Jedna z ostatnich scen sztuki „Piotruś Pan” w gdyńskim teatrze muzycznym przedstawia Wendy, jej ojca – pana Darling – oraz gromadkę chłopców, których dzięki prośbie i staraniom córki (a ku swojemu zaskoczeniu) ma zaadoptować. Pan Darling, na początku zdziwiony, zgadza się na to, a że rzecz dzieje się w teatrze muzycznym, robi to w rytm piosenki i z odpowiednio dobraną choreografią. Ta była dla mnie bardzo wymowna – przybrany tata każdemu z nowych dzieci zakłada na chwilę swój kapelusz, mówiąc przy tym: „od teraz jesteś Darling”. I może to banalny przykład, ale ja w czasie oglądania tej sceny poczułam ogromne wzruszenie i od razu pomyślałam o momencie mojego chrztu. Wtedy również usłyszałam podobne słowa. Od tamtego momentu mam pełne prawo do tego, by Boga nazywać moim Tatą. Mam też pełne prawo do tego, by zachowywać się jak Jego córka. Nic i nikt tego nie zmieni, bo nikt i nic nie jest w stanie odłączyć mnie od Jego miłości…

Przyznaję, że rozpoczął się taki czas w Kościele, z którym mam pewien problem. Do 2.02 będziemy śpiewać „Lulajże, Jezuniu”, a już dwa tygodnie później: „Ach mój Jezu, jak Ty klęczysz, w Ogrójcu zakrwawiony…”. Nic na to nie poradzę – drażni mnie to równie mocno, jak „kiwaczki” zamiast uścisku dłoni na znak pokoju, kucanie czy dyganie przed Najświętszym Sakramentem oraz zajmowanie skrajów ławek i zachowywanie się jakby coś tam kogoś przyspawało do tego miejsca. Jestem świadoma tego, że moje rozdrażnienie to tylko i wyłącznie mój problem ;) Czasem jednak w tym wszystkim gubi się to, co ważne. Nie wiem, czy to świąteczne dekoracje i kolędy są temu winne – pewnie nie :) Ale mam wrażenie, że czasem odwracają naszą uwagę od tego, co proponuje Kościół w tym czasie. A proponuje więcej, niż tylko świętowanie narodzin Zbawiciela.

Dzisiaj na mszy dla dzieci w naszym kościele nie było kazania. O Chrzcie Pańskim padły może dwa słowa, a po odczytaniu Ewangelii, dzieci przedstawiły jasełka. Sympatyczne maluchy były naprawdę przesłodkie, ich rodzice dumni, a kościół wypełniony po brzegi. Mam jednak niedosyt. A niedosyt czy głód bywa pożyteczny, bo pcha nas do poszukiwania tego, czego nam brakuje.

Dzisiaj zamierzam więc świętować. Chcę wrócić do chwili mojego chrztu świętego i przypomnieć sobie, że to coś więcej niż tylko piękna uroczystość – to zanurzenie w śmierci Jezusa po to, bym w Nim miała również nowe życie. Biała szatka to coś więcej niż kawałek materiału – to przypomnienie o tym, że mam przyoblec się w Chrystusa. Świeca to nie tylko symbol Jego światła, ale zaproszenie, by zapalić serce Jego miłością, by w tej miłości się spalać (bo trzeba się spalać, aby świecić, prawda?…).

O tym samym chcę dzisiaj opowiedzieć moim dzieciom – w prostych słowach, pokazując im zdjęcia z uroczystości ich chrztu świętego. To dla mnie coś więcej niż tylko zadbanie o ich wiedzę religijną. To przekazanie tego, co najważniejsze – opowieść o ich tożsamości, o tym kim naprawdę są. To również opowieść o miłości i trosce Boga, który chce być nazywany Tatą, a nie tylko Królem czy Panem.

Za każdym razem, gdy jestem świadkiem chrztu świętego, bardzo poruszają mnie te słowa: „Bóg wszechmogący, Ojciec, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który uwolnił cię od grzechu i odrodził z wody i Ducha Świętego, On sam namaszcza cię krzyżmem zbawienia, abyś włączony do ludu Bożego, wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne”. Pokazują mi, że chrzest to dużo, dużo więcej niż na co dzień zauważamy. Dzisiaj jest dobra okazja, by spojrzeć na tę chwilę w swoim życiu trochę inaczej, zejść trochę głębiej i przypomnieć sobie, KIM tak naprawdę jesteśmy. Ja zamierzam do tych poszukiwań zaprosić również moje dzieci. A Wam życzę pięknych i wzruszających odkryć i serca otwartego na tyle, by mogło usłyszeć: Jesteś moim ukochanym synem! Jesteś moją ukochaną córką!