Mogą być silne albo delikatne, spracowane lub wypielęgnowane. Czasem chwytają rączkę dziecka, by prowadzić je przez świat. Czasem zaciskają się w pięść w geście protestu lub agresji. Machają na pożegnanie, wyciągają się ku zgodzie albo budują mury. Nasze dłonie.

Pierwsze próby ich upiększania i ozdabiania pojawiły się już w czasach prehistorycznych.  W epoce brązu w Indiach dłonie pokrywano misternymi wzorami z henny. Z kolei lakiery do paznokci, bez których nie wyobraża sobie życia spora część kobiecego świata w wielu od lat 3 do 103, pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych XX wieku. Paznokcie malowano jednak już tysiące lat wcześniej w Chinach i starożytnym Egipcie.

Piękne dłonie to temat, który regularnie pojawia się w kolorowych wakacyjnych magazynach. Ja sama także lubię czasem kolorowe szaleństwo, bo to pewien sposób na wyrażenie siebie, na tej samej zasadzie co styl ubierania. Dzisiaj nie będę jednak rozwijać tego tematu – to tylko luźny wstęp do głębszej refleksji… :)

Przygotowując ten tekst i zastanawiając się, czym tak naprawdę są piękne dłonie, nie pomyślałam o modelkach czy osobach zajmujących się stylizacją paznokci. Może ten wybór Was zaskoczy, ale do dzisiejszych rozważań chciałam zaprosić na początku tę osobę:

Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej.On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. (Mk 30-31)

Początkowo chciałam napisać o tym, że piękne dłonie to te, które niosą pomoc innym. Dłonie, które potrafią służyć – tak zwyczajnie, po prostu, w konkrecie życia i w jego szarości. To dłonie mamy, która wstaje w nocy, by podać dziecku lekarstwo. Dłonie, które przygotowują ulubione dania domowników nie z przymusu czy przyzwyczajenia, ale po to, by w ten sposób okazać miłość. Dłonie, które niosą dobro.

Chwilę później pomyślałam jednak, że to jest coś, o czym większość z nas dobrze wie. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że wiele z nas stara się żyć podobnie, wkładając swój trud i serce w budowanie dobra w sposób bardzo zwyczajny, w codzienności. Wiele z nas angażuje się i stara ze wszystkich sił, a czasem i ponad siły.

I wiele z nas wciąż myśli, że robi za mało. Albo nie tak jak trzeba. Że nie spełnia odpowiednich standardów, bo kuchnia nieposprzątana, bo na obiad mrożonka z marketu a nie trzydaniowe ekologiczne i wegańskie rarytasy, bo dziecko nie umie jeszcze tabliczki mnożenia, a Jasiek z IIc owszem. I że nie spełnia oczekiwań Pana Boga, bo przecież brakuje cierpliwości, bo czasem nie chce się rano wstać z łóżka, bo chciałoby się ponarzekać, a nie wypada, skoro chrześcijanin musi być wdzięczny…

Dlatego – nie. Dzisiaj nie napiszę o tym, że piękne dłonie to te, które są wyrazem zapomnienia o sobie i stawiania dobra innych na pierwszym miejscu. Napiszę za to o swoich dłoniach sprzed trzydziestu lat.

Wpadłam wtedy na genialny pomysł – nauczę się grać na pianinie! Rodzice, widząc mój zapał, zapisali mnie na początek na zajęcia w ognisku muzycznym. I wtedy dopiero się zaczęło: jakieś dziwne robaczki zapisane na pięcioliniach, czyli tak naprawdę drugi alfabet, który musiałam opanować jako dziecko. Koślawe klucze wiolinowe które pisałam zamiast szlaczków. Koszmarna „Piosenka o konikach polnych” (kto grał, ten wie! :) ) i setki melodii, które wydawały mi się nudne, ale które musiałam grać godzinami…

„Dla Elizy” zagrałam na Dzień Matki. Cztery części, z pamięci, z zamkniętymi oczami. Sukces, radość, wzruszenie i chęć dalszego rozwijania się w tym kierunku. Chopina wprawdzie nigdy nie polubiłam, za to Bacha dla własnej przyjemności gram do dzisiaj. Droga, jaka do tego prowadziła, była długa, mozolna i nie do końca dla mnie zrozumiała. Potrzebowałam w jej trakcie pomocy, wsparcia i odpowiednich wskazówek. Potrzebowałam też czasu, cierpliwości i odpowiedniej liczny popełnionych błędów, które musiały zostać skorygowane. Musiałam być uczniem, by opanować konkretną umiejętność.

Czy zauważyłyście, że w tekście o uzdrowieniu teściowej Szymona Piotra, pojawiają się te słowa: „Podniósł ją ująwszy za rękę”? Ja, wyobrażając sobie tę scenę, widzę kobietę, która po ustąpieniu dolegliwości wręcz biegnie, by wyrazić swoją miłość i wdzięczność przez działanie. Może dlatego, że widzę w niej siebie?… Mojej uwadze umyka ten pozornie drobny szczegół. „Podniósł ją ująwszy za rękę” tak jak podnosi się dziecko, które próbuje chodzić albo malucha, który chce wdrapać się na pięćdziesiąt razy większą od niego górkę. Za rękę ujmuje się także ucznia, który próbując rysować szlaczki (albo koślawe klucze wiolinowe), nie wie w jaki sposób poprowadzić dłoń.

Może więc piękne dłonie to właśnie te, które pozwalają, by poprowadził je Jezus? Które pozwalają podnieść się z upadku, nie zasłaniając się tym, że „przecież mi nie wyszło, przecież nie jestem godna” itede itepe. Nie dłonie, które kurczowo trzymają się swojego perfekcyjnego obrazu rzeczywistości. Dłonie ucznia, który jest pewien dwóch rzeczy: tego, że jest niedoskonały, nie umie i nie potrafi oraz tego, że jest ktoś, kto go tego nauczy. 

Mam dla Ciebie dzisiaj propozycję ćwiczenia, składającego się z dwóch części.

Na początku wróć do tego krótkiego opisu uzdrowienia teściowej Piotra. Spróbuj wyobrazić sobie, że to Ty leżysz bez sił. Czym jest gorączka, która Cię trawi? Co odbiera Ci siły i możliwość działania? Wyobraź sobie, że Jezus ujmuje Cię za rękę. Może chce Ci coś teraz powiedzieć…posłuchasz?

W drugiej części tego ćwiczenia pomyśl o celach, jaki sobie stawiasz. Do czego dążysz? Jaki idealny obraz siebie samej rysuje się na końcu Twojej drogi? I jak reagujesz, gdy nie udaje Ci się do niego zbliżyć, gdy ponosisz porażki i doznajesz zawodu? Spójrz na chwile, w których pojawia się: „nie jestem taka, jaka powinnam być”. W jaki sposób możesz do tych chwil zaprosić Jezusa? Co może stać się dla Ciebie szansą na to, by On „podniósł Cię ująwszy za rękę”? Poszukaj konkretów i zapisz je, by wracać do nich w trudnych momentach.