Dzień Matki. Tłumy w kwiaciarniach, wzruszające słowa i kolorowe dziecięce laurki. W tym dniu robię niekiedy cichy rachunek sumienia, porównując moje wizje macierzyństwa i rzeczywistość, patrząc na pragnienia i ich realizację. Bilans bywa różny, ale zawsze ratuje go to, co uzupełnia każdy brak i każdą słabość – miłość.

Jednak dzisiaj, w Dniu Matki, wcale nie chcę się skupiać na tym, w jaki sposób wypełniam moją życiową i społeczną rolę. Dzisiaj chcę wsłuchać się w Słowo, jakie daje mi Kościół na ten dzień. I po raz kolejny przekonuję się, że to Słowo jest żywe i skuteczne. Nie mogłam dziś usłyszeć lepszej wiadomości, niż ta: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże.”

Jezus, który błogosławi dzieci i bierze je w objęcia. Albo innymi słowami: Jezus, który przytula, patrzy z miłością i mówi o tym, że pragnie mojego dobra i szczęścia (bo tym przecież jest błogosławieństwo).  Ten obraz przypomina mi coś bardzo ważnego: nie mogę być mamą, jeśli nie czuję się jak córka. Charlie Chaplin powiedział, że kto nigdy nie był dzieckiem, ten nie potrafi być dorosły. I ma rację. Jeśli nie umiem poczuć się jak dziecko, jeśli niezależnie od roli życiowej, w którą wchodzę, muszę być zawsze nieomylna, świetnie sobie radząca i odnosząca sukcesy, nie będę szczęśliwa. Nie będę w stanie dać też szczęścia innym. Mogę co najwyżej próbować wtłoczyć ich w moją wizję życia, w której kontroluję wszystko i wszystkich, nieustannie czuwając nad tym, by wszystko toczyło się zgodnie z planem. A to przecież nie tylko niewykonalne. To coś niewyobrażalnie trudnego. To ciężar, który potrafi zabić piękno, radość i szczęście. Kula u nogi, która sprawia, że nie dosięgnę gwiazdki z nieba, nawet jeśli Bóg podstawiłby mi pod sam nos drabinę, która prowadzi prosto do niej. Prosto do spełnienia marzeń.

Dlatego dzisiaj, w Dniu Matki, ja – żona i mama – chcę spojrzeć na to, w jaki sposób mogę być dzieckiem i jak mogę odkrywać w mojej codzienności obecność kogoś, kto jest większy. Większy ode mnie, od moich najbardziej genialnych planów, ale też od moich słabości i niemocy.

Mam prawo nie umieć.

Szkoła mówiła mi coś innego. Do zaliczenia partii materiału, semestru czy roku potrzebne było opanowanie konkretnej wiedzy i umiejętności. W dodatku najlepiej nie na tróję z dwoma minusami tylko na piątkę, albo przynajmniej tak, żeby nie wypaść najgorzej na tle klasy. Szkolne sprawdziany nie były zresztą jedynymi egzaminami, które przyszło mi zdawać. Dużo bardziej wymagające są te, do których podchodzę każdego dnia, próbując jak najlepiej odnaleźć się w roli kobiety dorosłej i odpowiedzialnej, katoliczki, żony, mamy. Bycie mamą oznacza też, że wiele rzeczy muszę wiedzieć – nie tylko to, w jaki sposób zareagować na gorączkę u dziecka, ale również to, w jaki sposób oddychają wieloryby, gdzie kończy się tęcza i w  jaki sposób wyczarować o 21:00 w domu zestaw guziczków i cekinów, które dziecko ma przynieść na następny dzień do szkoły.

To zupełnie normalne i tak powinno być – mam swoje obowiązki, odpowiedzialności i zadania, których wykonanie zależy tylko ode mnie. Niestety zdarza się, że w ten sposób myślę nie tylko o tym, co wpisane jest w moją rolę żony i mamy. Zdarza się, że całe swoje życie traktuję w ten sposób: że muszę wszystkiemu zaradzić, wszystko potrafić i znać odpowiedź na każde pytanie. Jezus mówi mi dzisiaj coś zupełnie innego: nie musisz. Masz prawo nie wiedzieć, nie potrafić i nie radzić sobie z tym, co Cię przerasta. A skoro On sam mówi o sobie, że jest Nauczycielem, to znaczy że mogę uczyć się od Niego. Chwile, w których to odkrywam i w których jak dziecko poznaję to, co nowe, pytam, odkrywam i testuję, są cudowne. Wtedy faktycznie czuję, że nie muszę być wszechwiedząca, że mam prawo zadawać pytania i nie radzić sobie z tym, co dla mnie za trudne. To chwile, które zdejmują z moich pleców ogromny ciężar…

To, co mówię, jest ważne

Kto chociaż raz miał kontakt z dociekliwym czterolatkiem, ten wie, ile pytań potrafi zadać. W relacji z dzieckiem naturalne jest też to, że chce ono pochwalić się swoimi odkryciami i sukcesami. „Maaaamoooo” – woła więc dziecko, pokazując z dumą ślimaka, dla którego trzeba poszukać sera na pierogi, kolekcję kamieni znalezionych na plaży, krzywo wycięte serduszko albo wieżę z klocków lego. A mama patrzy z dumą i wysłuchuje – po raz pierwszy, dziesiąty i setny.

Ile razy ja sama czułam, że potrzebuję być wysłuchana? Ilu spraw nie chciałam dzielić z Bogiem, bo uważałam, że są dla Niego nieważne, mało interesujące lub niewystarczająco pobożne? On pokazuje mi dzisiaj, że chce dzielić moje smutki i radości, że ma nieskończoną cierpliwość i sto procent zainteresowania dla wszystkich spraw, które mam w sercu. Chce, żebym do Niego mówiła i chce mnie słuchać. A jeśli trudno mi w to uwierzyć, mogę przypomnieć sobie chwile, w których moje dziecko z przejęciem opowiadało o sprawach, które świat uznaje za drobiazgi. Jak wtedy na nie patrzyłam? Z jaką uwagą słuchałam? I o ile lepszy w słuchaniu i patrzeniu z miłością jest najlepszy Ojciec?

Nie jestem zbawicielem świata.

W torebce noszę zawsze chusteczki higieniczne, plastry i butelkę wody – na wszelki wypadek. W sercu z kolei noszę nieskończoną liczbę scenariuszy, jakie mogą się rozegrać w życiu. Staram się zawczasu przewidywać to, co muszę zrobić: usuwać dzieciom przeszkody spod nóg lub decydować, że dla ich dobra powinni sami się z nimi mierzyć. Pomagać, wspierać, zapobiegać i dbać o ich dobro, jak tylko umiem. Problem w tym, że nie zawsze umiem. Nie mam wpływu ani na to, co zewnętrzne, ani na swój poziom zmęczenia czy rozdrażnienia. Nie umiem przewidzieć wszystkiego, nie jestem też chodzącym ideałem, zawsze wspierającym, czułym i dyspozycyjnym.

Jestem tylko człowiekiem. Nie muszę dźwigać na swoich barkach ciężaru zbawienia całego świata. Spokojnie mogę zostawić to Komuś, kto już to zrobił, w dodatku w sposób najlepszy z możliwych. Do tego czuję się dzisiaj zaproszona – do uznania, że są sprawy, które mnie przerastają. I do dostrzeżenia, że to nie oznacza końca świata, a jedynie możliwość oddania ich w zdecydowanie lepsze Ręce. Wraz z tym, co mi ciąży, mogę też w nich złożyć samą siebie – to co mnie boli, w czym niedomagam i czego nie rozumiem. Mogę pozwolić, by te dłonie objęły mnie z czułością, której potrzebuje każde dziecko – również to, które jest we mnie. Pozwolę dzisiaj temu dziecku przyjść do Niego. Nie będę w tym przeszkadzać. To najlepszy prezent, jaki mogę dziś sobie dać.