„Ojej, przepraszam za bałagan” – słyszą czasem znajomi, wpadający do mnie znienacka. Przyjaciele słyszą to dużo rzadziej albo wcale. Gdy moja najlepsza przyjaciółka odwiedziła mnie krótko po przeprowadzce, powiedziałam jej tylko: „Uważaj, żebyś się o coś nie potknęła”, a potem usiadłyśmy z herbatą na jedynej wolnej przestrzeni wśród kartonów, porozrzucanych ciuchów i papierów. Nic nam nie przeszkadzało, a ja wiedziałam, że nie muszę się tłumaczyć.

„Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je” (J 10,27) – czytam dzisiaj i zastanawiam się, dlaczego tak często mi to umyka. Jezus mnie zna. Lepiej niż ja sama wie, jak wygląda mój największy bałagan i czemu nie mogę sobie z nim poradzić. Zna mnie – i właśnie dlatego mogę bez obawy słuchać Jego głosu. To ja, patrząc w lustro, myślę często: „Weź się w końcu ogarnij” a potem próbuję i Jego, i cały świat przepraszać za wszystkie moje nie-porządki i nie-poradności. A On? Może po prostu chciałby napić się z mną herbaty w samym środku mojego bałaganu?…

„Moje owce słuchają mojego głosu…idą za mną…daję im życie wieczne”. Jak to się dzieje, że często te i podobne słowa czytam w zupełnie inny sposób? Słyszę raczej: „Słuchaj, bo powinnaś słuchać pasterza. Słuchaj, wypełniaj przykazań, stosuj się do norm i zaleceń, bo stawką jest życie wieczne.” I nie neguję potrzeby wypełniania przykazań i podejmowania konkretnych wysiłków na drodze wiary. Chodzi o coś innego. Ja nie czytam wtedy słów Dobrej Nowiny. Czytam swoją listę wymagań, którą od lat powtarzam na różne sposoby i według której nauczyłam się myśleć. Patrzę na swój bałagan i zaczynam panikować. I czuję się nie jak owca, ale coraz bardziej jak… baran.

„Znam Cię” – mówi Jezus. I nie ma w Jego głosie nagany. Nie ma znaczącego uniesienia brwi, po którym wiesz, że ktoś zna Twój wstydliwy sekret i nie zawaha się go użyć przeciwko Tobie. „Znam Cię” – mówi Jezus i dodaje – „nikt nie wyrwie cię z mojej ręki”. Żaden życiowy bałagan, tornado codziennych emocji i najgłupszy nawet pomysł na rozwiązanie własnych spraw nierozwiązanych. Nie zgubisz się. Nie będziesz jak Kevin sam w domu czy jak entliczek-pętliczek-na-Ciebie-bęc-nieszczęście. Nie zginiesz na wieki. I to nie dlatego, że tak idealnie posprzątasz w swoim życiu, ale dlatego, że jest Ktoś większy od Ciebie. Jest Pasterz, który swoje życie oddaje za Ciebie, byś miała je w obfitości. Jest Zbawiciel. Zna Cię. I lubi bardzo.

I to jest właśnie Dobra Nowina. Na dziś, na zawsze, na wieczność.