawa, Twój instynkt macierzyński, przekonania, intuicje i wybory. Pozostawiam je Tobie :)

Piszę te słowa, bo niejednokrotnie przy poruszaniu takich tematów byłam zasypywana wiadomościami, z których część sugerowała, bym na przykład zmieniła nazwę strony. Bo „chrześcijańska” mama nie może publikować jakichś konretnych treści, albo „chrześcijańska” mama nie jest wcale chrześcijańska (pisali protestanci), więc powinna nazywać się „katolicka”. W związku z tym, że ja nie wchodzę do Twojego domu, nakazując Ci zmiany koloru ścian i firanek, Ciebie proszę o to samo – w tej przestrzeni dajmy sobie wolność. Nie będę brała udziału w  dyskusji, która niechybnie wybuchnie pod tym wpisem :) będę ją jednak dyskretnie moderować i o tym uczciwie uprzedzam.

Święty Ignacy napisał takie słowa: „Trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia.” I z tym słowami chciałam Was zostawić, pozdrawiając jednocześnie wszystkich. Naprawdę wszystkich :)