Co roku popełniam ten sam błąd. Tuż przed świętami przypomina mi się, że moja lista z prezentami jest niekompletna, w związku z czym muszę udać się na zakupy. A w centrach handlowych i na parkingach dzieją się wtedy rzeczy niestworzone – i niestety daleko im do bożonarodzeniowych cudów…

Dzisiaj, uzbrojona w cierpliwość i spory wózek sklepowy, przystanęłam ogarniając wzrokiem sklepowe alejki, rzędy zapracowanych kasjerów i serie kolizji między alejkami z mydłem i powidłem. Przystanęłam i może nieprzypadkowo przypomniałam sobie jedno z słów, które zachwyciło mnie w czasie mojej nauki języka włoskiego: benedire. Ten wyraz oznacza „błogosławić”, ale po włosku wszystko jest prostsze. W tym języku można mówić źle, czyli przeklinać (maledire) albo mówić dobrze, czyli błogosławić. Stąd też znane nam imię: Benedetto. Piękne, prawda? Pomyślałam dzisiaj, że to ono właśnie powinno być przedświątecznym (ale nie tylko!) imieniem każdego z nas – każdego, kto uważa się za ucznia Jezusa. Na wszechobecne zabieganie patrzymy często jak na ogromny i męczący ciężar. A gdyby dla odmianyzobaczyć w nim zaproszenie? Może udałoby się wtedy usłyszeć w nim słowa posłania – by iść i głosić BŁOGOSŁAWIEŃSTWO? Bez słów. Po prostu – sobą.

***

O centrach handlowych mówi się czasem, że to „współczesne świątynie konsumpcji”. Można więc postanowić, że nie postawi się w nich nogi. Można też z góry patrzeć na tych, którzy są tam w każdą niedzielę. Ale można również stać się na chwilę trochę jak… święty Paweł,. On wprawdzie, odwiedzając Ateny, burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków, nie wtargnął tam jednak z taranem, by swoje wzburzenie zmienić w burzenie… Powiedział natomiast: Przechodząc i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: „Nieznanemu Bogu”. Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając.(Dz 17,23)…

Co zmieniło się od tego czasu? Czy nasz świat faktycznie zna Boga – takiego, który zaspokaja najgłębsze potrzeby serca? I co, jeśli pęd do konsumpcji to tylko próba zagłuszania głodu, który jest rozdzierający i którego nie może nasycić nikt, oprócz Niego? Jeśli tak jest, to moja i Twoja obecność w takim miejscu może być BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM. I nie trzeba wcale wygłaszać kazań – wystarczy uśmiech. Nie trzeba pouczeń – wystarczy kupić coś, czym podzielimy się potem z kimś potrzebującym. Niepotrzebnym marnowaniem czasu jest też zaprzątanie sobie głowy myślami o tym, jak bardzo świat kręci się wokół pieniądza. Zamiast tego lepiej pilnować, by w centrum mojego świata było to, co najważniejsze. I żeby z serca płynęło dobro, a nie osąd…

Boże, błogosław każdemu, kto jeszcze nie wie, że Ciebie szuka. Błogosław tym, którzy są głodni Twojej miłości i próbują zagłuszyć ten głód na tysiąc sposobów. Pomóż im się odnaleźć.

***

W sklepie. Halo halo Mietku, halo halo Franku – jak w sławnym dialogu kabaretu Ani Mru Mru (polecam :) ). Wyścigi po najlepszy kawałek karpika to nic w porównaniu do tego, co dzieje się przy linii kas. Karawany z jucznymi zwierzętami, wozy drabiniaste załadowane po brzegi, drobne stłuczki i kolizje – bo nikt nie bawi się w ustępowanie pierwszeństwa. „Ale pani tu nie stała” i tak dalej. Przepuszczenie kogoś w kolejce do kasy jest dzisiaj wyjątkowym aktem heroizmu. Jeśli się nie uda, wystarczy chociaż uśmiech. I modlitwa – za ziewającego kasjera, który myślami jest pewnie daleko stąd. Za mężczyznę siłującego się z długim rzędem sklepowych wózków, które przywozi z zewnątrz. A na zewnątrz trzy stopnie i wieje, brrr. Za panią, która rozpycha się łokciami. Za płaczące i nie mogące przestać płakać dziecko.

Błogosław im, Boże. Bądź ich odpoczynkiem.

***

Parking przed hipermarketem. Trzy miliardy pojazdów na stu metrach kwadartowych – tak na oko. Co jakiś czas donośny i dłuuuuugi dźwięk klaksonu. Ktoś przyciska go tak mocno, jakby chciał w ten sposób wyrazić całą swoją frustrację. „Długość dźwięku klaksonu jest odwrotnie proporcjonalna do poczucia pewności siebie i wprost proporcjonalna do potrzeby obwieszczenia światu siły swojej męskości” – myślę zirytowana. A potem przystaję. No dobrze – w sumie nie przystaję, bo wózek sam się prowadzi (a przed sklepami jakoś zawsze jest z górki, tak że muszę krzyczeć do niego w myślach: prrr, szalony). Ale moje myśli na chwilę zwalniają, zawracają i chcą pobiec w inną stronę. Bo mogę powiedzieć:

Boże, błogosław temu człowiekowi. Daj mu to, czego teraz potrzebuje. Przyjdź ze swoim pokojem, proszę.

***

Droga powrotna do domu. Mam prawo jazdy od kilkunastu lat, a jednak przed Bożym Narodzeniem bardziej polegam na moim Aniele Stróżu niż na własnych umiejętnościach. Dlaczego? Bo ja mogę jechać zgodnie z przepisami, ale ten wariat przede mną znowu wyprzedza na trzeciego…

Boże, błogosław temu człowiekowi. Błogosław tym bardziej, im mocniej mnie zdenerwował. Niech bezpiecznie dojedzie do celu. 

***

W domu. Od progu bałagan. Kolejne siatki zalegające na podłodze zupełnie nie pomagają w jego opanowaniu. Nie wiem, kto jest bardziej głodny – dzieci czy ja. Wiem za to, komu zdecydowanie bardziej brakuje cierpliwości. Próbuję – mamooo -skupić myśli – mamuuusiu – na tym, co po kolei – no ale mamo – zrobić, by ogarnąć – mama, no chodź -chaos. Im bardziej jestem głodna, tym bardziej przeszkadza mi wszystko co wokół mnie. To moja bieda, moja niecierpliwość, moje głody – nie tylko fizyczne. I tu też mogę wołać – Boże, błogosław.

Błogosław mi w tym, w czym nie daję rady. Błogosław w każdej porażce, w zmęczeniu, w poczuciu że nie ogarniam. 

***

Błogosławcie, a nie złorzeczcie! (Rz 12,14). Mówcie dobrze, zamiast mówić źle. Bo słowa potrafią zmienić myśli – zawrócić je ze złej drogi, czyli nawrócić. Słowa potrafią skłonić do działania. A słowa modlitwy, nawet jeśli nie usłyszy ich nikt, oprócz Boga, w którym  żyjemy, poruszamy się i jesteśmy (Dz 17,28), mogą zmieniać. Najpierw nas, potem innych, a później, kto wie, może i cały świat?…