Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu (Łk 2,51)

Mój Nazaret pachnie dziś lawendą i miętą, którą zbieram w ogrodzie by zasuszyć na zimową herbatę. Pachnie też kawą po nieprzespanej nocy i rosołem, który będą lekarstwem na każdą niemalże chorobę, może pomóc również w przypadku nierównej walki z rotawirusem. Taką mam przynajmniej nadzieję…

Mój Nazaret jest bardzo zwyczajny, bo tak to chyba właśnie jest z Nazaretem. Od Jerozolimy dzieli go kawał drogi, przynajmniej tej liczonej w stadiach, kilometrach czy pielgrzymkowych krokach. Serce jednak mierzy odległość zupełnie inaczej. Może być w samym centrum cudu, a jednocześnie bardzo daleko. Może też na pozór nie widzieć Boga, a jednak być tak blisko, że bliżej być nie można. Dla serca czasem tęsknota już jest miłością. I dla Miłości czasem tęsknota jest najszczerszym jej wyznaniem.

Tak to jakoś jest poukładane, że mamom – mimo szczerych chęci – niełatwo trafić do kościoła w ciągu tygodnia. Godziny nabożeństw zazwyczaj pokrywają się albo z porą odprowadzania dzieci do szkoły, albo z wieczorną kąpielą. I tak, wiem, „dla chcącego nic trudnego”. Sama często to powtarzam. I gdy się udaje, doceniam bardzo ten czas – te pół godziny wyrwane z codzienności. Pół godziny, po których codzienność smakuje inaczej, jeszcze lepiej.

Pierwsi chrześcijanie nie mieli tego komfortu. Nie mieli kościołów, możliwości zaczerpnięcia oddechu przed tabernakulum, porannej mszy świętej czy wspólnego różańca, ale i tak odmieniali swoje życie przez niezliczone tajemnice radosne, bolesne i chwalebne. Razem z Jezusem, w codzienności i po cichu. A gdy żyjąca wiele wieków później, błogosławiona Anna Maria Taigi nie mogła pójść do kościoła, bo czuwała przy łóżku chorego dziecka, mówiła ponoć, że w takim przypadku zostawia Boga dla Boga. I te słowa mówią mi bardzo dużo – i o Bogu, i o prawdziwej chrześcijańskiej codzienności…

Ani wczoraj, ani dzisiaj, mimo pobożnych planów, nie udało mi się dotrzeć do kościoła. Tak się czasem zdarza – tak zdarza się często, zwłaszcza gdy dzieci chorują. A jednak mój Nazaret nie jest pusty, bo czasem miłości trzeba szukać inaczej. Czasem miłość pachnie jak mięta, lawenda czy kolejna kawa, która stawia mnie nogi. Czasem jest bardzo zwyczajna. Ale zawsze oznacza obecność, bo przecież miłość to relacja. I może to jest tak, że Pan Bóg nie chce, żebym tylko wpadała do Niego w gościnę na pół godziny? Może zamiast tego chce zostać moim Domownikiem?

I może właśnie dlatego uśmiecham się za każdym razem, gdy nucę wraz z innymi: „Panie Jezu zabierzemy Cię do domu”?… :)